Иоанна Хмелевская - Rzeź bezkręgowców

Rzeź bezkręgowców [pl] 563K, 212 с.   (скачать) - Иоанна Хмелевская

Joanna Chmielewska

Rzeź bezkręgowców

– …Chodziłam z nią do szkoły. No, nie razem, to znaczy razem, ale oddzielnie, o rany, co ja wygaduję, wcale nie oddzielnie, tylko równocześnie, z tym, że do różnych klas. Ona jest ode mnie o przeszło dychę młodsza, w ogóle bym jej nie zauważyła, gdybym się na nią nie natknęła, a już byłam w ostatniej klasie… Chuda gówniara siedziała w wychodku i ryczała tak, że woda się sama spuszczała, nie wiem, po co, bo jej łzy cały kolektor mogły spłukać. No to litość mnie wzięła i spytałam, o co chodzi. Już jej się te upusty otworzyły, więc całą spowiedź odpracowała, Klotylda jej dali na imię, dzieci się z niej od urodzenia nabijają, Klocia i Klocia, nazwisko też głupie, Wystrzyk, Klocia strzyka, wołają, i Klocia strzyka. A tymczasem na drugie imię ma Ewa i chce używać tej Ewy, ale przy zapisywaniu do szkoły znów Klotylda wylazła. Tylko w domu mówią na nią Ewa, a i to nie zawsze. Tej Kloci strzyka ma już dosyć i teraz się idzie utopić.

Słuchałam z wielkim zainteresowaniem. Lalka złapała oddech i napiła się wina.

– Powiedziałam, że nie musi nigdzie chodzić, we własnych łzach się zaraz utopi, a ja razem z nią. Ale w histerię wpadła wulkaniczną, więc postanowiłam być dobra, taki szlachetny anioł, zadrażnień żadnych w szkole nie miałam, uczyłam się nieźle, mogłam sobie na te wspaniałe czyny pozwalać, ruszyłam ciało pedagogiczne, wtedy jeszcze istnieli nauczyciele, którzy mieli trochę rozumu, aż do matury pilnowałam, żeby się ta Ewa przyjęła. No i udało się, ale czekaj, bo to nie koniec. Ona się ze mną zaprzyjaźniła na zasadzie bóstwo jestem i trzymała kontakt pazurami i zębami, doroślała przecież, nie? Ja też. Ciągle jakieś takie wzdrygi nerwowe miała, coś się w niej zacinało, jakby jej się psychika po zadziorach tarzała, aż wyszło na jaw, że to tatuś kochany. Upodobania miał chyba takie więcej wojskowe, bo od urodzenia komendy jej wydawał, właściwie jedną komendę, marsz! Mamusia mówiła, czas już spać Ewuniu, tatuś na to: Ewa, marsz! Mamusia: pomóż mi dziecko posprzątać ze stołu, a tatuś: Ewa, marsz! Na spacer wychodzą, tatuś drzwi otwiera i: Ewa, marsz! W dodatku był złośliwy, natrząsał się z niej, tę Klocię wytykał, głupie dowcipy lubił robić, zdaje się, że on z tych, co to chcieli mieć syna, a tu córka, nie podobało mu się, no to ugniatać, ugniatać. No i dlatego właśnie, jak zaczęła pisać, wymyśliła sobie ten pseudonim, Ewa Marsz, trochę na przekór, na złość tatusiowi, niech mu się nie wydaje, że ją zdołował. To jak, skombinujesz mi jej książki?

Całe to przemówienie Lalka wygłosiła jednym ciągiem, nie dopuszczając mnie do słowa i teraz ją wreszcie zatchnęło. Siedziałyśmy w potwornie niewygodnym bistro u znajomego patrona w Paryżu, nie poświęciwszy żadnej uwagi nędznej jakości posiłku, popijając za to całkiem niezłe białe wino i wykorzystując każdą sekundę czasu, którego nam straszliwie brakowało. Ona musiała zdążyć na odbiór dekoracji jakiegoś wściekle eleganckiego holu gdzieś tam, była cenioną projektantką wnętrz, ja zaś nazajutrz o poranku odjeżdżałam do kraju, a jeszcze musiałam po drodze zaczepić o Kopenhagę. Nie wiadomo, dlaczego od szkolnych czasów spotykałyśmy się w najbardziej idiotyczny sposób, jaki można wymyślić, w dziwacznych miejscach i zawsze w pośpiechu.

– Ale ona przestała pisać – powiedziałam z urazą, nie kryjąc niezadowolenia z tego faktu. – Już od paru lat żadnej jej książki nie było. Siedem sztuk i cześć.

– A ja mam tylko trzy. Dla Kaśki chciałam, czepia się jak rzep!

– Kaśka czyta po polsku?

– No pewnie! Od urodzenia pilnuję!

Ewa Marsz. Pewnie, że znałam książki Ewy Marsz, były świetne. Czatowałam na kolejne, bezskutecznie. Zaraz, Lalka powinna przecież wiedzieć, dlaczego ona przestała pisać…

Pokręciła głową.

– Nie mam pojęcia. Ten kontakt z nią straciłam od wyjazdu, masz pojęcie, ile to lat? Osiemnaście, prawie dziewiętnaście! Jakieś takie mam głupie uczucie, że ją zostawiłam własnemu losowi i teraz mi łyso, chociaż była już przecież dorosła. No, ledwo, co, ale jednak. Zdaje się, że za mąż wychodziła, inaczej się chyba teraz nazywa. A w ogóle to była twarda dziewczyna, tatuś jej nie dał rady, to i nikt nie da. To, co, skombinujesz mi…?

– No pewnie. Gdzieś znajdę. Albo ją samą złapię…

Zajmowałyśmy stolik na zewnątrz, przy samym wejściu do lokalu, bo tu akurat było najmniej niewygodnie i widok miałyśmy piękny, na całe skrzyżowanie, a przy tym oszklone boczne ścianki tego zewnętrznego kawałka, na dwanaście stolików, tłumiły nieco hałas z ulicy. Stolik po drugiej stronie drzwi zwolnił się, podeszli nowi goście z pieskiem i natychmiast piesek, doskonale wyrośnięty, niewiarygodnie długi jamnik, znalazł miejsce dla siebie. Uwalił się tuż pod małym, wejściowym schodkiem, w poprzek, pyskiem sięgając stolika swoich państwa, a ogonem naszego. Mnóstwo psów tak się kładzie. W dwie sekundy później z bistra wybiegł kelner z tacą, nie spodziewał się jamnika, gwałtownie spróbował zmienić krok, żeby na niego nie wleźć, potknął się i niepowstrzymanym truchcikiem popędził przejściem między stolikami wprost ku jezdni. Trochę mu to wyszło jak tancerkom w „Jeziorze Łabędzim”, na paluszkach. Nie przewrócił się i nie upuścił tacy, ale doleciał aż do jezdni i omal nie wpadł pod samochód, bo trafił na swoje czerwone światło. Wyhamował tuż za krawężnikiem, zawrócił i z przyjemnym uśmiechem na ustach oraz mordem w oczach obsłużył gości.

W ułamku sekundy pomyślałam, że w filmie mogłaby to być przecudowna scena. Migawka, przerywniczek. A jakiś gruboskórny i prymitywny reżyser zrobiłby z tego ordynarne zamieszanie, które pasowałoby do treści filmu jak pięść do nosa i wół do karety, z komedii realistycznej uczyniłoby groteskę i bezapelacyjnie musiałoby spaskudzić cały dalszy ciąg…

I w tym samym momencie mnie olśniło.

– Zaraz. Czekaj. Czy jej przypadkiem telewizja czegoś nie spieprzyła…?

– O! – ucieszyła się Lalka. – Właśnie! Przecież cały czas o tym mówię!

Na zewnątrz nie było już miejsca, nowi goście weszli do wnętrza knajpy, pokonując jamnika razem ze schodkiem wielkim krokiem. Tuż za nimi to samo uczynił wracający kelner.

– Niech oni zgarną sobie tego psa pod nogi, bo w końcu ktoś na niego wlezie – zdenerwowałam się. – Nic podobnego, o żadnej telewizji słowa nie powiedziałaś.

– Nie…? To widocznie nie zdążyłam albo mnie w gardle zadławiło. Też się martwię tym psem… No dobrze, już nie. Przestałam.

Jamnik litościwie zdjął nam troskę z głowy, bo błyskawicznie, wężowym ruchem, przeczołgał się pod stolik państwa, wyraźnie oczekując jakichś łakoci. Dostał żółty serek i pozostał w tym bezpiecznym azylu, dzięki czemu państwo nie mieli gdzie trzymać nóg. Ich nogi jednakże snu nam z powiek nie musiały spędzać.

– No! – popędziłam Lalkę niecierpliwie. – Upewnij mnie. Bo już sobie przypomniałam, że jej spieprzyli.

Oderwała wzrok od psa i kiwnęła głową.

– I to chyba przeraźliwie, mnie w każdym razie zemdliło. No i rozumiesz, rzecz w tym, że Kaśka po różnych językach lata, francuski, to nic dziwnego, w końcu tu ją urodziłam i tu chodziła do szkoły, ale angielski, niemiecki, włoski, teraz się łapie za hiszpański i grecki po niej chodzi…

– Ale mówisz, że i polski…?

Lalka ciężko westchnęła.

– Otóż to. Tak samo go traktuje jak wszystkie inne. A ja bym chciała, żeby lepiej. I czekaj, tu właśnie te kamienie sypnęły mi się pod nogi. Ona czyta, dlaczego nie, ale znasz współczesną literaturę, co bardziej okrzyczane, to większy gniot psychiczny, arcydzieło, po którym absmak zostaje, całkiem jak te potrawy dietetyczne, dla przyjemności nic. A jeśli nawet, to nie nasze, różne obce, więc jej specjalnie chciałam zaserwować Ewę Marsz. Tymczasem przysłali mi kasety, dwa filmy, telewizja Ewę nakręciła i mnie też skręciło, w dwunastnicy. Kaśka obejrzała, rozmiaru bubla nie doceniła, powiedziała, że przeciętna może nie chała, ale chałka i nie widzi powodu, żeby się do tego rwać…

– A te trzy, które masz…?

– No właśnie, te trzy tak, ale sama wiesz, że następne są lepsze. I nawet chciała te następne, bo pierwsze jej się spodobały, ale obejrzała filmy i chęci jej przeszły, ale zaraz potem obejrzała mnie, a możliwe, że jakiegoś ataku dostałam, a jak już rzuciłam w Marcela pilotem i podeptałam okropnie drobne części zamienne do kosiarki wielofunkcyjnej…

Zdziwiłam się.

– Dlaczego akurat kosiarki?

– Myślałam, że to kaseta wideo, kolorystycznie wyglądało podobnie. Teraz nie możemy tych funkcji zastosować, ale nie w tym rzecz. Kaśkę moje efekty specjalne zainteresowały, prawie się ze mną pokłóciła i teraz Ewę Marsz chce koniecznie. Ja zresztą też. Możliwe, że trochę temu brakuje logiki, ale ja ci skrótowo opowiadam…

Pokręciłam głową, bo żadnej logiki mi nie brakowało, i złapałam przebiegającego kelnera.

– Encore une fois, je vous prie – powiedziałam grzecznie, wskazując kieliszki. – Nie, ja wszystko rozumiem. Też bym się uczepiła, gdyby ktoś do mnie wrzeszczał „to sama zobacz, to sama zobacz”, nawet, jeśli kretyn…

– Kretyn tym bardziej. Zawsze jakieś studium umysłu i charakteru.

– No owszem, możliwe. Gdzieś znajdę i przyślę ci DHL – em, bo w żadne poczty nie wierzę. A swoją drogą, ja ci nie wymawiam, broń Boże, ale dlaczego nie dorwałaś tego za ostatnim pobytem? Jeździsz przecież do Warszawy?

– Nie jeżdżę – zaprzeczyła Lalka złym głosem i ponuro wpatrzyła się w marsjanina, z wysiłkiem wpychającego na chodnik przed knajpą straszliwie dekoracyjną hondę. Źle mu to jakoś wychodziło. Zawahałam się przed zadaniem następnego pytania, ale odniosłam wrażenie, że ona na nie czeka.

– Bo co…?

– Bo jestem podła.

– Co ty powiesz? – zdziwiłam się znów, tym razem uprzejmie.

Od szkolnych czasów Lalka się prawie nie zmieniła, bez wątpienia starsza była obecnie niż w chwili zdawania matury, trochę zmarszczek ją obsiadło, nie farbowała włosów i w ciemnej fryzurze ozdobnie błyskały srebrne niteczki, ale ani figura, ani charakter nie doznały żadnego uszczerbku. Podła nie była nigdy, awanturnicza owszem, niecierpliwa, żywa, aktywna, odrobinę lekkomyślna, czasem uparta i despotyczna, jednakże nie podła.

Czekałam na ciąg dalszy.

– Przestałam jeździć, bo już nie wytrzymuję narzekań mojej matki – wyznała z irytacją. – Teraz niech ta małpa wysłuchuje jojczenia, ja mam dosyć.

– Jaka małpa?

– Moja siostra. Ustawicznie wszystko było na mnie, uciekłam do Francji, ale nie pomogło, każde wakacje, każde święta, każde ferie, każdy długi weekend, wariactwo, wszystko w Warszawie, ledwo czasem w sobotę i niedzielę udawało nam się wyskoczyć nad morze, bo w góry nie, do gór za daleko, a do morza ledwo dwieście dwadzieścia, ale to nie na urlop przecież! Urlop w Warszawie!

– A z matką gdzieś pojechać…?

– Ona nie chce. Nigdy nie chciała. Nie cierpi lasu, nienawidzi morza, nienawidzi gór. Nie znosi w ogóle podróży, a na zabytki patrzeć nie może. Do samolotu nie wsiądzie za skarby świata, na żaden statek tym bardziej, transatlantyk na Jeziorku Czerniakowskim, to też będzie rzygała, w samochodzie histerii dostaje!

– Choroba lokomocyjna?

– Jaka tam choroba, po mieście może jeździć całą dobę na okrągło. Chociaż ogólnie woli w domu, masz siedzieć z nią w domu i ją zabawiać, a zabawianie polega na tym, że ona narzeka, a ty masz kiwać łbem i pocieszać. Narzeka na wszystko. Na wodę, na światło, na sracze, na deszcz i na słońce, na mróz i na upał, na ustrój, na żarcie, na służbę zdrowia, na drzwi skrzypią, okno szczęka, na telewizor mży, na sąsiedzi grają, drą mordy, warczą…

Sąsiedzi…? Rany boskie!

– Czekaj, moment, ona mieszka tam, gdzie kiedyś mieszkałaś?

– No pewnie. I teraz już sama. O, na sprzątaczkę, na samotność, jeszcze ojciec żył i Miśka mieszkała w domu, a już narzekała na samotność. A ludzi nie trawi, gości sobie nie życzy…

No tak. Czteropokojowy apartament w przedwojennej willi, mury grube, izolacja akustyczna idealna, sąsiedzi tylko z jednej strony, bo z drugiej ogródek, to któż tam obecnie mieszka? Orkiestra strażacka ćwiczy?

– Córeczki są upragnione – ciągnęła rozdrażniona Lalka. – O, na Miśkę też narzeka, tak blisko, a wcale jej nie ma. Fakt, Miśka się zawsze migała z wielkim talentem, ale ja już mam dosyć. Przyleciałam kiedyś, raban straszny, wyrwałam dzień wolny, w nocy odwalałam robotę…

– Masz nienormowany czas pracy – przypomniałam, usiłując ją pocieszyć.

– Wypchaj się. Wiesz, co to było? Do apteki iść, bo doktór recepty zostawił. Czegoś tam na ciśnienie za dwa dni by jej zabrakło, a katar miała, więc nie mogła wyjść z domu. A jutro przychodziła sprzątaczka. To ja, cholera, z Paryża leciałam, żeby pójść do apteki! Więcej się narwać nie dałam i zbuntowałam się wreszcie, przestałam jeździć do ojczystego kraju. Od pięciu lat już nie jeżdżę, najwyżej raz do roku na dwa dni. I te dwa dni na Akacjowej spędzam. Marcel i Kaśka jadą ze mną z litości, ale nie spędzają, pozwalam im się urywać.

Obejrzałam się za kelnerem i uczyniłam właściwy gest. Marsjanin ustawił wreszcie hondę na chodniku, zdjął z siebie częściowo oprzyrządowanie kosmiczne i okazał się młodziutką i wiotką blondyneczką. Hondę natychmiast obsikał z wielkim zapałem prześliczny dalmatyńczyk, czekający na zielone światło ze swoją panią na smyczy. Pomyślałam, że gdyby to nie była pani, tylko pan, biedny pies zostałby pozbawiony możliwości poddania się naturalnym odruchom wyłącznie z uwagi na blondyneczkę.

– No to taka podła możesz być – zezwoliłam. – Ten rodzaj podłości popieram. Bo rozumiem, że mamusia ma, z czego żyć?

Lalka wzruszyła ramionami.

– Daj nam Boże wszystkim połowę tego, przecież jeszcze po dziadkach zostało.

– A Miśka, co?

– Pyskuje. Niech pyskuje, póki jej dzieci były małe, nic nie mówiłam, ale teraz? A mamusia ma dużą siłę przebicia, da sobie z nią radę. O rany, rozgadałam się, ale wiesz, dobrze mi to zrobiło, pękł we mnie szkodliwy balon. Ty zresztą, o ile wiem, masz w tej kwestii dosyć rewolucyjne poglądy, może, dlatego właśnie na ciebie padło. Zaraz, która to…?

Kelner postawił przed nami nowe kieliszki. Lalka spojrzała na zegarek.

– O, zdążę. Metrem jadę, stąd na miejsce potrzeba mi ośmiu minut. My głupie jesteśmy, trzeba było od razu zamówić całą flachę. Zdaje się, że już dawno słyszałam od ciebie coś o tych samotnych, na których nikt nie czeka…?

– Nienawidzę pijawek – wyjaśniłam bardzo spokojnie i grzecznie, tylko pozornie bez związku. – Obrzydliwe są dla mnie, jako rodzaj fauny…

– Fauny…? – wyraziła niepewność Lalka.

– No, nie flory przecież! Co one są, płazy, gady, insekty? Nie skorupiaki, to pewne.

– Insekty fruwają.

– Zależy, w jakiej postaci. Nawet motyle w charakterze gąsienic pełzają.

– A motyl to insekt?

– Cholera, głowy nie dam. Ogólnie biorąc, owad, tak mi się wydaje. Ale komar…?

– Widziałaś, kiedy gąsienicę komara…?

– Nie, a ty?

– Też nie. Słuchaj, nie jesteśmy przecież pijane? O czym my mówimy?

– O poglądach na charaktery ludzkie – przypomniałam i zdaje się, że zabrzmiało to jakoś jadowicie. – A trzeźwe jesteśmy jak świnie i zaraz to sobie udowodnimy, rozstrzygając kwestię pijawek. Czego one nie mają na pewno? Lalka się spłoszyła.

– O rany, jak w szkole. No, na pewno nie mają nóg. I skorupy, sama mówiłaś.

– Co do narządów wewnętrznych, powątpiewam w istnienie serca…

– Serca, gwarantowane! Wysysają bezlitośnie!

– Miałam na myśli organ jako taki, nie uczucia…

– Uczucia wykluczam stanowczo – uparła się Lalka. – I stanowczo wątpię w mózg!

– Ja wątpię także w wątrobę, nerki, śledzionę i płuca – poparłam ją. – Chociaż płuc nie będę się czepiać, bo i skrzela mi nie pasują. Żołądek, o! Przewód pokarmowy! Wnioskując z tego, jak zmieniają swoje gabaryty i, powiedzmy, figurę… w trakcie ssania, pijawki składają się wyłącznie z przewodu pokarmowego!

– Jak wąż z ogona…?

– Dokładnie.

– Jesteś pewna?

– Widziałam to na własne oczy. Mają przewód pokarmowy i na tym koniec ich stanu posiadania.

– No, kręgosłupa moralnego też bym się po nich nie spodziewała – westchnęła Lalka w nagłej zadumie.

Patrzyłam na nią przez całą sekundę.

– No i widzisz, jaka jesteś nie dość, że trzeźwa, ale i mądra? Przypomniałaś mi, już wiem, co one są. Bezkręgowce. I w dodatku jeszcze chodzi mi po głowie, że płazińce, za płazińce zabić się nie dam, ale nazwa jest dostatecznie obrzydliwa, żeby do nich pasowała. Przyjmijmy płazińce, chcesz?

Lalka zgodziła się chętnie.

– Wracajmy do początku, który, sama sobie się dziwię, doskonale pamiętam. Pijawki są dla ciebie obrzydliwe…

– Jako płazińce. Zarówno ze względu na poczucie estetyki, jak i na efekty bezpośredniego kontaktu z nimi. Sposób egzystencji mają ustabilizowany, pasożyty, bez wysysania drugiego żywego organizmu nie mogą istnieć…

– Ale miało być o ludziach…?

– I właśnie zaczyna być. Do diabła z pijawkami, akurat najwstrętniejsze, ale ogólnie miałam na myśli pasożyty. Przytrafiają się śliczne, na przykład jemioła, nie posłużę się przecież czymś pięknym, żeby wyeksponować negatywny stosunek do tego, nie? Pijawki zrozumie każdy, jemiołę rzadko, kto.

– Przyjmij, że ja jestem rzadko, kto – zaproponowała żywo Lalka.

– Przyjmuję. Otóż generalnie nienawidzę żerowania na niczym… nie tak, na nikim, skoro mówimy o ludziach. Nienawidzę żerujących. Nienawidzę tych wszystkich pustych w środku, którym najłatwiej napełnić się, zapchać cudzym żywym materiałem, znajdującym się pod ręką, łatwo dostępnym. Materiał niech się wysuszy, niech się wyjałowi, niech zdechnie, pasożyt ma to w dupie, jeszcze zgłosi pretensje, że tworzywo zbyt mało zniosło. Natychmiast postara się znaleźć następne. Nienawidzę takich, nie dam tej pijawce nic, niech się zagłodzi, niech sama zdechnie, nie mam w sobie cienia litości, zero, nie mam także litości dla tych współczujących głupów, cepów, kretynów, którzy jej pożywienie podetkną. Szkodliwe elementy, troskliwie hodują pijawkę. Porąbane osły. A ponieważ mowa o ludziach, których biologiczny stan posiadania zdecydowanie pijawkę przewyższa, niech ruszą swoje człowieczeństwo. Niech się przebiją przez swoje śmierdzące lenistwo, upieram się dziko, że pasożytnictwo w dziewięćdziesięciu procentach pochodzi z lenistwa. Niech się powieszą. Ale nawet sznurka im nie dam!

– Zacięta dosyć jesteś – zauważyła Lalka z rosnącym zainteresowaniem. – Skąd ci się to bierze? Znamy się przecież od wieków?

Jednakże wino miało swój wpływ na szczerość.

– Niedostatecznie – westchnęłam. – Otóż, nie zauważyłaś może, ja w sobie miałam pasożytnicze skłonności. Możliwe, że mam nadal. Z tym, że mieszczę się w tych dziesięciu procentach, co nie z lenistwa, a chyba przeciwnie, zawsze chciałam za dużo i chętnie bym wyssała zewsząd pomoc do tego „za dużo”. W skłonnościach połapałam się dosyć wcześnie, niewątpliwie przy pomocy otoczenia, które wcale nie chciało być dojone, a ile wysiłku mnie kosztowało, żeby je pohamować, te skłonności, wyobrazić sobie nie potrafisz. Umęczyłam się jak dzika świnia za pługiem na przednówku, przegięłam pałę, sama pozwoliłam się doić, znów musiałam wprowadzać korekty, jak Boga kocham, katorga i galery. Nie darmo na widok francuskiej tablicy informacyjnej na autostradzie „Travaux”, zwykłe roboty drogowe, we mnie samo się lęgnie „Travaux forces”, ciężkie roboty, wyrok dla galernika. No dobrze, ale skoro ja mogłam dać temu radę, każdy może. Zacięta się zrobiłam, jak wszyscy diabli.

Lalka przez chwilę milczała zamyślona, wpatrzona w seksownie przyodzianą panienkę, konwersującą z facetem w samochodzie o trzy metry od nas. Nie uzgodnili sprawy, facet odjechał, panienka została, zdziwiło mnie to, ładna była. Lalka się ocknęła.

– Ciekawe, w dawnych czasach nigdy tego u ciebie nie zauważyłam, o ile pamiętam, to ja sama nawet kiedyś pasożytnęłam na tobie…

– Iii tam, takie pasożytnictwo! Przyjemność mi sprawiło.

– No rzeczywiście, ciemno, wicher, deszcz ze śniegiem… No nic, rozumiem. Z oporem dochodzę do wniosku, że chyba masz rację.

Zaciekawiła mnie.

– Dlaczego z oporem?

– Bo gdybyś miała rację, sprawiłoby mi to zbyt wielką przyjemność. Więc muszę brać pod uwagę, że zgadzam się z tobą nie na rozum, tylko dla przyjemności. Mylące, nie?

Zastanowiłam się, co będzie po kolejnym kieliszku wina. Mnie nic, do hotelu mam parę kroków, ale Lalka…? Metrem, niemożliwe jest nie trafić metrem, robotę odwaliła, ekipę wykonawczą ma stałą i godną zaufania, o szesnastej kontrolowała stan pomieszczenia, teraz powinna już tylko przyjmować zachwyty i gratulacje, a w razie jakichś głupkowatych zastrzeżeń, wino pomoże jej zachować pogodę ducha. Ale gdyby, co…? O kurczę, wszystko musi być gotowe na ósmą rano, noc roboty… Dam jej może odtrutkę, mam przy sobie…

– Szlag niech trafi te kieliszki – powiedziała Lalka z nagłą energią. – Gdzie kelner? Monsieur, toute la bouteille, s'il vous plait… Nawet, jeśli się spóźnię cały kwadrans, nie szkodzi, niech sobie w spokoju pooglądają, a do kwadransa jeszcze daleko. Popatrz, na ile lat zdarzyło się nam raz spokojnie pogadać? Ty naprawdę musisz jutro jechać?

– Może nie muszę, ale powinnam, inaczej nawalę łańcuchem paru osobom. A i tak lecę jednym ciągiem. Wszędzie kolejno wszyscy na mnie czekają, poumawiani, może się nic nie przytrafić, a mogę dziewczynie zniszczyć karierę. Głupio trochę, nie lubię nawalać.

– Szkoda. Ale i tak…

Kelner radośnie otworzył nam butelkę tego samego wina. Obie znałyśmy podstawową zasadę: nie mieszać! Jak Sauvignon Blanc, to Sauvignon Blanc, w dodatku z tego samego roku, dobra, niech da jeszcze trochę serka, obiad… Chyba to był obiad…? Jadłyśmy, nie pijemy na głodno.

– Duch bojowy we mnie wstąpił – oznajmiła Lalka. – Ale chciałam powiedzieć, że i tak głupoty mówię, jutro już ruszam nowe zlecenie i na rozmowę z tobą miałabym czas najwcześniej pojutrze wieczorem, ty jesteś na wakacjach, a ja w pracy.

– Znam ten ból – mruknęłam niechętnie, wspominając lata niedosypiania.

– No i właśnie, też do bani. Co tu będziemy sobie szklić, przecież obie wiemy, że chodzi o moją matkę, nie? Klasyczna pijawka w odwrotną stronę.

Miło jest czasem rozmawiać z osobą, która rozumie każdą przenośnię, każdy skrót myślowy, której nie trzeba niczego tłumaczyć jak sołtys krowie na miedzy. Miło jest także czuć cudze zaufanie.

Lalka nie miała najmniejszych wątpliwości, że zrozumiem. Pijawka ssie. Ale może też mniej ssać, a więcej wpuszczać jadu, jak meszka, wstrzykuje ten jad i wstrzykuje, aż w końcu człowiekowi trucizna zaszkodzi nieodwracalnie. Znałam doskonale oba rodzaje szkodnictwa i, nie wiadomo skąd, ona wiedziała, że znam.

– Zgadza się – potwierdziłam. – Ale to przypadek prosty i powszechnie, można powiedzieć, stosowany. Ja zaś miałam na myśli szerszy wachlarz, matka – dziecko, żona – mąż, siostra – brat, dwie siostry, jasne jak słońce, kliniczne przykłady. Gorzej, jeśli to wychodzi poza sferę rodzinnych uczuć i związków, a włazi na pracę zawodową. Do uchwycenia trudniejsze, do ukrócenia tym bardziej.

Lalka złapała w mgnieniu oka, ale jeszcze nie oderwała się od własnych problemów.

– W zawodowej uczucia nie brużdżą – zastrzegła się. – Nie musisz kochać wspólnika, dyrektora, prezesa, pomocnika i całej reszty. A tu, sama widzisz, jeśli osoba nie przegryzie ci gardła, będzie nieszczęśliwa, a ty byś osobie…

– Krzywdę ciężką wyrządziła – przerwałam bezlitośnie. – Chłopczyk zatłukł młotkiem kotka. Z zapałem. A potem chłopczyka trzeba było leczyć, bo po stracie kotka wpadł w te tam różne psychiczne. Ale gdybyś gnojowi odebrała młotek i jeszcze zdrowo strzeliła go w tyłek, ryczałby przeraźliwie i byłby taaaaki okroooopnie nieszczęęęęśliwyyyy…

– Ale dzieci my wychowujemy! – wrzasnęła zdenerwowana Lalka. – A rodziców nie!

– I dlatego odczepmy się od odpowiedzialności za nich. Dajmy im tyle, ile zdołamy, dajmy im wszystko, z wyjątkiem nas samych. Jeśli chcą nas zeżreć, trudno, musimy uciekać, tak jak dzikie lwie szczenię przed głodną mamusią. Albo tatusiem. A jeśli już ci się uda upolować antylopę, proszę bardzo, przywlecz ją mamusi, niech sobie zeżre. Antylopę, nie ciebie. Przeciwko sobie mówię, bo lubię antylopy. Ale mamusia, tatuś, to jedno, a obcy człowiek to drugie, obcy człowiek ani cię nie urodził, ani nie wychował, ani nie wykarmił, ani nie kocha. I ty jego też nie musisz. Jednak próbuje żerować na tobie, jakie tam próbuje, żeruje! Ty wymyśliłaś, a on zeżarł. Jeśli mu zaszkodzi, to sama przyjemność, ale, niestety, nie zawsze szkodzi.

– Wyraźnie widzę, że masz konkret na myśli – zainteresowała się Lalka, nagle uspokojona i opanowana. – Dobra, przyjęłam to rodzinne i postanowiłam się z tobą zgodzić, ulżyło mi na sumieniu. Co z tymi obcymi ludźmi? Gdzie sedno?

– W Ewie Marsz.

Teraz Lalka czekała na dalszy ciąg, patrząc na mnie pytająco, z kieliszkiem wina przy ustach. Spróbowałam uporządkować myśli i dokonać jakiegoś skrótu, bo było tego strasznie dużo.

– Ewa Marsz stanowi symbol i kwintesencję, nie tkwi w tym sama, tłok dookoła niej jak w tramwaju w godzinach szczytu. To ona napisała książkę, nie? Wymyśliła ją, wyjęła ją z siebie, miała jakąś myśl, przekazała jakiś obraz. W każdym razie z całą pewnością chciała przekazać. W jej myśl wessał się pasożyt w postaci buca niedomytego, reżysera, wycmoktał ją, wyćlamał, doprawił ulubionymi przyprawami, zapchał się, nic nie zrozumiał, przetrawił wszystko niedokładnie i wysrał.

Lalka kiwnęła głową tak gwałtownie, że puknęła nosem w kieliszek i napiła się wreszcie tego wina.

– Wnioskując z tego, co widziałam, wymieniony przez ciebie produkt końcowy w pełni odpowiada jakości dzieła. Ale dlaczego reżyser? Może to scenarzysta?

– Nic z tych rzeczy. Za dużo spotykałam znakomitych scenariuszy, idealnie spaskudzonych przez reżyserów. I nie mnie dotyczyły, żeby nie było nieporozumień, nie ja osobiście zostałam pogryziona, Sienkiewicz się w grobie przewraca, Kraszewski, Reymont, Prus, Dickens, Dumas się już w ogóle chyba rozkopał, że nie wspomnę o żyjących…!

– Od żyjących trudno wymagać, żeby się przewracali w grobie – zauważyła Lalka trzeźwo. – Ale samobójstwo by mnie nie zdziwiło.

– Mnie też nie, bo to potem straszny wstyd, wszystko się wali na autora. I nie scenarzysta, zwracam ci uwagę, decyduje o obsadzie aktorskiej, tylko reżyser, cała książka, na przykład, oparta jest na tłustej blondynce i z jej urody całość akcji wynika, a na ekranie widzisz chudą brunetkę i nic ci się nie zgadza. Bo on, ten bydlak, nie znosi tłustych blondynek, a uwielbia chude brunetki!

Lalka kiwała głową z nadludzką regularnością i wyraźną aprobatą. Weszła w temat aktywnie, przypominając sobie i mnie wszystkie znane, lubiane i śmiertelnie spaskudzone utwory, przeniesione na ekran zgodnie z poglądami reżysera i sprzecznie z zamierzeniami autora. Czas się kurczył bez naszej wiedzy.

Obok wiotkiej blondyneczki przy hondzie pojawił się nagle znacznie solidniejszy od niej młodzieniec, również w stroju kosmicznym i z hełmem w ręku. Blondynka rzuciła się na niego, waląc go pięściami w klatkę piersiową. Zwątpiłam, czy jest to objaw gorącej miłości, szczególnie, że dobiegły nas fragmenty czułych słów, a glos miała przenikliwy, przebijający nawet hałas uliczny. Obdarzyła go mianem łajdaka, imbecyla, kretyna i czegoś jeszcze, co już zostało zagłuszone silnikami. Uczyniłam przypuszczenie, że spóźnił się skandalicznie na spotkanie, wystawił ją rufą do wiatru i zmusił do wysiłków przy parkowaniu motoru, ciężkiego jak diabli.

Lalka się nagle ocknęła.

– O rany boskie, ostatnia chwila, ten kwadrans mi się kończy! Lecę. O samotności, którą też potępiasz, pogadamy następnym razem. Zostawić ci jakieś pieniądze?

– Puknij się. Jeszcze mnie stać na butelkę wina. Poleciała. Zostałam nad ostatnim kieliszkiem z myślą o Ewie Marsz.

Przed północą zdążyłam jeszcze zadzwonić do Lalki na komórkę.

– Słuchaj, bardzo cię przepraszam, przypomniałam sobie. One są pierścienice, te pijawki, a nie płazińce. Ale z punktu widzenia obrzydliwości płazińce mi bardziej pasują, więc nie musisz w umyśle korygować…


* * *

Ilekroć ostatnimi laty wracałam z dłuższego wojażu, natychmiast nadziewałam się na wydarzenia dość mocno wstrząsające, rozmaitego gatunku. Czekały już na mnie informacje, od których włos się na głowie jeżył, ręce opadały, a pod ciemieniem ruszała karuzela. Albo odwrotnie, pojawiała się próżnia kosmiczna, z której należało wydłubać błyskawiczne decyzje.

A swoją drogą ciekawe, czy z próżni kosmicznej można w ogóle cokolwiek wydłubać…?

Tym razem radosna wieść dopadła mnie, zanim jeszcze zdążyłam dotrzeć do własnej bramy.

Ze cztery kilometry mi brakowało i musiałam zjechać z udającej autostradę ulicy, bo zasłyszane informacje okazały się zbyt sensacyjne, żeby potraktować je lekceważąco. Z komórką przy uchu zatrzymałam się na jakimś podjeździe do cudzego domu.

– Niech pan to powie jeszcze raz, panie Tadeuszu – poprosiłam mojego agenta. – Ta parcela przy Kabatach…?

– Właśnie ta, przy której pani się…

– Awanturowała – podsunęłam niecierpliwie, bo pan Tadeusz najwyraźniej szukał jakiegoś eleganckiego słowa.

– Awanturowała, powiedzmy. Jest, to znaczy będzie, do sprzedania, to znaczy do kupienia i jeśli pani rzeczywiście ją chce, trzeba natychmiast zastrzec prawo pierwokupu i zadatkować. Nie mogłem wcześniej zadzwonić, to wyskoczyło w ostatniej chwili, myślałem, że pani już jest…

– Jestem, dojeżdżam do domu. Po czemu ona?

– No właśnie, na tym przecież polega okazja. Po trzydzieści dolarów za metr.

– Ile…?!

– Trzydzieści dolarów…

– Ona nie odrolniona? – spytałam podejrzliwie.

– Odrolniona. W tym rzecz. Bo znów może wejść w grę przedawnienie, te przepisy zmieniają się, co chwila, nie zdążyłem się upewnić w kwestii terminu, ale trzeba sprawdzić natychmiast i stąd pośpiech…

– Dlaczego tak tanio?

– Sprzedaje córka i chce się tego natychmiast pozbyć, tam jakieś małżeńskie rozliczenia wchodzą w grę, a ja przypadkiem mam kontakt i mogę być pierwszy w kolejce, a pani przecież chciała…

– Zaraz. Przeszło dwa tysiące pięćset metrów po trzydzieści dolarów, trzy razy dwa i pół… Panie Tadeuszu, nie mam tyle! Zejdę poniżej zera, nie chcę brać żadnych kredytów…

– Ależ nie, nie trzeba! Tylko zadatek dla zapewnienia prawa pierwokupu, dwadzieścia tysięcy złotych wystarczy, ale to musi być załatwione jeszcze dziś, jutro będzie za późno! Banki są czynne do dwudziestej…

Oszołomiona nieco komunikatem, spróbowałam zebrać myśli. W niezwykłej transakcji węszyłam jakiś straszliwy kant, na omawianym terenie parcele budowlane kształtowały się w granicach stu dolarów za metr, a nie trzydziestu, ta akurat działka była moim marzeniem, no dobrze, najwyżej stracę dwadzieścia tysięcy, kto nie ryzykuje, ten nie je, ale gdzie tu siedzi ten haczyk, na który za chwilę dam się złapać…?

– Zaraz, panie Tadeuszu, chwileczkę. Przelew mogę załatwić z domu, będę tam za osiem minut, od pana chcę numer konta, ale, o co tu chodzi z tą taniością? Obwodnica jest przewidziana? Wykryli pod spodem promieniowanie radioaktywne? Na bagnie to leży?

– Ależ nie, mówię przecież, sprzedaje córka ofiary…

– No to, co, że córka ofiary! I w ogóle, jaka córka i jakiej ofiary?!

– Córka Wajchenmanna. Jak to, pani nic nie wie? Wajchenmann nie żyje, został zamordowany!

– Co takiego…?

– No mówię, nie żyje, jak pani może o tym nie wiedzieć, szum się dopiero zaczyna, ale telewizja już napomykała, i radio, na razie bez szczegółów, ja przypadkiem wiem więcej, ale jak to mogło pani umknąć?

– Nie oglądałam telewizji – bąknęłam słabo i zamurowało mnie doszczętnie. A zarazem w zakamarkach organizmu wybuchła euforia i pienia anielskie zagrzmiały z mocą spiżowych trąb.

Wajchenmann nie żyje, niemożliwe, to zbyt piękne, żeby mogło być prawdą. Zamordowany! A cóż za jakiś Robin Hood go trzasnął, Janosik, Zorro, Szkarłatny Kwiat, jaka tam jeszcze szlachetna postać po historii się plącze…? Jeśli zwykły bandzior, niech mu będzie na zdrowie, kocham bandziora! Nigdy więcej ten łajdak, ten bufon, ten kretyn nadęty, niedorobiony wieszcz, buc porąbany i bezczelny, megalomański zbuk, wredny karierowicz i pluskwa, barbarzyńca i wandal, nie spaskudzi nikomu niczego! Nigdy więcej nikogo nie okradnie, nigdy więcej nie przywłaszczy sobie cudzego wysiłku, natchnienia, osiągnięcia, nigdy już nie dostanie niczego, co mu się należy jak mnie korona hiszpańska…!!!

Nawet się nie zdążyłam zastanowić, dlaczego akurat hiszpańska i mignęło mi zaledwie, że właściwszym porównaniem byłby chyba Nobel za moje osiągnięcia w fizyce, z którą nie mam kompletnie nic wspólnego, bo z domu obok wyszedł człowiek i łypiąc w moim kierunku złym okiem, zaczął otwierać bramę. Stałam metr od niej. W eksplozji szczęścia kochałam także człowieka razem z jego bramą. Macając na oślep, otworzyłam lewe okno, bez sensu, człowieka miałam z prawej, w nerwach zablokowałam wszystko, odblokowałam pośpiesznie, otworzyłam prawe tylne, też źle, lewe tylne, łaska boska, że więcej okien do otwierania już nie miałam, trafiłam wreszcie na prawe przednie. Przechyliłam się w prawo.

– Bardzo pana przepraszam, już odjeżdżam!

– Tam dalej też jest droga – poinformował mnie nieco jadowicie.

– Dziękuję bardzo! – wyrwało mi się z wielkim uczuciem. – Wszystkiego najlepszego!

– Słucham? – zdziwił się w telefonie pan Tadeusz. – No, ja rozumiem, ale to nie moja zasługa…

– Nie, to nie do pana, sekundę, ręka mi potrzebna…

Odjechałam, zatrzymałam się kawałek za domem, pozamykałam okna. Odetchnęłam głęboko.

– Niech pan to powie jeszcze raz – poprosiłam – bo może ja mam takie jakieś majaczenia.

– Nic pani nie ma, Wajchenmann nie żyje, został zabity, rozumiem, że o to chodzi…

– Kiedy? Gdzie? Jak? Przez kogo?! Wszystko o tym cudownym wydarzeniu!!!

– To chyba nie w tej chwili, długo by gadać. Wczoraj wieczorem… Jego córka… O, właśnie, to jest pilniejsze, bierze pani tę działkę czy nie?

– Ależ biorę! Wszystko biorę! Nic z tego nie rozumiem, ale nie szkodzi! Gdzie pan jest?!

– Na mieście. Potwierdzę tylko, że pani bierze i zaraz do pani jadę z umową, jeszcze pani zdąży zrobić przelew…

– To już! Za dziesięć minut będę u siebie!


* * *

Parcela pod Lasem Kabackim wpadła mi w oko już dawno i koniecznie chciałam ją kupić. Realizacja chęci napotykała jakieś tajemnicze trudności, tak potężne, że przez długi czas nie zdołałam się nawet dowiedzieć, do kogo ów grunt należy. Brakowało mi siły na sprężystą akcję, poza tym głupia sytuacja denerwowała mnie nieziemsko, w rezultacie zwaliłam całą sprawę na pana Tadeusza, który tuż przed moim wyjazdem zdołał wydoić skądś komunikat, iż jest to własność prywatna jakiejś ważnej osoby, która o sprzedaży na razie nie myśli, aczkolwiek budować się też nie zamierza. Sprecyzował ważną osobę, Wajchenmann, no, jemu pieniędzy z pewnością nie brakowało i niczego sprzedawać nie musiał. Nadzieje mi nieco sklęsły, ale nie zdechły całkiem i proszę, okazało się nagle, że słusznie ostatnim wysiłkiem utrzymały się przy życiu. Cena tylko wydawała się nie do pojęcia.

W obliczu drugiej wieści wymarzony teren zszedł na dalekie tyły.

Manipulacje papierowe przetrzymałam z roziskrzonym wzrokiem i zaciśniętymi zębami, dokonałam przelewu na konto całkowicie mi obcej osoby, o której nie wiedziałam nawet, że istnieje, bo stan rodzinny Wajchenmanna był mi dokładnie obcy, podpisałam się na czymś, nie wnikając w treść dokumentu. Całym jestestwem oczekiwałam deseru w postaci szczegółowych informacji o przepchnięciu podleca na lepszy świat, parcela poszła w zapomnienie.

Wiedza pana Tadeusza na temat cudownego wydarzenia wydawała się, niestety, jakby nieco wybrakowana. Pochodziła z krótkiej wzmianeczki mediów i odrobiny plotek.

– Nie zdążyłem pogadać więcej i dowiedzieć się czegoś, bardzo przepraszam – usprawiedliwił się pan Tadeusz gorąco – bo od rana zajęty byłem załatwianiem tej działki. Pani rozumie chyba, że to jest tylko zabezpieczenie, i tak zakupu nie da się sfinalizować, dopóki nie uprawomocni się testament, w zasadzie dziedziczy córka, ale tam są legaty dla byłych żon i zabezpieczenie roszczeń wspólników…

– Do diabła z córką, żoną i wspólnikami! O zabójstwie chcę! Zaraz… – zainteresowałam się nagle. – Wczoraj go trzasnęli? To skąd już dziś wiadomo, tak szybko, co zawiera testament? Otworzyli go nad trupem?

– A nie, skąd, ale już dawno było wiadomo… no, parę miesięcy, on sam ujawnił treść kilku osobom, w wyniku jakiejś wzajemnej kłótni nastąpiła taka scena… Wyciągnął i pokazał kopię, tę kopię wszyscy obecni czytali, no, a dalej już poszło. Rozeszło się. Nie zmienił później ostatniej woli.

– W każdej chwili mógł złapać kawałek papieru i napisać: „Wszystko żonie” – mruknęłam z powątpiewaniem. – Na świadków upolował dwie osoby z ulicy…

– Nie, zainteresowani pilnowali go. Nic takiego nie nastąpiło, poza tym on nie miał aktualnej żony, z ostatnią się rozwiódł, a córce w każdym wypadku zachowek się należy…

– No dobrze, pies trącał testament, jak było ze zbrodnią? Kiedy, gdzie, jak, kto go znalazł? Detale proszę!

– No właśnie, detali mało. Wczoraj córka do niego dzwoniła, nie odbierał, komórki wyłączone, a wiedziała, że powinien być w domu, zdenerwowała się i pojechała. Zdaje się zresztą, że była na mieście i miała go po drodze, więc wstąpiła. Willa pusta, wszystko otwarte, a on leżał w drzwiach do ogrodu. Zastrzelony. Wezwała pogotowie, a pogotowie wezwało policję. Dziennikarze nie zdążyli, za późno dostali wiadomość, telewizja nie zdążyła tym bardziej i stąd takie skąpe informacje. Więcej niestety nie wiem, tyle się dowiedziałem od córki, bo ją znam, kiedyś byliśmy zaprzyjaźnieni…

Skrzywiłam się okropnie.

– Od córki, od córki… Zawracanie głowy. W środowisku, co się gada, chcę wiedzieć! Niech skisnę, jeśli nie wymyślili już ze dwudziestu podejrzanych, nie ja jedna mu z serca nagłej śmierci życzyłam! Pan zna tych ludzi prywatnie, siedzi pan wśród nich…

– Ja znam raczej dziennikarzy, nie filmowców – zakłopotał się pan Tadeusz. – Z telewizją nie mam…

– Z radiem pan ma! Radio też się cieszy!

Do radia pan Tadeusz nie mógł się nie przyznać. Zaczął coś mówić, przez chwilę nie słuchałam, bo uświadomiłam sobie, że myśl mi lata przerażająco chaotycznie, sama sobie robię śmietnik pod ciemieniem. Pan Tadeusz może być przecież bezcennym źródłem informacji, skoro zna osobiście córkę ofiary, kiedyś się z nią przyjaźnił, jasne, że rozmiary przyjaźni ukryje za wszelką cenę, jako dżentelmen słowa nie piśnie, ale cokolwiek wie, z pewnością od niej! Córka musi wiedzieć więcej, ma prawo być zorientowana na bieżąco. W dodatku bez żartów, coś podpisałam, zrobiłam przelew, niech ja mam pewność, że mienie po ojcu należy do niej i nie szastamy się nim bezprawnie…

Przerwałam panu Tadeuszowi, który chwilowo wpuszczał mnie w maliny, w dodatku krętymi ścieżkami. O, żadne takie, wydarzenie jest zbyt piękne, żeby je zaniedbać!

– Zaraz, panie Tadeuszu, moment. Nie udawajmy idiotów. Nawet nie wiedziałam, że Wajchenmann miał córkę, ona się jakoś nie eksponowała…

– Istotnie, żyła w cieniu, po większej części za granicą, tam nie było bliskich więzi rodzinnych…

– Rozumiem, nie lubili się z tatusiem… Zaraz, a mamusia gdzie? Sam jej sobie chyba nie urodził?

– Dawno nie żyje. To była pierwsza żona.

– A córka jedna? Nie miał więcej potomków?

– Nie miał. Następne związki…

– Czort bierz następne związki, córka ważna. Pan ją znał osobiście, mnie to nie robi różnicy, mógł pan mieć z nią sześcioro dzieci…

– Nie miałem! – krzyknął strasznie pan Tadeusz.

– Nie to nie, mnie nie zależy. Ale znajomość pozostała, co wyraźnie wynika z tego prawa pierwokupu, nienawiści ona do pana żywić nie może, chyba, że ta impreza jest jakimś straszliwym kantem…?

Wpatrzyłam się w pana Tadeusza wzrokiem podejrzliwej Meduzy. Nie przestraszył się wcale.

– Nie jest, mówiłem pani, testament…

– E tam. Sam pan mówił, nikogo w domu nie było, więcej razy tak mogło nikogo nie być, a taki świstek, wszystko dla żony… syna, córki, bezpańskich psów… no, w tym wypadku córki, bo i tak dla niej zachowek… razem z łapaniem świadków pięciu minut wymaga…

Pan Tadeusz zachował przytomność umysłu.

– To nie u nas – rzekł z naciskiem. – Taki świstek zostałby natychmiast podważony, tam w grę wchodzą pieniądze producenta, instytucji, odszkodowania za zerwane umowy, mnóstwo utrudnień, ciągnęłoby się latami…

Miał rację. Nawet w przyzwoicie ucywilizowanym kraju, gdzie system prawny istnieje dla ludzi, a nie dla oszustów, taki strzęp marginesu gazety spowodowałby istne trzęsienie ziemi. Główny spadkobierca, podatek, roszczenia uboczne, długi, napoczęte umowy, trwałoby to do uśmiechniętej śmierci i najlepszym wyjściem dla nieszczęsnego głównego spadkobiercy byłoby skrócić katusze i utopić się od razu.

Kiwnęłam głową, czymś postanowiłam się wzmocnić. Normalnie po powrocie do domu wystarczyłaby mi świeżo zaparzona herbata, ale zastana sytuacja wymagała czegoś więcej. Właściwie szampan aż się prosił, ale Wajchenmann na szampana w najmniejszym stopniu nie zasługiwał, wino…? Te korki trzeba wyciągać… Piwo nie, zwyczajny ludzki napój… Koniak!

Zdecydowałam się na koniak, ponieważ nie lubię koniaku. Nigdy nie lubiłam, zawsze traktowałam go jak rodzaj lekarstwa, bardzo dobrze, koniak mi do Wajchenmanna pasował. Wyciągnęłam flachę i kieliszki, pan Tadeusz skoczył do kuchni po wodę mineralną, usiedliśmy wreszcie w salonie.

– A tego testamentu dopilnowano – kontynuował pan Tadeusz w trakcie starań o zaopatrzenie. – Tam były legaty, w tym solidny legat dla wieloletniej gosposi… I dom rzadko bywał pusty, prawie nigdy, on przecież… no… mimo wieku… lubił towarzystwo…

Zlekceważyłam upodobania obrzydliwca.

– A co w ogóle robił tego dnia? Gdzie był? Z kim? Ta córka to wie? Ona w ogóle razem z nim mieszka? Do niego przyjeżdża?

– Ależ nie, skąd! Oddzielnie, a przeważnie wcale jej nie ma. I wie tylko, że miał być w domu od wczesnego popołudnia, tak się z nią umówił, ale, z kim jeszcze się umówił, nie wiadomo. I gdzie się podziała gosposia, też nie wiadomo. Aż do przyjazdu lekarza i policji nie było nikogo, tylko córka…

– O której go rąbnęli?

– Na razie nie wiem, córka też nie wiedziała, ale chyba późnym popołudniem.

– Lekarz musiał coś powiedzieć!

– No, więc właśnie, powiedział z zastrzeżeniami i niepewnie, że między piątą a szóstą, to znaczy osiemnastą…

Zastanawiałam się przez chwilę.

– Panie Tadeuszu, kontakt z tą córką pan przecież utrzymuje. Skoro ona dziedziczy, padną na nią podejrzenia, to pewne. Ma ona może jakiegoś męża?

– Ma, ale on siedzi w Stanach…

– Nie szkodzi. Mógł ją namówić, żeby kropnęła tatusia dla spadku…

– Ale co też pani…! – żachnął się gwałtownie pan Tadeusz. – Wykluczone, to bogaci ludzie! Poza tym tam są jakieś kontrowersje… chociaż nie, to raczej z pierwszym mężem… I ona ma niezachwiane alibi, przed wizytą u ojca cały czas była między ludźmi, najpierw w zakładzie kosmetycznym, potem jadła obiad z kostiumologiem teatralnym, potem w takim magazynie garderoby na Sadybie, też z kilkoma osobami, załatwiała sprawy, ona jest właśnie kostiumologiem, jej mąż…

Nader interesujące były te matrymonialne komplikacje, ale nie miałam teraz do nich głowy.

– Bierz diabli męża. Przyjechał z nią?

– Ależ nie, siedzi w Stanach! To scenograf. I prosto z Sadyby pojechała do ojca, dzwoniła do niego ustawicznie, to już była prawie ósma wieczorem…

– No to córkę mamy z głowy, męża też. Niech pan się dowie od niej, co się stało z gosposią, to po pierwsze, a po drugie, z kim Wajchenmann ostatnio się kłócił, z kim bezpośrednio współpracował, kto miał jakieś prywatne pretensje… Długo ona tu jest?

– Wszystkiego raptem dwa tygodnie. Może nie wiedzieć…

– Nie szkodzi. Może wie o czymś z dawniejszych czasów. A, jeszcze trzecie! Co tak naprawdę zastała w domu, weszła chyba i popatrzyła, nie? Ślady jakiejś wizyty, czegoś brak, nie musiało być kosztowne, bałagan w papierach, cokolwiek. Prywatnie panu powie…

Szczerze mówiąc, bez przekonania pytałam, z góry nie wierzyłam w rozszalałą chciwość córki, kochała tatusia czy nie, od niekochania do ordynarnej zbrodni dosyć daleko, ale mogła coś wiedzieć na tematy bliższe mojej duszy i wyjawić jakiś kluczowy sekret. Nigdy nic nie wiadomo, kłaniał mi się wszelki wypadek.

Pan Tadeusz niezdecydowanie kiwał głową. Znęcałabym się nad nim dłużej, zaświtała mi jednakże myśl, że uwolniony ode mnie, zdoła uzyskać więcej wiedzy jeszcze dziś i jutro tę wiedzę z niego wydrę. Wypuściłam go z pazurów.

Ledwo wyszedł, zaczęły się telefony.

Komórki oczywiście, nikt, bowiem nie wiedział, że już wróciłam, w dodatku jedną komórkę, tę o łatwiejszym numerze, miałam przez pomyłkę wyłączoną, a nie mogłam jej włączyć, ponieważ nie pamiętałam tego jakiegoś idiotycznego numeru PIN i włączyłam ją dopiero w domu, przed chwilą, znalazłszy numer w wygrzebanym z dna walizki notesie. Wrócić zaś miałam najwcześniej jutro, a może nawet pojutrze. Pan Tadeusz znał oba moje numery i dzięki temu mnie dopadł.

Pierwsza była Martusia.

– Słuchaj, słyszałaś już? Gdzie jesteś? Ten barbarzyńca nie żyje, wyobrażasz sobie, ktoś go załatwił, nie do wiary, coś cudownego, tłumy szaleją, nikt nic nie wie…!

Małgosia:

– Słuchaj, ledwo do domu weszłam, Witek mówi, że Wajchenmanna ktoś kropnął…!

Julita:

– Gdzie ty jesteś, wracaj natychmiast, sensacja! Podobno ktoś zamordował Wajchenmana, co za szczęście, że to nie ty…!

Magda:

– Joanna? Podobno wyjechałaś, może jeszcze nie wiesz, Wajchenmann nie żyje, zamordowany! Mam nadzieję, że nie zleciłaś nikomu…?

Niejaki Adam Ostrowski, dziennikarz:

– Ostrowski z tej strony, pani Joanno, z zamordowaniem Wajchenmanna nie ma pani chyba nic wspólnego…? Może zbyt szczerze pani się wypowiadała, bo jakoś wszystkim pani się na myśl nasuwa… Tadzio:

– Pani Joanno, co jest? Słyszała pani o tym? Agnieszka mnie podpuszcza, żeby panią zapytać, to chyba nie pani rąbnęła tego Wajchenmanna…? Nic nie wiemy, ale sensacja wszędzie!

Paweł:

– Joanna? Cześć! Zdaje się, że twoja ulubiona postać z tego świata zeszła? Gdyby ci było potrzebne jakieś alibi, to my chętnie…

Nie czułam się zaskoczona, z góry wiedziałam, że będę pierwszą podejrzaną. Może i rzeczywiście nie należało do tego stopnia gębą kłapać publicznie…? Z drugiej strony nie szkodzi, jeśli na mnie padnie, prawdziwemu sprawcy ujdzie na sucho i niech w zdrowiu kwitnie! Może rozpęd weźmie i na tym jednym szlachetnym czynie nie poprzestanie…?

Tak mi się jakoś pomyślało w złą godzinę…

Wajchenmann Wajchemannem, jadowita uciecha jadowitą uciechą, a obowiązki obowiązkami. Poszukiwania lektury dla Lalki zaczęłam prawie od rana, najpierw przez telefon.

W znajomej księgarni książek Ewy Marsz chwilowo zabrakło. Owszem, dwie ostatnie były do niedawna, ale właśnie poszły, dopiero co, z hurtowni nie pobiorą, bo też ich tam nie ma. W znajomym antykwariacie w ogóle nigdy ich nie mieli, bo Ewy Marsz nikt się tak łatwo nie wyzbywał. Znajomy dystrybutor obiecał się dowiedzieć. W nieznajomych księgarniach czwarta kolejna książka utrzymywała się dłużej, ale już jej nie ma i w ogóle Ewy Marsz nie ma. Owszem, ludzie się pytają i oni sami się dziwią, bo w takiej sytuacji wydawnictwo powinno chyba zrobić dodruk.

Dopiero teraz zainteresowałam się, kto właściwie Ewę Marsz wydawał, dotychczas nie zwracałam na to uwagi. Złapałam dostępną mi książkę, znalazłam stopkę wydawniczą.

Coś podobnego, „Gratis”! Współpracowałam z nimi kiedyś, bardzo sympatyczni i równie bezwzględni, prawdziwi ludzie interesu, nacięli mnie na ładne pieniądze, co im przyszło z największą łatwością. Więcej w tym było mojej głupoty niż ich starań i talentu, ale można mniemać, że i Ewę Marsz załatwiają koncertowo. Chociaż może ona rozumniejsza ode mnie…? W każdym razie jej książki powinni mieć, a ja powinnam mieć u nich chody, wynikłe z dawnych układów. Z pewnością woleliby mnie nie rozdrażniać…

Zadzwoniłam, umówiłam się, porzuciłam telefon, pojechałam.

No owszem, jeszcze mieli, ale, ach, to absolutnie ostatnie egzemplarze, spod serca wyjęte, z dna magazynu wygrzebane, w drodze wyjątku, tylko dla mnie! Prawie płacząc, wręczyli mi cztery książki, co najmniej tak, jakbym z nich żywcem wyrywała wątroby i śledziony na części zamienne.

Rozzłościłam się.

– To, dlaczego, do diabła, panowie nie zrobią drugiego wydania albo, chociaż dodruku?

Zmieszali się obaj zgoła niewspółmiernie, pytanie w końcu nie było intymne i nieprzyzwoite, nie zahaczało o żaden przekręt, zwykła czynność natury zawodowej. Łypnęli na siebie wzajemnie okiem, łudząc się zapewne, że nieznacznie.

– No, wie pani, to nie zawsze takie proste… Dystrybutorzy…

– Co dystrybutorzy? Z kim panowie mają do czynienia? Wasi dystrybutorzy są głusi, niedorozwinięci? Zboczeńcy w wojnie z księgarzami? Z całym społeczeństwem?

– No jak to, sama pani wie, niesolidni…

– Ściągnąć należności… Finansowo same straty! Udało mi się nie powiedzieć ani słowa na temat tych strat, których niegdyś podobno i ja przyczyniałam, ratując przed bankructwem wydawnictwo i drukarnię, co wyszło na jaw znacznie później. Zależało mi w tej chwili na Ewie Marsz, a nie na sobie.

– Niech ich panowie zmienią na innych – poradziłam złośliwie. – Ewę Marsz każdy chętnie złapie, a to przecież wasza autorka!

I tu chyba dziabnęłam w czułe miejsce.

– Niezupełnie… Są pewne komplikacje z umowami… Na dodruk też trzeba… Autor… Sfinansować… Reklama…

Wyduszali z siebie te głupie słowa na zmianę i widać było, że najchętniej wyrzuciliby mnie za drzwi, ale jakoś im nie wypadało. Na wszelki wypadek usiadłam na torbie z czterema zdobytymi książkami. Zaczynałam odgadywać sedno rzeczy, nie mieli umowy z Ewą, ciekawe, kto zerwał, ona czy oni? Może przesadzili z wyzyskiem, ona się połapała, odmówiła podpisu, a im teraz głupio przyznać się do zdrożnych chęci i wystąpić z dwa razy lepszą ofertą, niezbitym dowodem, że przedtem ją kantowali. Mogłaby zażądać odszkodowania, wyrównania wstecznie czy czegoś w tym rodzaju.

– No dobrze, a nowa książka? – spytałam podstępnie. – Strasznie dawno nic nie było. Dlaczego Ewa Marsz nie pisze?

– To pani nie wie…? – wyrwało się jednemu.

– Ależ pisze, kto powiedział, że nie? – zagłuszył go natychmiast drugi. – Na razie nie dostarcza, ma jakieś swoje zahamowania, każdy autor miewa takie chwile… no, trudności. Trzeba przeczekać.

Podejrzane. W oczy się rzucało, że kręcą. Naknocili z tą Ewą i zrobili supeł nie do rozwiązania, może idą na przetrzymanie, kto tu, kogo. Zaraz, ale autor ma pełnię swobody, prawo do zerwania umowy z odpowiednim wyprzedzeniem, prawo do wybrania sobie innego wydawnictwa. Ona chyba nie zwariowała i nie dała im bezwarunkowej wyłączności na dwadzieścia lat? Lalka nic nie mówiła o paranoi, która musiałaby opętać Ewę Marsz już, co najmniej dziesięć lat temu, a przecież coś by się o tym rozeszło. Niemożliwe, żeby Ewa Marsz była jeszcze głupsza niż ja!

Odezwał mi się charakter, pisnął ośli upór, adres i telefon Ewy, kontaktu z autorem szuka się przez wydawnictwo, przez redakcję, przez cokolwiek, z czym współpracuje. Właśnie znalazłam się w wydawnictwie…

– Potrzebny mi jest telefon Ewy Marsz. Ewentualnie adres. Od razu powiem, szuka jej szkolna przyjaciółka, siedzi we Francji, zobligowała mnie do złapania jej, żeby się do niej odezwać i tak dalej. Panowie mają te rzeczy.

– Telefon Ewy Marsz jest oczywiście zastrzeżony…

– No to, co, że zastrzeżony! – zezłościłam się. – Dzwoni się do osoby i pyta, czy komuś tam można ją dać, albo daje się jej mój numer i niech ona zadzwoni. Niejaka Lalka jej szuka, można jej to powiedzieć. Niech pan dzwoni, ale już!

Wyglądało to tak, jakby obaj usiłowali się wydostać z płonącego pomieszczenia rurą kanalizacyjną, bardzo krętą, z mnóstwem kolanek.

– Jej może nie być w domu…

– Na komórkę! Niemożliwe, żeby nie miała komórki! Wszyscy mają!

– Nie, komórki numeru nie mamy, właśnie zmieniła ostatnio i jeszcze nie zdążyła zawiadomić…

– Często wyłącza…

– Adres! W umowie musicie mieć adres!

– Ale to jest dawny adres, a ona zmieniła mieszkanie…

– To jak panowie się z nią kontaktują?

– W zasadzie czekamy na jej telefon… umówieni jakoś… na domowy, ale ona często wyjeżdża… można się nagrać na sekretarkę… to wieczorem… rano…

Jedno stało się pewne. Od tych dwóch niczego się nie dowiem, zablokowało ich, jeśli przestaną się jąkać, zaczną łgać, a do łgarstwa mają talent ogromny. Trzeba szukać inaczej. Dziwne, swoją drogą, że nie zmienili tematu, skoro był dla nich tak niewygodny, a nowy, sensacyjny, sam się przecież nasuwał, zabójstwem Wajchenmanna grzmiały już wszystkie media, a ci nic, ani słowa.

A, do diabła z Wajchenmannem, chwilowo też mi wyleciał z głowy.

Dlaczego Ewa Marsz od sześciu lat przestała pisać…?


* * *

Wróciłam do domu, postawiłam na ogniu garnek z wodą w celu ugotowania sobie obiadu w postaci brokuła i zadzwoniłam do Lalki.

– Słuchaj, czy Ewa Marsz całkiem prawnie zmieniła nazwisko na Ewę Marsz, czy tylko używa pseudonimu?

– Czekaj, przymknę drzwi, straszny mam hałas obok, cudem trafiłaś, bo tylko przez niedopatrzenie nie wyłączyłam telefonu. Ale zaraz wyłączę. Ewa…? Nie mam pojęcia. Zamierzała zmienić, ale nie wiem, czy to zrobiła. A co?

– Nic. Mam już te książki, wyślę ci jutro DHL – em, zaraz do nich zadzwonię. Jakaś draka z Ewą, daj mi telefon do Miśki. Jak ona się nazywa?

– Kto? Miśka?

– No pewnie, że Miśka!

– Też nie wiem. Rozwiodła się. Albo wróciła do panieńskiego, Kamińska, albo została przy mężu, Ruszczyc, nie była zdecydowana i nie wiem, na czym stanęła. Na imię ma, przypominam ci, Stefania. Już ci daję numer, masz, czym pisać…?

Miałam, czym pisać, technicznie byłam przygotowana do działania. Słusznie powiedziała o tej Stefanii, bo nawet mi do głowy nie przyszło, że jej siostra posiada jakieś chrzestne imię. A żaden ksiądz nie ochrzciłby dziecka imieniem Miśka, takiej świętej nie było. Wyraziła dziką wdzięczność za książki i na tym był koniec rozmowy.

Zadzwoniłam do DHL – u, umówiłam się wcale nie na jutro, tylko od razu na dziś, przed wieczorem zdążą przyjechać.

Zadzwoniłam do Miśki.

Rozpoznała mnie po chwili tak krótkiej, że prawie niezauważalnej, czemu niewątpliwie sprzyjało wspomnienie sceny, jaką przeżyłyśmy wspólnie, z Lalką i trzema kotami syjamskimi, z czego jeden należał do Lalki, jeden do Miśki, a jeden był sporny i ten spór musiałam rozstrzygać. Metafizyka weszła wtedy w grę, kot zadecydował samodzielnie, takich chwil się nie zapomina.

Nie, też nie wiedziała nic o oficjalnym nazwisku Ewy Marsz, w ogóle prawie nie miewała z nią osobistych kontaktów, ale znały się oczywiście. O adresie nie miała pojęcia.

– Ale wiem, w jakim banku ma konto – oznajmiła pocieszająco. – W tym samym, co ja, spotkałam ją tam przypadkiem.

– No? W jakim?

– Piętnasty oddział PKO, wiesz, ten na rondzie…

Wiedziałam doskonale.

– Przez bank trafiać do człowieka, proszę, Europa! Natchnęłaś mnie nadzieją na cywilizację, dziękuję ci bardzo!

– Nie ma, za co. Ciekawe, czy trafisz…

Sama byłam ciekawa. Konto w tym banku miałam od wieków, robiłam za stałego klienta. Znając życie we własnym kraju, nie próbowałam nawet przez telefon, postanowiłam tam pojechać i byłabym to uczyniła od razu, gdyby nie ten garnek na ogniu i umówiona wizyta posłańca z DHL – u.

Myśl, że właściwie prośbę Lalki już spełniłam, zdobyłam książki Ewy i zaraz je wyślę, nawet we mnie nie drgnęła. Osobliwa reakcja wydawnictwa zaczęła mnie korcić, znaleźć Ewę Marsz…

Zarazem ulągł mi się drugi kierunek poszukiwań.

Zapragnęłam zdobyć filmy z jej książek. Zapragnęłam, to za mało powiedziane, uparłam się, musiałam, pchało mnie, ciągnęło, szarpało pazurami i gryzło wszędzie. Dwie ekranizacje, tytułów nie pamiętałam, były idiotyczne, tak samo zresztą jak cała reszta, nie miałam także pojęcia, kto reżyserował. Mignęły na ekranie parę lat temu i znikły, czemu trudno było się dziwić.

Posiadała je telewizja, dwójka, ale w telewizyjnym drugim programie żadnych znajomości nie miałam i ogólnie byłam tam raczej źle widziana od czasu, kiedy z wielkim krzykiem odmówiłam udziału w straszliwym gniocie, okrzyczanym jako dzieło kultowe. Dzieło wprawdzie niedawno zeszło z ekranu razem z jednostką prowadzącą, ale niechęć do mnie pozostała, zapewne wsiąkła im w mury i wydzielała nieprzychylne miazmaty. Ponadto wątpliwe było, czy w obliczu ekscytującej zbrodni ktokolwiek w ogóle zrozumie, co do niego mówię.

Należało złapać Magdę. Co prawda, odeszła już z dwójki, możliwe, że ją wyrzucili za przesadnie wysoki wskaźnik inteligencji, i przeszła do TVN, ale kontakty i różne przyjaźnie ocaliła. Niektórym osobom swój szkodliwy wskaźnik udawało się ukrywać, dzięki czemu spokojnie pracowały nadal i znajomość z Magdą traktowały jak rodzaj wytchnienia. Relaksik po ciężkiej orce umysłowej poniżej poziomu terenu.

Stanowiła moją jedyną nadzieję. Zadzwoniłam do niej i okazało się, że znajduje się właśnie w Łęczycy. Jeszcze trochę pobędzie.

– O Boże! – jęknęłam. – Jak mogłaś teraz wyjeżdżać! Jesteś mi tutaj potrzebna jak powietrze!

– Coś się stało? – zaniepokoiła się Magda.

– No wiesz…! Taki atrakcyjny trup leży, a ty pytasz, czy coś się stało…

– A, nie, ja nie o tym. Mam tu reportaż, który powinnaś pochwalić, takie trochę historyczne, bardzo a propos, warcholstwo narodu, Diabeł Stadnicki i tak dalej, byłam na to umówiona już dawno i nie będę sobie psuła dobrej roboty przez Wajchenmanna. Pytam, czy tobie coś się stało?

Uspokoiłam ją. Rzeczywiście, paskudzić cokolwiek dobrego dla Wajchenmanna, poroniony pomysł.

– Nie, nic takiego. Ale z wiekiem robię się coraz bardziej niecierpliwa i chciałabym wszystko załatwić natychmiast, już, a nawet jeszcze prędzej. Powiem ci oczywiście od razu, żebyś sobie nie myślała. Trzeba podwędzić dla mnie dwie kasety z archiwum dwójki.

– No, to nie taki wielki problem, szczególnie teraz, w tym bajzlu. Jakie kasety?

– Dwa filmy z książek Ewy Marsz. Z niechęcią i dławiąc się, używam słowa ekranizacje.

– Oooooo… – powiedziała Magda takim tonem, że zaintrygowała mnie niezmiernie.

– A co…?

– To jednak będzie, problemik. Nie pamiętam szczegółów, ale obiło mi się o uszy, że coś tam śmierdziało. No nic, jak tylko wrócę, ruszę do szturmu, wracam pojutrze ku własnej rozpaczy.

– Dlaczego rozpaczy?

– Od pierwszego kopa przytrafił mi się tu chłopak, jak z marzeń sennych, ucywilizowany, meksykański desperado, szał! Skąd taki w Polsce…?

– I uprawia rodeo? – zainteresowałam się chciwie.

– Nie wymagaj za wiele! Z zawodu prozaicznie, elektronik od różnych zabezpieczeń, ale co za różnica. I też uwiązany do koryta. To trzeba mieć porąbane szczęście, żeby spotkać coś podobnego w nieodpowiednim miejscu i czasie, klątwa nade mną wisi!

– Umów się z nim, do licha, to nie Syberia, tylko Polska, mały kraj. Gdzieś w połowie drogi…

Magda westchnęła ciężko.

– Droga to pryszcz, czas, czas! No nic, spróbuję. W trakcie powrotu zmobilizuję się i natychmiast przystąpię do działań podziemnych. Opowiesz mi, o co chodzi, bo jestem pewna, że jakaś zadra w tych kasetach tkwi…

Telefon to urządzenie znane, proste i w zasadzie przyjazne. Nie wypuszczałam go z ręki, ruszyłam znajome i co młodsze osoby do poszukiwania kaset po sklepach i rozmaitych giełdach. Wszystkich musiałam zapewniać, że to nie ja wykosiłam Wajchenmanna, ale ten haracz składałam chętnie, chociaż z lekkim żalem. Woda w garnku wygotowała mi się doszczętnie, nalałam nowej i przykręciłam palnik, żeby się nie czuć poganiana. Prawie przestawałam być głodna.

Zadzwonił Tadzio.

– Popytałem po kumplach, nikt nic nie wie o Ewie Marsz. Jakie one miały tytuły, te filmy?

A skąd, do pioruna, mogłam to wiedzieć…?!

– Tadziu, nie mam pojęcia. I nie wiem, kto to robił, ale na wierzchu drobnym drukiem powinno być napisane. Wiesz, taka „Pensja pani Latter” na podstawie „Emancypantek”…

– Trudno będzie. Gdyby pani, chociaż tytuł podała… Zaczęłam dzwonić do Lalki. Wyłączyła komórkę i cześć, a domowy telefon nie odpowiadał. Zadzwoniłam do Magdy, może pamięta, nic z tego, wyłączyła komórkę, a pewnie, desperado… Zadzwoniłam do Julity, niech usiądzie do Internetu i poszuka Ewy Marsz, okazało się, że akurat dojeżdża do Radomia.

Późnym wieczorem przyjechał kurier z DHL – u. Brokuła udało mi się ugotować w trzeciej kolejnej wodzie, trochę był przesolony, bo każdą nową wodę starannie soliłam. W kwestii kaset zacięłam się, spod ziemi wygrzebię…!


* * *

Władza śledcza przybyła do mnie o wczesnym poranku, piętnaście po dziewiątej, skąd taki pośpiech…?

Zdumiałam się śmiertelnie, bo że wszystkim znajomym od razu do głowy przychodziłam, było zrozumiałe, ale urzędowa instytucja miałaby taką głupotę potraktować poważnie…? Na jakiej, do licha, podstawie? W końcu mnie osobiście ten wredny nieboszczyk niczego nie spaskudził, co ja dla niego, barachło, nie będzie się bóstwo byle, czym zajmowało, ku szczytom rączki wyciągał. Więc dlaczego ja?

Zdążyłam jeszcze ucieszyć się, że od wczoraj żadnej dodatkowej wiedzy nie uzyskałam i nie muszę nikogo ani chronić, ani wrabiać. Przyjęłam dwóch panów chętnie, na ile o tej porze było to dla mnie możliwe, z cichą nadzieją, że więcej dowiem się ja od nich, niż oni ode mnie. Zasób posiadanych informacji z pewnością wypadał na ich korzyść.

Obaj obcy. Też mnie to zdziwiło, prawie obraziło, po czym tknęło przyjemnym niepokojem. Bo dlaczego nie Górski? Tym razem wolał mnie unikać? Może po prostu nie miał ochoty osobiście przypudlić osoby, zaprzyjaźnionej z nim od prawie dwudziestu lat. Znaczy, podejrzenia musiały zaistnieć silne, cudowna myśl!

– Gdzie pani była czternastego maja między godziną piętnastą a dwudziestą pierwszą? – spytali od razu, bez straty czasu i owijania w bawełnę.

– Może usiądziemy? – spytałam wzajemnie.

Nie chcieli. Nie to nie, niech sobie stoją. Częściowo rozkopane walizki i torby wciąż jeszcze leżały w holu, może usiłowali podejrzeć, co ze sobą przywiozłam, proszę bardzo, brudne zdążyłam wynieść do łazienki, żadna kompromitacja mi nie groziła.

Nie umiem rozmawiać na stojąco, więc usiadłam, żeby nic z przyjemności nie stracić. Wyjątkowo nie musiałam niczego sprawdzać, świetnie wiedziałam, gdzie byłam i co robiłam czternastego maja, było to trzy dni temu, wracałam do kraju.

Twardo stali i czekali na odpowiedź.

– Różnie – powiadomiłam ich życzliwie. – W Danii, w Niemczech i w Polsce, spędziłam dzień w sposób ruchliwy. Życzą sobie panowie szczegóły?

– Poprosimy.

– Z promu w Warnemunde zjechałam o czternastej pięćdziesiąt, tłoku nie było, o piętnastej znalazłam się już na autostradzie…

Z wielką przyjemnością opisałam wszystkie perypetie podróży, zakończonej w Szczecinie, gdzie o dwudziestej pierwszej siedziałam w hotelowej restauracji i jadłam kolację.

– Skąd pani jechała?

– Z Danii.

Milczeli przez chwilę. Najwyraźniej w świecie moje odpowiedzi nie spodobały im się okropnie. Walczyli zapewne z zakorzenioną już nadzieją, że naprawdę ja kropnęłam Wajchenmanna i moje alibi jest niewyraźne. Nadzieja czepiała się pazurami. Z nagłym rozczarowaniem nie wiedzieli, co począć, wiadomo, że pogodzić się trudno…

Ruszyło moje dobre serce. Przelotnie zastanowiłam się, który to już raz śmieci z podróży dostarczają mi alibi. Nadal nie będę ich wyrzucać!

– Panowie, przecież ja domyślam się, w co tu gramy. Różne głupoty podejrzany może wygadywać, nie będę udawać, że nic nie rozumiem i strasznie się dziwię, otrząsało mnie na niego od lat i własnymi rękami gardło bym mu poderżnęła, gdyby nie to, że się brzydzę. Będziecie szukali dowodów, na co wam ta strata czasu, proszę bardzo, rachunki z hoteli, numery telefonów, granicę musicie odpracować sami, bo ja nie wiem, co i jak tam obecnie rejestrują, ale jakieś fotokomórki albo inne świństwo muszą mieć. Samochód stoi w garażu, numery ma na sobie, możecie obejrzeć, zdaje się, że jest tam gdzieś wetknięty także bilet na prom i kwitek z parkingu. Papiery, proszę uprzejmie…

Skorzystali z propozycji. Wnikliwie i z dużą wprawą obejrzeli wygrzebaną z mojej torebki makulaturę, wciąż milcząc. Usiedli nawet. Po chwili sklęśli troszeczkę, sztywność im przeszła pi razy oko w połowie, porzucili papierowy chłam i znów milczeli przez chwilę.

– Zna pani Waldemara Krzyckiego? – spytał znienacka jeden, przedstawili mi się, ale nie zapamiętałam nazwisk.

– Proszę…?

– Waldemara Krzyckiego, pytam, czy pani zna.

Tu mnie ustrzelił.

– A kto to jest? – zaciekawiłam się chciwie. – Nie znam człowieka, w życiu o takim nie słyszałam, ale może go znam z twarzy? Bez nazwiska?

– Zna pani ludzi z twarzy bez nazwiska?

Idiotyczne pytanie. Z politowaniem wyjaśniłam, że każdy zna takich miliony. Może się okazać, że tego jakiegoś Waldemara Krzyckiego widuję parę razy do roku w sklepie ogrodniczym i co z tego? Skąd mam wiedzieć, że ten przy skrzyneczkach z sadzonkami to Waldemar Krzycki?

Zezłościłam się nawet trochę i chyba stało się to widoczne. Ten, który zaczął pierwszy, zmiękł odrobinę silniej.

– Waldemar Krzycki, asystent reżysera, od niedawna współpracował z denatem… to znaczy, z Wajchenmannem. Zna go pani?

Odetchnęłam głęboko dla uspokojenia i pokręciłam głową.

– Nie. Nawet, jeśli go kiedyś widziałam, nic o tym nie wiem. I nie słyszałam o nim. W jakim jest wieku?

– Około trzydziestu pięciu…

– Nie. I nie ma sensu, żebym zaczęła zgadywać. Oczywiście nie dowiem się, po co on panom?

Zamilkli. Wyglądało na to, że moja wyraźnie udokumentowana nieobecność w kraju, pełna niemożność osobistego kontaktu z Wajchenmannem i niewiedza o Krzyckim rzeczywiście nabruździły im przeraźliwie. No, może nie uwierzyli w Krzyckiego, mogłam zełgać. Ale z tajemniczych powodów to właśnie ja miałam być podejrzana i koniecznie ja powinnam była drania trzasnąć. Ciekawe…

– Rozumiem, że panom przykro, że to nie ja – powiedziałam ze szczerym współczuciem, bo sama znałam ten ból, kiedy się cała koncepcja wali. – Będziecie pewnie sprawdzać z nadzieją, że coś się gdzieś opsnie, nie da rady, naprawdę byłam w drodze, ale może, chociaż mogłabym się dowiedzieć, jak go kropnęłam? Podobno w wyjściu do ogrodu leżał, tak wieść gminna niesie, od czego tak leżał? Strzał z broni palnej, trucizna, w łeb dostał przedmiotem twardym? Musiało być coś wyraźnego, bo od początku nikt nie wspominał o żadnym wylewie, zawale, przypadkowym potknięciu… A…! Uczciwość każe mi panów poinformować, że pomagać nie będę. Przeszkadzać też nie, palcem o palec nie stuknę, ale niech przynajmniej coś mam z tych podejrzeń!

Nie polubili mnie, to było widać. Właściwie powinni byli pożegnać się zimno i wyjść, nie czynili tego, zapewne rozstawanie się z nadzieją wymagało czasu i wysiłku. Spróbowałam wynieść z tego korzyść własną.

– No…? – zachęciłam delikatnie. – Słyszałam, że zastrzelony. Nie z łuku chyba, nie z procy, ani z kuszy? Prawda to czy nie? Jeśli panowie nie chcą mówić, to nie, i tak dowiem się wszystkiego od ludzi, ale z każdego gadania zawsze coś wynika. Może przypadkiem wiem coś, o czym sama nie wiem, że wiem?

Ożywili się. Młodzi, bo młodzi, ale już fachowcy, każdemu maciupeńka iskierka w oku błysnęła, odpadłam jako sprawca, jednakże źródłem nieuświadomionej wiedzy mogłabym się okazać.

– No dobrze – złamał się ten pierwszy. – Tetetka starego typu, o ile wie pani, co to jest…

– Wiem – warknęłam.

– Skąd…? – wymamrotał odruchowo drugi, ale pierwszy ciągnął dalej, więc kolejne głupie pytanie pozostało bez odpowiedzi.

– Jeden strzał od tyłu, prosto w plecy, z bliskiej odległości, ale nie z przystawienia. Trafiło w serce…

– W komorę… – wyrwało mi się.

– Pani poluje?

– Co pan? Żywe, niewinne stworzenie miałabym zabijać…? Jak stał? Z pewnością to wiecie, frontem do ogrodu czy do domu? Wchodził czy wychodził? Tetetka ostro wali, mogło go obrócić, ale lekarz umie stwierdzić takie rzeczy. To jak było?

– Bardzo dużo pani wie – dokonał odkrycia drugi, najwidoczniej wyznaczony do roli tego gorszego, siląc się na przekąs.

Machnęłam ręką, bo już straciłam cierpliwość i wpatrzyłam się w pierwszego.

– Wchodził – wyznał z resztkami oporu. – Z tarasu do domu. Możliwe, że tylko otworzył drzwi, wyszedł na chwilę i wrócił…

– Ktoś był w ogrodzie, skorzystał z okazji i rąbnął – podchwyciłam. – Cholera, nie mam pojęcia, jak to wszystko wyglądało, ten jego dom i ogród, nigdy się tym nie interesowałam. Ale nie szkodzi, dowiem się…

– Od kogo? – wdarł się ostro drugi.

– Niech pan mnie nie rozśmiesza, od znajomych osób. Tłumy to wiedzą.

– Napomknęła pani coś o motywach? – podjął z nadzieją pierwszy.

Odsapnęłam, ulżyło mi i zebrałam myśli. Nie, zbyt wielkich kłód pod nogi nie zamierzałam im rzucać.

– Ostrzegam panów, że to jest mój osobisty wymysł, a motywy dopuszczam niejako podwójne. Młody to on już nie był, z wiekiem popadł w megalomanię rozdętą i zaczął przerabiać wieszczów na swoje kopyto. Wszystko przerabiał na swoje kopyto. Ekranizował rozmaite rzeczy wedle własnego gustu, paskudząc treść i formę, jedno i drugie powszechnie znane i wysoko cenione, i w końcu ktoś mógł tego nie wytrzymać. Albo go trzasnął z zemsty za dzieła wykonane, albo nie chciał dopuścić do kolejnego. I nie było na niego siły, miał wysokie protekcje, nasze władze, niestety, za szkolnych czasów nie czytały książek, najwyżej bryki, więc nie czuły paskudztwa, finansowały, można powiedzieć, bezmyślnie. Ktoś nie znalazł innej drogi ukrócenia procederu, jak tylko usunąć go z tego świata, co sama chętnie bym uczyniła, ale jakoś nie miałam okazji. A drugi kierunek zwyczajny, kwestia kariery, komuś bruździł, nogę podstawiał albo, co, łatwo mu było, no i sprawca stracił cierpliwość. Ogólnie mówię, bo szczegółowo tego środowiska nie znam. Poszukajcie jego innych wrogów, nie ja jedna na świecie.

Nie wydawali się zadowoleni i widać było, że na żadne moje pytanie postarają się już nie odpowiedzieć. Pogawędka nie trwała długo i to raczej ja ich uszczęśliwiłam własnymi poglądami, a nie oni mnie. Poszli sobie wreszcie, dostarczywszy mi wyłącznie tego jakiegoś Waldemara Krzyckiego, o którym, byłam pewna, w życiu nie słyszałam.

Z pewnym wysiłkiem wróciłam do równowagi i zajęłam się sobą.

Kasety kasetami, ale korcił mnie też straszliwie adres Ewy Marsz, głównie chyba dlatego, że okazał się trudno osiągalny, chociaż z drugiej strony nawet ukrywającą się osobę w miejscu zamieszkania jakoś da się złapać. W ostateczności wystarczyłby mi jej numer telefonu, dalej już dałabym sobie radę.

W banku zdobyłam tylko stary adres, sprzed lat. Nie wprowadziła później żadnej zmiany, korespondencja nie szła nigdzie, miała być odbierana. Numery telefonów zastrzeżone, zaprzyjaźniona pani zadzwoniła od razu, przy mnie, ale domowy nie odpowiadał, a komórka była wyłączona. Ewa Marsz, najwyraźniej w świecie, odcięła się od kontaktów ze społeczeństwem.

Podałam własne numery i numer komórki Lalki ze słabą nadzieją, że może bodaj do Lalki ona się odezwie i niczego więcej dokonać nie zdążyłam. W drodze do domu dopadł mnie pan Tadeusz.

Powinnam sobie załatwić w samochodzie zestaw głośnomówiący, ale jakoś nigdy nie miałam na to czasu. Także serca, od tych wszystkich wynalazków dla młodzieży odrzucało mnie, co trzy miesiące zmiana, już rzeczywiście nie mam, co robić, ustawicznie tylko kupować nowe ustrojstwo i uczyć się nowych metod prztykania! Nic dziwnego, że ogólny poziom oświaty jest taki niski, skoro oni zajęci są wyłącznie zdobywaniem wiedzy na tle ulepszeń w elektronice. Ulepszeń, cha, cha!

Zestawu, zatem nie posiadałam i obecność radiowozu na ulicy nie pozwalała mi przyłożyć komórki do ucha. Dziwne sztuki czyniąc, wcisnęłam się przy Hożej na miejsce dla inwalidy, jeśli się ktoś przyczepi, będę udawała, że wcale nie stoję, tylko tak wolno przejeżdżam, są ograniczenia szybkości czy nie?! Co prawda nie wiadomo, gdzie przejeżdżam, chyba przez budynek na durch, ale może nie zauważyłam zabudowań. Albo myślałam, że zmieszczę się w drzwi do sklepu, optymistka jestem.

– Ja nie wiem, pani Joanno, czy nie należałoby zmodyfikować planów – powiedział zakłopotany pan Tadeusz. – Przepraszam, że pani zawracam głowę, może ja w ogóle przeszkadzam?

– Nie, wcale – zapewniłam go, niespokojnie latając wzrokiem po wstecznych lusterkach. – Jakich planów?

– To może pani zaszkodzić, plotki się tak łatwo rozchodzą, a zna pani przecież media…

– Jakich planów?!

– Już mówię. Co do tej działki od Luizy… to znaczy od córki Wajchenmanna, może powinna się pani wstrzymać z zakupem…

– Po pierwsze, sam mnie pan pogonił, po drugie przecież już wysłałam zadatek i mam od niej podpis na prawie pierwokupu, a po trzecie, dlaczego? Co się stało od przedwczoraj?

– No właśnie, te plotki… Ze względu na możliwe plotki…

– Jakie plotki…?!!!

– No jak to, pani nie wie? – zgorszył się pan Tadeusz. – Oczywiście, że to bzdura, ale zaczynają krążyć, może to za dużo powiedziane, mogą zacząć krążyć pogłoski, jakoby miała pani coś wspólnego ze śmiercią Wajchenmanna…

Po wizycie dwóch czarujących gliniarzy nie zdziwiłam się wcale, za to pojęłam nagle, skąd moje zaszczytne miejsce na liście podejrzanych. Nie dość, że uczucia do niego, to jeszcze korzyść…

– Kto takie kretyństwo wymyślił?

– No, nie ja przecież! – zdenerwował się pan Tadeusz. – Nie wiem, kto… Ale przesłuchiwała mnie policja jako pani agenta, zdaje się, że nie mnie jednego…

– Niech się pan nie martwi, mnie też.

– Jak to, już…? Chyba za dużo mówiła pani publicznie, co pani o nim myśli, a on teraz chciał się złapać za „Krzyżowców” Kossak – Szczuckiej…

– Za co…?!

– Za „Krzyżowców”…

Łaska boska, że stałam, bo w trakcie jazdy chyba bym spowodowała katastrofę.

– Pan jest pijany, czy mnie jakaś maligna opadła? Co pan mówi?

– Jak to, nie wiedziała pani…?

– Przecież mnie nie było!

– No tak, możliwe. Pertraktacje zaczynał…

– Nie, tego już za wiele. „Krzyżowców”…?! Przysięgam Bogu, gdyby jeszcze żył, zabiłabym go własną ręką! Gdzie on mieszka?!

– Przecież nie żyje.

– Ja nie wiem, czy nie żyje! Ja jego trupa nie widziałam! Pan widział? Na własne oczy?

– Nie, ale…

– Gdzie on mieszka?!!!

Pan Tadeusz wydawał się lekko skołowany.

– Niedaleko pani, ta duża willa przy samym parku wilanowskim, jak ta ulica się nazywa, zapomniałem, Wygodna czy coś takiego… Ale, po co to pani, jego zwłoki już tam nie leżą…

– Zabrali?

– No oczywiście, od razu…

– Szkoda. Warto by wezwać paru kibiców piłkarskich, żeby na nich odtańczyli jakiś prestiżowy mecz. Przy tym przesłuchaniu nie powiedzieli panu, jak ja go miałam kropnąć na odległość?

– Nie musiała pani osobiście. No, więc właśnie… Może ja wpadnę do pani, bo to trochę śliski temat…

W jednym z lusterek ujrzałam nagle dwie panie w mundurkach, sprawdzające w samochodach bileciki parkingowe. Zbliżały się do mnie. Niech ja skonam, Paryż…!

– Tak – zgodziłam się, czym prędzej. – Niech pan wpadnie od razu. Ja właśnie jadę do domu i za pół godziny tam będę, do zobaczenia.

Zdążyłam wyjechać z miejsca dla inwalidy, zanim panie do mnie dotarły.

Upór mnie wiódł, był silniejszy ode mnie. Stary adres Ewy Marsz, przy Czeczota, miałam może szansę tam się czegoś dowiedzieć. Zaczęłam jechać strasznie dziwną trasą, w Odyńca postanowiłam wjechać od strony alei Niepodległości, żeby tego Czeczota mieć po prawej, bo mętnie pamiętałam, że trudno go znaleźć. Musiałam, zatem przebić się do alei Niepodległości, zaplanowałam sobie Madalińskiego, ale na Puławskiej był jakiś korek i w rezultacie, najgłupiej w świecie, skręciłam w Narbutta. Wijąc się po jednych kierunkach ruchu, mogłam dalej osiągnąć Kazimierzowską, ale tuż za Wiśniową znów trafiłam na korek. Nietypowy. Gliny, dwie karetki pogotowia, dwa lekko uszkodzone samochody, taśmy i tłum ludzi. Cofnąć się nie dałam rady, za mną już hamowali następni, bo każdy był taki mądry, żeby tędy ominąć korek na Puławskiej, do przodu jechać owszem, proszę bardzo, najwcześniej za jakieś pół godziny albo i lepiej.

Nie miałam tyle czasu. Zaczęłam się rozglądać, może uda mi się tyłem osiągnąć Wiśniową, w przeciwną stronę pojadę, ale lepiej w przeciwną niż wcale. Policja okazała odrobinę litości i zrozumienia, ruszyli akcję pozbywania się niepotrzebnych pojazdów, które im się tu wrąbały niczym klęska żywiołowa. Czekając na swoją kolej, nie miałam, co robić, opuściłam szybę, z czystej ciekawości chciałam się zorientować, co tu zaszło i skąd przy dwóch ledwo tkniętych pudłach takie zamieszanie. Nie wjechali przecież obaj w wycieczkę turystów, bo skąd wycieczka turystów na Narbutta?

Ludzie gadali, nikt mowy nie stracił. Wyleciał jakiś, nie jakiś, tylko jakaś, jakiś by tak nie leciał, do takiego lecenia wyłącznie baba zdatna, z tych drzwi wyleciała i prosto na jezdnię, pod samochód. Bo jeżdżą jak wariaci…! Jacy znowu wariaci, wloką się jak za pogrzebem, a ona mu prosto pod koła! A i to jeszcze przyhamować zdążył, ominąć chciał wariatkę, skręcił i tego drugiego dmuchnął. Pod dwa samochody wpadła. Całkiem na śmierć zabita. Nic jej się kompletnie nie stało. Głowa rozwalona, nogi połamane… Ledwo parę siniaków, rajstopy jej się podarły, kapelusz zleciał… Nic podobnego, w ogóle nie miała żadnego kapelusza, o własnych siłach na nogach stanęła i do karetki poszła. Całkiem pijana była, to pani chyba pijana, trzeźwa leciała i krzyczała, fakt, darła się jak powietrze. Wypchnął ją ktoś. O trupie wrzeszczała, bandyci. Huknęło strasznie. Nic nie było słychać…

Nader ścisłe informacje…

Jedna baba i dwie karetki…? Cóż za niespotykana rozrzutność służby zdrowia! Zaraz, ta druga karetka, tuż przede mną nadjechała, jakaś inna… Czy to przypadkiem nie taka dla nieboszczyków?

Na skręcie w Wiśniową udało mi się zadać pytanie policjantowi, który już opanował ruch na jezdni i ocierał pot z czoła.

– Obaj niewinni – zaopiniował. – I z refleksem. Inaczej by ją rozmazali jak nic, pod dwa samochody razem się rzucić, to duża sztuka.

– Samobójczyni?

– Gdzież tam. Na zwłoki się nadziała, histeria jak róży kwiat!

– Jakie zwłoki? Znajomych mam w tym domu – wymyśliłam pośpiesznie.

– Jakiś artysta czy coś… Drżączek Eugeniusz. Zna pani?

– Nie, Drżączkanie…

– Pani jedzie, już, już!

Pojechałam.

Zełgałam podwójnie. Znajomych w tym domu nie miałam absolutnie żadnych, za to, co do Drżączka… Nie było to obce nazwisko, chyba on mi się po zwojach mózgowych plątał!

Pan Tadeusz czekał pod moją furtką niepewny, czy nie powinien przeleźć przez ogrodzenie i zajrzeć do wnętrza domu, bo powinnam być, więc może umarłam, skoro nie otwieram. I nie odbieram komórki. Rzeczywiście nie odbierałam, słyszałam, że dzwoni, ale nie mogłam się do niej dogrzebać, a na Sobieskiego tuż za mną jechał radiowóz i wolałam nie ryzykować.

– Panie Tadeuszu, Eugeniusz Drżączek, czy ja przypadkiem nie zetknęłam się z takim nazwiskiem?

– No jak to, przecież to jeden z pani ulubieńców – odparł pan Tadeusz z lekkim sarkazmem, przechodząc do salonu. – Sam go pani w Internecie znalazłem, kazała mi pani. Robił tę megakomedię, która panią tak zachwyciła. „Niepotrzebni mogą odejść”… nie, nie tak, „Najpiękniejsze mogą zostać” czy coś w tym rodzaju…

Przypomniałam sobie, skąd mam Drżączka w zwojach. Padłam na fotel i z jadowitą satysfakcją wpatrzyłam się w czarny ekran wyłączonego telewizora.

– Czy James Mason jeszcze żyje? Bo jeśli tak, powinien panu zdrowo przywalić, a jeśli nie, przewraca się w grobie. Cóż za porównanie!

– Przecież James Mason to aktor, nie reżyser.

– Nie szkodzi. Sam poziom filmu, jako taki, wystarczy. W każdym razie coś mi się widzi, że Drżączek żadnego więcej megastrupla już nie spłodzi.

– Bo co się stało? – zaniepokoił się pan Tadeusz i zatrzymał się w połowie siadania na drugim fotelu. – Coś mu pani zrobiła…?

– Nie ja! – westchnęłam z żalem i ulgą równocześnie. – Pan mnie przecenia, to ktoś inny. Podobno jego trupa znaleźli, dlatego się spóźniłam. Powątpiewam, co prawda, w ścisłość takiej pięknej informacji, bo on za cudze jeszcze się nie łapał. Własne wysiadywał.

Pan Tadeusz usiadł.

– Zaraz. Czy pani była przy tym? Pani tego trupa znalazła?

– Gdybym znalazła go osobiście, nie miałabym wątpliwości. I przy wydarzeniu mnie nie było. Tylko obok.

– Też źle. Pani sobie w ogóle nie zdaje sprawy, jak pani się naraża!

– Nijak się nie narażam, niech pan nie zawraca głowy. Mogę nie jeździć po mieście, mam, co robić w domu. Ale wtedy pan będzie musiał za mnie wszystko odpracowywać.

Pan Tadeusz gorliwie wyraził gotowość odpracowywania za mnie wszystkiego, nie mając pojęcia, co mogłoby go czekać. Jednakże ocalały mi gdzieś jakieś resztki przyzwoitości.

– Bez przesady, nie wytrzyma pan, a ja wcale nie mam ochoty oglądać pańskich zwłok. Wracajmy do tematu, o co chodzi z tym Wajchenmannem?

– No właśnie. Może lepiej tego nie nagłaśniać, otóż… widzi pani… w grę wchodzi kwestia motywu, pani trochę zbyt szczerze wyrażała swoje zdanie, nie zostało w pełni opublikowane, ale na taśmach istnieje, a to się nazywa afekt…

– Trwały afekt.

– Trwały. Powiedzmy, że zostawia miejsce na wątpliwości, ale jeśli do tego dojdzie chęć osiągnięcia korzyści materialnych…

Przyjrzałam się panu Tadeuszowi z wielkim niesmakiem.

– Sam pan to wymyślił, czy jakiś kretyn panu podsunął?

– Nie mnie! – odrąbał się stanowczo pan Tadeusz. – Policji. Ktoś im zwrócił uwagę na panią w obu aspektach…

– Ciekawe, kto. I pan to potraktował poważnie? Niech mnie pan nie rozśmiesza! Co pana tak skołowało?

– Może te szczątki wykształcenia prawniczego, jakie posiadam…

– Szczątki to i ja posiadam. Jakich korzyści?

– Proszę…?

– Korzyści materialne chciałam osiągnąć. Jakie?

– To nie jest moje zdanie ani mój pogląd – zastrzegł się, czym prędzej i z silnym naciskiem pan Tadeusz, nie życząc sobie zapewne, żebym go nagle zaczęła uważać za półgłówka. – To jest może zbyt daleko posunięta ostrożność, ale strzeżonego i tak dalej. Ta parcela… ta działka…

– Jasne, on nie chciał sprzedać, więc postarałam się go kropnąć, żeby swobodnie kupić od córki za nędzne grosze. A skąd, do cholery, miałam wiedzieć, że córka będzie sprzedawać, pomijam to, że będzie dziedziczyć? Przecież jej w ogóle nie znałam i nadal nie znam! Na oczy się nie widziałyśmy!

– Najtrudniej udowodnić to, czego nie było. Przy dużym uporze jakiegoś zdolnego, zaciętego prokuratora mógłby to być malutki punkt zaczepienia. I już swąd koło pani…

– Wynajętego zawodowca też mi się da przypisać? Bo na odległość, siłą woli, naprawdę nie dałabym rady. Szkoda, ale jednak.

– Oczywiście, może ja przesadzam. To przesłuchanie dało mi coś do myślenia, zważywszy, iż rabunek nie wchodził tam w grę… Wywnioskowałem, że brane jest pod uwagę kilka motywów… W zasadzie jeden motyw w kilku wariantach, do zemsty pani niestety pasuje…

– Zaczęłabym pasować idealnie dopiero po „Krzyżowcach” – wyłupałam mściwie. – Teraz zemsta byłaby nieco opóźniona… a, prawda, trwały afekt.

– Ale jeśli dojdzie korzyść materialna…? Niech pani zauważy, że tego rodzaju motyw jest powszechnie zrozumiały dla ogółu społeczeństwa, a szczególnie dla władz śledczych, uczucia mogą budzić kontrowersyjne poglądy, to mogłaby być taka kropka na „i”.

– W nosie mam nawet krowi placek nad „i” – oznajmiłam i podniosłam się z fotela. – Chce pan herbaty? Bo ja owszem.

– Chętnie, dziękuję…

Udałam się do kuchni i prztyknęłam czajnikiem. W trakcie przygotowań pan Tadeusz zdążył wystąpić z dalszym ciągiem.

– No i teraz mnie pani zaniepokoiła tym Drżączkiem. Jak to było? Mógłbym usłyszeć?

Proszę bardzo, mógł usłyszeć. Opowiedziałam ze szczegółami, zajmując relacją cały czas gotowania się wody i nalewania napoju. Wspólnymi siłami przenieśliśmy szklanki do salonu.

Pan Tadeusz z troską zastanawiał się, w jaki sposób i w jakim stopniu mógłby mi zaszkodzić nader krótki i przypadkowy pobyt na ulicy Narbutta, szczególnie, że ten cały Drżączek wcale tam nie mieszkał. Stały adres miał w Łodzi, w Warszawie tylko bywał, co prawda znacznie więcej niż w Łodzi, ale nie wiadomo gdzie. Może na Narbutta miał kogoś albo coś, krewnych, dziewczynę, wynajętą metę, często odwiedzanych przyjaciół? Współpracownika, stałego pomagiera?

– Kocha pan ten cały Internet, niech pan sobie sprawdza – powiedziałam z irytacją. – Albo przez znajomych. Ja bym sprawdziła przez dziewczyny, Martusię albo Magdę, ale nie chce mi się. Do Drżączka, jak pan wie, wyrazistych uczuć nie miałam, takie ogólne obrzydzenie i nic więcej. Na zbrodnię to za mało.

– Ale tym bardziej temat parceli trzeba zostawić na uboczu!

– A czy ja lecę na miasto z gigantofonem? Skoro jednak powyciągał pan z przesłuchania rozmaite wnioski, może połapał się pan także, jak to tam było? Kogo oni tak naprawdę podejrzewają? I kogo pan podejrzewa?

Pan Tadeusz dał mi do zrozumienia, że co najmniej pół miasta. Konkurentów Wajchenmanna, młodszych od niego. Pracowników, którymi pomiatał. Odrzuconych aktorów i aktorki. Scenarzystów, bezlitośnie skrytykowanych i odpędzonych od kasy. Zlekceważonych producentów. Debilowatych włamywaczy, przekonanych, że każdy znany człowiek sztuki musi trzymać w domu nieprzebrane skarby, godne jaskini piratów. I jeszcze kilka innych grup społecznych.

Nic mi z tego nie przyszło. Dowiedziałam się od pana Tadeusza tylko tyle, że podobno znalazł się na miejscu zbrodni ktoś z telewizji, jako sprawca wykluczony, kto złośliwie przypomniał, że mieszkam w pobliżu, a stosunku do Wajchenmanna nie kryłam i mają to nawet na taśmach. Słyszał także różne uwagi na mój temat, źle o mnie świadczące, ale nie sprecyzował, gdzie słyszał i od kogo. Postanowiłam wydusić z pana Tadeusza coś więcej, nie miał w umyśle skłonności przestępczych i wnioski wyciągnął ograniczone, należało mu, zatem pomóc.

– Córka – powiedziałam, przerywając złowieszcze prognozy. – Wajchenmanna, nie pańska. Rozmawiał pan z nią przecież?

Z lekkim wahaniem pan Tadeusz wyznał, że owszem.

– I co?

– Jak to, przecież właśnie mówimy…

– Nie. Mam na myśli konkrety śledcze. Gdzie w końcu była ta gosposia, której nie było? Porwał ją ktoś? Uciekła? Córka powinna to wiedzieć.

– A, to… Wie, oczywiście. Gosposia pojechała do rodziny gdzieś pod Białystok, zdaje się, że na pogrzeb brata. Ale już wróciła.

– Powiedziała coś ważnego?

– W jakim sensie ważnego?

– No, o znajomych Wajchenmanna, o jego zwyczajach, może go ktoś sobaczył, może jakaś nowa podrywka, porzucona gwiazda, przetrącony talent… Córkę takie rzeczy powinny interesować!

– Oczywiście, była mowa… O gwiazdach nic nie wiem, ale z pewnością na kogoś czekał i otworzył furtkę. Taki właśnie miał zwyczaj, jeśli był z kimś umówiony, zostawiał furtkę otwartą, jeśli ktoś się spóźniał, z niecierpliwości wychodził na taras i rozglądał się, gosposia te obyczaje ganiła. Każdy mógł wejść… Więcej nie wiem, krótko rozmawialiśmy.

Na tym musiałam poprzestać. Pana Tadeusza tknął niepokój, z naciskiem poprosił, żebym przypadkiem nie poleciała sama maglować gosposi. Nie żywiłam takiego zamiaru, tragiczne zejście Wajchenmanna było upojnie piękne, ale zajmowały się nim władze śledcze i miałam nadzieję pożerować na ich osiągnięciach. Osobiście bardziej interesowała mnie Ewa Marsz…


* * *

Jadąc teraz już specjalnie na ulicę Czeczota, układałam sobie całą legendę. Nie mogłam zdradzać banku, wymyśliłam, zatem, że adres na Czeczota dostałam od Lalki, która go znała z dawnych czasów, bo niby, dlaczego nie. Cienia prawdy w tym nie było, po pierwsze, nie dodzwoniłam się ponownie do Lalki… Po pierwsze, nie mamy armat… A po drugie, wątpiłam, czy Lalka go pamięta albo w ogóle kiedykolwiek znała. Dawny adres, diabli wiedzą, w jakim stopniu on dawny, może wszystkiego raptem sprzed dziesięciu lat. Nie szkodzi, do Lalki nikt się nie dodzwoni, skoro mnie się nie udaje, i nikt jej nie zapyta. Dodzwonić się do Ewy Marsz też nie było sposobu, bank zostawiał wiadomości na sekretarce. Zdecydowałam się jechać i powęszyć chyba tylko po to, żeby cokolwiek zrobić.

Domofon był zepsuty, weszłam bez przeszkód, znalazłam właściwy numer mieszkania i zadzwoniłam do drzwi. Dzwonek w środku się rozległ, było go słychać, ale nikt nie otwierał. Dzwoniłam uporczywie, co kilkanaście sekund z nadzieją, że nastąpi scena z byle, którego filmu albo powieściowa, jakaś sąsiadka wyjrzy i coś powie, względnie ktoś będzie szedł po schodach i okaże się mieszkańcem tego domu. W naturze również się to przytrafia, tyle, że znacznie rzadziej.

Nic podobnego się nie zdarzyło. Zgniewało mnie i zaczęłam dzwonić do wszystkich drzwi obok, jak leci. Niewiele ich było, raptem troje, rezultatów nie osiągałam, dokonywałam właśnie wyboru, iść piętro wyżej czy piętro niżej, kiedy jedne z nich otworzyły się nagle. W progu pojawił się bosy młodzieniec koło dwudziestki, mocno rozchełstany i rozczochrany, zionący ponurą niechęcią. Miał na sobie spodnie i niedopiętą koszulę.

Zanim zdążył otworzyć usta, zadałam pytanie zasadnicze.

– Przepraszam bardzo, jak długo pan tu mieszka?

– Rok…? – odparł odruchowo, zaskoczony, i zastanowił się. – Więcej. Z półtora roku. A co…?

– Nic. Szukam kogoś, kto tu mieszka od dawna, co najmniej kilkanaście lat.

Nie ciekawiło go, po co tego kogoś szukam, wyraźnie było widać, że chce się mnie pozbyć, czym prędzej.

– A, to na dole. Piętro niżej mieszka taka stara raszpla… to jest… przepraszam bardzo, wiedźma… znaczy nie, no, wścibskość wcielona. Wścibskość to rodzaj żeński, nie?

– Żeński. Pod panem?

– Nie, pod tamtym.

Wskazał byłe mieszkanie Ewy Marsz i zaczął przymykać drzwi. Podziękowałam, wycofałam się i dałam mu spokój. Możliwe, że jego niechęć do mnie nawet nieco przybladła.

Do drzwi na dole nie musiałam dzwonić, były uchylone i błyskało w nich oko. Jednak nie ma siły, w każdym domu znajdzie się jakaś istota, która żyje cudzym życiem, a sama ze sobą nudzi się śmiertelnie. Zatrzymałam się i zagapiłam w oko, usiłując przybrać możliwie zmartwiony wyraz twarzy.

Oko wylazło i podwoiło się, drzwi uchyliły się szerzej, przytrzymywał je łańcuch. Nie zależało mi na rozwieraniu wrót i zapraszaniu do wnętrza, wolałam pogawędkę na klatce schodowej. Nudzące się osoby, zwabiwszy gościa, natychmiast zaczynają z upodobaniem marnować czas, częstują herbatą albo kawą, jedno farfoclówa, drugie plujka, podtykają zeschnięte ciasto, robią, co mogą dla przedłużenia rozrywki.

– Pani tu, co? – spytał otwór gębowy poniżej oczu.

– Chodzi mi o kogoś spod czwórki. Pani tu mieszka dłużej? Zna pani może sąsiadów?

– Pani jest sama?

Zdumiałam się. Męża i dzieci ma na myśli czy co?

– W jakim sensie sama?

Łypała okiem, próbując spojrzeć za moje plecy tak sugestywnie, że też się obejrzałam, czy ktoś się gdzieś za mną nie czai, ale nie, nikogo nie było.

– Tutaj, mówię, czy pani jest sama, czy z kim?

– Sama, proszę pani. Ja umiem chodzić, nie potrzebuję towarzystwa.

Baba cofnęła się, zmniejszyła szparę w drzwiach i zaczęła gmerać przy łańcuchu. Wyglądało na to, że jednak nie uniknę ceremonii.

I rzeczywiście.

– Pani wejdzie – rozkazała.

Robiła wrażenie przeraźliwie typowe, idealnie przeciętna, zażywna i chciwa wrażeń dwustronnych. Z siebie wypuści i ode mnie dostanie. Byłam skłonna pójść na taką wymianę, z góry wiedząc, że rozczaruję ją beznadziejnie.

W ostatniej chwili przypomniałam sobie panieńskie nazwisko Ewy Marsz.

– Tu podobno mieszkali kiedyś państwo Wystrzyk…?

– A to pani ich szuka?

– No właśnie, szukam. Pani może ich znała?

Prychnęła wzgardliwie i wzruszyła ramionami.

– Pani usiądzie, bo co to tak stać. A jak ich mam nie znać, jak mi nad głową siedzą i w sufit walą!

Odruchowo spojrzałam w górę.

– Nie walą…

– Bo ich jak raz nie ma.

– To znaczy, że nadal tu mieszkają?

– No pewnie. A teraz to ich nie ma, bo on do sanatorium pojechał, a ona tam razem z nim siedzi i pilnuje, i usługuje. A na co oni pani? Pani w ogólności znajoma?

Nauczyłam się w dawnych czasach błyskawicznie oceniać audytorium i od pierwszego kopa dostosowywać treść i formę wypowiedzi do oczekiwań słuchaczy. Każda nauka się przydaje.

– Osobiście to nie, proszę pani, ale jedna moja przyjaciółka znała ich doskonale dawno temu, bywała u nich ciągle, zdaje się, że tam nawet istnieje jakieś dalekie pokrewieństwo, straciła z nimi kontakt i prosiła mnie, żeby się o nich dowiedzieć.

– A ona sama nie może?

– Nie bardzo, bo od lat nie ma jej w Polsce, to Australia, to Ameryka, tak ją nosiło po świecie, a teraz…

…Gdzie by tę Lalkę wypchnąć…?

– …w Pirenejach siedzi, z nogą ma kłopoty i zrobiła się nieruchawa. Przez te podróże pogubiła ludzi i tak ich szuka. Z Ewą, ich córką, była bardzo zaprzyjaźniona. Córka też tutaj mieszka?

Moja rozmówczyni ożywiła się wyraźnie i jęło się z niej ulewać.

– A, co też pani! Ewa to już dawno od nich uciekła, kiedy to było, z piętnaście lat będzie albo i więcej! Najpierw, wcześniej jeszcze, tak zwyczajnie się wyniosła, nie chciała powiedzieć gdzie się podziewa, całkiem na długo z oczu znikła, ale potem przychodziła czasami, nie bardzo często, ale przychodziła, aż wyszło szydło z worka. Z jednym takim żyła na kocią łapę, że to niby tak dobrowolnie i na zawsze, razem mieszkali bez ślubu. No to się dopiero awantury zaczęły! Awantury to tam zawsze były, bo on, jak się zezłościł, na całą ulicę ryczał, a i bez złości, niby żarty takie, też ryczał, a wtedy to już dom roznosił. Do ślubu marsz, wrzeszczał, do ślubu marsz! Przez wszystkie trzy piętra było słychać. I że to znać ich nie chce jak tego ślubu nie wezmą, więc ona, Ewa znaczy, powiedziała, że dobrze, wezmą ślub, a potem coś się zrobiło dziwnego, bo ten jej gach zaczął tu się pokazywać bez niej. Ale, gdzie, po długim czasie i nawet nie powiem, czy to był ten sam, czy jaki drugi. Z tatusiem w taką komitywę popadł i pokazało się, że wcale tego ślubu nie wzięli. Raz się matce wyrwało, że Ewa od niego też uciekła, bo jednego ojca jej starczy i drugiego nie chce. O co im poszło, to ja nie wiem. No i wtenczas przepadła całkiem i już jej tu więcej nigdy nie było do tej pory. On tam coś ryczał, że w pierze porasta, a ojciec dla niej gnój i mierzwa, ale jeszcze zobaczy i sam jej pokaże, o matce jakoś mowy nie było, ale i nie było, żeby na ulicę poszła albo, co. Matka cicha kobieta i spokojna, tylko w niego wpatrzona jak w obraz święty, jakaś taka całkiem zwyczajna.

Rozpęd wzięła taki, że siedziałam jak mysz pod miotłą. Najwidoczniej dawno z nikim nie rozmawiała, nie plotkowała, nikomu nie dostarczała ekscytujących nowości. Zatchnęło ją, ale bałam się odezwać, żeby nie spłoszyć weny, nie zacementować przypadkiem tego pęknięcia, przez które ulatywał nadmiar duszonych w sobie emocji. Wpatrywałam się w nią wytrzeszczonymi oczami, niewątpliwie pełnymi zachłannego oczekiwania dalszego ciągu. Zapomniałam nawet, że jest to najlepszy sposób na podpuszczanie rozmówcy. Ruszyła dalej.

– A jeszcze do tego w podłogę czymś walił, a mnie nad głową w suficie łomotało, to jak miałam nie słyszeć? I ryczał, ciągle, znaczy się, ryczy, teraz trochę spokoju przez to sanatorium, ale tylko patrzeć jak wróci i znowu będzie. A już mi się zdawało, że wrócił, że tam coś drzwiami szczęka, ale nie, Bóg ustrzegł, bo niemożliwe, żeby był, choćby i pięć minut, a nie ryczał. Herbaty chce, ryczał, pogoda niedobra, ryczał, gdzie coś tam, ryczał, że znaleźć nie może, w telewizji głupoty, też ryczał. A już jak mecz, jaki, nie daj Boże, to chyba siekierą parkiet rąbał, tak się rozlegało, a u mnie najgorzej, bo to przecież zaraz nade mną. Jak się śmieje, to też ryczy, a ciągle się śmieje, guzik do zupy wrzuci albo, co i tak się cieszy, jak komu w zęby wlezie, a tej Ewie to do łóżka szyszki podkładał, miskę z wodą, a kiedyś to kisielu nalał, dobrze słyszałam, że kisiel, ale nie wiem, na prześcieradło czy pod. Takie żarty lubił.

O Jezu… I ona nie uciekła wcześniej…? A, prawda, jako nieletnią przywlekliby ją na siłę z powrotem…

– Wiśniewska się nazywam – i tu w tonie głosu zazgrzytała nienawiść – to nie mówi do mnie inaczej, jak pani Owocek albo jeszcze gorzej, pani Świniewska, oj, przepraszam, czeski błąd, powiada i pęka ze śmiechu. To ja na złość mówiłam panie Wybryk, panie Strzykacz, ale, na co mi to, jak on się z tego cieszył. No, co za człowiek, mówię pani…!

Teraz już i rozgoryczenie się przyplątało. No tak, straszliwe tajemnice odsłaniały się przede mną, ale przecież nie o to mi chodziło. Tatuś Ewy Marsz zdecydowanie przerastał wizję, roztoczoną przez Lalkę, możliwe, że sąsiadka nieco przesadzała, ale możliwe też, że pozbawiony córki mocno się nudził i dla własnej rozrywki rozwijał, co przedniejsze cechy charakteru. Nic dziwnego, że Ewa znikła z horyzontu, na uzyskanie wiedzy o niej nie miałam tutaj żadnych szans.

– Coś rzeczywiście okropnego – przyświadczyłam, nie kryjąc zgrozy. – Zaraz, a ten jej… konkubent… no, ten, co to bez ślubu… Wie pani może, jak się nazywał?

– A co pani z tego, jak on się nazywał, jak ona od niego też uciekła? Z nim, z tym… – wskazała palcem ku górze, najwidoczniej nazwisko pana Wystrzyka budziło w niej wstręt – tak się zakumplowali, że jakby, co o niej wiedział, zaraz by mu powiedział. No, nieprzyzwoicie to, ale ona przecież od ojca uciekła!

– A pani by nie uciekła? – wyrwało mi się.

– Ja…! Ja to bym mu taki kisiel pokazała, że do śmierci by nie zapomniał!

– Ale może z matką ona jakiś kontakt utrzymuje? Matka normalna…

– A gdzie ona tam normalna, co też pani! Druga połowa tego rykacza, sama z siebie to może i owszem, ale jemu się nie sprzeciwi, żeby nie wiem, co. Co on każe, to zrobi, to mowy nie ma, żeby, co wiedziała, a on nie. Co pani myśli, on też tak myślał, bo i takie rzeczy słyszałam, jak się czepiał i gniótł, wiesz gdzie poszła, i wiesz gdzie poszła, mów mi zaraz, ślubny mąż jestem i ojciec, a matka na zbawienie się zaprzysięgała, że tyle wie, co i on. I płakała, aż strach. A on swoje, gnębił i gnębił. Jak tej Ewie zależało, dobrze zrobiła, że matce nie powiedziała…

Byłam takiego samego zdania.

– …bo raz się przytrafiło… Widocznie ta Ewa do matki serce miała, bo zadzwoniła. Że wszystko w porządku i dobrze się miewa. I tyle.

– I co?

– A co pani myśli? O tym telefonie też wszystko z niej wywlókł. A skąd dzwoniła, a czy z komórki, czy z automatu, czy jakoś tam, a co mówiła, każde słowo, a co tam z boku słychać było w tym telefonie, aż do mdłości. Już tam ona przed nim nic nie ukryje i jak dwadzieścia lat na to patrzę, to zawsze tak było!

– Szkoda. Myślałam, że pod dawnym adresem czegoś się o niej dowiem, a tu nic. Moja przyjaciółka tylko ten adres pamiętała…

– A ten nieślubny to ja nawet wiem, jak się nazywał – podjęła znienacka pani Wiśniewska, nie słuchając. – Takie schodowe nazwisko, Poręcz. Florian Poręcz. Raz słyszałam, ona wyszła za nim na klatkę, „panie Poręcz”, tak powiada, „mąż prosi, żeby pan o tym piśmie pamiętał”, no to znaczy się, Poręcz. Nawet myślałam w pierwszej chwili, że jej o prawdziwą poręcz idzie, bo tam piętro wyżej poręcz była taka trochę rozchwierutana, ale zaraz zgadłam. A że Florian, to głuchy by usłyszał, jak on ryczał Florek, Florian, Florciu. I nic pani z niego.

Może i nic, ale w środku mnie nagle otrząsnęło. Poręcz. Florian Poręcz. Nie do wiary, czyżby ten sam…? Znałam to nazwisko, kojarzyło się z nieprzyjemnością, pamięć się ledwo przecknęła, niedokładnie i mętnie, ale wiedziałam przynajmniej, gdzie szukać i kogo pytać…

Pani Wiśniewska, chwalić Boga, herbatą, kawą i zeschniętym ciastem nie próbowała mnie częstować, potok jednakże wciąż z niej płynął. Gdzieś po drodze jakiś prawdziwy mąż Ewy wyskoczył, ale szybko znikł z horyzontu, zlekceważony, wyglądało na to, że zaistniał na krótko i pani Wiśniewska w ogóle w niego wątpiła. Powtarzała się już teraz, niestety, mściwie opiewając postać główną. Musiał ten tatuś Ewy rzeczywiście prezentować osobowość cudowną, skoro tak jej dokopał, że na plotki o rynsztokowym upadku marnotrawnej córki prawie nie było miejsca. Tymczasem aż się prosiło, bo i mąż niepewny, i z domu uciekła, i bez ślubu żyła, i rodziców się wyrzekła, istna kopalnia! A tu córka – mały pikuś, tatuś przebijał wszystko.

Wyszłam wreszcie. Z całej wizyty został mi Florian Poręcz.

– Joanna, słuchaj, to cała afera, śmierdzi jak w komunistycznym wychodku! – powiadomiła mnie Magda już od progu. – Nie wiem, czy nie powinnaś się włączyć bezpośrednio, to ty masz kryminalistyczne ciągoty, a nie ja. Ja mam ciągoty innego rodzaju i musiałam się ich wyrzec, okropne! No, jest pewna pociecha, może tylko chwilowo.

Pocieszyłam ją, że z pewnością chwilowo, i spytałam, co pijemy.

– Wino! Specjalnie przyjechałam taksówką. Dopiero, co wróciłam i muszę opić na pociechę rozstanie z moim desperado. Zazwyczaj masz dobre?

– No, raczej mam dobre. Takie łagodne, do popijania. I paszteciki z oliwką na zagrychę.

– Super. Bo już się martwiłam, że nie przywiozłam kiełbasy do upieczenia na kominku. Ale na kominek chyba za ciepło?

– Owszem, to po pierwsze, a po drugie kominek absorbuje, a my tu mamy, jak zrozumiałam, aferę? Kiełbasę załatwimy następnym razem, przy trzecim trupie.

Magda odwróciła się nagle.

– O…! To już wiesz…?

Przystąpiłam do wysiłków z butelką i korkociągiem.

– Wiem. Eugeniusz Drżączek. Prawie byłam przy tym.

– Ale to nie ty…?

– No coś ty! On mnie tylko zniesmaczył, to nie powód. Na motyw za mało.

– Słusznie, niewart starań. Skąd wiesz? Chyba jeszcze nawet wzmianki nie było, debatują nad formą i treścią, zdaje się, że gliny zażądały lekkiego opóźnienia. Jakim sposobem wiesz wcześniej? Przecież to dopiero wczoraj…?

Powiedziałam jej w skrócie i wyjęłam kieliszki. Magda opadła na fotel, zainteresowana bardzo, ale trochę niespokojna.

– A skąd weźmiemy trzeciego trupa? I kto to ma być?

– Nie mam pojęcia, ale żywię nadzieję, że ktoś się postara. Następny z branży. Jak dotąd poszedł wielki balon i mały prymitywek, może teraz będzie coś pośredniego. Ty mnie tak nie trzymaj w niepewności, tylko mów, co z tymi kasetami?

– Zaraz, czekaj, bo to cała sensacja. Naprawdę myślisz, że motyw tkwi w ich twórczości?

– A ty wątpisz? Lubisz klasyków? Czytujesz Thackeraya?

– Z upodobaniem!

– No to wyobraź sobie, że do roli Rebeki Sharp Wajchenmann wybrałby ciebie…

Magda prychnęła pasztecikiem i o mało nie oblała się winem. Jak wiadomo, Rebeka Sharp była drobną, szczupłą blondynką z niebieskimi oczami, z gatunku łasicowatych, Magda zaś prezentowała posągową urodę. Wysoka, czarnowłosa, ciemnooka, stanowiłaby doskonały model dla Fidiasza, Praksytelesa, nawet Michała Anioła, chociaż dla Michała Anioła musiałaby jednak nieco utyć, nawet na początku na baroku była za chuda. Wspaniała, dorodna dziewczyna.

– Ja nie jestem aktorką!

– No to, co? Nie ma znaczenia. Wybrałby, bo mu pasujesz i cześć. Pomijam już fakt, że „Targowisko próżności” zostało sfilmowane, na szczęście nie wiem, kto reżyserował, bo gdyby go ktoś kropnął, znów byłoby na mnie, ale tam u niego ciąża trwa trzy miesiące.

– Nie żartuj! Nie widziałam tego…

– Nie wiem czy powinnaś żałować, chociaż taka osobliwość fizjologiczna może jest warta obejrzenia. Powrót Napoleona trwał, jak powszechnie wiadomo, sto dni, trzy miesiące z drobnymi groszami, ich ciąża też. Gorzej, Amelia w ogóle wychodzi za Jerzego krótko przed bitwą pod Waterloo, Rebeka ostatecznie mogła ruszyć wcześniej, chociaż nie było widać, ale obie rodzą zaraz po zwycięstwie. W zamęcie, można powiedzieć, pobitewnym. Mnie się od tego coś robi.

– Mnie też. Nie do uwierzenia. Jesteś pewna?

– Miałam to nagrane, ale chyba już skasowałam. To, co z filmami Ewy Marsz? Skąd afera?

Magda usadowiła się wygodniej i wypiła trochę wina.

– Nie będę ci truła początkiem, bo sama przez chwilę nie mogłam tego zrozumieć, na pierwsze słowo o kasetach blady strach padł na osoby wmieszane, ale ma się te trochę znajomości i doszłam. Wyciągnęłam wnioski. Otóż dwie książki Ewy Marsz zostały udostępnione ekranizacji nielegalnie!

– Achchch…! – wydobyło się ze mnie ze świstem.

– Ona wcale nie chciała sprzedawać ich telewizji, nie ma żadnej umowy z nią bezpośrednio, nie ma jej zgody…

– Wydawca…!

– Skąd wiesz? Owszem, sprzedało wydawnictwo, zaraz, jak ono się…

– „Gratis”!

– Zgadza się, „Gratis”. Gdyby wytoczyła sprawę, na zachodzie miliony odszkodowania, u nas upierdol jak stąd dookoła księżyca. Pani dyrektor od akceptacji programu, która podpisała to do produkcji, już nie pracuje, odeszła trzy lata temu, a była to wyjątkowo głupia kurwa, porąbana na tle facetów i każdy chłop poniżej dziewięćdziesiątki mógł w nią wmówić wszystko. Parę numerów wywinęła takich, że oko bieleje. Ty znasz to wydawnictwo?

Z wielką satysfakcją i kieliszkiem wina w ręku rozsiadłam się na kanapie. Uczuciami mogłam zająć ją całą, opakowania nie starczało, bo była trzyosobowa.

– No pewnie. Dwóch chłopców w kwiecie wieku i urody, każdy w innym typie, obaj, uczciwie mówiąc, całkiem przystojni. Teraz rozumiem, dlaczego na tle Ewy Marsz tak zdrętwieli i dlaczego już nie mają z nią umowy!

– Zerwała? – ucieszyła się Magda. – Dobrze zrobiła. Sprawy, o ile wiem, nie wytoczyła, ale ciągle się boją, bo jeszcze parę osób tam zostało z tych, co podpisywali za namową pani dyrektor…

– A pani dyrektor gdzie się podziała? Uciekła do burdelu w Argentynie?

– Nie wzięliby jej, wiek nie ten. Przeszła do Ministerstwa Kultury. Oni tam i tak nic nie robią, więc wielkiej szkody nie przyczyni. W każdym razie nawet najmniejszej wzmianki o ekranizacjach Ewy Marsz boją się jak diabeł święconej wody i kasety ukryli w tajnym sejfie, pod łóżkiem, pod podłogą w magazynie albo w jakimś grobowcu na cmentarzu. Ale ja się dokopię, chociażby im na złość! Wrogom na złość, bo oprócz przyjaciół, mam tam także i wrogów.

Pochwaliłam ją z całego serca. W żaden sposób nie mogłam sobie przypomnieć twórców paskudztwa, w które przeistoczono książki Ewy Marsz i mogłam to sprawdzić wyłącznie na czołówce filmu. Wątpiłam, czy Lalka jeszcze posiada te arcydzieła, może nagrała na nich coś innego albo w zdenerwowaniu wyrzuciła je do śmietnika, stwierdziwszy pomyłkę z instrukcją obsługi kosiarki. Magda również nie pamiętała żadnych nazwisk.

– Martusia mogłaby to wiedzieć – podsunęła. – Ona ma więcej kontaktów z poronionymi geniuszami, ja się obracam w innej grupie złoczyńców.

– Ale powinnaś wiedzieć – przypomniałam sobie nagle – na przykład, co to za facet, ten Krzycki? Pytali mnie o niego, mam na myśli gliny, a ja nic nie wiem. Podobno asystent Wajchenmanna.

– Walduś Krzycki? – zdziwiła się Magda. – Oczywiście, że znam Waldusia. Asystent od niedawna, a może raczej taki uczeń czarnoksiężnika, sama byłam zaskoczona, że poszedł w jarzmo, bo to przyzwoity chłopak. Sympatyczny i niegłupi. Do Wajchenmanna pasuje jak frak do sianokosów…

– Pasował…

– Słusznie, pasował. Dobrze, że to już przeszłość.

– A po co on właściwie do niego przystał?

– Zdaje się, że Wajchenmann sam mu zaproponował współpracę. Potrzebował świeżej krwi, a Walduś się zgodził. Pytali cię o niego? Czy to znaczy, że jest podejrzany?

– Wygląda na to. Myślisz, że mógł go rąbnąć? Z zawiści na przykład albo ze zdenerwowania, od pomysłów arcymistrza ciemno w oczach mu się robiło… Nie wiem, jaki on miał stosunek do tego niewyżytego twórcy…

Magda zastanowiła się i pokręciła głową.

– Negatywny, to wiem. Ale Walduś jest pozbawiony zbrodniczych skłonności, w ciągu kilku miesięcy nie pozwoliłby się do tego stopnia wyprowadzić z równowagi. Jeśli już, to raczej dopiero na planie, ewentualnie przy doborze aktorów. Ja na Waldusia nie stawiam.

Ja również nie musiałam. W zapasie miałam następnego.

– Słuchaj, jeszcze drugi. Czy ty może przypadkiem słyszałaś takie nazwisko, Florian Poręcz?

– No jak to? – zdumiała się Magda. – Ty chyba też słyszałaś? Grzmotem się rozlegało, podobno pluskwa, ale to nie do mnie te numery, Brunner. Martusia pluła nim na prawo i na lewo, trudno było nie słyszeć, zdaje się, że jej życie spaskudził. Spytaj ją, będzie wiedziała.

Zgadzało się, jasne, że Martusię zamierzałam spytać w pierwszej kolejności, tylko zwyczajnie nie zdążyłam, Magda pojawiła się, ledwo wróciłam z miasta. Wszystko następowało zbyt szybko, czwarty dzień znajdowałam się w kraju, a już wydarzenia waliły Niagarą. Nie mieściłam się w dobie, nie miałam, kiedy uporządkować myśli.

– I każdy się dziwi, że ja usiłuję ukrywać swoje powroty z wakacji – powiedziałam z lekkim rozgoryczeniem. – Nie wiem, co w tym jest, ale nogi na progu nie zdążę postawić i już rusza kołomyja. Czyste wariactwo, czy nie jest mi przeznaczone pożyć spokojnie? I pomyśleć, że istnieją ludzie, którzy się nudzą na emeryturze!

– Tylko mi nie mów, że ci przeszkadzam i niepotrzebnie przyszłam – poprosiła Magda gorąco. – I nie dawaj mi do zrozumienia, że mam się stlenić.

– No coś ty…? Broń Boże! Stanowisz samą przyjemność! Gdyby to były tylko takie rozrywki, świeciłabym własnym światłem z radości. Nigdzie nie pójdziesz, mamy więcej wina.

Magda sięgnęła po torbę.

– Czekaj, pozwól, że pokażę ci zdjęcie tego mojego, mam parę sztuk. Rozumiesz sama, że w połowie jestem zajęta tematami uczuciowymi. On tu będzie w Warszawie w przyszłym tygodniu, a ja próbuję załatwić sobie reportaż w Trójmieście, konkurencja szalona, ale może mi się uda, to też historyczne, bursztyn, szesnasty, siedemnasty wiek…

– Deotyma się kłania?

– No? Ekranizacja dla dorosłych, uczciwa, zebrałabym materiał…

– Czekaj – powstrzymałam ją. – Czy już ktoś tego kiedyś nie spieprzył? Coś mi majaczy w pamięci…

– To może było przed wojną – zawyrokowała Magda z niesmakiem. – Bo nic takiego sobie nie przypominam. A mój desperado mexicano już tam jest zafiksowany, co najmniej na trzy miesiące, będę robiła tak wolno, jak tylko potrafię. O, popatrz! To ten.

O, do licha. Rzeczywiście, chłopak jak brzytwa. Razem z Magdą na zdjęciu, piękna para, miała rację, Teksas, Meksyk, nawet sombrero mu niepotrzebne, najprawdziwszy desperado w pełni ucywilizowany, Europa! Rzadki okaz.

– Tylko mu konia i lasso – pochwaliłam. – I taką spluwę przy boku…

– Dwie!

– Mogą być dwie. Nie w moim typie, ale nie dziwię ci się. Bardzo dobrze, rób ten bursztyn, ale przedtem wydłub mi kasety z telewizji, żebym ci mogła dobrze życzyć!

Zostałam z Poręczem. Co on miał do Ewy Marsz? Gach Ewy Marsz paskudził życie Martusi, Ewę miał w Warszawie, Martusi paskudził w Krakowie, podróżnik taki…? I kiedy to było, bo przecież nie równocześnie…?

Pamięć przetarła oczy i rozbudziła się porządniej. Dawno i możliwie szybko wyrzuciłam z niej temat, bo napełniał mnie niesmakiem, ale teraz zaczynały wracać szczegóły i każdy następny rozpalał rozmaite uczucia, w których na pierwszy plan wychodziła wręcz zgroza, natrętnie sugerująca pomyłkę.

Czy to w ogóle możliwe, żeby Ewa Marsz poderwała sobie takiego Poręcza…?

A otóż właśnie wcale nie poderwała.

Dopiero późnym wieczorem Martusia uruchomiła swoją komórkę i już od pierwszej chwili splunęła jadem w telefon.

– Poręcz…! To już nie masz, o kim…? Nie mów do mnie takiego obrzydliwego słowa! Ta świnia…!!!

– Co do świni, tak mi się właśnie wydawało, ale nie pamiętam detali – powiedziałam kojąco. – Kiedy to było dokładnie, ta cała twoja afera?

– No ile to…? Prawie cztery lata temu! I gówno mu z tego przyszło, nie utrzymał się, czekaj, zaraz ci przypomnę, chociaż mówiłam sto razy i ciągle jeszcze mnie trzęsie ze wstrętu… Darować sobie nie mogę, że jeszcze i ciebie o mało, co nie wplątałam!

Wreszcie błysnęło dokładne przypomnienie. Oczywiście, że mówiła, nawet poznałam wtedy tego Poręcza przelotnie jako amanta Martusi, na oko robił doskonałe wrażenie, jednakże tuż pod wierzchem miał coś, co mnie z miejsca cofnęło. I nie mogłam zrozumieć, dlaczego trysnęła ku niemu takim zapałem, chociaż może to kwestia gustu, ale od samego początku miałam złe przeczucia…

Ściągnęła go wtedy do Krakowa na własną zgubę. Miała być drugim reżyserem przy fabularnym filmie niejakiego Łapińskiego, który robił rzadko, ale za to rzeczy bardzo dobre. Telewizja krakowska szarpnęła się na produkcję, oglądałam to bez żadnej niechęci, chwilami z dużą przyjemnością, zatrutą nieco łzami żalu i wściekłości pokrzywdzonej Martusi. Rozumiałam jej furię, wyrolowana została artystycznie, a już błyszczała przed nią życiowa szansa na szerszy zakres uprawnień, tymczasem reżyseria przeistoczyła się w kierownictwo produkcji, czyste kpiny. Ten zgnilec, Poręcz, tam się zahaczył, umizgał się do niej, wielbiciela udawał, ogniami pałał, prawie się na to narwała… Jakie tam prawie, narwała się całkiem, jak potłuczona… wprowadziła wredną pluskwę w świat telewizji, po czym okazała się wyślizgana. Jak on to zrobił, nie wiadomo, zapewne wpływ na sprawę miała pani Iza, sypiająca z całą dyrekcją i z tym struplem gnojnym też. Ale jest sprawiedliwość na świecie, pozbyli się go, kiedy zaczął Łapińskiemu wprowadzać zmiany w scenopisie, jakieś potężne turbulencje z tego wynikły, tyle, że krótkie, wszystko wyciszyli i tak cichutko sobie poleciał, że nawet nikt szmerku nie usłyszał, jedna pani Iza czas jakiś z króliczymi oczkami chodziła. A co Martusi złego zrobił, to zrobił, i niech go syf i malaria ogarnie. Jak ja mogę nie pamiętać tej całej martyrologii, o której mi przecież mówiła…?!

Nie znałam pani Izy i jej życie uczuciowe nic mnie nie obchodziło, ale wszystkiego wysłuchałam teraz z dużym zainteresowaniem, znakomicie odświeżając zaniedbaną wiedzę. Poczułam, że powinnam się usprawiedliwić, bo też istotnie swoją rozpacz Martusia wypłakiwała wtedy na moim łonie.

– No nie, bez przesady, świństwo ogólnie pamiętałam, oczywiście, a nazwisko owszem, od razu mnie tknęło, tylko musiałam się upewnić…

– Upewnić…! Jeszcze ci było mało…?!

– Okoliczności mi do niego nie pasowały. Czekaj, ty o nim wszystko wiesz, ja mniej. Podobno on był wcześniej przypisany do Ewy Marsz…

– Gówno!!! – prychnęła dziko Martusia, ziejąc mściwym jadem. – Chciał być przypisany! On właśnie takie rzeczy rozgłasza, w ogóle łapie baby, które mogą mu się do czegoś przydać. Wiesz, poznać z ludźmi, wkręcić w środowisko, zaprotegować, a jeszcze do tego pożyczyć pieniędzy. Których nie oddaje!

– Rozumiem z tego, że i ty…

– A jak…?! Jasne, też się dałam naciąć!

– Ale z Ewą Marsz podobno razem mieszkał…

Martusia zacharczała chichotliwie i drwiąco.

– Mieszkał. Owszem, razem. Na tym samym piętrze w dwóch oddzielnych lokalach i przez czysty przypadek. Ona tam miała swoje już dawno, a on wynajął pokój od jakichś, co ciągle wyjeżdżali za granicę i prawie ich nie było. To się nazywało, że razem.

– Ale ogólnie uważało się, że stanowią parę…

– Kto tak uważał? Kto tak mówił? Od niej to słyszałaś? Bo on owszem, dawał to do zrozumienia tak subtelnie, że ciszej by wypadła orkiestra dęta. Ona chciała z nim mieszkać, ale on wolał nie, ona na niego leciała, a on z grzeczności nie odmawiał, ona się uparła, żeby z nim razem pisać scenariusz, a on uległ i nie wiem, co tam jeszcze. Akurat było odwrotnie.

– Skąd wiesz?

– Od niego samego. Trzeba było słyszeć, JAK o tym mówił, nawet łgać porządnie nie potrafił! Ustawicznie mu się coś wyrywało i wyłaziło szydło z worka. Zły na nią jak diabli, męczennika próbuje udawać, hetera taka wyzyskała go, oszukała, wystawiła rufą do wiatru, więc musiał ją porzucić…

– Niekonsekwentny jakby trochę…?

– I nawet sobie z tego nie zdaje sprawy! Albo mnie uważał za kretynkę… Ona może i zwróciła na niego uwagę, w końcu on jest przystojny, tfu… i robi dobre wrażenie, ohyda, z wierzchu sreberko, a w środku gnój! Mogła się tak od razu nie połapać, niechby się nawet z nim zdrzemnęła, ale przecież nie zgłupiała kompletnie! A jeśli nawet, rozum jej wrócił przy scenariuszu.

– Przy jakim scenariuszu? – spytałam podejrzliwie, równocześnie myśląc, że ktoś tu coś poprzestawiał, albo sąsiadka źle podsłuchiwała, albo tatuś dał z siebie zrobić balona.

– Tym, co go razem pisali.

– Zaraz. Jaki znowu scenariusz razem pisali? Pierwsze słyszę.

– Jak to, nic nie wiesz? A…! Może i nie wiesz. Chciał pisać z tobą, bardzo cię przepraszam, to przeze mnie, ale na szczęście nie poszłaś na to. Tu się pokitosiło we własnym gnojku i uleżało bez huku. Ledwo ta jej druga ekranizacja się pokazała, już ją namówił na scenariusz…

– Tak jak ty mnie namawiałaś?

– Nie wypominaj mi, już się przecież przyznałam, że mnie pogięło! Ale pewnie tak. On ma chody, sam będzie reżyserował, takiego kitu jej nawciskał, twierdzi, że mu uwierzyła… No, chyba uwierzyła, skoro napisali, ściśle biorąc, ona napisała. Czytałam to, bardzo dobre, co ja mówię, super, jak w pysk dał jej zasługa, to widać. Odcinkowe. Nakręcili dwa odcinki i nawet ci nie powiem, co z tego wyszło, bo takich słów nie znam. Gówno to byłby niezasłużony komplement. Zrezygnowano z reszty i to chyba gdzieś leży. Potem ten… elegancko chciałam… odrostek płciowy… naraził się Łapińskiemu i poleciał.

– No, no, no – powiedziałam, bo czułam się skołowana i nic innego nie przyszło mi do głowy. I pomyśleć, jakiego niebezpieczeństwa bezwiednie uniknęłam! Nie doceniłam wtedy powagi sytuacji…

– A, czekaj! – przypomniała sobie nagle Martusia. – My tu o bzdetach, a tam Drżączek! Naprawdę nie żyje? Naprawdę zamordowany?

– Magda mówi, że tak.

– Komu się chciało takiego flaka…

Przerwałam jej.

– Jakiś esteta, nie wytrzymał jego twórczości. Gdzie oni mieszkali na tym jednym piętrze? Poręczowi wyrwał się adres?

– Tak, momencik, zaraz sobie przypomnę, bo słyszałam, taka śmieszna ulica… Wiem, Kubusia Puchatka! Gdzie to jest?

– W Śródmieściu. Czekaj. Kubusia Puchatka? Kubusia Puchatka nie istnieje.

– Jak to nie istnieje? – zdziwiła się Martusia.

– Administracyjnie nie istnieje. W praktyce owszem.

– Może ja się zdenerwowałam obrzydliwymi wspomnieniami, ale nie rozumiem, co mówisz. Pamiętam, że słyszałam, że mieszka na Kubusia Puchatka i nawet się tym chwalił.

– Bo to ogólnie eleganckie miejsce. I tak się mówi, ale urzędowo Kubusia Puchatka to jest ulica Warecka. Tak jak Tuwima, to jest Świętokrzyska i Nowy Świat. Już się kiedyś na to narwałam i wiem na pewno.

Zaciekawiłam ją nadzwyczajnie.

– Co ty powiesz, strasznie dziwnie to macie w tej Warszawie. To właściwie jak? Skąd wiadomo, że to jest ulica Kubusia Puchatka?

– Napisane na murze, jak byk. Ale na wejściach do budynków Warecka. Ile?

– Co ile?

– Numer. Chwalił się, że Kubusia Puchatka ile?

Oszołomiona nieco Martusia zaczęła strasznie myśleć.

– Czekaj, nie pamiętam… Ale chyba też słyszałam… Komuś mówił… Już wiem, dwadzieścia ileś! Osiem albo dziewięć. Ale numeru mieszkania nie słyszałam. Pierwsze piętro.

– Bzdura. Warecka w ogóle nie ma tylu numerów. Znaczy, słyszałaś numer mieszkania, też dobrze, to któraś tam klatka schodowa. I gdzie on teraz jest, ten cały Poręcz?

– Pojęcia nie mam. Może w Łodzi? Albo wrócił do Warszawy?

– No nic, jakoś to znajdę…

– A on ci potrzebny do czegoś?

– Przeciwnie, chcę go uniknąć. Potrzebna mi Ewa Marsz.

– Do czego?

– Do niczego. To znaczy, do wszystkiego. Do różnych rzeczy.

Martusia nie wykazała przesadnej dociekliwości, dziabnięta wspomnieniem Poręcza wróciła do wydarzeń zawodowych.

– Wiesz, co oni zrobili z tym ich scenariuszem? Z tą wspólnotą Ewy i swołoczą? W życiu byś nie zgadła! Tam były sceny super, w scenariuszu nieziemsko śmieszne, wiesz, co nakręcili? Flakowate dłużyzny! I zastąpione jedno drugim, zamiast żywej ryby, surrealistyczne cycki ekspedientki! I nic więcej! I to ma być śmieszne…!

– To taki nowy trend – pouczyłam ją. – Jak w „Ogniem i mieczem”, zamiast gąsiorka pana Zagłoby, biust dziewki karczemnej. Wymiana doznań smakowych na wzrokowe.

– Co…?

– Nic, Rzędzian się w to wpatruje i na sam widok odżywa.

– A, rzeczywiście… A dialog w tym arcydziele gorszy niż na reklamach, słowo ci daję, takiego dna dawno nie widziałam! A może nawet nigdy w życiu!

Zaczęłam nagle bardzo dużo rozumieć.

– Kto to robił?

– Taki rozkwitający geniusz, Juliusz Zamorski się nazywa, ktoś go wepchnął na siłę, ktoś z Warszawy oczywiście, wielkie ambicje w nim szaleją…

– A co zrobił do tej pory?

– Z pięć albo sześć filmów już w bólach urodził, rżnie ze starych kryminałów, przerabia na swoje kopyto i wychodzi mu… o…! Takie coś jak Agata Christie w Orient Ekspressie, Poirot w postaci wielkiego, czarnego bałwana z laptopem. Nie umiem inaczej skomentować, tylko tak…

Tekst zrozumiały nagle się skończył. W telefonie usłyszałam przerażające jęki, wycia i charkoty, godne izby tortur, podobne nieco do popisów wokalnych amatorów, pełnych nadziei na sukces. Martusia przez chwilę dawała wyraz poglądom bez słów, wyłącznie akustycznie, po czym znów przeszła na ludzki język.

– To już rozumiesz…

– O, tak! – przyświadczyłam gorąco. – Rozumiem coraz więcej…


* * *

Adam Ostrowski uparł się przy złożeniu mi wizyty, co przyjęłam radośnie, rezygnując z zaplanowanych działań, bo też chciałam z nim pogadać. Słowa nie mówił na temat wywiadu, ale sama zgadłam, że właśnie o to mu chodzi. Gdziekolwiek bym się z nim spotkała, wszędzie istniały jakieś zakłócenia i nie mógłby spokojnie nagrywać, u mnie w domu zaś w zasadzie panowała cisza.

Ostrowski był dziennikarzem przyzwoitym. Nie przekręcał wypowiedzi rozmówcy, nie wkładał mu w usta obcych słów, nie wymyślał bzdetów, pytania zadawał sensowne i pisał gramatycznie. Ponadto był sympatyczny i błyskotliwy. Znaliśmy się już parę lat, mieliśmy za sobą trzy wywiady, dwa obszerne, a trzeci malutki, i musiałabym być we wściekle złym humorze, żeby do któregoś z nich się przyczepić i zgłaszać zastrzeżenia.

Usiedliśmy przy kawie i herbacie, Ostrowski wolał kawę.

– I co pani na to? – spytał wprost. – Bo w środowisku aż szumi.

– A co, na twarzy mi nie widać? Powinnam do tego jeszcze kwiczeć perliście i podskakiwać?

Ostrowskiemu myśl się spodobała. Sięgnął do swojej torby.

– To nie wywiad – zastrzegł się. – W każdym razie nie konkretny, jeszcze nie jestem przygotowany. Ale wiadomo przecież, że pani drugi raz tego samego i tak samo nie powtórzy. Mogę nagrywać?

Wzruszyłam ramionami.

– No pewnie. Tylko niech pan przesadnie z kontekstu nie wyrywa.

– Nie, bez obaw. Szczerze mówiąc, sam jestem ciekaw, jakie pani ma podejrzenia. Tak prywatnie.

– Tak prywatnie, to na dwoje babka wróżyła. Mnie osobiście taka cholera na niego brała… zaraz, o którym pan mówi? O Wajchenmannie czy o Drżączku?

– Obaj mnie interesują.

– Z obu się bardzo cieszę i nie zamierzam swoich uczuć ukrywać. I właściwie obu mój pogląd dotyczy. Szlag mnie trafiał taki, że starałam się wyrzucać tych zbuków z pamięci i kompletnie nie znam żadnych szczegółów ich życia prywatnego. Drżączek to taka tam sobie mała, nadęta ropuszka, ale Wajchenmann…? Diabli go wiedzą, co komu złego zrobił i kto go nienawidził za przydeptywanie. Pewno wszyscy. Chyba, że istnieje jakiś wyjątek?

– O wyjątku nie słyszałem.

. – No proszę. Dobrze mi się wydawało. Wobec tego z jednej strony ktoś skrzywdzony służbowo, urzędowo, zastopowany w karierze, wykopany od koryta, a z drugiej szaleniec, któremu ta cudowna twórczość stanęła kością w gardle. Wpadł w szał i kropnął. Trzeciej możliwości nie widzę.

– A Drżączek? Myśli pani, że też komuś przeszkadzał?

– Pan to powinien wiedzieć lepiej ode mnie! Bo ja, tak całkiem prywatnie i na poczekaniu, mogę wymyślić, że jakiemuś kretynowi od reklamy albo od układania programu, no, wszystko jedno jak to się nazywa, wmówił ogrom swego dzieła, hit stulecia, twórczość super, wszystkie nagrody już czekają i aż się trzęsą z niecierpliwości, ten kretyn uwierzył i na niewidzianego grzmotnął salwą z katiuszy. Potem obejrzał zareklamowane przez siebie arcydzieło i z zaćmą na oczach poleciał do Drżączka wyrażać swoje zdanie. Jak oprzytomniał, było za późno, zewłok już leżał.

Ostrowski słuchał z wielkim zainteresowaniem.

– Bardzo mi się podoba ten pani kryminał, chociaż trochę wątpię w aż takie emocje. A nie myśli pani, że jakiś patriota?

– Patriota…? A! Chodzi panu o pokazy, konkursy…?

Ostrowski, rzecz jasna, wiedział o takich rzeczach znacznie lepiej ode mnie.

– Wysyłamy przecież filmy za granicę, na festiwale, te poronione komedie Drżączka też szły, mnie osobiście wstyd za taki poziom.

– Patriotycznie?

– Można to tak określić. Patriotycznie.

– To mnie też wstyd. I z jakim skutkiem?

– Taktownie pomijano je milczeniem.

Pokręciłam głową z powątpiewaniem, usiłując zachować odrobinę obiektywizmu, co mi się raczej nie udało.

– Gdyby Drżączek robił ekranizacje, bezwzględnie stawiałabym na autora dzieła. I gdyby Wajchenmann znęcał się nad żywymi…

– Jak to, kilku złapał…

– No to u mnie wychodzą na prowadzenie. Chyba, że ich uczucia zostały złagodzone reklamą…

– Co też pani mówi, jaką reklamą? – obruszył się Ostrowski, nie kryjąc niesmaku. – To jest antyreklama! Dla autora ciężka kompromitacja. Jak to, jeszcze pani nie powiedziano? No, może istotnie, raczej się o tym milczy.

– Ejże…?

Przyglądałam mu się pytająco i podejrzliwie. Ostrowski skrzywił się i wypił resztkę kawy.

– Po złym filmie sprzedaż książki gwałtownie spada, naprawdę pani o tym nie wiedziała? Autor traci popularność, wygasa zainteresowanie. Parę osób już na tym ucierpiało, między innymi Benigna, Dyszyński, Marsz…

– Ewa Marsz…!

– No właśnie. Przez te, pożal się Boże, wizje na ekranie. A pani sama…?

– Niech mi pan tego nie przypomina! Ja mam rekord, nigdy nie poszło i zostało wykasowane, ale tu przynajmniej znam przyczyny. Wzajemne animozje twórców, może i z Drżączkiem ktoś się kłócił, bo z Wajchenmannem nikt by się nie ośmielił. A może…? Wielkie emocje to potęga! Zaraz – zaniepokoiłam się. – Naprawdę po filmach sprzedaż spadła?

– W różnym stopniu, ale generalnie tak. Osobiście zetknąłem się z tym zjawiskiem, rodzaj zniechęcenia do autora. Panią to zdumiewa?

– Ależ, co pan, przeciwnie! To znaczy owszem, zdumiewa mnie, że reakcje czytającego społeczeństwa są tak bardzo zbliżone do moich, nie spodziewałam się takiego poparcia!

– Przecież pani to zna – wytknął mi Ostrowski z lekkim zgorszeniem. – Sama pani tak mówiła, zawsze wina spada na autora.

Kiwnęłam głową bardzo gwałtownie i nawet kilka razy, rezygnując z obiektywizmu całkowicie.

– Szczerze mówiąc, gdybym najpierw zobaczyła filmy z Agaty Christie, konkretnie „Strzały w Stonygates” i „Tajemnicę bladego konia”, jej książek do ręki bym nie wzięła. Także „Uśpione morderstwo”. Śmiertelna kompromitacja i rzeczywiście antyreklama, zresztą ona o tych cudach natury miała podobną opinię. Mary Higgins Clark to samo, szczęście, że ja dużo czytam i zawsze wyprzedzam film. A Ewa Marsz? Mała, tłusta blondyneczka w postaci Agnieszki Dygant…! Jeżeli Agnieszka Dygant jest małą, tłustą blondyneczka, to ja śpiewam w operze! Co za kretyn tak dobierał obsadę?!

– Jak to, co za kretyn, oczywiście reżyser.

– Który?!

– Błyskotliwy twórca, Juliusz Zamorski. Ostatnio dostał jakieś wyróżnienie.

Zamorski…! Ten od scenariusza! No, wreszcie, tyle się przynajmniej dowiedziałam. Pomamrotałam pod nosem, używając słów, powszechnie ocenianych jako wysoce obraźliwe, i gestem zaproponowałam Ostrowskiemu drugą filiżankę kawy. Zgodził się chętnie, bo filiżanki miałam dość małe.

– Myśli pan, że dlatego ona przestała pisać? – spytałam ostrożnie, stawiając repetę napoju na stole.

Ostrowski, z łyżeczką w cukiernicy, wstrzymał gest i łypnął na mnie bystrym okiem.

– Ewa Marsz? Interesująca supozycja. Ale sądziłem, że pani wie lepiej?

– Dlaczego ja miałabym…?

– Takiego doznałem wrażenia, że pani jest z nią jakoś związana… Nie, złe słowo. Raczej zaprzyjaźniona… No, zainteresowana nią…

– Przeciwnie, nic o niej nie wiem i właśnie chciałabym się dowiedzieć. Skąd się panu to wzięło?

Ostrowski mieszał kawę i zastanawiał się przez chwilę.

– Chyba ktoś coś napomykał. Z kimś pani o niej rozmawiała…? Filmy…? Kasety…? Taki mętny powiewek…

Zdążyłam pomyśleć, że po telewizji plotki latają nie z żadnym mętnym powiewkiem, tylko z dzikim świstem, kiedy nagle szczęknęły drzwi i w przedpokoju rozległ się rumor. Nie dzwoniąc do furtki, nie pukając, potykając się na wycieraczce, wpadła Magda niczym trąba powietrzna. Wyhamowała dopiero przy schodkach salonu, łapiąc dłońmi blat bufetu. Rozpędzoną torbą zdołała jeszcze brzęknąć w stojącą lampę.

Zerwałam się z kanapy. Magda, zawsze elegancka, dopracowana, z nieskazitelnym makijażem, teraz miała włos rozwiany i rozmazaną, pobladłą twarz, wsparta o bufet stała i ziajała. Ostrowski zerwał się również i zamarł, wpatrzony w nią ze zdumieniem.

– Magda…? – bąknął słabo.

– Jezus, Mario! – wykrzyknęłam ze zgrozą, pośpiesznie wyłażąc zza stołu. – Co się stało?!

– Daj mi coś – zaszczękała zębami Magda. – Wódki, koniaku, co tam masz. To ty powinnaś… Te różne trupy to twoje hobby, nie moje! Daj cokolwiek!

Rzuciłam się do szafki, pod rękę wpadł mi calvados, trunek rzetelny, chwyciłam dużą koniakówkę, chlupnęłam jej od serca. Nie certoliła się, zużyła całość za jednym zamachem, wyciągnęła ku mnie kieliszek.

– Widziałam samochód, Adam… mnie odwiezie. Mam nadzieję… Daj jeszcze trochę!

Powtórzyłam operację. Magda wykazała już teraz pewien umiar. Ostrowski troskliwie, acz jakby odrobinę niepewnie, zdjął jej torbę z ramienia, pomógł zejść po trzech schodkach, usadził w fotelu. Magda odetchnęła głęboko i spróbowała przygładzić nastroszoną fryzurę. Z grzeczności wymacałam drugi kieliszek, nieco mniejszy, też sobie trochę nalałam, do towarzystwa.

– No, mów! – zażądałam niecierpliwie.

– Uciekłam – zakomunikowała Magda. – Potworny widok. Trudno, uciekłam.

– Skąd uciekłaś?

– Jak to, skąd, z telewizji. Znad tych zwłok.

Mignęło mi, że może kręcili kryminał i ofiarę zaprezentowali zbyt realistycznie. Ale przecież Magda powinna być przyzwyczajona…?

– Mimo wszystko, telewizja to nie prosektorium. Skąd ci się tam wzięły zwłoki?

– To nie mnie się wzięły, one były. Czekaj, zaczynam bredzić. Chyba jakieś dziwne pytania mi zadajesz, nie mogę ich opanować.

– Może lepiej opowiedz wszystko własnymi słowami – zaproponował delikatnie Ostrowski.

– Czy my nie jesteśmy na siebie obrażeni? – zainteresowała się Magda chłodno i podejrzliwie.

Ostrowski się zakłopotał.

– Nie jestem pewien, ale chyba już nie. No, tak sądziłem. Od tej ostatniej kolaudacji w Łodzi…

– Teraz już nie jesteście – zadecydowałam stanowczo. – Bez znaczenia. Pan Adam ma rację, opowiedz wszystko własnymi słowami, od początku. Poszłaś do telewizji i…?

– Skąd wiesz, że poszłam do telewizji?

– Skoro stamtąd uciekłaś, musiałaś przedtem pójść, nie mieszkasz tam przecież. Poszłaś do telewizji i… Na Woronicza?

– Zgadza się, na Woronicza. Przez ciebie, poszłam szukać tych kaset. Przez telefon nic mi się nie udawało, więc musiałam iść osobiście.

– Z wdzięczności, w razie potrzeby, wezmę trupa na siebie – zapewniłam ją gorliwie i szlachetnie.

– Nie dasz rady, on duży. No, średni. Ale tłusty. Okropność!

Otrząsnęła się z lekka i spojrzała na swój kieliszek, już pusty. Czym prędzej nadrobiłam niedopatrzenie, nie żałowałam jej calvadosu. Ostrowski na moment jakby stracił wątek, ze zmarszczonymi brwiami wpatrzył się w breloczek z kwiatkiem, wiszący za oparciem kanapy.

– Ciekawa rzecz – rzekł w zadumie. – Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek w życiu widział tłustego trupa…

– A chude trupy widywałeś?

– Zdarzyło się parę razy…

– Tłuste trupy przytrafiają się rzadko – przerwałam im znów z wielką stanowczością w obawie, że dyskusja rozwinie się w niepożądanym kierunku, aczkolwiek głowy bym za własną opinię nie dała. Być może tłuste trupy spotyka się często. – Mów dalej. Poszłaś i…?

Magda westchnęła i wzmocniła się nieco.

– Pogadałam z paroma osobami, zdemoralizowałam znajomego ochroniarza, za skarby świata nie powiem, który to, zmyliłam tropy i zeszłam do takiego jednego tajnego magazynu. Przez czysty przypadek wiedziałam, gdzie on się znajduje. Oczywiście wstęp tam jest wzbroniony, ale starego kodu nie zmienili, niedopatrzenie zapewne albo zwykła głupota. Chociaż, prawdę mówiąc, trochę się bałam jakiegoś alarmu, nic mi wprawdzie nie mogą zrobić, bo i tak mnie już wylali, ale drugi raz taka sztuka by nie wypaliła.

– Czyli to był tak zwany ślepy fart…

– Właśnie zaczynam w to wątpić. Raczej ślepy niefart. Tam takie małe schodki na końcu, ciemno było, nie chciałam na oślep macać po ścianach, żeby na jakiś guzik nie trafić, zaświeciłam sobie zapalniczką i on tam leżał. O mało sama trupem nie padłam!

Obydwoje z Ostrowskim zgodnie wyraziliśmy jej współczucie. Magda ponownie się otrząsnęła, powiedziała „brrrr” i sięgnęła po papierosa.

– Prawie na niego wlazłam. Dobrze, że się zatrzymałam przy tym pstrykaniu zapalniczką, bo jeszcze krok, a wyłożyłabym się obok. Taki skłębiony leżał na dole tych schodków, trochę nawet na ostatnim stopniu, zakrwawiony, okropny widok, przyśni mi się! W dodatku twarzą był obrócony do góry, rozpoznałam go, własnym oczom nie uwierzyłam!

– I kto to był? – spytał szybko Ostrowski, błysnąwszy okiem w kierunku dyktafonu.

– Jesteś pewna, że był nieżywy? – zatroskałam się równocześnie. – Bo może zleciał i tylko się potłukł?

– Ze strasznym wstrętem zdobyłam się na wielkie męstwo – pochwaliła się Magda. – Pomacałam go. Zimny jak trup! I nie próbowałam go ugniatać, ale chyba raczej sztywny. I w ogóle niemożliwe, żeby człowieka tak zdemolowało i zostawiło przy życiu!

– I kto to był? – powtórzył Ostrowski.

– Jak to, jeszcze tego nie powiedziałam? Zamorski!

– Juliusz Zamorski…?!

– Juliusz, zgadza się.

– Jesteś pewna?

– Chyba, że ma brata bliźniaka, ale o tym nic nie wiem.

Ostrowski okazał poruszenie, przez chwilę wyglądał tak, jakby równocześnie chciał tu zostać na zawsze i wybiec z nadprzyrodzonym przyśpieszeniem. Zakręciło mnie w środku, nie dość, że książki, to jeszcze i ten scenariusz Ewy złapał… No i dobrze, więcej nie złapie!

– Pomór na płazińce… – wyrwało mi się z nieprzyzwoitą satysfakcją.

Na moment zamarli obydwoje. Ostrowski jakoś charknął.

– Co proszę…?

– Czy to obelga? – zainteresowała się gwałtownie Magda.

Z żalem poczułam się zmuszona uściślić określenie.

– No nie… Chociaż może tak… Naprawdę to są pierścienice, ale nazwa wydaje mi się zbyt wdzięczna, wolę płazińce. Mam na myśli pijawki. Pijawki w sensie pasożytów, żywią się cudzym i pęcznieją…

Magda złapała w mgnieniu oka i pochwaliła z uznaniem.

– Zgadza się, aprobuję, jeden spęczniał już prawie do pęknięcia! Ciekawe swoją drogą, co ten tam robił…?

Ostrowski miał na ustach sto pytań naraz, wyraźnie to było widoczne, ale nie dałam mu dojść do słowa.

– Czekaj, mów teraz dokładnie – zażądałam. – Spódnicę, widzę, masz wąską… Przykucałaś do tego macania?

– Nie, schyliłam się. Wiem, o co ci chodzi, specjalnie uważałam, żeby się niczym nie umazać, to odruch.

– Zeszłaś niżej? Deptałaś dookoła?

– Przeceniasz moją odporność – skarciła mnie Magda. – Gdzie stałam, tam wrosłam. Tę potworną twarz miał najwyżej, nie leciał do góry nogami, bohatersko spełniłam obowiązek, pomacałam i wyszłam tyłem. I nie potknęłam się, co mnie bardzo dziwi.

Pochwaliłam ją wręcz euforycznie. Ostrowski otworzył usta i znów mu je zamknęłam.

– Ktoś cię tam widział?

– Nie wiem. Miałam nadzieję, że nikt.

– I co potem zrobiłaś?

– Spróbowałam pomyśleć, co mi chyba niezbyt dobrze wyszło. Tam zaraz obok jest lekarz, ten taki ośrodek rehabilitacyjny, pielęgniarki, pacjenci i tak dalej, uchyliłam drzwi, w środku byli jacyś ludzie, krzyknęłam, że zwłoki leżą na schodkach, i uciekłam. Szybko uciekłam, a drzwi za sobą zamknęłam, więc możliwe, że nie zostałam rozpoznana. Ale czułam się niezmiernie wstrząśnięta i nie przyszło mi do głowy nic lepszego, jak tylko natychmiast przyjechać do ciebie. Szczególnie, że z Woronicza do ciebie najbliżej i miałam prostą drogę.

– Może lepiej było zadzwonić anonimowo do policji – mruknął z naganą Ostrowski, jakiś zmartwiony i zakłopotany. – Z byle, którego telefonu w telewizji. W tej sytuacji mnie się wszystko sypie z rąk.

– Oni tam nagrywają, a mój glos łatwo rozpoznać – zauważyła przytomnie Magda.

– Co się panu sypie? – spytałam surowo. – A, rozumiem, wiedza, nie ujawniać źródła i tym podobne?

– Mniej więcej. Bo tu masz rację, co on tam robił? – zwrócił się do Magdy. – Po co polazł do magazynu? Czy rzeczywiście polazł tam sam, dobrowolnie, czy może ktoś go kropnął gdzie indziej i spuścił ze schodków pośmiertnie? Jeśli tak, to, kto i dlaczego? Powinienem tam już być, ale nie mogę, bo niby skąd coś wiem? Ja jestem prasa, w telewizji rzadko bywam, żaden pretekst na poczekaniu nie przychodzi mi do głowy! Nawet wzmianki puścić nie mam szans!

– No to trudno, wzmiankę tym razem pan sobie daruje. A jeśli Magdę wykryją, ma pan wiadomości z pierwszej ręki…

– Myślisz, że mogą mnie wykryć? – zaniepokoiła się Magda. – Wolałabym nie, bo co mam powiedzieć? Że, po co tam poszłam?

– Jak to, po co, do tego centrum rehabilitacyjnego! Pojęcia nie mam, co oni tam robią, ale chciałaś sobie coś wyleczyć albo usprawnić, wymyśl cokolwiek. Albo o…! Chciałaś się właśnie dowiedzieć, co robią. A w ostateczności niech będzie, zwal na mnie.

– Ale jeśli ty powiesz prawdę, zwrócisz powszechną uwagę na Ewę Marsz.

O, cholera…! Ewa Marsz… Klęska jej życia padła trupem na schodkach w podziemiach telewizji, wróg numer jeden, każdy ćwok natychmiast wymyśli, że musiała mieć z tym coś wspólnego! Nawet, jeśli miała, nie szkodzi, będę ostatnią osobą, która wepchnie ją w taką mielonkę. Już prędzej rzucę podejrzenia na siebie.

– Otóż to! – podchwycił żywo Ostrowski, znów z troską spoglądając na dyktafon. – Myśli pani, że ma to związek z Ewą Marsz? Rozeszło się, że pani się nią interesuje… Rozmawialiśmy o motywach… Co prawda ani Wajchenmann, ani Drżączek na razie jeszcze jej nie ruszali, chociaż… sprawdzę to… ale Zamorski…? Już jej się ostro naraził, ale pani chyba wie coś więcej…?

– Uważasz, że tamtych pozabijała dla kamuflażu, żeby nieznacznie dojść do Zamorskiego? – zainteresowała się Magda.

Zirytowali mnie obydwoje.

– Jeśli nawet, to zdaje się, że nieznacznie jej się nie udało, na Woronicza mają już chyba duży ubaw. Gdzie ona w ogóle jest, do diabła, ta cała Ewa?

– To pani nie wie?

– Nikt nie wie! Nawet rodzice!

– Ciekawe – pokręcił głową Ostrowski. – Może powinien wiedzieć mąż?

Magda przyszła już do siebie, calvados pozwolił jej dość szybko odzyskać siłę ducha.

– Ona ma męża? – zdziwiła się i pomacała włosy na głowie. – Słuchaj, Joanna, z pewnością masz jakieś lustro, czy ja bym mogła trochę się uporządkować?

– Mam kilka luster, ale chyba najbardziej przyda ci się to w łazience. Idź do sypialni, łazienka jest na końcu. Powinna mieć męża, o ile wiem, ale chyba rozwiodła się dość dawno…

Przypomniałam sobie, Lalka mówiła coś o nazwisku Ewy Marsz po mężu, ktoś mówił, że i od męża uciekła tak jak od ojca, a, to ta Wiśniewska… Z pewnością mężem nie był Poręcz, który pojawił się w tym układzie niczym wrzód na tyłku i pasował jak pięść do nosa. A może nie od męża uciekła, tylko od gacha, zaraz, według opinii sąsiadki Wiśniewskiej uciekła właśnie od Poręcza. To gdzie mąż…? Ostrowski okazał się lepiej zorientowany.

– Miała męża, rozwiodła się, ale niemożliwe, żeby wszelkie kontakty zostały zerwane, bo przecież w grę wchodzi dziecko. Syn, został przy ojcu. Kulturalnie się to odbyło i po cichu, nikt się nie wtrącał, Ewa Marsz jeszcze wtedy nie była znana, dopiero zaczynała pisać. Teraz ten syn to już nastolatek, nie pamiętam jak mu na imię, tyle wiem, że obaj wyjechali z Polski. Zdaje się, że do Szwajcarii, chodziło o jakieś kwestie zdrowotne, mąż Ewy Marsz był lekarzem i mam wrażenie, że robił specjalizację w ortopedii.

Magda słuchała, zatrzymawszy się w holu.

– Do ortopedii Szwajcaria pasuje – zaopiniowała i poszła wreszcie do tej łazienki.

– Pamięta pan może, jak się nazywał? – spytałam szybko.

– Pamiętam, bo przypadkiem jest to panieńskie nazwisko mojej byłej teściowej. Siedlak. Żadna rodzina, a jeśli istniał wspólny przodek, to ze trzysta lat temu i nic o nim nie wiem, poza tym ciekaw jestem, jak tego Siedlaka wymawiają w Szwajcarii.

– Coś mu tam pewnie zmienili…

Z pustej ciekawości zaczęliśmy snuć rozmaite przypuszczenia. Magda, znów elegancka, uczesana i upiększona, wróciła z łazienki akurat na Schelacka, z którego wychodził nam zwykły szelak, i Saidlaque'a, budzącego duże wątpliwości. Grzecznie spytała, czy filmowe zbrodnie na umysł nam padły.

– Nie zdziwiłabym się! – westchnęłam. – Umysł umysłem, ale jak ja mam tego Siedlaka znaleźć w Szwajcarii?

– Przez Internet…?

– Ręka by mi uschła… – zaczęłam ponuro i nagle przyszła mi na myśl Lalka. Lalka, oczywiście! Nawet gdyby kochała Internet tak samo jak ja, może się posłużyć mężem albo Kaśką, Kaśka z pewnością w tym tkwi, internetowe pokolenie, a do tego znajomość języka. I znajomość Lalki z Ewą. Bardzo dobrze, niech go Kaśka szuka!

Ostrowskiemu coś tam w nagrywającym przyrządzie się skończyło, nieznacznie wyłączył go i schował, co dowodziło nie tylko poczucia taktu, ale także dużej przezorności.

– Nie chcę niczego sugerować ani podsuwać własnych pomysłów – rzekł – ale czy przypadkiem nie wystąpiło tu coś w rodzaju inspiracji? Zabójca Wajchenmanna… w plecy dostał, więc samobójstwo wykluczone… miał swoje powody, może mu i Drżączek podpadł…

– Też zastrzelony? – spytałam szybko, bo policja po pierwszym zrywie jakoś mnie zlekceważyła i nie miałam szans na żadne intymne szczegóły.

– Też. I zdaje się, że z tej samej broni, chociaż tego wyraźnie nie powiedzieli. Wracając do tematu, komuś innemu przyszło do głowy skorzystać i na konto owego zabójcy kropnąć dodatkowo Zamorskiego. De facto nie żaden seryjny morderca, tylko dwóch różnych sprawców. Co panie na to?

Panie rozbiegły się w poglądach. Magdzie w zasadzie było ganc pomada, chętnie godziła się nawet na trzech zabójców, mnie odpowiadał bardziej jeden. Z przyjemnością powitałabym także jeden motyw, przy wszystkich ofiarach ten sam, żeby przestali paskudzić. Skoro nie ma innego sposobu ukrócenia ich twórczości, należy zadziałać radykalnie.

Przez długą chwilę rozważaliśmy sprawę. Ostrowski powątpiewał w słuszność mojego zdania, motyw niejako artystyczny wydawał mu się niedostatecznie silny, stawiał raczej na czyjeś dążenie do kariery i usuwanie kłód z życiowej drogi. Magda bez nacisku podsuwała myśl o wątku romansowym, na który jej wyobraźnia aktualnie reagowała wręcz żywiołowo.

Ostrowski chętnie podzielił się z nami swoją wiedzą na temat Drżączka i usunięcie z pola widzenia dyktafoniku stało się w pełni zrozumiałe. Nie wszystkie informacje uzyskał legalnie, a wnioski powyciągał już we własnym zakresie, przy czym samokrytycznie stwierdził, iż oblicze owych wniosków może o jego własnym morale świadczyć nie najlepiej.

Otóż ktoś tam w Łodzi podsłuchał, jak Drżączek umawiał się na spotkanie z kimś tam w Warszawie, ustalał dzień i godzinę, miejsce jak zwykle, wszyscy wiedzieli, że zatrzymuje się z reguły na Narbutta, metę ma taką, mieszkanie puste, właścicielka umarła, syn i spadkobierca za granicą siedzi, o lokal dba sąsiadka i ta sąsiadka Drżączkowi wynajmuje, ciągnąc dla siebie skromne zyski. Zagnieżdżony wygodnie i bezpiecznie. Tyle, że drzwi wejściowe bez zamka zatrzaskowego, zatem wychodząc, trzeba kluczem gmerać, co tłumaczy niejako cały dalszy ciąg wydarzeń, których finał osobiście oglądałam na ulicy.

Z kim się ten Drżączek umówił, w pierwszej chwili nie było wiadome. Głupie miny stroił, pęczniał zadęciem i powiedzieć nie chciał, ale druga strona rychło farbę puściła. Hochsztaplerstwo się u nas rozpleniło, złodzieje mienia publicznego jawnie i bezczelnie występują, no i ten… wszyscy wiedzą, który… no, ten taki… pochwalił się, że nikt mu już teraz nie przytruje, bo będzie robił za sponsora. Artystycznego. Właśnie zaczyna pertraktacje, epokowe dzieło sfinansuje, producent światowej klasy, mistrz Drżączek będzie kręcił z rozmachem nową wersję „Starej baśni”, bo ta poprzednia mu się nie podoba…

– A jest ktoś, komu się podoba? – zdziwiłam się.

– Owszem. Twórca – pouczyła mnie uprzejmie Magda.

– Ale przecież już w tytule popełnił plagiat z Kosidowskiego! „Gdy słońce było bogiem” to Kosidowski, między innymi o Aztekach! Dlaczego nikt nie zwrócił uwagi?

– Bo Kosidowski chyba nie żyje?

– No to, co? Plagiat żyje i kwiczy!

Magda wzruszyła ramionami. Nie zwracając na nas uwagi, Ostrowski kontynuował, bo co mu szkodziło.

– Teraz ten wielki niedorobiony producent gimnastykuje się i na łbie staje, żeby udowodnić, że go wcale u Drżączka nie było. Nie poszedł na to umówione spotkanie, bo usłyszał od kogoś, że mistrz Drżączek wcale nie jest takim mistrzem i istnieją lepsi od niego, więc się zawahał i jął pilniej rozglądać. Gdzie indziej poszedł i z kim innym się spotkał, i moim zdaniem jest to prawda. Alibi byłoby murowane, gdyby nie to, że ten świadek, z którym się spotkał, za cholerę się do podejrzanego nie przyzna, ponieważ zalicza się do grona naszych wicepremierów…

– A wicepremierów u nas jak mrówków…

– Otóż to. Także byłych. I można sobie dowolnie zgadywać, który z nich w grę wchodzi. W każdym razie z podsłuchu społecznego wynika, że Drżączek o uzgodnionej porze był w domu i czekał. No i doczekał się. Na kogoś innego. Ten ktoś go kropnął prawie identycznie jak Wajchenmanna, tyle że od frontu, dwa strzały. Zostawił zwłoki i wyszedł. Zapewne się śpieszył, bo o drzwiach zapomniał, chociaż oczywiście mógł wziąć klucze Drżączka i zamknąć, opóźniając tym samym odkrycie zabójstwa, ale nie. Nawet chyba na klamkę porządnie nie domknął, bo ta sąsiadka, opiekunka lokalu, wracała z miasta i natychmiast zauważyła, że coś jej nie gra. Weszła, zobaczyła ofiarę, wpadła w histerię i ze strasznym krzykiem wyleciała na ulicę… To już znałam z relacji bezpośrednich.

– I zdaje się – dołożył Ostrowski nieco złośliwie – że tam jej od razu rozkwitł dodatkowy kłopot. Jak tu się, mianowicie, nie przyznać właścicielowi do potajemnego wynajmowania. Żeby chociaż ten Drżączek popełnił samobójstwo, no, na upartego dałoby się może coś z tego wycisnąć, jakiś podlec się włamał i świństwo porządnym ludziom zrobił, ale dwóch…? To już za dużo, nie ma przeproś.

– Przechlapane – potwierdziła stanowczo Magda.

Zastanowiłam się.

– Gdzie ten Drżączek umawiał się przez telefon?

– Jak to…? W Łodzi. Mówiłem przecież?

– Nie, ja mam na myśli konkretne miejsce. W jakiejś knajpie, w telewizji, u kogoś w mieszkaniu…?

– W telewizji. W bufecie. Przez swoją komórkę wśród ludzi rozmawiał.

– No to w godzinę później mógł o tym wiedzieć cały świat, nie tylko miasto. Myślałam, że bardziej kameralnie, i udałoby się wytypować kogoś z grona słuchaczy, ale w tej sytuacji można sobie pokichać. Zresztą, nawet jedna sztuka by wystarczyła, żeby przekablować dalej, telefony działają i proszę, już się sprawca zasadził.

– I myślisz, że on myślał…

– Ogólnie z pewnością coś myślał, ale oprócz tego przypuszczam, że ujrzał okazję. Kropnie Drżączka, a na tego umówionego padnie. Może nie lubił obu.

– Wysoce prawdopodobne – zaopiniował z uciechą Ostrowski.

I dopiero, kiedy obydwoje z Magdą poszli, moje całe jestestwo przyjęło do wiadomości zaistniałą sytuację i poczuło wspaniały dreszcz emocji. Ależ to piękne! No, niepokojące również… Trzeci kolejny szkodnik padł u progu haniebnego zamiaru, nie zdążył napaskudzić, na likwidację Wajchenmanna doprawdy był już najwyższy czas, Drżączek śmiecił na razie we własnym zakresie, ale zważywszy ujawnione dotychczas talenty wrodzone, lada chwila mógł się złapać za cudze. Pomysł, że podpuszczony reklamiarz stracił równowagę, wydawał mi się coraz bardziej realny, skompromitował się przecież tą reklamą dennie! No i teraz ten nadęty grdul, konkursowy płaziniec Zamorski…

Do licha! Gdzie się podziewa Ewa Marsz…?


* * *

Telewizja rzeczywiście przeżywała ubaw po pachy.

Zagadkowy i krew w żyłach mrożący okrzyk zza drzwi usłyszały wszystkie osoby obecne w pomieszczeniu. Nikt w jego treść nie uwierzył, ale zgodnie z naturą ludzką ciekawość zrobiła swoje. Słowo „schody” stanowiło wskazówkę, pierwsze spojrzenia odruchowo pobiegły tam, gdzie niższy poziom stwarzał możliwość istnienia wymienionego elementu, ktoś obeznany z topografią budynku zapalił światło i straszny widok objawił się w całej pełni.

Lekarz był na miejscu, personel pielęgniarski również i wszelkie ślady wokół zwłok w mgnieniu oka zostały dokładnie zadeptane. Przybyłej w ekspresowym tempie policji o mało szlag nie trafił.

W kwestii informacyjnego okrzyku zeznania brzmiały następująco:

Po pierwsze, osoby, która wrzasnęła przez szparę w uchylonych drzwiach, nikt nie widział.

Po drugie, z pewnością była to osoba ludzka, a nie okaz fauny, na przykład papuga.

Po trzecie, okrzyk brzmiał:

Piskliwie, jakby dyszkant albo dziecko.

Jakiś taki przepity baryton.

Chrapliwe i okropnie krwiożercze. Mściwe!

Stanowczo męski, prawie bas.

Stanowczo damski, mezzosopran, chyba śpiewaczka.

Coś jakby spiżowy dzwon, alarmujący i stanowczy.

Grobowe, ponure, okropne, cmentarne, jakby z zaświatów.

Jakieś takie chichotliwe, głupi dowcip albo, co.

Odkrywcą, ewentualnie nawet sprawcą zbrodni mógł być, zatem każdy, od pijanego ciecia poczynając, a na pani wiceprezes – członkini zarządu kończąc. Pani wiceprezes dysponowała wprawdzie wysokim sopranem, ale pod wpływem stresu mógł jej się trochę głos zmienić. Pani wiceprezes, najzupełniejszym przypadkiem zaplątana akurat w dolnych rejonach budynku na poziomie studiów i obarczona podejrzeniami, zdenerwowała się okropnie i rzeczywiście głos jej się zmienił, tyle, że na nieco wyższy. Prawie można ją było podciągnąć pod „piskliwie, jakby dyszkant”. Naturalną rzeczy koleją błyskawicznie zdenerwował się cały zarząd i kłody pod nogi władz śledczych runęły lawiną. Po większej części błotną.

Równie szybkie stwierdzenie tożsamości zwłok spowodowało efekty jeszcze potężniejsze, acz nieco odmiennego rodzaju.

Rany boskie…! Zamorski…? Jak to, Zamorski?! Komu on się ostatnio naraził…? Co się dzieje, pomór na reżyserów, hekatomba! To musi mieć związek z Wajchenmannem, zaraz, tylko nasi idą pod nóż czy zagraniczni też…? Skąd on się tam wziął na schodach do magazynu, skąd w ogóle wiedział o tym magazynie, co miał tam za interes…? Zaniesiono go… Brednie, trzech silnych z trupem leciało i nikt nie zauważył…? Sam poszedł, ale, po co? Krzyckiego wygryzał, Żeromskiego mu zamierzał odebrać… Nie Żeromskiego, tylko Rodziewiczównę, jaką znowu Rodziewiczównę, jak to jaką, „Dewajtis”! To Litwa, zadrażnienia międzynarodowe jak w banku, mało nam jeszcze…? Na zlecenie go ktoś ukrócił, bo się upierał, nonsens, nie żadną Rodziewiczównę, tylko Kraszewskiego! Bzdura, o „Placówkę” poszło, przerabiał ją na zabór rosyjski…!

Supozycje natury czysto personalnej były znacznie piękniejsze, odrzucił scenariusz Kamińskiej, baba się wściekła, spieprzył strasznie opowiadanie Grzelaka, Grzelak szału dostał, nic podobnego, nie o to poszło, poderwał Pawlakowi tę jego dziunię, Pawlak już się dawno odgrażał, obraził publicznie Baśkę z montażu, jak się do niego kleiła, Baśce nóż się w ręku otwierał, z daleka było widać, a skąd, to ten mały Józio natrząsania się nie wytrzymał…

Sposób usunięcia ofiary z tego padołu również okazał się niepomiernie urozmaicony, od trucizny, poprzez uduszenie i strzały z broni wszelkiego autoramentu, aż do przebicia harpunem rybackim, nie pożałowano sobie niczego. Gwałtowny brak pomysłów i trudności słowne pojawiały się dopiero w obliczu konkretnego przesłuchiwania przez władze.

Policja miała ciężką zgryzotę, a budynek doznał czegoś w rodzaju stanu oblężenia. Nie wypuszczać nikogo, nie dopuszczać dziennikarzy prasowych! Zablokować wszelką łączność!

To ostatnie okazało się najdoskonalej niewykonalne, dzięki czemu w błyskawicznym tempie wieści rozeszły się po świecie i dotarły nawet do mnie z najmniej oczekiwanej strony.

Zadzwonił telefon i odezwała się w nim Miśka, siostra Lalki.

– Nie słyszy się o człowieku przez piętnaście lat, a potem nagle raz za razem wali mu się na głowę – powiedziała z niezadowoleniem. – Ze względu na Lalkę i na dawne czasy czuję się w obowiązku ci powiedzieć, że niejaki Jaworczyk rzuca na ciebie podejrzenia.

Żadnego Jaworczyka w życiorysie, mimo gwałtownego wysiłku, nie mogłam sobie przypomnieć.

– Kto to jest Jaworczyk i jakie podejrzenia? – spytałam surowo. – Nie znam Jaworczyka.

– Jeden taki. Ja też go nie znam. Pracuje w telewizji.

– To skąd ci się, na litość boską, bierze taka dziwna informacja…?

– Z elementarnej przyzwoitości. Nigdy mi nic złego nie zrobiłaś, więc uznałam, że powinnam.

– Może powiedz to odrobinę dokładniej?

– Nie mam czasu. W telewizji dzisiaj kogoś zabili, podobno to twój wróg czy coś takiego i ten Jaworczyk donosi policji, że masz z tym coś wspólnego. Jakieś tam są niejasne powiązania z Ewą Marsz, pytałaś mnie ostatnio o Ewę Marsz, więc ja nie wiem, mówię ci na wszelki wypadek.

– Skąd w ogóle o tym wiesz?!

– Mój chłopak dzwonił, on z tych sfer i słyszał gadanie Jaworczyka. On cię lubi. Muszę już kończyć, cześć!

– Cześć, dziękuję ci bardzo – powiedziałam w lekkim osłupieniu do rozłączonego już telefonu.

Ogólny sens wypowiedzi Miśki był w pełni zrozumiały. Co myślę o twórczości Zamorskiego, ujawniałam wielokrotnie, nie bacząc na liczbę i rodzaj słuchaczy. Szukałam kaset z jego filmami. Specjalnie uczepiłam się ekranizacji woniejących smrodem jakiegoś tajemniczego kantu. Kropnęłam padalca, można powiedzieć, u wrót tajemnicy! Ówże Jaworczyk, w przeciwieństwie do chłopaka Miśki, musiał mnie bardzo nie lubić, być może naraziłam mu się przy okazji któregoś nieudanego występu, pokojarzył sobie wszystko wedle własnego upodobania i radośnie uszczęśliwił mną gliny. A, czort go bierz, razem z jego skretynieniem!

Ze wszystkich obgadywanych w pierwszym rzucie osób nie znałam kompletnie tylko dziuni Pawlaka i małego Józia. Z pozostałymi zetknęłam się przelotnie.

W kwestii chłopaka Miśki nie miałam żadnej wiedzy.

Przytłoczone barwnością zeznań władze śledcze zdołały zachować zdrowe zmysły i wiarę w prawdomówność faktów. W pierwszej kolejności stwierdzono, iż denat Juliusz Zamorski padł trupem od ciosu w potylicę przedmiotem bardzo twardym i obficie tępokrawędziastym, możliwe, że ozdobnym, oraz od takiegoż ciosu w kark tymże samym przedmiotem. Podejrzenia natychmiast padły na któryś z historycznych rekwizytów, królewskie berło, hetmańską buławę, względnie turecki buzdygan, z przewagą dwóch ostatnich przedmiotów. Sprawca grzmotnął raz za razem, oba ciosy były prawie śmiertelne i równoczesne, nie wiadomo, zatem, któremu dać pierwszeństwo. Po czym zleciał lub też został zepchnięty ze schodków jakoś tak nieszczęśliwie, że dodatkowo uszkodził sobie, co tylko mógł, przedmiot zaś przejechał mu po twarzy. „Prawie śmiertelne” polegało na tym, że gdyby nawet ekstraordynaryjną sztuką medyczną utrzymano go przy życiu, pozostałby mu na zawsze całkowity paraliż i nieuleczalny debilizm. Sztuka medyczna jednakże wkroczyła z opóźnieniem i spokojnie zdążył sobie umrzeć bez dodatkowych zachodów.

Leżał tak w tym ciemnym i rzadko wizytowanym miejscu mniej więcej trzy i pół godziny, co od razu kazało wykluczyć winę herolda, ryczącego przez uchylone drzwi ośrodka rehabilitacyjnego. Bo niby, co? Zabójca trzasnął gościa i potem siedział nad nim przez trzy i pół godziny? Płacząc ze skruchą? Napawając się uroczym widokiem? Czekając na liczniejszą widownię? Następnie zerwał się, gromko obdarzył ekscytującą wieścią rehabilitowane społeczeństwo i w dzikim pośpiechu uciekł? A przedtem mu się nie śpieszyło?

Totalny idiotyzm.

Znaczy, Zamorskiego wykosił ktoś inny, raczej normalny, o ile ktokolwiek na tym świecie w ogóle jest normalny, na nic nie czekał, tylko oddalił się subtelniutko i dyskretnie, unosząc ze sobą narzędzie zbrodni. Bez wątpienia świadomie, dla utrudnienia śledztwa, ciężar owego torobajdła, bowiem wykluczał zabranie go przez roztargnienie. O ciężarze świadczył rodzaj obrażeń.

Zważywszy, zatem, iż złowieszczy komunikat zagrzmiał około dwunastej trzydzieści, zbrodnia nastąpiła w okolicy dziewiątej rano.

Chyba, że…

Pomieszczenie, do którego wiodły drzwi za schodkami, zostało udostępnione ekipie śledczej dopiero po niezbyt długich, ale nader gwałtownych pertraktacjach. Telewizja za nic w świecie nie chciała wpuścić nietaktownie wścibskiej policji do swojego wstydliwego sanktuarium, gdzie między innymi znajdowały się takie rzeczy, jak film „Jasne łany”, przystosowany w okresie licznych błędów i wypaczeń do ekranu telewizyjnego i nigdy nie emitowany, względnie dokumentalne kroniki filmowe, w tym pełne wzniosłych uniesień instrukcje, jak pracowita pani domu może w ciągu miesiąca poczynić oszczędności, wystarczające na zakup kapci szkolnych dla dziecka, worek na te kapcie zaś uszyć własną ręką. Także migawkowe scenki natury politycznej i społecznej, ujawniające oblicza osób, biorących w prezentowanych wydarzeniach udział, obecnie najstaranniej skrywany. Świetne materiały do szantażu. Oraz różne inne kompromitacje.

Policja jednakże krótką bitwę wygrała i wdarła się do sekretnej komnaty.

Bez najmniejszego trudu ekipa techniczna stwierdziła, iż w komnacie panuje lekki nieporządek. Bałagan to było za duże słowo, ale nieporządek pasował doskonale. Kurz nie rozkładał się równomiernie, gdzieniegdzie wydawał się wręcz wytarty, opakowania wykazywały jakby pewną żywiołowość, kasety luzem stały i leżały krzywo, jedno pudło na ziemi było w ogóle rozgrzebane, razem wziąwszy robiło to takie wrażenie, jakby często szukano tu czegoś w pośpiechu, zabierano, przynoszono i odkładano niedbale. Zważywszy, iż przytłaczająca większość pracowników telewizji o istnieniu komnaty nie miała najmniejszego pojęcia, nieliczna mniejszość zaś bez wahania przysięgła, że tam się wcale nie chodzi i prawie nie zagląda, wniosek nasuwał się prosty.

Ktoś tam był i czegoś szukał dopiero, co, zgoła przed chwilą.

Albo zabójca, albo ofiara.

Pytanie podstawowe: przed zbrodnią czy po?

I drugie: znalazł czy nie?

I oczywiście trzecie: czego, do pioruna, cholernik szukał?

Na poczekaniu wymyślono cztery warianty poczynań obu jednostek ludzkich, żywej i martwej.

Pierwszy: zaczął denat, przylazł, szukał, po nim przyleciał sprawca, nadział się na szukającego, kropnął go i uciekł. Szukanie miał w nosie, wykorzystał cudowną okazję pozbycia się wroga, a znalezisko zabrał tak sobie, bez powodu.

Drugi: wkradł się sprawca, też szukał, zakłada się, że znalazł, cokolwiek to było, zastał go przy tym denat na własne nieszczęście, został zabity i cześć. Sprawca uciekł od razu ze znalezionym łupem.

Trzeci: denat szedł pierwszy, sprawca za nim, rąbnął ofiarę, żeby jej nie dopuścić do pomieszczenia, wszedł sam i rozpoczął poszukiwania. W takim wypadku mógłby tam tkwić nawet i dwie godziny, i uciec z dowolnym opóźnieniem.

Czwarty: razem byli, razem szukali, znaleźli, nastąpiła kłótnia, sprawca wyszedł z niej zwycięsko, wydarł zdobycz z rąk ofiary i też uciekł.

W trzech wariantach zabójca opuścił miejsce zbrodni natychmiast, czyli zaraz po godzinie dziewiątej, w jednym gmatwał się tam nie wiadomo jak długo, może nawet do godziny dwunastej. W każdym z tych wszystkich wypadków dochodzenie musiało iść w odrobinę innym kierunku, co gorsza wszystkie hipotezy były technicznie możliwe. Ową dekoracyjną buławą czy buzdyganem sprawca mógł grzmotnąć równie skutecznie od góry, jak i od dołu, czyli znajdować się wyżej lub niżej niż ofiara, obojętne. Tyle, że koniecznie z tyłu. Nie od frontu. Nikt na razie jeszcze nie wiedział, czy to stwierdzenie będzie stanowiło jakąkolwiek pociechę.

Rzecz oczywista, daktyloskopia odwaliła swoją robotę, ponadto natychmiast złapana została archiwistka. Co powinno znajdować się w tym cholernym magazynie i czego obecnie brakuje, ma to określić natychmiast, a nawet jeszcze trochę prędzej.

Archiwistka, niejaka pani Danusia, zrobiła się śmiertelnie blada i gorzko pożałowała, że nie uciekła wcześniej, nie wpadła pod tramwaj, nie złamała nogi i nie uderzyła się w głowę przy niebezpiecznych pracach domowych. Mignęła jej nawet rozpaczliwa myśl o jakimś przestępstwie, dowodzącym pomieszania zmysłów, bo w takim wypadku stałaby się niedostępna wszelkim badaniom i starannie zamknięta w domu wariatów. Niestety, została tu, jak idiotka, ogromnie zaciekawiona sytuacją i teraz już było za późno. Osobnik z ekipy śledczej, wytypowany do pomocy, stał obok i nie odrywał od niej chciwego spojrzenia.

Zabezpieczanie wszelkich śladów w podejrzanym pomieszczeniu potrwało na szczęście dostatecznie długo, żeby pani Danusia zdążyła podjąć męską decyzję, rozpaczliwą i ryzykowną. Postanowiła mówić prawdę. Trudno, najwyżej wyleci z roboty, ale nie da się wplątać w żadne przestępcze kombinacje na wysokim szczeblu, w żadne kanty, przekręty i świństwa. Prawdę, samą prawdę, i tylko prawdę, gdyby udało się niekoniecznie całą, chętnie skorzysta, ale jak nie, to nie. W ostateczności nawet całą!

– Od tego się zaczyna, panie komisarzu, że ja tu pracuję dopiero dziewięć lat – rzekła z determinacją do przydzielonego bardziej może kontrolera niż pomocnika, i była to święta prawda – a to tutaj istnieje od wieków. Od początku. Za tamtego ustroju już było zapychane, nawet ten, co po dywanach butami od gnoju deptał, jak mu tam było… Szczapielski, Szczypański… tylko dokładał. Znaczy, kazał dokładać. Bo to nie ja decyduję, co tu ma leżeć, tylko ktoś wyżej i nie zawsze nawet wiadomo, kto.

Komisarz, z racji przydzielonych mu funkcji natychmiast obdarzony przez pracowników telewizji wdzięcznym, radzieckim mianem Kontropoma, stał w progu pomieszczenia i zastanawiał się, od którego kąta zacząć.

– Ale orientuje się pani w zawartości tego… magazynu czy archiwum… Wie pani, co się tu znajduje?

– Co też pan…? – zgorszyła się szczerze pani Danusia. – Tego się nie przekazuje komisyjnie. Normalne archiwa i magazyny, uporządkowane i ogólnie dostępne, znajdują się gdzie indziej, a to… to jest taki, można powiedzieć… tajny śmietnik. Co za moich czasów przyszło, to owszem, z wcześniejszych też trochę, ale reszta…?

– Ale ogólnie? Rodzaj rzeczy? Rodzaj materiałów?

– Prawdę mówiąc, tu jest wszystko. No, nie ubrania ani buty, ale kasety, płyty, spaskudzone taśmy, złe nagrania, dokumenty na piśmie i na kasetach, takie poufne, tajne, takie, których nie można pokazać i do których nikt się nie chce przyznać, pofałszowane umowy, kompromitujące sceny różne, urzędowe i prywatne, próbne zdjęcia karalne, całe metry i kilometry taśm, całe filmy nawet pousuwane przez cenzurę, zmarnowane pieniądze, a ile…! Wprost obraza boska!

– A to, co przy pani doszło, pani jakoś zapisywała, notowała?

– No pewnie.

– Na piśmie czy w komputerze?

Pani Danusia zawahała się.

– Różnie. Takie rzeczy mniej wstydliwe albo tylko do przeczekania… no, wszystko może się zdarzyć… To owszem, wprowadziłam do komputera, ale takiego… on nie jest podłączony do Internetu… Na wszelki wypadek, żeby w razie, czego nie było na mnie. A inne na piśmie, alfabetycznie, w jednym egzemplarzu, taki spis… Oryginały albo kopie jak przyszły, tak leżą…

Ostatnia informacja zainteresowała komisarza Kontropoma najbardziej, aczkolwiek przez moment miał wielką ochotę na próbne zdjęcia karalne. Przedłożył jednak obowiązki służbowe nad rozrywki prywatne z lekkim żalem, za to czystym sumieniem, i zwalczył pokusę.

Zabrali się do roboty.


* * *

Pojechałam na Kubusia Puchatka, bo nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.

Byłam tam kiedyś z wizytą u facetki, której za skarby świata nie mogłam sobie przypomnieć i pojęcia nie miałam, kto mnie do niej przyprowadził, wszystko, bowiem przebiła wówczas przerażająca dyskusja z jakąś panią stomatolog na temat zębów. Pewnie, o czym dyskutować ze stomatologiem, jak nie o zębach? Tyle, że ona upierała się przy pełnej niemożliwości dokonania zabiegu, którego wspaniałe rezultaty ja osobiście oglądałam na własne rodzone oczy. Zatem zabieg został wykonany z pełnym powodzeniem, prawie byłam przy tym, zdał egzamin celująco, sprawdziłam, nie posunęłam się wprawdzie do żądania, żeby zoperowana osoba mnie ugryzła, ale jeszcze w cztery lata później upewniałam się, czy wszystko w porządku i wciąż było cudownie. Znaczy, pani stomatolog bździła kitem i zezłościła mnie tak, że reszta okoliczności umknęła mi z pamięci.

Kto mnie tam zawlókł, do diabła…?

Już ubrana, w kurteczce, w pantoflach, cofnęłam się od drzwi i chwyciłam notes. Zawierał w sobie informacje, co najmniej z ćwierćwiecza albo i lepiej, i miałam nadzieję, że coś mi przypomni. Ta facetka, u której byłam dziesięć czy dwanaście lat temu, nazywała się jakoś na K. Z całą pewnością, na K. I miała coś wspólnego z medycyną, świat medyczny u niej siedział, do zębów nikt się nie wtrącał, zapewne mieli inne specjalności, lekarzy się na ogół starannie zapisuje, bo nigdy nie wiadomo…

Na K… Jest! Krysia Godlewska, Kubusia Puchatka, od Wareckiej, dwa łamane przez cztery, to ona! Z całą pewnością nie znam nikogo więcej z Kubusia Puchatka, mieszkania 14. Krysia Godlewska, oczywiście! Skąd ona mi się wzięła…?

Machnąwszy ręką na nieodgadnionych wspólnych znajomych, pojechałam.

Udało mi się zaparkować tuż przy Świętokrzyskiej, czyli na drugim końcu ulicy na szczęście krótkiej, i wówczas uświadomiłam sobie, że w ostatnich latach nastąpiło przeraźliwe rozmnożenie domofonów, a nie wszystkie bywają zepsute. Gwarantowane, że mają to świństwo i tutaj, co wobec tego powinnam powiedzieć, zadzwoniwszy z dołu? A jeśli tej Ewy nie będzie…? Który ona ma w ogóle numer domu, zaraz, Krysia Godlewska mieszka pod dwa przez cztery, drugie piętro, tak zapisałam w notesie, Martusia mówiła, że Ewa z tym idiotą Poręczem pierwsze piętro, może, zatem następna klatka schodowa…? Co tam, ryzyk – fizyk, spróbuję!

Nie musiałam próbować, bo tuż przede mną otworzyły się drzwi sześć przez osiem i wybiegł chłopiec w wieku szkolnym z foliową torbą w garści i plikiem kartonowych teczek pod pachą. Jedna teczka mu się wypsnęła, cofnął się po nią, skorzystałam natychmiast z miłym uśmiechem na obliczu, nadzwyczajnie zadowolona, że to chłopiec, a nie dziewczynka. Dziewczynka byłaby bardziej ciekawska, mogłaby spytać „pani, do kogo?”, chłopiec miał to w nosie.

Na pierwszym piętrze troje drzwi, no i pytanie, które? Listy lokatorów odeszły w siną dal, wizytówki i tabliczki z nazwiskami również, dobrze, że chociaż numery mieszkań zostały. Dwadzieścia osiem albo dwadzieścia dziewięć, jedno to Poręcz, drugie Ewa. Które…? O, co tam, po kolei.

Podzwoniłam sobie czas jakiś do drzwi numer dwadzieścia dziewięć łagodnie brzęczącym gongiem bez żadnego skutku. Nie to nie, pozostała jeszcze druga możliwość, nie daj Boże, Poręcz. Może mnie w ogóle nie pamięta i nie pozna? A nawet, jeśli, przecież łba mi nie odgryzie!

Drzwi numer dwadzieścia osiem również dość długo nie reagowały, zdążyłam się nawet zastanowić, jak tego Poręcza powitać, jeśli na niego trafię, prawie zrezygnowałam, kiedy z wnętrza dobiegł jakiś dźwięk. W wizjerze mignęło, ktoś szczęknął zamkiem. Bez głupich pytań drzwi otworzyły się niezbyt szeroko, zaledwie w jednej trzeciej i ujrzałam dużego faceta, niepodobnego do Poręcza w najmniejszym stopniu, gabarytów zdecydowanie potężniejszych. Zakasłał chrypliwie.

Owinięty był szczelnie kąpielowym szlafrokiem, szyję miał okręconą bandażem i szalikiem, jak przy anginie, i zmierzwione włosy. O, do licha, wywlokłam go z łóżka…?

– Słucham, pani, do kogo? – zachrypiał nieżyczliwie.

Równocześnie stwierdziłam, że spod szlafroka nie wystaje mu żadna piżama, tylko normalne spodnie i nie żadne domowe kapcie, tylko solidne obuwie wyjściowe. Leżał w łóżku w portkach i butach…? Zarazem doznałam silnego wrażenia, że szlafrok skrywa w swoim wnętrzu nie żadną piżamę, tylko zwyczajną marynarkę. Do tego ten rozczochrany łeb, osobliwy strój jak na chorobę, jak na igraszki prywatne chyba jeszcze dziwniejszy. Przez ułamek sekundy miałam w oczach wizję małpy, bawiącej się włoskami pana, małpy to lubią, nawet szlafrok zrozumiały, zwierzątko mogłoby zapaskudzić odzienie, ale co tu ma do rzeczy anginowy kompres?

– Przepraszam, czy tu mieszka pani Ewa Siedlak? – spytałam najwdzięczniej jak mogłam w tych okolicznościach.

– Nie – odparł sucho facet, najwidoczniej małomówny.

– A… Wobec tego mieszka tu obok. Może pan się orientuje, kiedy bywa w domu?

– Nie.

– Ale w ogóle jest? Nie wyjechała?

– Nie wiem. Nie znam sąsiadów. Pożałowałam, że nie wzięłam książki ze zdjęciem Ewy na skrzydełku.

– A w ogóle pan tu kogoś widuje?

– Nie wiem. Jestem chory. Zaraźliwie.

– Nic nie szkodzi, ja jestem odporna – zapewniłam go pocieszająco, ale dałam spokój. Czymś dziwnym mi tu zalatywało.

Zamknął drzwi skwapliwie i z nieskrywaną ulgą. Zeszłam, smętnie myśląc, że wyrabiam chyba jakąś normę, raz za razem natykam się na facetów, żywiących do mnie zdecydowaną antypatię. Dobrze, chociaż, że oni mi się też nie podobają, ten chory jeszcze bardziej niż młodzieniec z Czeczota, a w dodatku bawi się z małpą…

Zanim wolnym krokiem dotarłam do samochodu, zdążyłam uświadomić sobie, że nie chcę stąd odjeżdżać. Żadnego sensu to nie ma, niczego się nie dowiedziałam, poza tym, że jakiś półgłówek jest zakaźnie chory, ma anginę i leży z nią w łóżku w butach i w garniturze. Z tą anginą, znaczy. I ma małpę… a, nie, małpa to mój prywatny wymysł. Należało bodaj zajrzeć do skrzynki na listy, pusta czy zawiera w sobie ślad korespondencji? Należy w ogóle złapać kogoś więcej, jakiegoś normalnego sąsiada bez anginy, może ciecia, może kogoś znajomego… O, Krysia Godlewska!

Siedziałam chwilę przy kierownicy bezczynnie, bo mignęło mi drobniutkie wspomnienie czegoś podobnego, co okazało się kiedyś wysoce podejrzane. Gdzieś w zakamarkach umysłu pisnęło błyskawiczne skojarzenie, coś w rodzaju deja vu. Uczestniczyłam już kiedyś w takiej scenie. Drzwi mieszkania, do którego się nachalnie dobijałam, otworzył facet normalnie ubrany i zdrowy, niewątpliwie gość, bo w środku znajdował się drugi, niewątpliwie pan domu, w szlafroku i kompresie na szyi, a potem okazało się, że było to dwóch hochsztaplerów, którzy mnie wyrolowali artystycznie i przysporzyli mi potwornych kłopotów. Z tym, że pan domu rzeczywiście był chory, angina, górne drogi oddechowe czy inna jakaś zaraza. Młoda byłam, głupia nieziemsko i dałam się naciąć.

Coś z tamtego wydarzenia zaszemrało teraz w powietrzu.

Ruszyłam wreszcie, powolutku zaczęłam wyjeżdżać z parkingu, zastanawiając się, czy istnieje w Warszawie jakaś ulica, przy której nigdy nie mieszkał i nie mieszka żaden mój znajomy. Chmielna, Złota, Chałubińskiego, Madalińskiego, Kazimierzowska, Zgoda… odfajkowane, także Hoża, Opaczewska, Dorotowska, Żeromskiego, Koszykowa… Przestawiłam się na dzielnice, mam Mokotów, Sadybę, Służew nad Dolinką, nie wspominając o Śródmieściu, Stare Miasto, Pragę, Saską Kępę, Wierzbno, Wolę, Górce, Młociny…

Po dwóch metrach jezdni odpracował mi się samodzielnie prawie cały plan miasta. Nie no, bzdura, dokąd ja się wybieram, Krysię Godlewską mam pod nosem! Cofnąć się!

Z przejścia do numeru sześć przez osiem, które miałam dokładnie pod nosem, wyszedł nagle facet, z którym przed chwilą odbyłam konwersację w uchylonych drzwiach. Nie miał już anginy, na co wskazywał brak kompresu na szyi, nie miał też włochatego szlafroka, tylko jesienną salopkę siedem ósmych, pod szyją krawat i gładko uczesane włoski. Wsiadł do samochodu tuż przed moim zderzakiem i odjechał, zwalniając miejsce.

Zajęłam je natychmiast. Spojrzałam jeszcze tylko za cudownym ozdrowieńcem, mercedes, numer rejestracyjny… Na wszelki wypadek zapisałam go natychmiast, zanim udało mi się zapomnieć, i nawet nie dotarła do mnie niezwykłość faktu, że pod ręką, na fotelu pasażera, leżał długopis i coś, na czym dawało się pisać. Co prawda był to katalog sieci Campanilli z zeszłego roku, ale to już niezwykłości nie stanowiło, z reguły woziłam ze sobą, co innego, niż aktualnie powinno być potrzebne.

Na murze przy drzwiach wejściowych widniała malutka tabliczka „Krystyna Godlewska, dermatolog”, no proszę, dobrze mi się wydawało, że ona ma jakąś specjalność i prawo do prowadzenia praktyki prywatnej, nie musiałam wymyślać żadnych sztuk, zadzwoniłam zwyczajnie.

– Joasiu! Jak się cieszę…!

O, blada twarz garbatej kury, niech ja pierzem porosnę… Już parę razy przy różnych spotkaniach i promocjach rzucała mi się na szyję facetka, którą wiedziałam, że powinnam znać, ale za nic nie mogłam sobie przypomnieć, kim ona jest. Krysia Godlewska, oczywiście! No dobrze, ale nie ona jedna tak mi się rzucała, różne osoby płci obojga, my się przecież znamy, kopę lat, pamiętasz mnie chyba, przecież mnie poznajesz…?

Krysia szalała ze szczęścia.

– Jakiż cud cię sprowadza, nie jesteś chyba na nic chora? Czekaj, niech popatrzę… Nie, wyglądasz zdrowo… O Boże, za godzinę mam pacjentów!

Pacjenci byli mi nawet na rękę, przypomniałam sobie, że lubię Krysię, spędziłybyśmy zapewne razem całe popołudnie i wieczór, ale nie miałam na to czasu. Jeśli i ona zajęta, nie będzie problemu.

– To i lepiej, ja do ciebie mam krótkie i nagłe, niegrzecznie walnę wprost, mogę?

– Wal, napijesz się czegoś? Kawy? Herbaty? Mam sok z selera, bardzo dobrze robi na skórę…

Zgodziłam się, czym prędzej na sok z selera, skoro go ma, nie zajmie się przyrządzaniem i nie zmarnujemy czasu. Ruszyłam temat.

– Szukam twoich sąsiadów z tego domu obok, spod sześć przez osiem, nikogo innego w tej okolicy nie znam, tylko ciebie, no, więc pomyślałam, że trudno, zawrócę ci głowę…

– Ależ zawracaj, zawracaj, ile chcesz!

– Jeśli sama nie wiesz, przynajmniej powiesz, kogo pytać. Siedlak. Znasz takie nazwisko? Podobno to lekarz.

Krysia odwróciła się, zdumiona, już ze szklankami soku w rękach.

– No jak to…? Oczywiście! Kuba Siedlak, jasne, że go znam! Razem byliśmy na studiach, potem tak trochę straciłam go z oczu, ale wiem, że zrobił specjalizację z ortopedii i wyjechał do Szwajcarii. Z synem. A co…?

– No właśnie mieszka w domu obok…

– A skąd! Nigdy nie mieszkał w żadnym domu obok mnie. A ja tu mieszkam już przeszło dwadzieścia lat – zastanowiła się i postawiła szklanki na stole. – Tym bardziej teraz nie mieszka, skoro siedzi w Szwajcarii, a że siedzi, to wiem.

Spróbowałam soku, wymieszany z jakimiś dodatkami był całkiem niezły.

– Dostałam taki adres. Osoba nazwiskiem Siedlak…

– Niejeden Siedlak na świecie – zauważyła filozoficznie Krysia i też usiadła przy stole. – Może jakaś rodzina. Zaraz, czy Kuba miał rodzinę? No miał, oczywiście!

Zaryzykowałam delikatnie.

– Może żona…?

– Jaka żona? A, żona! Rzeczywiście, ożenił się chyba już dawno, ale jakoś na krótko… Do licha, co ja mówię, musiał mieć żonę, skoro miał syna, sam go sobie przecież nie urodził. Myślisz, że żona zachowała nazwisko i teraz tutaj mieszka?

– Właśnie nie wiem i chciałabym się dowiedzieć. Z tego wynika, że ty tej żony nie znałaś?

– Nie, kompletnie. Ożenił się już po studiach, specjalizacje nam się rozeszły i kontakty osłabły. Raz go spotkałam później i pogadaliśmy trochę, jak już się wybierał do tej Szwajcarii, tam był kłopot z dzieckiem właśnie ortopedyczny, staw biodrowy, staw kolanowy, miał nadzieję chłopaka wyleczyć. Tak mi jakoś wyszło, że już był rozwiedziony, bo nie wyglądał na wdowca. To, co z tą żoną?

Nie zamierzałam kopać dołków pod Ewą Marsz. Skoro się nie reklamuje, proszę bardzo, niech jej będzie.

– Nic, ona z branży, słowo pisane, scenariusze, telewizja. Potrzebna mi. Masz może adres tego Siedlaka w Szwajcarii?

– Mam, oczywiście. I telefon. Dam ci, jak chcesz, on się nie ukrywa, legalnie tam siedzi. Nostryfikował dyplom, pozatwierdzał, co trzeba, doktorat i tak dalej, ordynuje, ma powodzenie, nawet ktoś ze znajomych specjalnie jeździł z nogą do niego. Trochę on może za bardzo zasadniczy, ale doskonały lekarz i porządny człowiek. A ta żona, co? Mieszka tu w końcu czy nie? Jak jej w ogóle na imię?

– Ewa. Rzecz w tym, że nie wiem, czy mieszka, pod tym adresem nikogo nie zastałam. Ty znasz z parę osób w najbliższej okolicy?

O Ewie nic, w porządku, to znaczy nie w porządku, ale trudno, Siedlaka od Krysi dostanę, może przez niego… Ciekawe jednak, czy ten cały Poręcz na pewno tu mieszka i czy to od niego wyszedł ów cudownie uzdrowiony z anginą. Zaśmierdziała mi tam atmosfera przekrętem, oj, zaśmierdziała!

– A jak? – roześmiała się Krysia na moje pytanie. – Dermatolog pod nosem i nikt by nie skorzystał? Nie chwaląc się, jestem całkiem niezła, gdybyś coś na sobie znalazła, masz mnie do dyspozycji o każdej porze dnia i nocy!

– A słyszałaś może nazwisko Florian Poręcz?

– Florian…! Oczywiście! Jak to, przecież on znany, to wielka szycha w filmie, w telewizji…

Musiałam zaniedbać kwestię wyrazu twarzy, bo Krysia nagle urwała i przyjrzała mi się uważnie.

– A co? – spytała z wahaniem. – Reklamiarz…? Sam mi dawał do zrozumienia… Jako pacjent był u mnie, gdybym była młodsza i głupsza, jak nic złapałabym przynętę! Atrakcyjny chłopiec, nawet i bez tego owocu drzew iglastych…

Poręcz…! Szycha…! Chciałabym widzieć, jak Martusia to słyszy…

– Nooo – powiedziałam subtelnie – tak znowu w każde jego słowo nie musisz granitowo wierzyć. Siłę przebicia to on ma, zdaje się, ogromną, ale co do innych sił, ja mam równie ogromne wątpliwości.

Rozczarowanie Krysi zawirowało w powietrzu.

– Szkoda – westchnęła. – Miło wierzyć, że taki telewizyjny gieroj awanse czyni. Jesteś pewna, że przesadzał?

– Jak trzech ogrodników razem wziętych wiosną i jesienią. Mieszka tam? Pod mieszkania dwadzieścia osiem?

– Dwadzieścia osiem…? Zaraz… Tak, oczywiście, dwadzieścia osiem, adres pisałam na recepcie.

Nie bardzo był do siebie podobny zarówno we drzwiach, jak i na ulicy. Ciekawe, co tam się do tego Poręcza zakradło, gość czy włamywacz? No nic, do diabła z Poręczem na razie, ważniejsze są skrzynki listowe i w ogóle poczta. A przede wszystkim Siedlak w Szwajcarii.

Adres i telefon pana doktora ortopedy Krysia znalazła błyskawicznie. Okazało się, że nazwiska nie zmieniał, Bóg raczy wiedzieć jak go tam wymawiali i przekręcali, ale na piśmie wciąż nazywał się Jakub Siedlak. Był dostępny bez trudu, a nie zabraniał chyba synowi korespondować z matką.

Siedlakowa żona jednakże Krysię korciła. Chciała się dowiedzieć, jaka ona, jak wygląda, dlaczego się rozwiedli, pożałowała, że nic o niej nie wiedziała wcześniej i nie wypytała Kuby przy ostatnim spotkaniu. Wyznałam, że osobiście się z nią nie zetknęłam, ale wiem, że bardzo ładna i uzdolniona, w kwestii rozwodu zaś wysunęłam supozycję, że nastąpił przez Szwajcarię. Ewa nie chciała zapewne porzucać ojczystego kraju, bo pracuje w oparciu o polski język, tylko techniczne zawody są międzynarodowe. Zrobiłam, co mogłam, żeby nie zełgać i prawdy nie powiedzieć.

Wyszłam w końcu, w drzwiach mijając się z pierwszym pacjentem Krysi. Skrzynka listowa numer dwadzieścia osiem ziała pustką, i to nawet nieco przykurzoną, na ile zdołałam dojrzeć przez małe otworki.


* * *

Przez całe życie niecierpliwość pchała mnie do najrozmaitszych głupot. Zadzwoniłam do Lalki, w jej domu nikogo nie było, komórka powiadomiła mnie, że abonent jest chwilowo niedostępny, zadzwoniłam do Miśki, żeby spytać gdzie Lalka, w domu to samo, też nikogo, komórka wyłączona, zadzwoniłam do Martusi w celu naplotkowania o Poręczu, brak zasięgu, dokąd ją diabli zanieśli…? No i oczywiście niecierpliwość strzeliła mi kopa.

Zadzwoniłam do Szwajcarii, do miejsca zamieszkania ortopedy Siedlaka, który o tej porze w zasadzie powinien jeszcze być w pracy.

Słuchając sygnału, gorączkowo zastanawiałam się, jak właściwie należałoby się przedstawić. Podszyć się pod Lalkę? Rozwinąć cały łańcuch szkolnego koleżeństwa? Udawać podejrzaną…?

Z tamtej strony włączyła się sekretarka, nagrana dźwięcznym chłopięcym głosem. Po francusku. Udało mi się zrozumieć, że tu apartament pana doktora Jakuba Siedlaka…

Syn, niewątpliwie. Imię i nazwisko wymówione po polsku bez najmniejszego zniekształcenia, a pewnie, dziecko doskonale nauczywszy się francuskiego, nie zapomniało ojczystego języka.

Przy mojej furtce brzęknął gong.

…po odezwaniu się sygnału proszę zostawić wiadomość…

Przez oszklone drzwi zobaczyłam, kto dzwoni. Rany boskie, Robert Górski…!!!

…piiiiii…

– Och, cholera… – powiedziałam z jękiem do słuchawki i rozłączyłam się.

Wyglądało na to, że zostawiłam tym Siedlakom wiadomość nadzwyczaj dokładną. Otworzyłam Górskiemu furtkę i drzwi, zachwycona jego wizytą, gotowa niemal paść mu już w progu na szyję. Nie padłam tylko, dlatego, że dawno się nie widzieliśmy i nie chciałam straszyć go na samym wstępie.

Inspektor Robert Górski starannie wytarł buty i wszedł do salonu.

– Przepraszam, że nie zadzwoniłem przedtem – usprawiedliwił się – ale dość nagle znalazłem się w tej okolicy i przypadkowo złapałem wolną chwilę. A u pani wszystkie telefony były ciągle zajęte.

– Były, fakt – przyświadczyłam radośnie. – Jestem podejrzana?

– Właśnie nie wiem. To znaczy nie wiem, czy nie powinna pani być. Chciałem najpierw pogadać prywatnie.

Nic piękniejszego nie mogło mnie spotkać!

Lubiłam Górskiego i zawsze witałam go z entuzjazmem. Znaliśmy się dostatecznie długo, żeby pozwalać sobie niekiedy na zwykłą, ludzką szczerość. Wiadomo było, że nie każdą informację koniecznie należy rozgłaszać i nie wszystko przed sobą wzajemnie koniecznie ukrywać, szczególnie, że różne naganne drobnostki nawet i bez rozgłaszania mogły się przydać. Przyzwoitemu człowiekowi Górski nic złego nie zrobi, ja do zbrodniarza z ostrzeżeniem nie polecę, a kłopoty z prokuraturą dokopywały nam mniej więcej jednakowo. No, Górskiemu bardziej niż mnie. Dziwiłam się, że przysłał mi tu tych dwóch obcych, czarujących młodzieńców dla sprawdzania mojego alibi, zamiast przyjść osobiście, ale ostatecznie, mogło mu brakować czasu…

Tym razem jednak nie było mi słodko bez zastrzeżeń. Nie zamierzałam wypuścić z siebie ani jednego piśnięcia na temat Ewy Marsz i przewidywałam ostre kamyczki na pięknej drodze konwersacji z uzdolnionym gliniarzem. Ewentualnie koleiny, jak na naszych autostradach. Za to miałam wielką nadzieję sama się czegoś dowiedzieć.

– Cieszę się bezgranicznie, że pana widzę, ale będę łgała – ostrzegłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. – Nie, źle mówię, będę kręcić i ukrywać. Może nawet mataczyć.

– Co pani powie? – zainteresował się Górski i usiadł. – I dlaczego to tak?

– Bo padają sami moi wrogowie. I nie jest wykluczone, że żywię sympatię do sprawcy. Mógłby pan mi trochę rozjaśnić pod ciemieniem, zorientowałabym się jakoś. Nie po nowości z damskiej mody plażowej pan do mnie przyszedł, to pewne.

– Rzeczywiście, ale myślałem, że to raczej pani mi coś rozjaśni. Uczciwie się przyznam, że nic nie rozumiem i widzę tu albo kameralne podgryzanie stołków, albo jakąś potworną aferę ogólnoświatową. Cholernie takich afer nie lubię.

– Nad podgryzaniem stołków sama się waham – oznajmiłam i porzuciłam kanapę. – Co pijemy? A może pan jest głodny?

– Głodny nie, dziękuję. A pijemy…? Nie obrażę się za herbatkę…

Herbata to bezpieczny napój. W drodze z kuchni do pokoju z tacą usiłowałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek zaistniał wypadek, żeby dużą ilość herbaty na stole określono mianem libacji. Nie, chyba nigdy. Jako łapówka również raczej nie służyła, nawet z cukrem, a Górski ostatnio nie słodził.

– Przy Wajchenmannie pani odpadła – powiadomił mnie. – Zostało sprawdzone, w chwili, kiedy padły strzały, pani dojeżdżała do Szczecina…

– Na litość boską, po co wam była ta cała robota i strata czasu ze sprawdzaniem, przecież wszystko mieliście na papierze!

– Trochę to tak może poszło z rozpędu. Ale strata czasu żadna, piętnaście minut wystarczyło dla potwierdzenia. Co do reszty natomiast…

– O, nie! – zaprotestowałam energicznie. – Tego całego Drżączka pan mi nie przyłoży, Zamorskiego też nie! Przy Drżączku ustabilizowana jestem, co do minuty!

– No właśnie, gdzie pani była i co pani robiła? Nie w domu, tyle wiem.

Pobłogosławiłam się za pomysł podjęcia przy okazji w banku odrobiny gotówki, komputer zapisuje godziny i minuty, zaraz potem pojechałam prosto… O, do licha, komórka trzymała mnie na parkingu przy Hożej… Że też te panienki w mundurkach do mnie nie dotarły, po cholerę im uciekłam, lepiej już było zapłacić mandat. Ale przecież pan Tadeusz telefonu się nie wyprze, człowiek ogólnie zajęty zegarka wzrokiem nie omija, musi wiedzieć, kiedy dzwonił, bodaj mniej więcej!

– A na Narbutta z gliniarzem rozmawiałam – zakończyłam pełne urazy zeznania. – Co prawda patrzył we wszystkie strony równocześnie, ale na mnie też. Gdybym kropnęła Drżączka i uciekła, w żaden sposób nie zdążyłabym zaraz potem… e tam, jakie zaraz, karetki już były! Na moje oko został załatwiony, jak ja jeszcze byłam w banku.

Górski westchnął, ale wydawał się zadowolony.

– Wszyscy wiedzą, że ja tu z panią od lat uprawiam kumoterskie stosunki. Trzeba panią wykluczyć na granit i na bank, żeby nie było, że coś tego… Z drugiej strony to właśnie pani mocno wyeksponowała jeden z motywów, określony przez panią jako żerowanie. Raczej dość nietypowy. Myśli pani, że wystarczy?

– Taki jak ich? No wie pan…!

– Ale to przecież wszyscy na wszystkich żerują – zauważył Górski, przyglądając mi się z zainteresowaniem. – Poczynając od rządów, które żerują na społeczeństwach, poprzez pośredników, żerujących na producentach…

– Nie – przerwałam karcąco. – To jest żerowanie, można powiedzieć, jawne, uczciwe, materialne i wymierne, ma jakąś formę prawną, odbywa się za obopólną zgodą i przekracza granice najwyżej w pewnym zakresie. Ja mówię o żerowaniu podstępnym i wrednym, nie pieniądze pan temu komuś kradnie, tylko umysł, duszę i osobowość. Pośrednik rżnie forsę, ale nie powie, że to on to coś wymyślił i wykonał, obojętne, co, buty, dzieło sztuki, poemat, sos… O, sos! Jeszcze gorzej…

Zastanawiałam się przez chwilę nad formą, a Górski patrzył na mnie z rosnącym zaciekawieniem.

– Niech pan sobie wyobrazi szefa kuchni – rozkazałam tak stanowczo, że prawie było widać, jak usiłuje moje polecenie spełnić. – Ten szef kuchni wpada w natchnienie, tworzy sos niebiański, ustala przyprawy i proszę bardzo, poleca wykonywać to personelowi. A jedna sztuka personelu dochodzi do wniosku, że jest mądrzejsza, genialniejsza, łapie sos szefa, coś tam z niego wyrzuca i dowala składniki własne, wychodzi z tego zupełne gówno, a ta jedna sztuka, dumna i blada, zapiera się, że jest to sos szefa. Udoskonalony. Klienci się krzywią, a szef pada na zawał.

Górski najwyraźniej w świecie uchwycił sedno rzeczy, zainteresował się niezmiernie i też się skrzywił, widocznie wyobraził sobie spożywcze arcydzieło i nie przypadło mu do gustu.

– Zrobiłam, co mogłam, żeby panu zestawić oba czynniki, materialny i duchowy – wytknęłam. – A w dodatku garmażeryjna umowa zawiera zobowiązanie, że ten palant będzie produkował dokładnie sos szefa, tyle, że, czy ja wiem… w naczyniach łatwiejszych do otwierania. Rezultatem jest kompromitacja twórcy produktu i utrata klientów. Już mi na to zwrócono uwagę!

– Utratę klientów, zdziwi się pani, ale rozumiem. Znaczy, należy ten sos przyrównać do dzieła literackiego, szef kuchni to autor, megalomański pacan z personelu to reżyser…?

– A pewnie. Sam nie wymyśli, niemoc twórcza go żre…

– …łatwość otwierania naczyń ma oznaczać rozpowszechnianie, szerszy dostęp…

– Także dla ćwoków, nieumiejących czytać – uzupełniłam usłużnie.

– …kompromitacja i klienci, również zrozumiałe. Wie pani, bardzo mi się ten przykład podoba, oddaje chyba charakter zjawiska. Zamorskiego, dlaczego też nie?

– Co nie…?

– Pani go nie…?

– Sama się dziwię. Jeszcze bardziej niż przy Wajchenmannie. Ale właśnie o Zamorskim nic nie wiem, o której padł trupem?

– Około dziewiątej.

– Niedobrze, na dziewiątą nie mam alibi. Chyba, że koty coś powiedzą, z ludźmi o takiej porze jeszcze nie rozmawiam, dopiero po dziesiątej Ostrowski dzwonił. Na domowy telefon, więc musiałam być. Ale tam do nich nie tak łatwo wejść anonimowo, mają chyba kamery, nie?

– Mają. Cholernie dużo ludzi do sprawdzenia.

– A narzędzie zbrodni?

– Na razie jeszcze nie ma. I nie wiadomo, co to było…

Górski nie skąpił mi szczegółów. Wysunęłam supozycję, że sprawca podwędził z rekwizytorni królewskie berło, ale podobno królewskie berła mieli lżejsze. Dziwne się wydawało, że nikt nie zwrócił uwagi na człowieka, kryjącego pod marynarką potężny ciężar dużych rozmiarów, nie musiał go jednakże wynosić, mógł ukryć gdzieś w budynku. Górski wolał, żeby wyniósł, bo przeszukanie całego gmachu telewizji mocno odbiegało od niewinnej rozrywki.

O istnieniu tajnego magazynu kompromitacji miałam prawo wiedzieć.

– I co? – spytałam z troską. – Zginęło coś stamtąd?

– Jak dotychczas stwierdzono, owszem…

– No, już! – pogoniłam niecierpliwie, bo Górskiego nagle zastopowało. – Niech pan mówi, co to było! Mogę o tym pomilczeć przez wieki.

– I chwilowo tak byłoby lepiej. Dwie kasety.

– Jakie kasety? Z czym?

Górski znów trochę pomilczał. Piknęło we mnie niepokojem.

– Kasety, którymi pani była zainteresowana. Ludzie mówią, czasem nawet więcej niż wiedzą. Ekranizacje dwóch książek, istniejące w jednym egzemplarzu, bez kopii. Reżyser filmów Juliusz Zamorski, denat.

No tak. Słusznie omijałam temat Ewy Marsz. Dwie kasety z jej ekranizacjami, sprawca zbrodni je ukradł…? Po cholerę mu były poronione arcydzieła Zamorskiego…?

Z tajemniczych powodów pani Danusia pamiętała, gdzie powinny leżeć, nie było ich tam, nie było ich w ogóle nigdzie. Znalazły się za to świeże odciski palców Zamorskiego, nawet nie usiłował ten palant ukryć swojego grzebania w tajnym archiwum, znalazło się też kilka śladów rękawiczek. Skórzanych. Niewątpliwie należących do sprawcy zbrodni, który wykazał się nader nikłą ruchliwością, nie miotał się po całym pomieszczeniu, trwał w miejscu, prawdopodobnie czekał, aż Zamorski swoje dzieła znajdzie, po czym kropnął twórcę, złapał dzieła i uciekł, zapewne w pośpiechu.

A pewnie, że w pośpiechu, z trupem za plecami…

I w tym momencie zemściła się na mnie moja urocza cecha charakteru. Zadzwonił telefon.

– Jakub Siedlak z tej strony – powiedział głos w słuchawce.

Na ułamek sekundy zdrętwiałam.

Odłożyć słuchawkę bez słowa. Wybiec z nią na dziedziniec przed dom. Powiedzieć, że pomyłka. Moja pomyłka. Odciąć sobie w ten sposób wszelką możliwość porozumienia z mężem Ewy. Podać numer pana Tadeusza, który natychmiast potem zadzwoni i spyta, o co chodzi. Powiesić się.

Górski siedział o pięć metrów ode mnie i zadławiło mnie na śmierć. Kategorycznie i bezwzględnie powinnam ukryć przed nim Ewę, jakim cudem mam to zrobić…?!

Krysia Godlewska…!!!

– O, witam pana – powiedziałam wdzięcznie, bo eksplozywna ulga obdarzyła mnie głosem wręcz słowiczym. – Jestem zdumiona…

– Rozumiem, że to pani zostawiła mi na sekretarce dosyć oryginalną wiadomość – przerwał sucho, ale grzecznie pan doktór. – Wyświetlił się numer, więc pozwoliłem sobie oddzwonić. Nie popełniam chyba pomyłki w kwestii języka?

Cholera. Dzwoniłam z mojego oficjalnego…

– Ależ skąd! Cieszę się bardzo! Dostałam pański numer od Krysi Godlewskiej, przy okazji przesyła panu pozdrowienia…

– Dziękuję, wzajemnie.

– Ale tu nie chodzi o Krysię, tylko o Ewę. Od razu wyjaśniam, szuka jej moja przyjaciółka, która razem z Ewą chodziła do szkoły, a potem nagle znikła jej z oczu i teraz gnębią ją wyrzuty sumienia, bo sama temu zniknięciu zawiniła. Koniecznie chce nawiązać zerwany kontakt, mieszka za granicą, zobligowała mnie do zdobycia jej numeru telefonu albo adresu. Obie z Krysią uznałyśmy, że pan to chyba wie najlepiej…

Wciąż posługiwałam się głosem uszczęśliwionej synogarlicy i Górski zaczął spoglądać na mnie jakoś dziwnie. Splunęłam sobie w brodę, że jednak nie oddaliłam się chociażby do kuchni.

– A… czy można wiedzieć, jak się ta przyjaciółka nazywa? – spytał pan doktór odrobinę mniej sztywno.

– Maria Kamińska. Ale z pewnością Ewa pamięta ją raczej pod imieniem Lalki, bo tym się posługiwała. Lalka Kamińska. To znaczy, teraz się w ogóle nazywa inaczej, bo poślubiła Francuza, ale jego nazwiska nie pamiętam. Dla nas to jest ciągle Kamińska.

Pana doktora odblokowało bardziej, ale uparcie nie do końca. Krysia Godlewska miała rację, że zasadniczy, chyba nawet bardziej niż mogłam się spodziewać.

– Sądzę, że Ewa chętnie się z panią Lalką skomunikuje. Słyszałem o niej swymi czasy, istotnie, przyjaźniły się kiedyś. Jeśli zechce mi pani podać jej numer telefonu, przekażę Ewie przy najbliższej okazji. O ile nie widzi pani przeszkód.

– Najmniejszych. Sekundę, muszę wziąć komórkę, mam ją tam wklepaną, na pamięć już nie znam żadnego numeru…

Aż mi się robiło niedobrze od tej słodyczy, która ciekła ze mnie do słuchawki. Rozejrzałam się, gdzie te cholerne komórki, a, jedna w kuchni, może być…

Podyktowałam sztywniakowi numery Lalki, nagle świetnie rozumiejąc, dlaczego Ewa się z nim rozwiodła. Też bym się rozwiodła. I to chyba właśnie od niego uciekła, drugi tatuś, Ewa, marsz! Nacisnęłam, żeby przekazał apel, czym prędzej i uprzedziłam, głosem tym razem zmartwionej sierotki Marysi, że Lalkę trudno złapać, bo strasznie dużo pracuje i ciągle przebywa między ludźmi. Kiedy odłożyłam słuchawkę, okazało się, że zimny pot spływa mi po kręgosłupie.

Górski, niestety, kretynem nie był w najmniejszym stopniu.

– To jest myśl – rzekł w zadumie, wpatrzony w trawnik za oknem. – Dotychczas jeszcze nie przyszło mi to do głowy, pani mi podsunęła. No, lepiej późno niż wcale.

– Co pan wykombinował? – spytałam podejrzliwie. – Co pan zamierza zrobić?

– Nic. Nie mam na razie pewności, a pani mi więcej nie powie, tu akurat pewność mam. Trzeba sprawdzić. Dziękuję za miłe popołudnie.

Jeszcze gorzej niż źle. Nie mogłam, o mać skrofuliczna, z tym szwajcarskim telefonem poczekać…?! Górski zaczął się podnosić z fotela.

– Zaraz, niech pan tak nie leci jak z pieprzem – powstrzymałam go, za wszelką cenę chcąc zatrzeć efekt rozmowy. – Mam coś podejrzanego, pan to sprawdzi od ręki, a ja wcale. No, z szalonym wysiłkiem.

Górski zatrzymał się za plecami fotela, wsparł dłońmi na oparciu i spojrzał pytająco. Rzuciłam się do kuchni, samej sobie gratulując, że katalog Campanilli bezmyślnie wyciągnęłam z samochodu razem z torebką, grzebałabym teraz w garażu przez pół godziny. Wróciłam w mgnieniu oka, podetknęłam mu to pod nos.

– Mercedes grafit metalik. Tu jest numer. Jeśli pan sprawdzi, do kogo należy… Może ja przesadzam, a może nie, ale jeśli nie, ktoś komuś będzie wdzięczny, albo pan mnie, albo ja panu.

– Bo co?

– Podejrzany.

– Jak podejrzany i dlaczego?

Urwałam kawałek kartki z czegoś, co leżało na stole, chwyciłam długopis i przepisałam numer z katalogu.

– Nie wszystko panu jedno? – spytałam z wyrzutem, podając mu świstek. – No dobrze, powiem. Przypomniało mi się przez Krysię Godlewską, ona lekarz, dermatolog, byłam tam u niej. Z mieszkania jej pacjenta, znam go z twarzy, wyszedł obcy facet, który dziesięć minut wcześniej był ciężko i zakaźnie chory. Odjechał tym mercedesem. Krótka scena, ale dziwna, zaśmierdziało mi kantem, coś za szybko wyzdrowiał.

– Jak się nazywa?

– Nie wiem. Przecież mówię, żeby pan sprawdził!

– Nie. Pacjent pani Godlewskiej.

Powinnam była bez cienia wahania odpowiedzieć, że nie wiem. Nie pamiętam. Ale cholerny telefon Siediaka zdemolował mi nieco całe wnętrze i zawahałam się. Na jeden błysk, ale równie dobrze mogłam się wahać i tydzień.

– Tylko niech mi pani nie wciska żadnego kitu – poprosił Górski, nie kryjąc zgorszenia i schował do kieszeni strzępek z numerem. – Przecież widzę.

– Poręcz – powiedziałam niechętnie. – Florian Poręcz.

– Zna go pani. Kto to jest?

Powstrzymałam się od kretyńskiego pytania, skąd wie, że go znam, bo skoro wiedziałam, że drzwi otworzył ktoś inny, na wątpliwości miejsca nie było.

– Trudno powiedzieć. Moim zdaniem hochsztapler, tak zwany czarujący łajdak, wkręca się do telewizji, udaje reżysera, wyrolował Martusię… o, zna pan przecież Martusię! Zaczepia się, gdzie popadnie, psim swędem, głównie żeruje na babach, tyle wiem i to głównie z gadania. Podobno miał chęć pożerować i na mnie, ale mu nie wyszło, widziałam go kiedyś, dał się zapamiętać, więc mam pewność, że nie on otworzył mi drzwi, a podobno tam mieszka. Więcej nie wiem.

– I gdzie to było?

– Na Kubusia Puchatka. Dzisiaj wczesnym popołudniem.

No i oczywiście moja pamięć nie miała nic lepszego do roboty, jak akurat teraz zapukać od środka. Jaki znowu Poręcz, skąd wytrzasnęłam Poręcza, przecież, wedle informacji od Martusi, to jest mieszkanie obcych ludzi, którzy mu tylko wynajmują pokój! Ten z anginą to mógł być po prostu właściciel lokalu, a Poręcz w ogóle nie ma prawa być tam zameldowany! Ale Krysia na recepcie pisała… A, trudno, czort bierz, nawet, jeśli namieszałam w tym kotle, odczepię może Górskiego od Ewy Marsz, a wybuchy sklerozy nie bywają karalne…

Górski przez chwilę jeszcze stał, wpatrzony w okno, ugniatając lekko oparcie fotela.

– Może i rzeczywiście będę pani wdzięczny – mruknął i ruszył ku wyjściu.

Zaniepokoiłam się okropnie.

– Niech mnie pan nie denerwuje! Co to ma znaczyć?!

Górski przemaszerował w milczeniu przez cały przedpokój. Odwrócił się dopiero w drzwiach.

– Będę mataczył – zakomunikował mi wielce tajemniczo i poszedł.

– Jesteś w domu? – spytała Magda jakoś niespokojnie i zupełnie niepotrzebnie, bo zadzwoniła na stacjonarny. Zreflektowała się. – No tak, słyszę, że jesteś. To ja zaraz do ciebie koniecznie przyjadę, jeśli nie będzie korków, wyrobię się w pół godziny. Nie wychodź, proszę cię. Nie wychodź!

Nigdzie się nie wybierałam, ledwo zdążyłam wrócić z papierniczego sklepu, który od dawna mi się kłaniał, i chciałam trochę pomieszkać, szczególnie, że już od progu zaleciała mnie delikatna woń z kuchni. Rzuciłam się tam, po drodze upuszczając zakupy. O, twarz…!

Na malutkim ogniu stała cała konstrukcja. Wielki garnek z wodą, na garnku durszlak, zawierający w sobie trzy czwarte opakowania kupnych pierogów z mięsem, na durszlaku doskonale dopasowana przykrywka. Ostatnia sekunda, woda zdążyła wyparować, na dnie garnka posykiwało wspomnienie po kropelkach, niech to kaczki skopią, zostawiłam w tej postaci całodzienne pożywienie, żeby było gorące, i wyszłam z domu, kompletnie o nim zapominając. Nie po raz pierwszy w życiu i zapewne nie po raz ostatni. Nie szkodzi, dolałam wody, podkręciłam palnik i nic się nie stało. Postawiłam na drugiej fajerce patelnię z okrasą i pozbierałam żywność z podłogi.

– O, pachnie jedzeniem? – zainteresowała się Magda, jeszcze w drzwiach. – Dasz spróbować? Co to jest?

– Potrawa na dwie albo nawet trzy odchudzające się osoby. Akurat doszło. Chcesz do tego borówki czy korniszonki?…

– Jedno i drugie!

– …bo nie chce mi się teraz kotłować z pomidorami…

– Pomidory mam w nosie, zjem, kiedy indziej.

Siedząc nad czternastoma małymi mięsnymi pierożkami, polanymi szmalczykiem z cebulką, bez najmniejszego trudu przekonałyśmy się wzajemnie, że przy odchudzaniu nie jest ważne, CO się je, ważne ILE. Inaczej działa pięć sztuk, a inaczej kopa, najszkodliwszej potrawy można zeżreć wielki półmich, a można jedną łyżkę od zupy, od jednej łyżki jeszcze nikt nie utył. Następnie udało nam się ustalić, że nie należy tego jeść siedem razy na dzień, tylko najwyżej raz, a jeszcze lepiej nie codziennie, rzadziej, przeplatając czymś mniej szkodliwym. Z obrzydzeniem oceniłyśmy ilość produktów, wchłanianych przez znane nam osobiście i z filmów dokumentalnych jednostki z potężną nadwagą, i wreszcie Magda przeszła do rzeczy.

– Joanna, słuchaj, ja się nie znarowiłam tak, żeby, co chwilę przylatywać do ciebie na posiłki, tylko szczerze ci powiem, boję się rozmawiać przez telefon. Nie, żaden podsłuch, nic z tych rzeczy…

– Po minionym ustroju, licencji Ericssonowskiej i rozmowach kontrolowanych nic mnie już nie zdziwi – przerwałam. – Nawet mucha, która lata z elektroniczną pluskwą w pysku.

Magda rozejrzała się odruchowo.

– Gdzie ci tu mucha lata? Nie widzę.

– Nigdzie nie lata. Mnie w ogóle muchy rzadko latają, bo mam siatki w oknach. A jeśli jakaś lata, popełniam morderstwo i już nie lata. Bardzo mi przykro.

– Mnie byłoby bardziej przykro, gdyby latała. O czym my mówimy?

– O telefonach.

– A, właśnie. Czekaj, co tu ma do rzeczy licencja Ericssonowska?

Westchnęłam.

– Wychowałam się na niej. Wybieraki przeskakiwały i ciągle ktoś się wpieprzał w twoją rozmowę albo ty w czyjąś. Wbrew woli. Zdarzało się, że pięć osób rozmawiało ze sobą równocześnie, także wbrew woli. Zapewne to wszystko razem było nieco zdezelowane i dlatego źle łączyło, ale dla mnie już nie ma rzeczy niemożliwych. Bezpieczne linie nie istnieją.

– Otóż to – przyświadczyła Magda skwapliwie. – Teraz się wyłapuje ostatnie połączenia, numer rozmówcy, nawet zastrzeżony, dlaczego ja dzwoniłam do tej osoby sześć razy i co mówiłam przez jedenaście minut i różne takie inne bajery. Też w żadne bezpieczeństwo nie wierzę i nie wierzę, że to tylko Japonia i Ameryka, a nasi nie potrafią…

– Cha, cha! – prychnęłam drwiąco. – Najwyżej mogą nie chcieć.

– Rozumnie mówisz. Ale mogą i chcieć. A tu się robi takie bagno, że od miazmatów dusi, głównie telewizja, ale i film, tajne archiwa, przywłaszczony szmal, przekręty za przekrętami, łapówy niewiarygodne i czy ty wiesz, kogo podejrzewają? Poręcza!

Nie zdążyłam się zdziwić, bo już mi motyw strzelił fajerwerkiem.

– Poręcza? Floriana? Tego od Martusi? Bo co? Usuwa konkurencję?

Magda zachwyciła się moją nadziemską mądrością do tego stopnia, że zjadła jeszcze jednego pieroga. Potwierdziła przypuszczenie, najpierw gwałtownie kiwając głową, a potem słownie.

– Nikt nie mówi głośno i wyraźnie, takie szeptanie po kątach lata, bo skoro on posuwa się do tak radykalnych poczynań, wszyscy się boją, a cholera go wie, na jakim stołku w końcu może usiąść i komu zaszkodzić. Szczególnie, że jest to beztalencie śmierdzące, nadęte, bezczelne i wredne, a tacy z reguły mają największe szanse. Podobno szantażuje Wojłoka…

– Jakiego Wojłoka? Kto to jest?

– Szara eminencja w księgowości, w szastaniu forsą prywatnych kanałów i producentów, mówiąc w dużym skrócie i niezrozumiale. Nawet byłej pani dyrektor patrzył na ręce. Wszyscy wzbogaceni boją się Wojłoka, a Wojłok podobno boi się Poręcza, taka opinia się zalęgła i rośnie.

Już chciałam powiedzieć, że generalnie pomysł jest głupi, ale przypomniało mi się nagle, że ani od tych pierwszych glin, ani od Górskiego o Poręczu nie usłyszałam jednego słowa. O Waldemara Krzyckiego mnie pytali, a o Poręcza nie. To ja mu o nim powiedziałam, Górski zaś wypytał mnie, a sam nic, żadnego komentarza! Czy on w ich oczach nie stoi przypadkiem na czele potencjalnych sprawców, ja zaś byłam albo jestem zasłoną dymną…?

– A co ktoś wie o dowodach, alibi i tak dalej? – spytałam chciwie, lekceważąc Wojłoka, o którym w życiu nie słyszałam.

– Dowody głównie moralne. Etyczne. Wnioskowania. Wajchenmann odpędzał go od siebie, Drżączek natrząsał się z niego podstępnie i wygryzał zewsząd, Łapiński się na nim nie poznał i wykazał głupi upór…

Zaniepokoiłam się.

– Ale Łapiński, mam nadzieję, jeszcze żyje…?

– O ile wiem, tak, ale to może dlatego, że akurat jest w Wiedniu. Czekaj, Zamorski zeszmacił go jawnie, mieszając z błotem, z każdym z nich miał do czynienia bezpośrednio albo pośrednio i każdy wydarł mu z gardła możliwości, które już – już miał. Do archiwum wlazł po trupie Zamorskiego…

Tu Magda otrząsnęła się z lekka i zastanowiła.

– Na dobrą sprawę, to ja powinnam była wleźć do archiwum po trupie Zamorskiego. Ale nie wyobrażasz sobie nawet, jak ja nie lubię trupów!

– A do ciebie nie doszli?

– Zdumiewające, ale jeszcze nie. Chociaż już mnie ktoś pytał, gdzie wtedy byłam, bo o dwunastej ludzie mnie widzieli i któraś kamera złapała, jego ten hipotetyczny Poręcz kropnął o dziewiątej, to już całe miasto wie, ale nikt nie wątpił, że o dziewiątej mogłam być we własnej łazience. I byłam! Wiesz, że ja dopiero teraz doceniam, jak to wygodnie mówić prawdę!

– A w twoim domu ktoś cię widział?

– Masz na myśli w mieszkaniu? Bo w windzie owszem, sąsiadka. I facet w garażu. Poza tym z tej łazienki wywlókł mnie telefon, dzwonił scenarzysta i żebrał o drobniutką zmianę, nawet mu to załatwiłam, małe piwo…

– Na stacjonarny?

– Na stacjonarny. A co…?

– To miałaś fart. Jesteś kryta, po pierwsze, śladów nie zostawiłaś, nawet gdyby, zostały zadeptane, więc na ciebie nie trafią, a po drugie… nawet gdyby… trafiłaś na zwłoki, zawiadomiłaś i uciekłaś, to nie jest karalne…

– O, cudzie…! – westchnęła Magda z ulgą. – Jeśli mi jeszcze dasz kawy…

– Żaden problem – podniosłam się od stołu, sięgnęłam po talerzyki. – Ale musimy wykombinować przyczynę, dla której uczyniłaś te parę kroków więcej. Bo w ogóle, przypominam ci, poszłaś do punktu rehabilitacyjnego i po cholerę niosło cię dalej, zamiast od razu tam wejść?

Prztyknęłam czajnikiem, wyjęłam odpowiednie naczynia, sprzątnęłam ostatnie trzy pierogi z dodatkami, zrobiłam kawę dla niej i herbatę dla siebie, przyniosłam to do salonu, a Magda wciąż jeszcze siedziała, wsparta łokciami na stole, z brodą na dłoniach. Wstała wreszcie z krzesła z ciężkim westchnieniem.

– No popatrz, strasznie myślę i nic mi nie przychodzi do głowy – rzekła smutnie, przechodząc do salonowego stolika. – Prawdy powiedzieć nie możemy?

– W żadnym wypadku. Ale czekaj, co ty mogłaś…

Po jaką wielką czarną ospę człowiek może się pchać do tajnego śmietnika, o którym w ogóle nie powinien nic wiedzieć? Zaraz. Niech ja to sobie wyobrażę… Siedziałyśmy przez chwilę w milczeniu.

– Wiem! – wykrzyknęłam z triumfem. – Ale musisz się wczuć w rolę!

– Gotowa jestem w każdą, bo rozumiem przyczyny – zapewniła gorliwie Magda i z wyraźną przyjemnością napiła się kawy. – No…?

W trakcie wyjaśnień korygowałam wizję.

– Pracowałaś tam długo, mam na myśli budynek. Z rehabilitacji nigdy nie korzystałaś, nawet nie wiedziałaś, że ona tam jest. Wiedziałaś mgliście. Teraz cię zaciekawiło, bo coś… Łokieć? Stłukłaś łokieć? Już ci przeszło, ale zdążyłaś pomyśleć, że takie leczenie by ci się przydało i na wszelki wypadek poszłaś sprawdzić, bo może nie tylko łokieć, ale w ogóle urodę albo, co, nikomu nie mówiłaś, bo głupio wyjawiać nadzieję na odmłodzenie, odchudzenie, tańczyć chcesz, a źle ci idzie…

– Zwariowałaś – mruknęła Magda.

– No to zostańmy przy łokciu. Kolano, jeśli wolisz. Pierwszy raz tam poszłaś…

– To przypadkiem prawda.

– Zaciekawiło cię, co jest dalej, tyle lat, a nigdy tu nie byłaś, jakieś schodki, zaświeciłaś zapalniczką, żeby znaleźć kontakt, i ujrzałaś pod nogami wiadomo, co. Cały dalszy ciąg jest w pełni zrozumiały i nikt się nie przyczepi, szczególnie, że wykazałaś się obywatelską postawę i rozsądkiem, żeby udzielić informacji właściwej placówce. Nikt ci nie udowodni, że nie byłaś w szoku.

– Byłam! Słowo daję!

– No to mamy. I tego się trzymaj.

– Bardzo mi to sugestywnie opowiedziałaś, uwierzyłam we wszystko. Ale o rehabilitacji musiałam wiedzieć wcześniej, bo ostatnio nikogo nie pytałam.

– Toteż mówiłam. Wiedziałaś mgliście. Łokieć ci przypomniał.

– Czy zamiast łokcia może być kość udowa? Niedawno walnęłam się w narożnik marmurowego stołu, bolało mnie przez tydzień…

Kość udową pochwaliłam z wielkim zapałem. A i tak całą wersję tworzyłyśmy na wyrost, bo mało było prawdopodobne, żeby ktokolwiek do sprawy przypasował Magdę. Bardziej już Poręcz pasował do sprawcy.

Magda wróciła do tematu zasadniczego.

– Czekaj, nie powiedziałam ci jeszcze wszystkiego. Nie chcę cię martwić, ale w plotkach zaczynają podśmiardywać niepokojące osoby, bo Poręcz judzi. Komuś podobno bąkał coś o Wajchenmannie, jakoby na film dostał więcej, zużył mniej, a różnicę wydarł mu ktoś od rekwizytów, kto to był… nie znam człowieka i nie pamiętam. Wajchenmann żądał zwrotu albo ujawnienia, więc ten ktoś zamknął mu gębę, polityczna postać, więc wszystko szeptane…

– Złodziej, znaczy, awansował?

– Coś w tym rodzaju. I odwrotnie, ktoś tam inny podupadł, ale to przy Zamorskim. No i najgorsze, bąka się o autorach, nawet o tobie…

– Jaworczyk! – wyskoczył mi z ust komunikat od Miśki.

– Znasz Jaworczyka? – zdziwiła się Magda.

– Nie. W ogóle nie mam pojęcia, kto to jest, ale słyszałam, że mnie szkaluje. Kto to jest?

Magda machnęła ręką.

– Trudno powiedzieć. Taki jeden, miał swój program i wielkie nadzieje, brał się za różne tematy, w tym za przestępczość, nie wykazał się talentem i w końcu poleciał. Ktoś mu podobno zniszczył najważniejszy odcinek, który miał być wystrzałowy i cześć pieśni, tak twierdził. Miałaś z tym coś wspólnego?

Wzruszyłam ramionami, bo żadnego niszczenia komukolwiek odcinków akurat sobie nie przypominałam. Magda kontynuowała.

– Może on sam z siebie tego nie wymyślił, mógł od kogoś usłyszeć i chyba zgaduję, od kogo. Operator Drżączka, beznadzieja, ale ma dzikie chody i plecy, więc się trzyma, a wielkie ambicje tańczą w nim kankana. Koniecznie chce być artystą i geniuszem, to on pchał Drżączka z tym ostatnim filmem za obietnicę, że zdjęcia będą jego. Nikt go już nie chciał przy żadnym kręceniu i musiał się przyssać do drugiego niewydarzonego geniusza…

– A, to dlatego te kuszące panienki tak dziwnie wyszły!

– Wszystko mu dziwnie wychodzi. Nie pamiętam jego nazwiska, bo mówi się na niego Majtacz, i rzeczywiście majta kamerą, jakby się oganiał w pasiece albo miał konwulsje. Dotarło do niego, że skrytykowałaś dzieło Drżączka i teraz rzuca podejrzenia.

– A niech rzuca, aż mu ręka zdrętwieje. Na innych też?

– Na innych głównie Poręcz. Nielegalnie udostępnione prawa, to też on trąbi, tyle, że na małej trąbce. Telewizja rzekomo zapłaciła, autor nie dostał, tu pojawia się Wojłok…

Co za melanż potworny! Nie spodobało mi się to wręcz piramidalnie, nielegalnie udostępnione, autor nie dostał… Wydawcy Ewy Marsz, którym odgórna siła zagipsowała gęby…!

Poręcz do tego. Mści się na Ewie. Zamiatając własne podwórko, na nią chce rzucić podejrzenia, swołocz perfidna. Właściwie powinien się mścić także na Martusi, nie pożałowała mu wszak wystrzałowej opinii, nie zdziwię się, jeśli lada chwila ktoś padnie trupem w Krakowie. Gdyby nie Ewa Marsz, na tę rozmowę ściągnęłabym Górskiego!

– Mętne to wszystko strasznie, ale ciągle jakieś nazwiska wychodzą na prowadzenie – ciągnęła bezlitośnie Magda. – Wzajemność kwitnie i teraz się okazuje, że Poręcz nie ma żadnego alibi, mógł skasować wszystkich trzech. W zeznaniach łżą straszliwie, bo on ich szantażuje.

– Ma, czym?

– Jasne. Ale nie są to kodeksowe przestępstwa, no, może trochę… Głównie kompromitacje. Gdyby ktoś się tym zajął porządnie, byłaby niezła afera i duży ubaw dla społeczeństwa, a kto się zajmie? Obyczajowość nam podupadła i zobaczysz, lada chwila Poręcz wyskoczy na człowieka roku, tylko nie wiem, w jakiej dziedzinie. I w ogóle nie zapominaj, że ja ci przekazuję plotki, supozycje, pobożne życzenia różnych wzajemnych wrogów, podkładanie świni i podgryzanie stołków. Wszelkie bzdety bez wyboru.

Spróbowałam wyobrazić sobie, jaka też atmosfera musi panować w telewizji, skoro Magda snuje tak cudowne prognozy, ale wyobraźnia odwróciła się do mnie plecami i wypięła częścią poniżej. Wyraźnie dała mi do zrozumienia, że zna bardziej atrakcyjne tematy.

Z przyjemnością wysłuchałam jeszcze, kto dokładnie, oprócz Poręcza, nie ma alibi, z motywami poszło nam nieco trudniej i w rezultacie z całego grona potencjalnych sprawców został tylko ten jeden. Owszem, mile widziany…

Już wychodząc, Magda jakby sobie nagle przypomniała.

– Adam Ostrowski powinien dużo wiedzieć. On tu u ciebie często bywa?

– Nie bardzo, ledwo parę razy. Ale lubię go, w zawodzie należy do nielicznej grupy, tych sensownych i odważnych można na palcach jednej ręki policzyć, zdaje się, że on wchodzi w to grono.

– Jesteś z nim zaprzyjaźniona?

– Mam wrażenie, że chyba zaczynam być. A co…?

– Nie, nic. Tak sobie pytam… Powinnaś może z nim więcej pogadać…

Nie wiadomo, dlaczego, kiedy już znalazła się za furtką, przypomniał mi się nagle jej desperado, o którym, dziwna rzecz, nie padło ani jedno słowo…


* * *

– Pani, o ile wiem, zna doskonale Martę Formal? – powiedział drewnianym głosem Górski, złożywszy mi znów wizytę nazajutrz wczesnym popołudniem.

Jego widok przy furtce nawet mnie nie zdziwił, tylko częściowo uszczęśliwił, a częściowo zaniepokoił. Z wielką radością zamierzałam przekazać mu informacje uzyskane wczoraj od Magdy, zarazem jednak doskonale rozumiałam, że nie po to przychodzi, żeby mi przyjemność sprawić, i stąd brał się niepokój.

Za to jego pytanie zdumiało mnie śmiertelnie.

– Zdawało mi się, że pan ją zna prawie równie dobrze?

Górski westchnął, bez oporu wszedł do salonu i pozwolił mi usiąść, wiedząc od dawna, że na stojąco nie wydusi ze mnie ani jednego sensownego słowa. Zastanowił się i też usiadł.

– Okazuje się, że niedostatecznie i chyba zdołała mnie zaskoczyć. Pani wczoraj wieczorem nie opuszczała Warszawy?

– Nie opuszczałam także własnego domu, chyba, że opuszczeniem nazwie pan wyjście do śmietnika. Siedziałam tu i zdobywałam informacje dla pana.

– To miło. O informacjach za chwilę. Jaki jest stosunek pani Formal do pana Poręcza?

O masz ci los, jasnowidzenie mnie tknęło…? Cóż za tempo, krecia robota Poręcza zdążyła przeskoczyć z Warszawy do Krakowa i dopaść Martusi!

– Negatywny – powiadomiłam Górskiego życzliwie. – Nawet powiedziałabym, bardzo silnie negatywny. I jakieś takie mam wrażenie, że dopiero, co mówiłam panu o tym!

– Nie szkodzi. Chętnie posłucham ponownie. I dlaczego to tak?

Do niepokoju domieszały mi się potężne podejrzenia, z tym, że na poczekaniu nie zdołałam ich sobie uściślić. Ciekawe, co się mogło stać…

Zastanowiłam się.

– W dwóch słowach nie da rady. Ale spróbuję trzymać się głównych punktów programu. Pan zna tego Poręcza osobiście? Widział go pan kiedykolwiek?

– Na zdjęciu. Niezbyt korzystnym.

– No to muszę panu wyjaśnić porządnie. To przystojny facet i umie robić dobre wrażenie, Martusia się na niego narwała i wśród swoich wszystkich szwindli zdołał i ją wyrolować. Nie starczy panu?

– Wolałbym więcej szczegółów…

– O rany… Przez doskonałe wrażenie i wdzięk każda baba się na niego łapie. Faceci, niektórzy, nie wszyscy, też się łapią, ale na coś innego. Pomysłowość, przedsiębiorczość, znajomości, zapał, chęć działania, zdolności organizacyjne, takie rzeczy, prawdziwy chłopiec interesu, chłopiec opieki wymaga, a skrzydełka mu rosną. Potężna siła przebicia. Wszystko teoria i jeden wielki kant, prawda wyłazi na jaw dopiero po pewnym czasie. Chcę herbaty, a pan?

Górski zawahał się.

– No, skoro pani, to i ja…

– A prawda wygląda tak – ciągnęłam, wracając z kuchni – że zdolny jest do absolutnie każdego świństwa dla własnej korzyści. I jeszcze bardziej do każdego łgarstwa. Martusi wywinął numer podwójny, życiowo – służbowy. Najpierw ją oczarował, symulując wielkie uczucia, ona jedna na świecie i całe życie na nią czekał, potem dał się wprowadzić w świat krakowskiej telewizji, niczym wsiowy chłopczyk w cuda techniki, potem się okazało, że doskonale zna świat warszawskiej telewizji, więc Kraków dla niego żadne dziwo, potem błyskawicznie pozawierał rozmaite znajomości i poderwał niejaką panią Izę, której w ogóle nie znam i zapomniałam, jakie stanowisko piastuje, ale stołek ma wysoki. Zgarnąwszy to wszystko na kupę… zaraz, jeśli potrzebne jest panu jeszcze więcej szczegółów, będzie pan musiał pogadać z Martusia, bo ja o ludzkich uczuciach mam niezłe pojęcie, ale o telewizji jako instytucji żadnego.

Urwałam pytająco. Górski pokręcił głową.

– Nie, mnie właśnie bardziej zależy na uczuciach.

– To ładnie z pańskiej strony – pochwaliłam i podjęłam temat. – Martusia miała okazję wejść w filmy fabularne, zapewniono jej stanowisko drugiego reżysera, po czym nagle… i tu detale techniczne są mi obce, rozumiem tylko ogólnie… okazało się, że kochający amant wygryzł ją potajemnie i podstępnie. Możliwe, że oszkalował. Przedtem pożyczył od niej ileś tam pieniędzy, oczywiście nie oddał…

– Moment. On od niej pożyczył i pozostał winien? Nie ona od niego?

– Co też pan? To nie ten kierunek ruchu!

– No dobrze, i co dalej?

– …po czym, wciąż symulując wielką miłość, puścił ją w trąbę. Panią Izę zresztą też puścił w trąbę, ale Martusia dodatkowo świeciła za niego oczami przed ludźmi, których zrobił w konia, niejako, można powiedzieć, z jej poręki. No to trudno się dziwić, że szlag ją trafił i teraz go bardzo lubi.

– Rozumiem. A… nie próbowała się mścić?

– Tyle jeszcze miała oleju w głowie i tak mało czasu, że nie. Musiała nadrabiać straty. Poza tym on napaskudził w Krakowie i zmył się z powrotem do Warszawy.

Górski w zadumie oglądał dwa koty, siedzące na tarasie i wylizujące się wzajemnie.

– O ile pamiętam, pani Formal to ostra dziewczyna, nie żadna…

– Rozlazła niedojda – podsunęłam uczynnie.

– No właśnie. Gdyby tak jej wszedł pod rękę…

– O, już wchodził parę razy. Bywa przecież w Krakowie, ona bywa w Warszawie, instytucja jest w zasadzie ciągle ta sama, wspólni znajomi i tak dalej. Ona na jego widok odwraca się tyłem, a on usiłuje symulować zranione uczucia, co mu wychodzi jak krew z nosa. To tyle. Streściłam panu, jak mogłam. Bo co?

– Proszę…?

– Bo co, pytam. Na plaster panu te poglądy Martusi na Poręcza? Mógł pan spytać o moje, wyszłoby podobnie.

– Pani też mu się dała oczarować?

– A, nie. Ja nie. Mówiłam panu, do licha…! Ja już kiedyś miałam taki egzemplarz przy boku i jestem uodporniona. I niech mi pan przypadkiem nie wpiera, że z racji mojego wieku on się marnie starał i stąd moja powściągliwość.

– Cóż znowu! Taka myśl przez usta by mi nie przeszła – zapewnił mnie Górski z galanterią i lekkim roztargnieniem.

– To, na co to panu było?

– Momencik. A te informacje, które pani wczoraj dla mnie zbierała, to, co to takiego?

– Plotki telewizyjne. O dochodzeniu nic nie wiem, wy mnie omijacie szerokim łukiem, policję mam na myśli, a jestem pewna, że technicznie już macie z górki…

Urwałam pytająco. Górski się skrzywił.

– Same schody – mruknął z niechęcią.

Wspaniałomyślnie zdecydowałam się zaakceptować własne pierwszeństwo.

– No dobrze, omijacie mnie, więc co mi pozostaje, jak nie ludzkie plotki? Wam tego nie powiedzą. Poręcz je rozpuszcza podobno, a sam nie ma alibi, wybielali go kłamliwie, bo powywęszał rozmaite przekręty. Jakiś Wołek tam siedzi… nie, zaraz… Wypłosz…? Włochacz…? A, już wiem, Wojłok. Przekręty finansowe, mówiąc wprost, zwyczajne złodziejstwa, a Poręcz podobno ma na niego haka. Za to reszta całym ogniem zionie na Poręcza i już stwierdzili, że każdy denat mu się naraził i teraz łajdak się mści. Podwójnie, nie, nawet potrójnie. Jednego wroga won, na lepszy świat, drugiego obciążyć podejrzeniami, a przy okazji trzecia korzyść, usunąć konkurencję. Trochę się boję o Łapińskiego, doskonały reżyser i przyzwoity facet, wykopał Poręcza, więc już mi majaczy w roli kolejnej ofiary. Może trzeba go chronić?

– Może…

– Ale! – przypomniałam sobie. – Tam kopyto było w robocie, i to dwa razy. Macie tę spluwę? Coś o niej wiecie?

– Tyle mogę pani powiedzieć. Nie mamy, ale wiemy.

– I skąd ona? Czyja?

– Nieboszczyka.

– O, mój Boże. Z grobu strzelał? Co za nieboszczyk?

Górski westchnął i uchylił rąbka tajemnicy służbowej. Dopiero nieco później odgadłam, skąd mu się wzięła ta odrobina szczerości.

Ćwierć wieku temu średnio zasłużony funkcjonariusz MO na dzień przed przejściem na emeryturę wplątał się w zadymę w Rembertowie. Przypadkowo i niepotrzebnie, tuż po służbie był, nie musiał, ale jakoś tak nieszczęśliwie trafił, że dostał w głowę kamieniem, nie wiadomo, przez kogo rzuconym. Padł trupem na miejscu, kilkunastu uczestników bitwy jeszcze po nim deptało, wieczór był, ciemno, nie widzieli, po kim depczą, szczególnie, że w charakterze podłoża występował nie on jeden. Kiedy nadjechały siły porządkowe, dzielne wojska prywatne uległy rozproszeniu, świadkowie uciekli jeszcze szybciej, a nieżywy milicjant nie miał spluwy. Pusta kabura mu została, zapasowy magazynek też przepadł. Połapano sprawców zajścia, nawet świadków udało się dogonić, ale o milicyjnym kopycie nikt nic nie wiedział i staranne przeszukanie czterdziestu dwóch siedzib nie dało rezultatu. Broń palna przepadła na wieki.

Pozostała po niej jednakże pełna wiedza, bo wcześniej w użyciu bywała wielokrotnie i pociski wydobyte obecnie z Wajchenmanna i Drżączka wskazały na nią niezbicie. Kto jednakże posłużył się pechowym gnatem teraz, nie zdołano dociec, mógł, bowiem przez dwadzieścia sześć lat Bóg wie ile razy zmieniać posiadacza. Mógł bywać sprzedawany, kupowany, gubiony, znajdywany i przekazywany w prezencie. Na światło dzienne jednakże we własnej osobie spluwa nie wylazła i nadal miał ją tajemniczy zabójca. Chyba, że wrzucił do Wisły. Górski wątpił we wrzucenie.

Wysłuchałam wszystkiego z przejęciem i najgłębszym współczuciem.

– No to macie iskrzonko – oceniłam. – Bo jestem pewna, że gmeracie w starych aktach, które w tamtych czasach jeszcze nie były komputeryzowane…

– Cha, cha – zadrwił Górski.

– …sprawdzacie każdą gębę, która wylazła z kamer w telewizji, sprzątacie budowlę przy Woronicza, maglujecie setki świadków, wydłubujecie znajomości, do których nikt się nie chce przyznać…

– Skąd pani wie…? – zaczął Górski i opamiętał się. – Nie, głupie pytanie. Ale właśnie, dlatego nielegalnie z panią rozmawiam. Pani jest lekkomyślna i do wszystkiego się przyznaje. Duża ulga!

– Skąd pan… – zaczęłam z urazą i też się opamiętałam. – Nie, idiotyzm, chciałam zapytać, skąd pan wie, że nie łżę, ale to przecież jasne. Sprawdzaliście mnie już najmarniej ze dwadzieścia razy, ciągle się wam przy czymś napatoczę, diabli wiedzą, dlaczego, bo naprawdę wcale się o to nie staram!

– Może ma pani po prostu aktywnych znajomych.

– Ale teraz uczciwie ostrzegałam, że będę mataczyć. O, właśnie! Pan też… O, właśnie…! O co chodzi z tą Martusią?

– Mikroślady pani nie interesują?

– No wie pan… – oburzyłam się. – Jeszcze jak! Co macie?

– Sprawca je trochę zlekceważył. Wszędzie były te same buty, nawet w telewizji dały się wydłubać, tam zresztą zadeptano głównie te schodki, na których denat leżał, z czego wynika, że jest jeden zabójca, a nie trzech różnych. Wręcz dziwne się wydaje, że i w telewizji nie strzelał. Jak pani myśli, dlaczego?

W głowie ciągle miałam Ewę Marsz i kasety z jej filmami. Jej…! Za samo słowo „jej” powinna mnie otruć, a co najmniej opluć mi klamkę. Gdybym o swoich ekranizacjach pomyślała „moje”, musiałabym pluć sobie w twarz… nie, lepiej na buty i klamki, od plucia sobie w twarz trzeba potem wszystkie lustra czyścić, a na co mi tyle roboty. Ale tam ktoś poszedł po te „jej”…

– Nie miał przy sobie kopyta – wyrwało mi się bez zastanowienia. – Nie nosi go chyba trwale w kieszeni ani na szelkach, to ciężkie, albo może bał się, że huknie. Złapał cokolwiek i przygrzmocił.

– To znaczy, pani uważa, że nie planował zabójstwa Zamorskiego?

– Planować, może i planował, ale nie wiem czy wiedział, że akurat tam się na niego nadzieje. Mógł nie być przygotowany.

Uświadomiłam sobie wreszcie, co mówię i zamurowało mi gębę. Górski nader zręcznie ukrył chciwe zainteresowanie.

– Zatem właściwie po co tam poszedł? Skoro jest to miejsce rzadko odwiedzane… Po co poszli tam obaj, zabójca i denat?

– O! – zdziwienie przywróciło mi mowę. – Niezła myśl. Może poszli tam razem? W najlepszej zgodzie? Z kim, do pioruna, Zamorski mógł tam iść w najlepszej zgodzie?

Zarazem pomyślałam ponuro, że nie z Ewą, to pewne. Górski radośnie podchwycił supozycję.

– Więc jednak w grę wchodzi bardziej czy mniej ścisłe grono znajomych. Wracamy do mętnych zeznań, nikt nikogo dobrze nie zna, nikt się z nikim nie przyjaźni…

– To przypadkiem jest zbliżone do prawdy, uczciwej przyjaźni tam ze świecą szukać. Ale ja tu panu do niczego, nawet nazwisk nie znam, nie wspominając o układach. Tyle wiem, że wszyscy w czambuł, jak jeden, żywią do mnie szczerą niechęć, jeśli nie prywatnie, to przynajmniej służbowo. Z Martusią powinien pan pogadać, ona tkwi w środku tego kłębowiska, ewentualnie z Magdą, zna ludzi jeszcze lepiej…

– Dlaczego tak pani nie lubią?

– O, nie zacznę teraz opowiadać panu całej epopei! Martusią…

– Mikroślady zostawiło także narzędzie zbrodni – przerwał Górski żywiutko. – Nawet prawie ślady, bez mikro. Nie zgadnie pani, królewskie berło nie wchodzi w rachubę.

– No…?

– Aż mi głupio to powiedzieć. Sam nie wiem, nie jestem historykiem. Chyba pomyłka rekwizytorni.

Wytrzeszczyłam na niego oczy, zaintrygowana bez granic.

– No…?

– Przyznaję, że cała zasługa należy się sprzątaczce. Niejaka pani Wioletta, stanowczo odcinając się od wszelkich podejrzeń, oświadczyła, że od dawna na pudle przy drzwiach leżało coś, co prawdopodobnie należało wyrzucić. Niepewna przeznaczenia przedmiotu, nie wyrzuciła, zamierzała zapytać, ale ciągle zapominała. Teraz tego nie ma, ona nie dotykała, nie wie, czy to ważne, ale informuje na wszelki wypadek, żeby nie było na nią.

– Cudo! – zachwyciłam się. – I co to było?

– Właśnie nie wiem. Buzdygan albo piernacz. Albo w ogóle pomyłka, specjaliści niech się martwią. Nikt tam tego nie pamięta.

– Pani Danusia też nie?

– Tak przywykła do tego widoku, że przestała zwracać uwagę, zresztą stało trochę z boku i nie rzucało się w oczy.

– Zawsze mi się wydawało, że piernacz to miękkie, a buzdygan wręcz odwrotnie – powiedziałam niepewnie. – Pani Wioletta nie macała?

– Nie, ale opisała dokładnie. Buzdygan był to z całą pewnością, z doczepionym do niego jakby pióropuszem, jej zdaniem z piór i wełny. Zielony, kiedyś był bujny i obfity, obecnie trochę wyleniały. Opis pasuje do obrażeń wręcz idealnie, nawet to zielone wyleniałe zostawiło ślady, a w ogóle pokazano jej zdjęcia rozmaitych buzdyganów i jeden wybrała bez namysłu.

Spodobało mi się takie narzędzie zbrodni.

– I zabójca, jak rozumiem, zabrał to ze sobą?

– Zabrał.

– Ale przecież to ciężkie. Kamery nie pokazały nikogo, kto uginałby się pod ciężarem?

– Uginających się wielu, kamery, statywy, reflektory… Tam duży ruch.

Na bazie dotychczasowej wiedzy wyobraziłam sobie scenę. Zamorski znalazł i usiłował zabrać kasety ze swoim parszywym arcydziełem, zabójca ujrzał go w chwili, kiedy wychodził albo ciut wcześniej, śladów bitwy tam nie było. Dostrzegł poręczną maczugę, chwycił ją, dogonił Zamorskiego na schodach, wziął dobry zamach, kropnął raz niżej, raz wyżej, kwestia jednego stopnia, wyżej sięgnął na następnym. Zamorski zleciał, sprawca czynu może mu trochę dopomógł, wydarł kasety i uciekł. Bał się, że na buzdyganie zostały także jego ślady, wolał go zabrać ze sobą. I tak zmył się z dowodem rzeczowym.

Górski z wielkim uznaniem pochwalił moją koncepcję, przyznał, że gliny doszły do podobnych wniosków. Zaczął się zbierać do wyjścia, pozostawiając mi jakiś niedosyt czegoś.

Przypomniałam sobie, czego.

– Zaraz, zaraz. Nie powiedział mi pan, po co panu ta Martusia. O nie, po moim trupie…!

Akurat nie chciał mojego trupa. Zatrzymał się w przedpokoju.

– No dobrze. Nie powinienem pani tego mówić i to naprawdę poufne, a w dodatku niepewne, ale mamy sygnał od krakowskiej policji. Wszystko wskazuje na to, że wczoraj wieczorem pani Formal zabiła pana Poręcza w podziemiach Alchemii na Kazimierzu…

No i zamurował mnie dokładnie. O, rany boskie…


* * *

– …jak grom z jasnego nieba! Na tym otwarciu po remoncie, o, nic takiego, ale gratulowali mi, no owszem, nieźle wyszło, a ona mi nagle stanęła przed nosem. Poznałam ją od razu, sama jestem tym zdumiona, ale bardziej jeszcze, że ona mnie, tyle lat… Oczom nie uwierzyłam i okazuje się, że siedzi we Francji już od pół roku, a do mnie trafiła przez telefon, o, masz schody? A mówiłaś, że do diabła ze schodami…?

Lalka zaczęła już prawie od furtki i razem z tekstem dotarła właśnie do salonu. Też spadła na mnie jak grom z jasnego nieba.

– To do gościnnego pokoju. Ja tam nie chodzę.

– A, rozumiem. To już jej możesz dalej nie szukać, znalazła się. Rany boskie, co się tu w ogóle dzieje, błagała mnie, żebym się spróbowała połapać, bo dowiedziała się, że jadę, a sama ciągle jeszcze boi się wrócić. Możesz mi dać, co chcesz, tu masz flachę, przywiozłam symbolicznie, taksówką przyjechałam, inaczej bym nie trafiła, wszystko się pozmieniało kompletnie!

– O, nie zajmuj się teraz topografią terenu, niech ją cholera bierze, jestem pewna, że masz za mało czasu.

– Gówno mam, a nie czas – oznajmiła z goryczą i usiadła na kanapie. – Nałgałam, ile mogłam, a w ogóle przyjechałam do kota.

Poczułam, że najwyraźniej w świecie lęgnie nam się trochę za dużo tematów. O ile zdołamy przerozmawiać cały wieczór i noc, może uda się omówić je bodaj w streszczeniu. W każdym razie bezwzględnie muszę opanować kołowaciznę, która przed paroma godzinami stała się moim udziałem, przynajmniej jakoś te rzeczy od siebie pooddzielać. Ponumerować…?

Lalka nie przejmowała się porządkowaniem treści.

– Miśka pękła sobie kość w prawej ręce, o tutaj, przedramię to się nazywa chyba, nie? Przysięgnę, że złośliwie, bo jest praworęczna, a pracuje głównie gębą i oczami, więc jej wszystko jedno, od wczoraj w gipsie i taka zadowolona, że światło może zgasić, własnym blaskiem świeci. O, czerwone otworzyłaś…? Bardzo dobrze, nie dziw się, że tyle gadam, ale o mało mnie szlag nie trafił i muszę sobie dać upust, owszem, mogę na temat, żółta febra mną trzęsie i całe szczęście, że chociaż część tego wszystkiego jest pozytywna. Kaśka szału od Ewy Marsz dostała, zaczyna czytać wszystkie książki, z których ktokolwiek kiedykolwiek robił filmy, w pięciu językach, napluła na Internet, czaty, strony, nie wiem, co tam jeszcze, czyta w wannie, przy stole, nie masz pojęcia, jak wolno żre, żeby dłużej trwało, to nawet zdrowotnie, i pyskuje aż wióry lecą. Zapisuje poglądy! Zdecydowała się na dziennikarstwo, krytykiem zostanie, a niech zostaje, wolę to niż ośmiotysięczniki, bo ostatnio Himalaje się na nią rzuciły, to przez chłopaka, kretyn skończony. Himalaje…! Niech sobie w tyłek wetknie Himalaje!

W tym miejscu zgodziłam się z nią bez zastrzeżeń. Też miałam dzieci.

– Nie lataj do tej kuchni bez przerwy, nigdy nie byłaś taka spożywcza! Widzę tu jakąś zagrychę, wystarczy, o, ser…? No dobrze, niech będzie…

Tego sera nawet nie pokroiłam, złapałam z lodówki jak leci, nie sięgnęłam po talerzyki, chwyciłam nóż i deskę do krojenia, zdaje się, że był na niej ślad pomidora, ale w końcu pomidor to nie trucizna, Lalka na drobiazgi nie zwracała uwagi.

– …a ja dziś w południe przyleciałam, bo kota trzeba było zawieźć do weterynarza, Miśka z tą ręką mowy nie ma, kocica ciężka jak kloc…

– A jej chłopak? – wtrąciłam karcąco, doskonale wiedząc, że Lalka zrozumie pytanie właściwie, Miśki chłopak, nie kocicy.

– Uczulony na koty, sam widok wystarczy, żeby go alergia dusiła, na własne oczy widziałam, i korzyść ma z tego, u mojej matki nie bywa, za to Miśka nie może mieć kota, swojego matce oddała i ona teraz ma trzy.

Prychnęłam wzgardliwie, gestem wskazując drzwi na taras, za którymi mizdrzyło się do siebie siedem kotów. Wcale nie były głodne, żarcie w miseczkach jeszcze zostało, kłębiły się tak sobie, z łaski na uciechę.

Lalka kiwnęła głową z pełnym zrozumieniem.

– Ale jej domowe. Matce zełgałam, że Florci, kretyńskie imię dla kota, trzeba będzie dać narkozę i trzymać za rękę przez parę godzin, zresztą diabli wiedzą, może i rzeczywiście narkozę, ucho jej się paskudzi, ale już się umówiłam, że bardzo późno przyjadę, oni tam mają całonocny dyżur. Do ciebie dzwoniłam, bez przerwy masz zajęte, co się dzieje?

– Nic, trupy – wyjaśniłam niecierpliwie. – To ty mów, co się dzieje!

– No właśnie, trupy! – ucieszyła się Lalka. – Ewa mówiła to samo, miała takie obawy…

Dopiero teraz nagle do mnie dotarło, że jeśli Ewy Marsz nie ma w kraju od pół roku, nie mogła popełniać tych wszystkich zbrodni i niepotrzebnie wdaję się w matactwa. Górski chyba też nie musi…? O Boże, powinien się dowiedzieć!

Już sięgnęłam ręką po słuchawkę i cofnęło mnie. Nonsens, Górski wytrzyma, a nie daj Boże, jeszcze by tu zechciał przyjechać. Jak zwykle z Lalką, zabraknie nam czasu, później zadzwonię.

– …pluje sobie w brodę, że przesadziła, w żadną depresję nie wpadła, tylko ją ciężka cholera trzasnęła, ale na depresję owszem, mogło wyglądać, więc wyjechała dla świętego spokoju. Procesy ma w odwłoku, w gównianą wojnę, mówi, że nie będzie się wdawać, wzajemnie w siebie ciskać łajnem, to szkoda mydła, za dużo jej wyjdzie. Ten mąż, już wiem, że siedzi w Szwajcarii, po trzech latach rozwód dostali, alarmu narobił, jakaś wariatka do niego dzwoniła…

– To ja – wyznałam ochoczo.

– Domyśliłam się… że jej szukam. Ale numery telefonów jej dał, faksem wysłał, bo na słuchawce wisieć on nie ma czasu…

– A syn?

– Też nie ma czasu. Rehabilitacje i szkoła, wszystko wzajemnie o siebie zahacza. Coś dużo było tych numerów…

– Chyba i mój jej wtrynił…

– Nie szkodzi. Zgadła, które moje, trafiła na firmę, powiedzieli jej, że mam otwarcie, więc od razu przyjechała. Prasę czytuje, wiadomości ogląda i włos jej, powiada, siwieje, bo bardzo się boi, że w tej rzezi ma swój udział, wczoraj to było, rano dowiedziała się, że niejaki Zamorski, nie znam człowieka, gnida szkodliwa społecznie i kulturalnie, padł trupem jako trzeci, chociaż dwóch pierwszych też by już wystarczyło, mnie osobiście Wajchenmann bardzo zainteresował i powiem ci prawdę, myślałam, że to twoja robota. Nawet próbowałam sobie wyliczyć, czy byś zdążyła, bo świetnie pasuje…

– Nie zdążyłabym.

– Nie? Szkoda. Zawsze to jakaś zasługa, nawet duża. Ale jej życie zatruł trzeci, ten Zamorski, ledwo jej się o uszy obiło i teraz się boi, że… czekaj, niech ja nie pomylę… został tam jeden taki, menda straszna i jadowita, zapomniałam, jak się nazywa, Próżniak…? Potas…? Wszystko jedno… który ich wycisza na jej konto, bo zdalaczynnie takie rzeczy załatwia się śpiewająco, więc niby, że to ona, rozumiesz chyba, co ja mówię…? I już się ten Parciak postara, żeby ona była sprawcą, mści się, a nic gorszego niż plotki i podejrzenia, a to aktywny śmierdziel i ona bardzo chce, żeby czegoś dostał, najlepiej amnezji, wymieszanej z debilizmem, bo czarna ospa, jej zdaniem, nie wystarczy…

– Już nie musi – przerwałam z naciskiem i dolałam nam wina.

– Co…?

– Po pierwsze, on się nazywa Poręcz…

– Jak?

– Poręcz.

Lalka zatrzymała kieliszek przy ustach.

– Taki schodowy?

– Taka schodowa. Poręcz. A…! Na litość boską, zmień imię temu kotu! Na cokolwiek, byle nie Florcia! On ma na imię Florian. Florian, Florcia, to zbyt blisko!

Lalka, nagle zatroskana, upiła trochę wina i ostrożnie odstawiła kieliszek.

– Nie mogę. Ona już się przyzwyczaiła, ma sześć lat, dla kota to całe wieki. Niech ten Florian zmieni!

– Nie może. Nic już nie może. Właśnie dziś, ze dwie godziny przed twoim przyjściem, dowiedziałam się, że dołączył do kompletu. Padł jako czwarty. W Krakowie.

Lalka, czym prędzej chwyciła kieliszek, upiła więcej wina i na co najmniej sześć sekund wpatrzyła się w koty na tarasie. Zostawiłam jej tę chwilę dla odzyskania równowagi, też miałam wino przed sobą.

– Nic z tego – zaopiniowała posępnie. – Również może być na Ewę. Judził, mącił, podpuszczał, więc go przygasiła. Dlaczego w Krakowie?

Wzruszyłam ramionami.

– A cholera go wie. Chyba tylko po to dał się tam zabić, żeby na Martusię padło.

– Nie znam Martusi. Kto to jest?

– Jedna taka. Trudno ją w skrócie określić, bo to urozmaicona postać. Młoda… no dobrze, jeszcze młoda. Bardzo ładna. Świetna dokumentalistka, reżyser. Od dawna chce przejść na fabularne i właśnie ostatnią wystrzałową okazję Poręcz jej z zębów wyrwał, obrzydliwie…

– Robił on coś nie obrzydliwie? – zainteresowała się Lalka.

– Nawet, jeśli, o niczym takim nie wiem. Wyrolował ją wszechstronnie, pożyczył od niej dużo pieniędzy i oczywiście nie oddał…

– No nie! I ona go zabiła? Takich rzeczy niech mi nikt nie wmawia! Kto zabija własnego dłużnika?! Wierzyciela rozumiem, ale dłużnika…? Ona normalna?

– Nie żeby pod każdym względem – zastrzegłam się. – Pod tym akurat owszem, chociaż w afekcie mogłaby się zapomnieć. Pod innymi rozmaicie i bywa skłócona z różnymi osobami niesłusznie.

– W jakim sensie niesłusznie?

– Niekiedy niesłusznie. Po większej części słusznie, owszem, nawet bardzo słusznie, a niesłusznie wtedy, kiedy za dużo wymaga, zazwyczaj z rozpędu. Rozpędzona Martusia nic nie myśli, tylko działa, a chce więcej niż może, więc naciska każdego, kto jej pod rękę wpadnie. Żeruje bez opamiętania i nawet sobie z tego nie zdaje sprawy.

– Nieświadoma pijawka?

– Coś w tym guście. Ale nie płaziniec, na płazińca nie zasługuje i gdzie jej w ogóle do takiego uroku!

– I rodzaj się nie zgadza – przyświadczyła Lalka. – Płaziniec to chyba płeć męska?

– Męska. Poza tym ona jest wściekle pracowita, kto widział pracowitego płazińca?

– Wobec tego pierścienica, chcesz? Pracowita czy nie, ale wdzięczniej brzmi. Pasuje?

– Bardzo dobrze, niech będzie pierścienica, wdzięku Martusi nie brak.

– Znaczy, przyrodniczo mamy ją umiejscowioną. A dalej, co?

– Terytorialnie również. W Krakowie.

– Czekaj, bo się gubię. Naprawdę ona kropnęła tego, jak mu tam… balustrada… poręcz… tego Poręcza w Krakowie?

Zreflektowałam się nieco.

– Po pierwsze, jest to absolutna tajemnica, wyjawiona mi poufnie i w cztery oczy, a po drugie, nie dam głowy, że naprawdę, tylko podobno. Tak wychodzi krakowskim glinom.

– Krótko wychodzi, skoro to dopiero dziś…

– Wczoraj wieczorem. Żadnych szczegółów nie znam, chociaż już dzwoniłam wszędzie, dlatego telefony u mnie były zajęte, do mnie też różni dzwonili. Poza miejscem, miejsce znam, byłam tam raz i o mało się nie zabiłam, to budowla zabytkowa, schody i posadzki potwornie niewygodne, kamienne i nierówne, oświetlenie nastrojowe, takie więcej średniowieczne, pod nogami gówno widać, a ja byłam wytwornie przyodziana, czego w ciemnościach nikt nie zauważył, i na obcasach.

– Trzeba było włożyć adidasy – zganiła mnie Lalka surowo.

– Nie posiadam adidasów. Od razu ci powiem, że ten cały Poręcz zamącił sprawę straszliwie, bo już się stabilizowała opinia, że właśnie on jest sprawcą. Usuwa konkurencję. Teraz, kretyn skończony i wredny, perfidnie się podstawił na ubój, żeby wszystkim w głowach zamieszać, lada chwila wróci pogląd, że sprawców jest kilku, jeden małpuje drugiego… Lalka pomachała mi ręką przed nosem.

– Opamiętaj się! A ona, co, ta pierścienica… Zaraz, jeszcze nie wiem, mogła odpracować i tych wcześniejszych?

– Mowy nie ma. Chyba, że zdalaczynnie albo siłą woli, ona w Krakowie, oni w Warszawie.

– Nie przyjechała na chwilę?

– Wątpię. Ale to łatwo sprawdzić.

– W czarną magię nie wierzę, już widzę, jak lepi bałwana z wosku i dziabie go szpilką do kapelusza, ciekawe w ogóle, skąd wzięłaby szpilkę do kapelusza…

– W Krakowie dużo zabytków się uchowało – zauważyłam ostrzegawczo.

– …ale zdalaczynnie żadne dziwo, dlatego Ewa w nerwach. Wynajmuje się fachowca i tyle, wszyscy tak robią, z tym, że parę złotych potrzebne, może być w euro, ta Martusia jest bogata?

– Nie. Wyklucz od razu.

– Kochała ich? Tych zabitych?

– Wyklucz jeszcze prędzej.

– Ale mówisz, że ładna. I z wdziękiem. Bo albo forsa, albo usługi erotyczne, baba z faceta mierzwę zrobi, facet z baby też, ale całkiem inaczej, chociaż mogą się przytrafić wyjątki, równouprawnienie na umysł nam padło…

Delikatnie zwróciłam jej uwagę, że Martusia nie jest facetem.

Lalka już się zaczęła rozpędzać.

– …tyle że pederaści odpadają, chociaż może jeden dla drugiego się poświęci, ale w tym mam słabe rozeznanie, znam tylko takich łagodnych. Więc jakiś dla niej. Ale to co, wszyscy jej wisieli kulą u nogi i tak ich z miłości kasował po kolei, czy skorzystał z okazji i trzasnął następnego, żeby jej przyjemność sprawić? A po drodze wyświadczył przysługę Ewie Marsz, całkiem przypadkiem czy takim jasnowidzeniem wiedziony? Obie kocha? Coś mi tu nie gra. Czekaj, czy ja nie zjechałam z tematu?

– Nie wiem, ale chyba częściowo. Miałaś mi powiedzieć o Ewie.

– A…! No właśnie. Tu mam jakąś zgryzotę, jej się ręce trzęsły i zęby szczękały, słuchaj, ona się boi! Może teraz już mniej, ale bała się nieprzytomnie, tego jestem pewna…! Tak mi próbowała wyjaśnić wszystko naraz, że ciężko było zrozumieć. Ma faceta, takiego dochodzącego, czasem u niego pomieszkuje, na stałe nie chce, woli swobodę, to akurat owszem, mogłam zrozumieć, no i on jej kazał wyjechać. Zmusił ją. Atmosfera się wytworzyła i mówi, że już od tego nerwicy na nowo zaczęła dostawać, więc wyjechała, chociaż wcale nie miała chęci, a teraz się dowiaduje, że tam pomór na reżyserów i coś jej zaczyna śmierdzieć, ale nie wie, czy nie przesadza. Więc niech się dowiem, o co chodzi, bo czy ona przypadkiem nie powinna mieć wyrzutów sumienia, bo aż jej przykro i głupio, że ten ostatni trup tak ją ucieszył, niehumanitarnie wręcz. I w ogóle, czy to nie przez nią. Sama, szczerze mówiąc, nie jestem pewna, stawiałabym na ciebie, ale skoro mówisz, że nie, to nie. Ale musisz coś wiedzieć, niemożliwe, żeby nic!

– Zaraz. Czekaj. Chwileczkę. Zgadłaś, dlaczego przestała pisać?

– Nie musiałam zgadywać, niewyraźnie, bo niewyraźnie, ale się przyznała. Przygniotło ją po jakimś scenariuszu, a zgnoił sprawę właśnie ten trzeci nieboszczyk, o, do spółki z czwartym chyba, dwa lata zmarnowała, rehabilitacji taka była spragniona po tamtych dwóch filmach radykalnie spieprzonych, mówiłam, że jej koło pióra zrobili, mnie samą szlag trafił, a propos, udało nam się dostać nową instrukcję obsługi do tej kosiarki. Ale już znów pisze, dwie książki ma gotowe, jedną całkiem, a drugą prawie, tylko nie wie, gdzie wydać, bo już nikomu nie wierzy. Ten jej gach, zdaje się, że to prawnik, radzi własne wydawnictwo i chyba tak zrobi, nawet już zaczęła zaczynać, no to się właśnie coś dziwnego wytworzyło i musiała wyjechać. Myślisz, że to naprawdę może być aż tak…?

Serek, wino i słone paszteciki wychodziły nam sukcesywnie, z przewagą wina. Teraz Lalka dolała.

– Przecież ci mówiłam – przypomniałam jej z wyrzutem. – I dziwić się nie ma, czemu, na odstrzał idą płazińce, tyle, że jeszcze nie wiadomo, kto to robi. W każdym razie ja nie wiem. Niechby nawet ostatniego Martusia, ale mam obawy, że gliny mogłyby kojarzyć z tym Ewę Marsz, między nami mówiąc, ja kojarzyłam, całe szczęście, że wyjechała. Ma świadków?

– Jakich świadków?

– Że gdzieś tam była cały czas. Nie wskoczyła do samolotu, przylecieć, kropnąć ofiarę i z powrotem, krócej się leci do Warszawy z Paryża niż jedzie z Krakowa. Mogę ci podać daty i nawet godziny, niech ona się zorientuje. Masz z nią kontakt?

– Mam, telefon…

– Gdzie ona w ogóle mieszka, jeśli jej nie ma na Kubusia Puchatka, gdzie mieszka ten jej gach, jak on się nazywa?!

– O rany… Nie wiem. Na imię ma Henryk, nazwiska nie znam, nie mówiła o nim przecież po nazwisku! Ty w ogóle masz pojęcie, ile ja na nią miałam czasu?! To całe otwarcie skończyło się prawie o północy, a rano musiałam zdążyć na samolot, to było wczoraj, istny młyn! Jeśli ci się wydaje, że ja mówię mętnie i w przesadnym streszczeniu, możesz sobie wyobrazić, jak ona do mnie mówiła! Dogadam się z nią jak wrócę, jutro lecę z powrotem, a wieczorem jestem umówiona, dopiero pojutrze odetchnę!

– Wariatka – zgorszyłam się.

– Jak jest koniunktura, trzeba korzystać – pouczyła mnie stanowczo Lalka. – Różnie bywa, emerytura nam wisi nad karkiem, póki idzie, nie lekceważyć! Pojutrze się z nią zobaczę. Zapomniałam, gdzie ten jej Henryk mieszka, poza Śródmieściem, na którychś peryferiach, tam też dzieje się coś uciążliwego i dlatego ona się przenosi i w ogóle z tym mieszkaniem jakaś wściekła kołomyja jej się zrobiła, chyba tego dobrze nie zrozumiałam i nie miałam, kiedy sobie w głowie uporządkować…

– Upewnij mnie – poprosiłam. – Bo wyraźnie mi wynika, że ona tak się wycofała ze świata przez te cholerne ekranizacje. Czy ja dobrze myślę?

– Używaj właściwych określeń! – zgrzytnęła ze wstrętem Lalka. – Nie ekranizacje, tylko kompromitacje, podobnie brzmi, ale to jednak nie to samo. Była świadkiem przypadkowo, jak w księgarni jedna facetka do drugiej coś powiedziała z książką w ręku, a ta druga się skrzywiła, że jeśli książka taka, jak film… i odwróciła się tyłkiem. Ewa też, żeby jej przypadkiem z twarzy nie rozpoznały…

W tym miejscu ze zgrozą pomyślałam, że Adam Ostrowski miał rację, spaskudzona ekranizacja to rzeczywiście antyreklama przeraźliwa. Cholera z tymi dziennikarzami, nie przyznają się do własnej wiedzy, ukrywają, co mogą i potem człowiek musi ich uważać za idiotów! Lalka ciągnęła dalej.

– Scenariusz… o, właśnie, do scenariusza ten Popręg…

– Poręcz.

– Dobrze, Poręcz, spróbuję zapamiętać… się przyklajstrował. Mówi, że zeszła na dno i jeszcze kawałek niżej…

– Poręcz tak mówi?!

– Nie, Ewa. On mówi, że bez niego ona już się nie liczy, skończyła się, wyprztykała…

Zakrztusiłam się winem i prawie mi w oczach pociemniało.

– Świński ryj…

Lalka z energią przytaknęła głową, przezornie odsunąwszy od ust kieliszek.

– Zgadza się, też mi tak wyszło… no i ona nie miała nic do gadania, reżyser, kamery, montaż, obsada, wszystko bez niej, ten Poręcz załatwiał, ona potem dostała szału i nawet parę awantur zrobiła, Poręcza odkopała od piersi, a on się jej trzymał jak pijawka… o, proszę, kliniczny przykład! I życie jej zatruwał, a ona go won, a on w ogóle mieszka…

– Mieszkał. W czasie już przeszłym.

– No i chwała Bogu, złóż gratulacje tej Martusi… w tym samym domu, drzwi w drzwi, dlatego między innymi kryła się u gacha. Życie jej zatruwał i tu ją coś zadławiło, w rezultacie nie zrozumiałam dobrze, ale mi bardzo zaśmierdziało. A w wydawnictwie musiała odczekać, bo oszukali ją potwornie i jedno z dwojga, albo zerwie umowę i sprawa sądowa, albo następna książka dla nich. Umowa wygasła w maju i wreszcie ma z głowy. Słuchaj, tak ci przekazuję, jak ona mnie, możliwe, że więcej zrozumiesz…

– Na razie rozumiem, że trafnie podejrzewałam, dała im wyłączność na parę lat, ale mówisz, że termin upłynął, całe szczęście, teraz może robić, co chce. Książki zeszły z rynku, a oni nie robili wznowień w obawie, że ją do reszty rozdrażnią i wtedy ona nie wytrzyma i pójdzie smród pod niebo, i ona dobrze mówi, że musieliby się łajnem obrzucać. Jeszcze przekręt finansowy w grę wchodzi, telewizja, o rany, do jutra musiałabym ci to wyjaśniać!

– To nie wyjaśniaj, bo ja i tak nie zrozumiem. Tylko, że jej wyszło jeszcze gorzej, bo ileś tam pieniędzy jej dali, nie bardzo dużo, a ona wzięła, nie wiedząc, za co, i teraz ma w głowie trociny…

– A… Ja rozumiem. W telewizji plotkowali trochę inaczej… Cholera. Umowy nie podpisała, ale honorarium dostała, nie wyprze się… Na jej miejscu też bym do sądu nie poleciała.

– Bo co? – zaciekawiła się Lalka.

– Sporna sprawa i musiałabym wystąpić w charakterze kretynki. Wysoce pożądana reklama!

– Zawsze reklama… Ale czekaj, bo ona jeszcze coś napomknęła o nim, teraz rozumiem, że to było o Poręczu, przedtem się nie połapałam w tym całym potopie, mówiłam, że mówiła wszystko naraz! A on z jej tatusiem podobno kombinuje, coś w ogóle z tym tatusiem nie bardzo. Znaczy, tak mi wychodzi, że jak go odkopała, do tatusia się przypiął, a sama go chyba tam raz doprowadziła w jakimś zaćmieniu umysłowym…

– Trzeźwa była? – spytałam podejrzliwie.

– Nie, to znaczy tak, trzeźwa, rzecz w tym, że na samym początku znajomości, jeszcze nie wiedziała, z czym ma do czynienia, to było krótko po rozwodzie. Zdaje się, że matkę na ulicy spotkała i matka ich tam zawlokła…

– Dziwię się. Nasłuchałam się o tatusiu od sąsiadki z dołu i na miejscu Ewy uciekłabym do Australii. Dalej się nie da, ale możemy sprawdzić na globusie.

Butelka wina jeszcze nam nie wyszła do końca, a mimo to poleciałyśmy do mojej pracowni oglądać globus. Nie skorzystałam z propozycji Lalki, żeby go przedziabać na durch drutem do wełny, bo i bez drutu okazało się, że w grę powinna wchodzić raczej Nowa Zelandia. Bardzo dobrze, klimat tam przyjemniejszy. Ustaliłyśmy przyszłość Ewy Marsz, bezwzględnie powinna wyjechać do Nowej Zelandii.

– Ona w tym całym kołowrocie w ogóle zmienia mieszkanie i z Kubusia Puchatka całkiem się wyprowadza – przypomniała sobie Lalka, kiedy wlewałam do kieliszków resztę wina. – Tu mi się właśnie pomieszało…

Pomyślałam, że jednak miałam rację, należało ponumerować tematy.

– …bo ciągle mieszkiwała po różnych, korzystała, że ktoś wyjeżdżał albo co, rozumiesz, trochę gach, trochę ludzie, trochę wracała do siebie, jak ten płaziniec wyjeżdżał, ale ma serdecznie dosyć i chce się wreszcie ustabilizować tak, żeby zniknąć Poręczowi z horyzontu…

Zwróciłam jej uwagę, że teraz to już niepotrzebne.

– A, rzeczywiście… No to kłopot z głowy. Powiedz mi od razu, tak na wszelki wypadek, kiedy ona powinna mieć alibi. I w ogóle powiedz całą resztę tego, co wiesz, niech ja jej mogę powtórzyć!

– Dużo będzie – ostrzegłam. – Masz, czym pisać?

Długopis Lalka miała własny, papierem dysponowałam w obfitości. Otworzyłam drugą butelkę wina i wyjawiłam szczegóły śledcze.

– U Wajchenmanna znaleźli odcisków palców od groma i trochę, w ogrodzie ślady butów też, to znaczy odgadli, że to ślady butów, bo on miał automatyczne podlewanie, które włączyło się samodzielnie przed odkryciem zwłok…

Tego, nawiasem mówiąc, zdążyłam się dowiedzieć od pana Tadeusza.

– Zwłoki zalało? – zainteresowała się Lalka.

– Nie, na tarasie leżał, taras wąski, sprawca mógł stać na trawie i nawet nie był mokry, bo wedle opinii lekarza podlewanie ruszyło, co najmniej godzinę później. Znaczy, uciekł suchy. Podejrzane osoby, po pierwsze ja, po drugie Waldemar Krzycki, jego asystent, Magda Krzyckiego wybiela… Cholera – zaniepokoiłam się nagle. – Czy ten Krzycki ma alibi? Wolałabym, żeby miał, bo sama Magda może nie wystarczyć, a jestem po jego stronie…

– Nie znam ani Krzyckiego, ani Magdy, więc możesz mówić dalej – zarządziła Lalka surowo. – Później do niej zadzwonisz. Czy tam do tego Krzyckiego, wszystko jedno.

Pomysł wydał mi się doskonały. Kontynuowałam.

– Zadrażnienia miał z jednym takim, pisarz w zasadzie, ale nie w moim guście, a zarazem scenarzysta początkujący, i okazuje się, że oprócz Kossak – Szczuckiej, Wajchenmann czaił się na Tyrmanda. „Zły” mu się przypomniał, a co obaj razem do spółki mogliby zrobić ze „Złego” wolę sobie nawet nie wyobrażać, bo szanuję własne życie i zdrowie. Tu właśnie podobno ruszyły ostre zadrażnienia i sama gotowa byłabym stawiać na pisarza… chociaż może raczej na Tyrmanda osobiście, ale odpada z przyczyn zasadniczych… i nawet znaleziono drobne notatki w niechlujnym stanie, ale znów, z drugiej strony, gdyby to był współautor dzieła, notatki powinien podwędzić. A zostały. Więc nie wiadomo. Zresztą, zdaje się, że w ogóle nie wchodził do domu, z ogrodu go kropnął. Ponadto jeszcze parę osób, których w ogóle nie znam i nawet nazwisk nie pamiętam, ale motywy mają tak do siebie podobne, że tylko alibi ich ratuje.

– Wolałabym o znajomych – mruknęła Lalka i przypomniała o datach i godzinach.

Musiałam posłużyć się kalendarzem. Zapisała wszystko, co trzeba.

– Jeszcze nie wiem, jak wykosili Poręcza – wyznałam z niezadowoleniem. – Wajchenmann i Drżączek jednakowo, strzały z broni palnej, Zamorski, o, proszę, masz znajomego, dostał w łeb przedmiotem twardym dosyć ozdobnym, a jak Poręcz, nie mam pojęcia i nawet żywię poważne obawy, że Martusię poniosło, nie mogę się dodzwonić ani do niej, ani do jej córki. Ale ona przy sobie zbrodniczych narzędzi raczej nie nosi, a skoro Poręcz ogólnie mieszka w Warszawie, nie spodziewała się go chyba w Krakowie i nie mogła się przygotować.

– Mówisz, że tam kamienne. I stare. Nie obruszył się przypadkiem któryś kamień?

– A cholera go wie…

– Czekaj, a u tego… zaraz… drżączka to trawa dekoracyjna, ja zawodowo znam takie rośliny… Drżączek… co u niego znaleźli?

– Też odciski palców, liczne teksty w komputerze i mnóstwo papierów. Głównie fragmenty twórczości, ze trzy nowe scenariusze podobno sobie wymyślił, co jeden, to gorszy. I próby przerabiania na filmy paru książek, w tym jedną taką, którą wyjątkowo lubię i już za tę jedną sama bym go zabiła!

– Właściwie wcale się nie dziwię, że byłaś podejrzana – stwierdziła Lalka łaskawie. – Ewa też pasuje, dziki fart, że wyjechała. Nie ma jeszcze kogoś, kto tak samo albo podobnie został ściachany?

Prawie poczułam się obrażona, niejako w zastępstwie.

– Nie rozśmieszaj mnie, od Szekspira… co ja mówię, od Homera poczynając, do tej pory, co najmniej parę setek by się znalazło…

– Nie, tym nieżywym dajmy spokój, najwyżej straszyliby po nocach, bo w żadne klątwy mumii nie wierzę. Szczególnie taka na przykład Emilia Bronte, córka pastora, już ją widzę, jak w charakterze ducha łapie spluwę i wali. Czy ktoś w ogóle w to wnika?

Zastanowiłam się, zawahałam i zatroskałam.

– Otóż widzisz, nie jestem pewna. W obawie o Ewę Marsz unikałam wszelkich sugestii, w każdym razie starałam się unikać, ale boję się, że za późno. Z początku, w rozpędzie, ględziłam do nich na ten temat i nie pamiętam, co. Zlekceważyli mnie i nabrałam nadziei, że samodzielnie na tym tle nic im nie przyjdzie do głowy, oni preferują raczej motywy konkretne, rabunek, konkurencja, miłość – zazdrość – zemsta, te takie więcej życiowe. W literackie chyba mocno powątpiewają. Poza jednym, zdaje się, że jednemu na myśl przyszło… Ale skoro ona ma alibi, mogę im teraz żywiej podsunąć.

– Bardzo dobrze, podsuń, niech coś wykryją, bo sama jestem ciekawa. Czekaj, teraz prywatne…

Przerwałam jej, bo koty zaczynały promieniować tajemniczymi fluidami, wszystkie naraz i bardzo zgodnie. Wiedziałam, o co im chodzi, resztki z misek zostały dokładnie wylizane nie wiadomo, kiedy, nadszedł czas posiłku. Widziały mnie przez szybę i wywierały nacisk, jeszcze nieurażone, ale już lekko zdziwione opieszałością obsługi. Przeszkadzały mi te bodźce zewnętrzne, wolałam się ich pozbyć, szczególnie, że karmienie nie stanowiło wielkiej uciążliwości i wymagało ledwo paru minut.

Lalka przeczekała moje manipulacje z pełnym zrozumieniem i wręcz z przyjemnością. Jeśli się lubi koty, ich widok koi wszelkie uczucia i napełnia roztkliwieniem nawet najgorszą zołzę. O ile oczywiście zołza jest zdolna lubić koty…

– Coś ty! – zgorszyła się Lalka, kiedy wyjawiłam jej swoją wątpliwość. – Lubić koty, dla zołzy to zbyt szlachetne uczucie. A propos, wyraźnie ona mi tego nie powiedziała, tylko takie strzępeczki z niej wylatywały, ale połapałam się, że chyba o matce chciałaby się czegoś dowiedzieć. O tatusiu mniej…

– O tatusiu, jak sądzę, chętnie by usłyszała, że wpadł pod tramwaj – przerwałam jej zimno. – Do niego to podobne, żeby jeszcze i motorniczemu miły żarcik wywinąć. Z tym, że na śmierć, bo jako paralityk wykończyłby cały obóz przetrwania. Mamusia przydeptana koncertowo, o czym Ewa zapewne świetnie wie, trwa to bez zmian, teraz opiekuje się małżonkiem w sanatorium, zdrowa, o żadnej chorobie sąsiadka nie napomykała, sanatorium zresztą, jak wywęszyłam, też takie lipne, więcej dla przyjemności niż z potrzeby. O, proszę, poluj tylko z potrzeby, nie dla przyjemności, Kipling też spieprzony!

– Kipling trudny.

– Trzeba było się nie brać. Czego kto nie potrafi, niech się za to nie łapie.

– Zwariowałaś, rząd by w tym kraju nie istniał…

– Tylko nie zaczynaj o polityce!

Lalka przestraszyła się samą wizją tematu i czym prędzej dolała nam wina. Uświadomiłam sobie, że czegoś mi tu brakuje. Tak samo jak Ewa Marsz byłam spragniona informacji.

– Facet Ewy ma na imię Henryk, chcę nazwisko i adres, dowiedz się od niej, nie wiem, po co mi to potrzebne, ale chcę, może na wszelki wypadek. Jak się nazywa chłopak Miśki? Znasz go chyba, skoro widziałaś, że się dusił?

– Znam. Głupio. Piotr Peter.

– Proszę…?

– No i co ci poradzę, tak go ochrzcili. I nie uwierzysz, kto w tym palce maczał, wielce szanowny pan Wystrzyk. Tatuś Ewy.

Z ulgą przypomniałam sobie, że mam więcej wina, możemy sobie pozwalać, na trzeźwo człowiek takich dziwolągów nie zniesie.

– Jakim cudem…?!

– No co, życia nie znasz? – zdenerwowała się Lalka. – Poprzednie pokolenie też składało się ze znajomych, krewnych i przyjaciół, bardziej niż nasze. Jeszcze się po nich kołatały szczątki przedwojennych stosunków towarzyskich, oni kiedyś mieli więcej czasu! Ci przedwojenni! Siostrzeńcy pana radcy, wnuki pana mecenasa, kuzynki syna szwagra pana ministra…

– Lubię historię – powiedziałam żałośnie – ale teraz akurat trochę mi wchodzi w paradę, za dużo supłów współczesnych, pomijając to, że kuzynki synów szwagrów panów ministrów nic nie straciły na aktualności…

– O, ja też nie wiem, kto tam się, z kim znał, tyle, że Miśkę też zdziwiło i zapytała, a ten Piotrek nawet nie ma pretensji do swoich starych, trochę zły, ale śmiał się, że chrzestny tatuś osobliwe poczucie humoru posiadał. Jakaś tam znajomość po dziadkach się plątała i pan Wystrzyk sam się zaofiarował, chciał nawet z hukiem, bo to przecież był jeszcze tamten ustrój, więc żeby na przekór. Konsekwentny, to mu trzeba przyznać, wszystkiemu na złość. Piotrka matki przy chrzcie nie było, leżała jeszcze, a ojciec zbaraniał. Tyle wiem od Miśki, a na temat tatusia Ewy słowem się wtedy nie odezwałam, bo mi mowę odjęło. I skąd, u diabła, miałam wcześniej wiedzieć, że chrześniak tego cholernego grzmota skojarzy się z moją siostrą, skoro ona w ogóle miała wtedy innego męża, Boże, co ja mówię, żadnego męża nie miała, później miała, ale ja do wróżki nie chodziłam!

No dobrze, wygrzebałam się spod oszołomienia. Żadna z nas nie należała do królewskiego rodu, w którym kwestia rodziców chrzestnych nabierała wagi państwowej, a w ogóle bywało ich po trzy pary, nasza wiedza w tej dziedzinie pałętała się blisko zera, uświadomiłam sobie, że mój starszy syn swojego chrzestnego ojca zna wyłącznie z fotografii, ja swojego również, zaś chrzestna matka w całym moim otoczeniu plącze się tylko jedna, przez chrzestną córkę odwiedzana głównie, dlatego, że jest z zawodu księgową i genialnie wypełnia zeznania podatkowe.

– No dobrze, niech się nazywa jak chce, co robi? Podobno siedzi w branży telewizyjnej, Miśka tak mi dała do zrozumienia, i podobno mnie lubi.

– To możliwe. Nie ma zakazu, nawet w telewizji. Z głosem coś robi.

– Własnym…?

– Nie, cudzymi. Osobiście milczy. Rozumiesz, pilnuje, przy montażu jak sądzę, żeby nie było głupot. Dziecko ciągnie kota za ogon i mówi „ach, jak ślićnie pachnie”, bo im się minęło z papką jarzynową. Gwałtownie przeszukałam pamięć.

– A…! Kiedyś to się nazywało synchronizacja głosu, teraz podobno postsynchrony, przy dubbingach zazwyczaj, teraz jest lektor, ale nawet i lektor nie może pytać „czy chcesz ją pojąć za żonę”, kiedy pan młody padł już trupem po strzale, a panna młoda uciekła. Tłumaczone w ogóle są tylko reklamy, ale i tak obraz z dźwiękiem powinien się zgadzać. Rozumiem, znaczy on dźwiękowiec, znaczy dużo ludzi zna, znaczy reżyserów koniecznie… Z Miśką się dzisiaj widziałaś?

– W drzwiach się z nią minęłam. Bo co?

– Bo to on, ten Piotruś Pan, ostrzegał mnie przez Miśkę, że jakiś Jaworczyk świnię mi podkłada, i miałam nadzieję, że, też przez Miśkę, dowiem się dokładniej, kto to jest Jaworczyk i co ja mu złego zrobiłam, bo tego z plotek nie odgadłam. Mało ważne, tylko z pustej ciekawości chciałabym wiedzieć.

– Skorzystaj, że Miśka taka zadowolona ze swojej ręki i popytaj ją – poradziła mi Lalka z lekkim rozgoryczeniem. – Bo ten Piotrek bezpośrednio może ci nie dać rady, chyba, że się z nim spotkasz natychmiast po kąpieli i w szmatach prosto z pralni. Za dużo kotów masz na sobie.

– O, rzeczywiście, jaka mimoza! – rozgniewałam się. – One zewnętrzne, na kolanach mi nie leżą, mogę z nim gadać na odległość i pod wiatr.

– Możesz. Może wytrzyma. Czekaj, a te, jak im tam, te osławione mikroślady? Co to podobno zbrodniarz westchnie, a komputer z tego jego datę urodzenia wydedukuje?

Też westchnęłam.

– Głowę daję, że nazbierali tego do diabła i trochę, znana postać na wstępie padła, nie pożałują sobie. Dla byle, kogo by się im nie opłacało, ale i tak nic nie wiem, ani tych ofiar osobiście nie znałam, ani nie jestem dostatecznie silnie podejrzana. Nikt mnie o niczym nie informuje, ledwo odrobinę, tyle, co ci mówiłam, że buty, że narzędzie… Szczęście, że chociaż ma człowiek te trochę znajomych i przyjaciół. Możliwe, że przy Martusi na coś się załapię, bo w końcu jej idylla z Poręczem rozgrywała się prawie na moim łonie, przez telefon, co prawda, ale zawsze… O, a u Drżączka miał być podobno któryś z naszych mafiozów albo dostojników, teraz to się trochę myli, którzy są, którzy, ale i tak ich nie znasz, więc nie będę się wdawać w zgadywanki. Zresztą, też ich nie znam i mylę, a oni sami, nie ma obawy, załatwią to między sobą, jeden na drugiego doniesie i cześć. Bardziej mnie niepokoi Martusia.

– Jeśli czegoś się dowiesz, zadzwoń natychmiast!

– I wzajemnie. Chcę wiedzieć, co Ewa Marsz powie, więc sama rozumiesz…


* * *

Bez wątpienia przeżywałam chwilę jasnowidzenia, kiedy powiedziałam Lalce, że na prywatne donosy mogę mieć nadzieję. Zgadłam świetnie.

Dźwiękowiec… to przez Magdę, zadzwoniłam.

– Ty znasz takiego podwójnego Piotra, Piotr Peter się nazywa, robi w głosie…

– Stoję akurat obok niego. A co…?

Zaczęłam mówić jakoś tak od środka, ale Magda mi przerwała.

– Czekaj, przejdę za szybę, bo on chyba pracuje i macha na mnie odpędzające. No, już. Czego chcesz od Piotrusia Pana?

– Mnóstwo. Chociaż nie, trochę. On jest przynależny do Miśki Kamińskiej, nie mogę z nim rozmawiać bezpośrednio i muszę przez posły…

– Dlaczego nie bezpośrednio?

– Bo podobno jest uczulony na koty, a ja jestem trwale okocona…

– A dlaczego nie przez tę jakąś Miśkę Kamińską, tylko przeze mnie?

– Przez Miśkę też. Ale ona mało wie, zna go prywatnie i nie ma pojęcia gdzie on, na przykład, w tej chwili jest służbowo, a ty to wiesz…

– No owszem. Widzę go przez szybę. I co?

– I ja bym chciała, żeby on mi powiedział, kto to naprawdę jest Jaworczyk i dlaczego rzucał na mnie podejrzenia. Czy ja w ogóle znam Jaworczyka? Jeśli zrobiłam mu coś złego, chcę wiedzieć, co, mam się tym cieszyć czy martwić?

Magda wyraźnie się zdziwiła.

– Nie ma sprawy, zaraz go zapytam, skoro ci zależy. Ale ja też znam Jaworczyka, przecież już ci o nim mówiłam.

– A, rzeczywiście – zreflektowałam się i zarazem oburzyłam. – Jak to? Znasz go i nie zauważyłaś, że on na mnie rzucał?! Słowa nie powiedziałaś!

– Bo ja go rzadko widuję – usprawiedliwiła się Magda czym prędzej – i nie słyszałam żadnego rzucania. W ogóle bywam gdzie indziej, nie wiem, co, do kogo rzucał i nikt mi nawet nie napomknął, widocznie okazałam się niegodna takich rewelacji, to dopiero ty mi mówiłaś, że on na ciebie rzuca. A teraz podobno jest, jeśli chcesz wiedzieć, drugim reżyserem przy Pyziaku, a Pyziak przysechł, jak zrobiłaś tę wewnętrzną awanturę o plagiat czy może odwrotnie. Przypomniałam sobie. Z wielkim niesmakiem.

– Odwrotnie. Wetknął do mojego kawałka zwyrodniałą pornografię i starannie przypieczętował to moim nazwiskiem…

– A…! Już pamiętam. Pyziak się chyba ogólnie naraził, bo upadły nadzieje na Oskara dla niego czy inną Złotą Palmę i sponsorzy sklęśli. Teraz coś tam kręci, ale nic wystrzałowego i więcej nie wiem. O, Piotruś Pan znów do mnie macha, czekaj, idę do niego…

W tle dalszego ciągu rozmowy słyszałam dubeltowego Piotra, komórka Magdy działała jakoś dalekonośnie.

– Był, okazuje się, drugim reżyserem bardzo krótko, tylko ten jeden raz, już nie jest, Piotrek ci przekazuje wyrazy czci… a, usłyszałaś? Tak, i uwielbienia. Jaworczyk w filmie się nie sprawdził i na dziennikarstwo próbuje się rzucać, gdzieś się zahaczył, na samym wstępie odmówiłaś mu wywiadu…

– To nie ja, to pan Tadeusz – udało mi się wtrącić. – Ale ja bym też…

– On twierdzi, Jaworczyk…

– …że to przez mnie?

– O, sama słyszysz! Oddałabym słuchawkę Piotrkowi, ale też jestem ciekawa, a znam życie i wiem, że nikt mi niczego porządnie nie powtórzy. Ty mu złamałaś karierę przez głupie fanaberie…

Zdążyłam przyświadczyć.

– No owszem, w zasadzie wynaturzenia seksualne mogą wchodzić w dziedzinę fanaberii…

– Podobno to rzecz gustu. Jaworczyk twierdzi, że Pyziak cię nie chciał do łóżka i zniszczyłaś go przez zemstę, wszyscy wiedzą…

– …że gówno prawda, słyszę.

– No właśnie. I ty przez zazdrość… Co…?!

Części tekstu wysłuchałam z tła, a część uzupełniała Magda. Uściślone informacje ogłuszyły mnie, tak samo jak i ją.

Wedle opinii Jaworczyka, który z tajemniczych przyczyn widział we mnie zasadniczą kłodę na drodze swego życia, pozazdrościłam Ewie Marsz, ponieważ była chwytana przez wszystkich reżyserów. Agencje się do niej pchały, Wajchenmann się zainteresował, Zamorski się rzucił, Drżączek Ewą zamierzał wyskoczyć na top, a mnie zepchnęli na margines, nie miałam innego wyjścia, jak tylko utłuc jej wielbicieli, zaczynając od góry. Bo od początku przecież rwałam się do filmu, chciałam nawet występować, jeden reżyser przeze mnie umarł, charakter mam zły i mściwy, a żywy kryminał tkwi w mojej duszy.

Coś podobnego, żadne takie kretyństwa dotychczas do mnie nie docierały…!

– Matko jedyna moja – powiedziałam ze zgrozą. – Jedyne, co w tym wszystkim jest prawdą, to fakt, że mój znajomy reżyser umarł. Lubiłam go. Ale nawet gdybym go zabiła własną ręką, już nastąpiłoby przedawnienie, bo to było przeszło dwadzieścia pięć lat temu. Reszta mną silnie wstrząsa.

– Mną również – przyłączyła się Magda, wydawszy z siebie potężne pufnięcie, tak jakby na chwilę zaparło jej dech. – Własnym uszom nie wierzę.

– Kto to wszystko wymyślił?! Ten Jaworczyk? Sam z siebie?!

– Co mówisz…? – to było do Petera. – A… Nie, Piotrek mówi, że nie, podobno…

– Słyszę. Zdaje mu się, chyba, mętnie i niejasno…

– Nawet bardzo chyba, bardzo mętnie i bardzo niejasno. Ktoś Jaworczyka podpuszczał na zasadzie podbijania bębenka, czekaj, Piotrek operuje przykładami… Powtórzę ci porządniej, ty mówisz, na przykład, że ten sąsiad stał w oknie, mógł rzucić… Kamieniem w twoje koty, wszystko jedno… a ten ktoś na to, że oczywiście, że sąsiad, wszystko na to wskazuje, z nieba nie spadło, i ty już, wściekła, urażona, uwierzyłaś jemu i sobie, lecisz na miasto i pyskujesz na sąsiada. Pewność, że sąsiad, kamienieje ci na granit, a jak ci w dodatku czyjś pies napaskudzi przed bramą…

– Jasne, też sąsiad. Mam dwóch po bokach, bardzo sympatycznych, ciekawe, który by to wziął do siebie. Że obaj by osłupieli, rzecz jest pewna.

– No to dla Jaworczyka ty jesteś ten sąsiad.

– Rozumiem. Ja ruszyłam lawinę jego niepowodzeń, wywiadu odmówiłam… aż żałuję, bo może miałby rekord głupich pytań? Nie chce on wywiadu jeszcze i teraz? Pozabijałam wszystkich i dopiero miałby używanie, a ja jeszcze większe. Nadal robi w prasie czy już poleciał?

– Nie wiem, czekaj, Piotrek coś mówi. A…

– Słyszę. Okazało się, że mam alibi? Cóż za rozczarowanie, biedny człowiek…

– Zaraz, co…? Gówno, nie alibi, masz chody u glin.

– No to się doigra, szkalowanie glin jest karalne. No dobrze, Jaworczyka wreszcie rozumiem, chociaż go osobiście nie pamiętam, w życiu go chyba na oczy nie widziałam, wywiadu odmawiałam na odległość, ale kto to mógł być ten podpuszczacz? Albo nie lubi akurat mnie, albo charakter ma taki ogólnie miły.

Piotr Peter też słyszał dwustronnie, Magda trzymała komórkę daleko od ucha. Był zdania, że nie musiała to być jedna osoba, dość gęsto przytrafiają się ludzie, którzy dla świętego spokoju przyświadczają wszystkiemu, a Jaworczyk, ogólnie biorąc, jest uparty i agresywny. Chce mnie w charakterze sprawcy, niech mu będzie, co się mieli z nim sprzeczać.

– Tylko Pyziak odpada w tym całym szkalowaniu, bo tyle mu nie wyszło, że dla ratowania twarzy…

– On ma twarz…?

– …postanowił być chory i wyjechał do jakiegoś kurortu, już z miesiąc temu. Co do twarzy, też się dziwię. A w ogóle na twój temat wzgardliwie milczał zawsze, na zasadzie: z głupią suką nie gada.

– Nareszcie jesteśmy zgodni w poglądach. W porządku, ochłonęłam, Jaworczyk niech się wypcha, tylko roboty glinom dołożył, bo musieli mnie sprawdzać. Właściwie więcej nie chcę, chyba, że ten Piotruś Pan ma jakieś zakulisowe informacje.

Dobiegła mnie krótka, mamrotana konferencja.

– Ma – powiadomiła mnie wreszcie Magda. – Przypomniał sobie, prywatny wniosek mu się nasuwa. Tak mu się wydaje, że Jaworczyk jest chyba zaprzyjaźniony z Poręczem. Zdaje się, że Poręcz też za tobą nie przepada…?

– Zmień na czas przeszły – poradziłam ponuro. – Nie przepadał. Już mu całe przepadanie na zawsze przepadło…

W tym momencie przypomniałam sobie, że Górski zażądał tajemnicy i okropnie ugryzłam się w język. Magda zainteresowała się średnio.

– Co…? Dlaczego? Coś mu się stało? Czekaj, Piotrek coś mówi… A, rzeczywiście, jakieś plotki go dobiegły… Też mętne. Mówi, że więcej nie wie, wraca do roboty. Za to ja mam więcej, ale to z innej bajki, dłuższe i nie na teraz. Zadzwonię później, pa!

Zostałam z lekkim zamieszaniem w głowie. Pyziak owszem, naraził mi się, ale o Jaworczyku wcześniej pojęcia nie miałam, dobrze, chociaż, że jego niechęć do mnie dała się wyjaśnić. Pomysł jednakże, że te wszystkie ofiary zbrodni słały czerwony dywan pod stopy Ewy Marsz był taki więcej upiorny, kto mógł coś podobnie idiotycznego wymyślić? To i wydawcy jej się o kobierce starali, ejże, czy wydawnictwo „Gratis” wciąż jeszcze dysponuje kompletem personelu…?

Zaraz, a Poręcz…? Pasuje do tego grona wielbicieli czy nie? Bo jeśli nie…

Okropność. Z tego wynika, że Martusia rzeczywiście straciła opamiętanie. Mam teraz jechać do Krakowa…?


* * *

Może i pojechałabym do Krakowa, gdyby nie Adam Ostrowski, który najprawdopodobniej zawczasu przygotowywał sobie materiał do całego cyklu reportaży i nie omieszkał śledzić także i moich poglądów. Pojawił się przed furtką akurat, kiedy nerwowo szukałam kluczy, świadoma, że w czasie nieobecności właściciela dom powinien być zamknięty. Klucze posiadały swoje stałe miejsce, nie było ich tam, właśnie zaczynałam się zastanawiać, co miałam wczoraj na sobie i w której kieszeni teraz grzebać. Ostrowski przerwał moje poszukiwania.

– Wracam z Krakowa, prosto z lotniska przyjechałem do pani – oznajmił triumfująco od progu. – Wie pani, co się tam działo?

– Tatarzy się wdarli na Lajkoniku – mruknęłam pod nosem. – Niech mnie pan nie denerwuje i mówi od razu. Kawy, herbaty…?

– Kawy poproszę, kawy! W samolocie dają pomyje. Mam tam doskok i wszystko wiem, ale nie wierzę. Chyba, że Marta zwariowała.

Zaniepokoiłam się bardzo poważnie.

– Zna ją pan przecież…?

– Pewnie, że znam, ale sądziłem… No, żywiołowość też miewa jakieś granice, a debilizm w jej wypadku nie wchodzi w rachubę… Do tego stopnia mogłaby stracić wszelki umiar…? Nie, nie wierzę.

Skoro nie wierzył, nie zatrułam mu kawy. Najprawdopodobniej Martusia kropnęła w nerwach tego Poręcza, ale niewiarą Ostrowski znalazł się po właściwej stronie barykady. Ujrzałam w nim sprzymierzeńca.

Po czym rozwinęła mi się przed oczami mroczna akcja, godna prawie Średniowiecza.

Jakiś Liwiński, szachista, zobowiązany został przez współmaniaków szachowych do sprawdzenia, czy nie dałoby się w tej Alchemii zorganizować malutkiego turnieju, może oficjalnie, a może towarzysko, i aczkolwiek znał lokal, to jednak przyleciał rzucić okiem. Pogadał przedtem, pokręcił się, odciągnął od bufetu swoją dziewczynę, niejaką Krysię, oraz niejakiego Januszka, który szachy miał w nosie, ale Krysię nagminnie podrywał, i razem zeszli na dół w przytulnym mroku, po karkołomnych schodach. Krysia była pierwsza, ze względu na obcasy patrzyła pod nogi, ujrzała ciecz, którą w pierwszej chwili wzięła za czerwone wino, pobiegła wzrokiem ku źródłu cieczy i najpierw się zachłysnęła, a potem wydała z siebie krzyk, doskonale kojarzący się z izbą tortur. Przez długą chwilę nawet nikt na górze nie reagował w przekonaniu, że to Liwiński z Januszkiem gwałcą Krysię, no i cóż takiego, ludzka rzecz, tylko po pierwsze, po co im to, a po drugie, dlaczego ona krzyczy? Wreszcie zadziałało zdumienie.

Następnie rozpętało się piekło na ziemi.

Ciasnota wszystkich zakamarków spowodowała kompletne zniweczenie wszelkich możliwych śladów, bo całe obecne w lokalu społeczeństwo poczytywało sobie za punkt honoru osobiście obejrzeć scenę zbrodni przed przybyciem jakichkolwiek władz, szczególnie śledczych. W dodatku przypadkowo znalazł się tam jeden dziennikarz i jeden fotoreporter, zachwycony życiową okazją. Dziw zgoła, że trupa nie rozszarpano na strzępy, chociaż owszem, jedna osoba wlazła mu na palce u ręki. Później osoba siedziała na górze i rzewnie płakała, oglądając zakrwawiony pantofel, święcie przekonana, że dokonała profanacji zwłok.

Przybyły z wydziału zabójstw komisarz przy wydatnej pomocy prokuratora, rychło stwierdziwszy rozpaczliwy stan miejsca przestępstwa, poczuł się zmuszony szukać oparcia w materiale żywym, niestety z reguły zawodnym. Świadków miał zaledwie dwadzieścia trzy sztuki, pomyślał, zatem optymistycznie, że może coś z nich wydoi.

No i wydoił.

Mniej więcej połowa towarzystwa znała się wzajemnie i jakoś nikt z nich nie zamierzał znajomości ukrywać, można było, zatem przyjąć, że druga połowa była im rzeczywiście obca. Liwiński przyszedł ostatni, razem z Krysią, Krysia ugrzęzła przy bufecie, a Liwiński łapał kierownika lokalu, gadał z dziennikarzem, przez dłuższą chwilę sprzeczał się z jednym brydżystą, chyba o termin zaplanowanego turnieju, doszli do zgody, znów latał za kierownikiem, wreszcie ściągnął Krysię ze stołka i poszli na dół. Razem z Januszkiem, który trwał przylepiony do bufetu, co najmniej od godziny i na krok się nie ruszył, dopiero Krysia go uaktywniła. No i znaleźli zwłoki…

No dobrze, a kto był na dole wcześniej? Przed nimi?

Niewątpliwie ofiara. Poręcz. Pewnie, że go tu znali, wszędzie go znali… No, może nie wszyscy, ale niektórzy z pewnością.

A oprócz niego? Kto schodził na dół?

No i tu, na dobrą sprawę, każdy widział każdego. Z zeznań należałoby wnioskować, że na dole był komplet gości, a pomieszczenia górne świeciły pustkami, aczkolwiek zazwyczaj dół bywał zamknięty, zaś kompletem dysponowała góra. W dodatku niektórzy z tych, co byli na dole, zdążyli już wyjść…

Zważywszy, iż z tego dołu i góry wyraźnie wynikało rozdwojenie większości jednostek ludzkich, komisarz zażądał ścisłości. Kiedy w ogóle denat tu przyszedł?

A cholera go wie. Wchodzącego widziały tylko trzy osoby i było to co najmniej przed godziną, pozostali zauważyli go, jak już był, możliwe, że jego przybycie widział ktoś więcej, ale już go nie ma. Czworo świadków przyznało się, że z nimi rozmawiał, ale co to za rozmowa, parę słów zamienili, cześć, siemasz, jak leci, czołga się, i tyle.

Sam przyszedł, czy z kimś?

Sam. Nic podobnego, z jakimś takim obcym. Jakim znowu obcym, z Majewskim! Wcale nie, Majewski przyszedł z Bożenką. Nie razem weszli, tylko po kolei, a za nimi jeszcze jeden, ale nie wiadomo, kto, nieznajomy. W końcu nie wszyscy się znają wzajemnie, obca gęba może się pokazać, lokal jest dostępny bez ograniczeń.

Jak wyglądał nieznajomy?

Przeciętnie. Solidny dosyć, ale zwyczajny. Miał chyba coś na głowie. Nie na głowie, tylko na twarzy. Wąsy. Nie wąsy, brodę. Jaką tam brodę, ogolony, plaster opatrunkowy. Nic podobnego, wyłącznie okulary. Ciemno tu dosyć i słabo widać. Poza tym jeszcze ktoś wchodził i dlaczego akurat ten jeden nieznajomy ma być taki ważny? Nie odznaczył się niczym.

Kiedy dokładnie Poręcz poszedł na dół?

Zaraz po Majewskim. Majewski poleciał na dół prawie od razu, bez Bożenki, z kimś tam był umówiony. I jeszcze ktoś z nim poszedł, Majewski kiwał na niego, a Poręcz poszedł prawie tuż po nich, ale jeszcze ludzka postać schodziła, ludzka postać wychodziła, tak się kręcili tam i z powrotem, trudno mieć pewność w tym oświetleniu. Wyszli wszyscy razem, można powiedzieć prawie grupowo, a w ogóle tak całkiem pojedynczo to zeszła na dół tylko Marta Formal. Była tu, przyleciała akurat, jak oni schodzili. Nie, przyleciała później. Nic podobnego, wcześniej. Równocześnie.

Więcej możliwości nie było, albo wcześniej, albo później, albo równocześnie. Pokręciła się między ludźmi, szukała takiego Woźniaka, kamerzysty, pytała o niego, o, właśnie! Woźniak też był i schodził na dół, ale to było znacznie wcześniej, wyszedł i chyba poszedł, nikt nie był pewien, bo może jeszcze nie poszedł, więc tak go szukała. Kawę piła… nie kawę, tylko piwo, a wcale nie, piła wodę mineralną, niemożliwe, żeby Marta Formal piła wodę mineralną zamiast piwa, to byłoby przeciwne naturze! Ktoś sobie do niej zadowcipkował, że, po co jej Woźniak, skoro jest tu jej cud stulecia, Poręcz, więc zionęła ogniem z pyska i tak chwilę poziała. No, dłuższą chwilę. A potem wszyscy widzieli, że zeszła na dół, zła jak diabli, sama, jakoś był spokój, po czym wyszła i od razu poszła sobie całkiem. Wszyscy zaczęli plotkować między sobą i nikt nie patrzył na przejście.

A potem zszedł Liwiński i Krysia znalazła trupa…

A ten Majewski z przyległościami jest tu jeszcze?

No pewnie, że jest, siedzi i w nerwach koniak za koniakiem obciąga, jeszcze dwóch z nim czeka, bo każdy zna życie, wiedzą, że ich pan komisarz nie ominie.

Pan komisarz nie zawiódł. Od Majewskiego z przyległościami dowiedział się, że Poręcza w ogóle żaden z nich nie zna, że owszem, ten brodaty okularnik, rzeczoznawca budowlany, czekał na dole na Majewskiego, zajęty segregowaniem zdjęć, że ktoś tam jeszcze z kimś rozmawiał i byli to chyba jacyś z branży literackiej, że Majewski przywlókł ze sobą kosztorysiarza, załatwili swoje sprawy, jakieś osoby wchodziły i wychodziły, możliwe, że wśród nich był Poręcz, potem wyszli, literaci przed nimi, oni zaraz za i te jakieś osoby również. Ktoś został, ale nie wiedzą, kto, może właśnie Poręcz i żaden nie da głowy, ile ludzkich sztuk zostało, jedna, dwie, czy nawet trzy. Tam ciemno i zakamarki, po kątach nie patrzyli.

Nikt nie był w stanie porządnie wyliczyć, ile tych ludzkich sztuk zeszło, a ile wyszło. No, wyszło o jedną mniej, to pewne.

Zatrzymane w lokalu grono świadków już szumiało motywami.

O tak, Poręcz miał wrogów. Ale właściwie wrogów w odwrotną stronę, to znaczy on ich uważał za wrogów, a oni go mieli gdzieś. Wisiał im dokładnie. I gdyby to Poręcz kogoś kropnął, wszystko byłoby zrozumiałe, ale jego…? A komu by się chciało? Napaskudził…? Przesada, próbował napaskudzić, ale nie było tak znów trudno odkopać go od żłobu, na co komu takie figle z kodeksem karnym?

Jedyna osoba, której rzeczywiście zaświnił egzystencję, to Marta Formal. Ona owszem, ostra dziewczyna, wyszła z impasu, ale na sam widok byłego, pożal się Boże, amanta, mogła stracić równowagę…

Wprost z mrocznych podziemi stosowna ekipa udała się do Martusi, która, niestety, była już w domu i beztrosko otworzyła drzwi.

Zdenerwowałam się na Ostrowskiego, bo ta cała relacja stanowiła jeden przeraźliwy groch z kapustą.

– Na litość boską, jak on został zabity?! Czy ktoś to w ogóle zauważył?!

Ostrowski prezentował wyraźną uciechę.

– No, a ma pani pojęcie, jak to odebrała policja? Ja pani przekazuję zeznania już uporządkowane, tyle i w takiej formie zdołali sobie z chaosu wydłubać. Wie pani przecież, co potrafią świadkowie!

Wiedziałam doskonale. Całe gadanie, jakoby świadek tak doskonale zapamiętał, rozpoznał, określił… można sobie o kant tyłka potłuc. Gdyby nas tu siedziało trzy sztuki i na chwilę przyszedłby jakiś obcy człowiek, byłby to inkasent od wodomierza, listonosz z poleconym, akwizytor od ubezpieczeń, miałby na sobie mundur, bluzę od dresu, góralski serdak, byłby rudy, łysy, siwy, wzrostu od metr pięćdziesiąt do dwa i pół metra, w wieku pomiędzy dwadzieścia a osiemdziesiąt lat. Niewykluczone, że i płeć miałby zróżnicowaną.

Chyba, że byłoby to coś, co świadka dziabnęło osobiście…

– Do dziś pamiętam świetnie zupełne drobnostki sprzed czterdziestu lat – powiedziałam ponuro. – Ale to wyłącznie ze względów wstrząsających uczuciowo. Rozumiem, że tam na pierwszy plan wybiła się Martusia, jej łatwo samo przychodzi, a gliny nie docisnęły bab…

– Przeciwnie, docisnęły i tylko dzięki temu te jej wejścia i wyjścia dało się jakoś osadzić w czasie. Jakąś tajemniczą bluzkę miała na sobie, dziewczynom ciężko było oko oderwać. Ja się na bluzkach nie znam, jeśli już, to raczej na zawartości, ale pani…

– Rozumiem, rozumiem. To od czego padł?

– Od noża. Jeden bardzo trafny cios. Patolog twierdzi, że był to bagnet z drugiej wojny światowej.

– O, masz ci los. Albo stare kopyto, albo stary bagnet. Gliny mają fajnie. Ale to Martusia odpada!

– Ze względu na bagnet? A nie sądzi pani, że mogła podwędzić z rekwizytorni…?

– Bzdura śmiertelna! To znaczy, podwędzić mogła, ale użyć wyłącznie do pokrojenia mięsa na befsztyki albo, co. Ona się takich rzeczy strasznie brzydzi, żywego stworzenia, nawet, jeśli to człowiek, nie tknęłaby za skarby świata! Bagnet przekonuje mnie ostatecznie, to nie Martusia, mowy nie ma!

– Gliny chyba o tym nie wiedzą…

Popatrzyliśmy na siebie niepewnie. Zrobiłam Ostrowskiemu następną kawę, zapominając o względach gościnności, nalałam sobie trochę wina. On nie mógł, był samochodem, ale kiedy uświadomiłam sobie własną niegrzeczność, było już za późno.

– Następnym razem niech pan przyjedzie taksówką – zarządziłam sucho. – Co pan jeszcze wie? Bo bez kitu, prywatnie z tego galimatiasu da się dużo wyłowić. Nie muszę wiedzieć, kogo pan zna, wystarczą mi rezultaty ostateczne.

Ostrowski westchnął.

– Otóż coś mi tu śmierdzi… Pani wie, że ja nagrywam…? Dziękuję…

– Nie ma, za co. Siebie też.

– Nie szkodzi. Nie zdążyłem skomasować, nie było, kiedy, ale wie pani, jak to jest, z ziarenek maku można usypać kopiec Kościuszki. Ten cały Poręcz przyjechał do Krakowa dwa dni wcześniej, miał taką metę u dziewczyny… zaraz. Mogę nawet wyłączyć na chwilę, gdyby się pani uparła, prywatne pytanie, bo też chcę coś zrozumieć…

Odgadując treść pytania, machnęłam ręką. Podejrzenia na takim tle, z racji wieku, uważałabym za potężny komplement.

– Myśli pani, że on był jakiś ekstra w łóżku…?

– Osobiście nie sprawdzałam i proszę mnie tu nie lżyć stwierdzeniem, że tego jest pan pewien, ale na moje oko i węch, tak. Kiedyś znałam takich… Teraz to się zdewaluowało, ale kiedyś mówiło się, że on ma w sobie coś. Albo ona ma w sobie coś, płeć obojętna. Proszę szanownego pana…

Wspomnienie rzuciło się na mnie z nieprzepartą siłą. Znałam faceta, niby nic nadzwyczajnego, poziom inteligencji owszem, wysoki, ale reszta zwyczajna, nie dziwkarz, a dziewczyny wpadały w szał, skutki rozstania potworne. Znałam i takiego, który…

– …wie pan, aż trudno to określić. Jakby urok jakiś rzucał. Jeśli chciał. Nie na całe życie, na krótko, dopóki mu się nie znudziło, ale póki rzucał, baby miały bielmo na oczach. I chyba Poręcz do tego gatunku należał, wnioskuję z tego, co słyszałam, promieniował uwielbieniem, zachwytem, każda kobieta chce być najważniejsza na świecie i on tego na jakiś czas dostarczał, a do łóżka chyba też się nieźle nadawał. Tyle rozumiem. Ale w ogóle, bo co?

Ostrowski zmarszczył brwi, najwidoczniej też usiłując tyle samo zrozumieć.

– Uczyć się od takiego – mruknął. – Ogólnie kochał kobiety?

– Który? Ci, których znałam, kochali różnie, Poręcz podejrzewam, że wcale. Kochał siebie i swoją wymarzoną karierę, reszta była zestawem narzędzi. Kocha pan młotek albo uszczelkę?

Ostrowski aż się otrząsnął.

– Wszelkich uszczelek, szczerze mówiąc, nienawidzę. A pytałem w ogóle dlatego, że miał w Krakowie metę u dziewczyny, która pod szubienicą słowa by o nim nie powiedziała. Spłonęłaby na stosie dla niego. Wariactwo jakieś?

– No przecież panu wyjaśniam!

– Z tego wynika, że była mu chwilowo potrzebna? A za jakiś czas… No właśnie, co następowało za jakiś czas, kiedy już mu któraś nie była potrzebna?

Najwyraźniej w świecie zdawałam przed Ostrowskim egzamin z życia. Nawet mi się to dość spodobało.

– Zależało od poziomu. Inteligentne, wykształcone, uczłowieczone, wychodziły z tego bezboleśnie, może trochę zranione, ale raczej to była uraza i gniew. Często wściekłość na samą siebie. Głupie, tępe, bezmyślne, niezdolne do samodzielnej egzystencji, wpadały w rozpacz, z deszczu pod rynnę, idiociały, klęska ogólna i dno. Ale w przypadku Poręcza takich nie było, on rwał wyłącznie baby na świeczniku albo już w drodze ku szczytom. I po nich się wspinał. O, mnóstwo cech klasycznego żigolaka!

– Wypaczony lekko zmianą czasów i obyczajów. Elastyczny. Przystosowany…

– jak na mężczyznę, jest pan całkiem niegłupi – pochwaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. W końcu chciałam czegoś od Ostrowskiego i nie należało źle go do siebie usposabiać.

Nie obraził się, rzeczywiście musiał być niegłupi.

– Wiem doskonale, że chodzi pani o niuanse psychologiczne, z reguły znienawidzone przez mężczyzn. Te słynne ostatnie rozmowy… Opanował z tego co najmniej trzy czwarte i stąd świetna meta w Krakowie. Zważywszy, że najwięcej złego zrobił konkretnie Marcie, a pani ją uniewinnia… ja zresztą też, jakoś nie widzę jej, dźgającej bagnetem… należałoby się oprzeć na poczynaniach ludzkich, których policja, choćby pękła, nie zdoła ściśle sprecyzować. Wracam do tematu.

Łatwo zgadnąć, że prywatni znajomi między sobą znacznie więcej powiedzą niż policja kiedykolwiek usłyszy. Nie tyle może kopiec, ile kopczyk udało nam się z tych nerwowych zwierzeń usypać.

Majewski był zajęty rozmową, nieruchomości to niezły biznes, ale nie miał ochoty dyskutować publicznie, rzucił zatem okiem dookoła i stwierdził, że w jednym kącie dolnego apartamentu siedzi dwóch szepczących do siebie, do drugiego kąta dobił jakiś jeden, w trzecim migdalił się facet z dziewczyną, ale oni zaraz wyszli, przyszedł jeszcze ktoś, kogo nie tylko nie zna, ale nawet dobrze nie widział. Ten z drugiego kąta próbował ich podsłuchiwać, takie Majewski miał wrażenie, ale chyba mu się nie udało. Kiedy szli na górę, nie polazł za nimi, został.

Zaprzyjaźniony z Ostrowskim dziennikarz znał Poręcza z twarzy i widział jego wchodzenie do zakamarków piwnicznych, fakt, prawie zaraz za Majewskim. Wiedział, o czym Majewski zamierza tam gadać, wiedział, co myśleć o Poręczu i był ciekaw, będzie ich podsłuchiwał czy nie? Zszedł nawet na dół i zajrzał, zgadzało się, sytuacja tak wyglądała, jak ją Majewski opisał, zawrócił od razu na górę i z wysiłkiem minął się z jakimś schodzącym na dół. Nie zna człowieka, w ciemnościach wcale mu się nie przyjrzał, tyle wie, że duży, czego na tych wąskich schodach trudno było nie zauważyć. Po grupowym wyjściu Majewskiego odwrócił już uwagę od tamtego kierunku, czasem tylko spoglądał.

Martusię najlepiej wypatrzyła asystentka scenografa, niechętna jej ze zwyczajnej zawiści, i wie dokładnie, że wstrętna dziopa tkwiła na dole całe siedem minut. Wyleciała zła i w nerwach, zbrodnię miała wypisaną na twarzy.

Natomiast na Poręcza czyhała jedna taka Niusia od reklamy, która już dwa razy prawie wystąpiła przed kamerą z flachą oleju pierwszego tłoczenia, zza flachy wprawdzie nie było jej widać, ale wielką gwiazdę już w sobie czuła, a Poręcz w rozbłyskach miał jej dopomóc. Widziała jak wszedł i czekała, kiedy wyjdzie, i może przysiąc na wszystkie świętości, że dwóch ją rozczarowało, figura ludzka pojawia się w mroku i chała, nie on, druga figura, też nie on. Jedną figurą okazuje się taki nieudolny tekściarz, a drugą jakiś wielki wół, niegodzien uwagi. Tekściarza zna z widzenia, a wołu nie rozpozna.

– O rany boskie – powiedziałam.

– I tu mi właśnie popiskuje – podjął Ostrowski. – Bardziej wierzę zawziętym dziewczynom niż egocentrycznym facetom. Mężczyźni są mniej spostrzegawczy w tego rodzaju drobiazgach, jeśli coś dostrzegą, to raczej z dziedziny mechaniki. A tu nie wiem, Marta rzeczywiście trafiła na jakąś chwilę pustki, Poręcz został na dole, ale nie poszła tam chyba z myślą o nim…

– Bez wygłupów, gdyby go dziabnęła, w ogóle by nie wyleciała, zemdlałaby obok, ona ze zdenerwowania mdleje, konsystencję fizjologiczną ma taką. Względnie zemdlałaby z opóźnieniem, w drzwiach wyjściowych. Ale czy ktoś zwrócił uwagę na tego dużego, który się gniótł na schodach…?

– Otóż właśnie. Nie mogłem wydoić z tej gwiezdnej idiotki, w jakiej kolejności ją tych dwóch rozczarowało. Najpierw tekściarz, a potem wół, czy odwrotnie? Bo wyliczyłem sobie, że ktoś jeden został na dole ostatni, razem z Poręczem.

– Tekściarz do niego coś miał…?

– Nikt o tym nic nie wie, tekściarz twierdzi, że nic. W kwestii dużego wołu też pojawia się problem, podobnej postury było dwóch i nikt ich nie zna. Mylą się. Podobno, takim poglądem powiało, jeden z nich był cudzoziemcem, Niemiec, Szwed, Amerykanin…? Wyszedł z panienką do wzięcia, też słabo znaną, i nie wiadomo, który to był. Ściśle biorąc, obaj wyszli przed odkryciem zwłok, jeden samotnie, i dwie bufetowe różnią się w zeznaniach.

– A co gliny na to?

– Nic, w tym rzecz. Marta podpadła w sposób rażący. Motyw strzela w niebo, okazja była, skorzystała z niej, dopuszcza się afekt…

– Kto ją pierwszy wymyślił?

– Jak to, kto? – zgorszył się Ostrowski. – Jeszcze pani musi pytać? Jasne, że asystentka scenografa, a poparła ją gwałtownie ta niedorobiona gwiazda, reszta poszła za ciosem. Marta zaś nie miała nic lepszego do roboty, jak tylko na samo nazwisko Poręcza skoczyć panom śledczym z pazurami do oczu, zastali ją w domu i ucieszyli się jak cholera. I co pani na to?

Co ja na to, co ja na to… Rzeczywiście, na poczekaniu mam wiedzieć, co ja na to! Pod każdym względem kretyństwo, jak stąd do Ameryki i jeszcze parę razy dookoła księżyca!

– Gdyby nie ten idiotyczny bagnet… – zaczęłam ponuro.

– Otóż to! – ucieszył się skwapliwie Ostrowski. – Tyle wiem, że bagnetu u niej nie znaleźli. Czas udało się im wyliczyć, prosto z Alchemii pojechała do domu, korki jej na przeszkodzie nie stanęły, wnioskując z czasu jazdy, mogliby jej nawet mandat przyłupać za szybkość, pod domem sąsiedzi ją widzieli, trzy osoby, samochód też został przeszukany od razu, to, co zrobiła z bagnetem…?

– Rynsztoki po drodze sprawdzali?

– Tego nie wiem, ale nie łudźmy się. Wyobraża pani sobie chłopaka, który ujrzał w rynsztoku czy gdziekolwiek bagnet i nie skorzystał z okazji?

– Nawet i co do dziewczynki miałabym wątpliwości – mruknęłam zgryźliwie. – Sama bym podniosła, nie ma pan pojęcia, jakie to użyteczne narzędzie…

– Mam pojęcie – zaprzeczył zimno Ostrowski. – No i tyle wiem, w pierwszej chwili wyszła im Marta ze względu na motyw, zaraz potem zaczęły się schody. Motyw owszem, ale co dalej? I w dodatku w tej branży Poręcz nie jest pierwszą ofiarą, stąd wahania krakowskiej policji.

– Zamknęli ją?

– Na dwadzieścia cztery godziny. Dziś w nocy już będzie w domu. Wszystkie telefony, gwarantuję pani, ma na podsłuchu.

– A pan wie, gdzie ja mam podsłuch? Tak, jak zawsze miałam? O której te dwadzieścia cztery godziny wypada?

– Dwudziesta trzecia.

– No to jeszcze poczekam. Ale pan wie więcej i nawet pan nie wie, że pan wie. I pan mi to powie!

Ostrowski zainteresował się zgoła do szaleństwa, co też takiego wie.

Postanowiłam sobie wydoić z niego wiadomości dziennikarskie, coś, co człowiek gromadzi gdzieś w zakamarkach mózgu przypadkowo, czasami nawet bezwiednie, przekonany, że niepotrzebnie. Pozornie zapomniane i przydeptane, w razie potrzeby nagle wyłażą. Każdy dziennikarz i niekiedy także pisarz zbiera takie śmietnisko, które znienacka okazuje się przydatne ku zdumieniu samego właściciela.

– Robił pan kiedyś wywiad z Ewą Marsz? – zaczęłam ostrożnie i z namysłem.

– Ja bym się tak Ewą Marsz nie szastał… – przerwał mi Ostrowski ostrzegawczo.

Doskonale wiedziałam, co ma na myśli i mogłam go od razu uspokoić.

– Nie ma jej w Polsce już dość długo. Pół roku.

– A, rozumiem. No owszem, robiłem. Na początku tej jej nadłamanej kariery.

– Znała już wtedy Poręcza?

– Pojęcia nie mam. Chyba nie. To było na bazie „nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”, „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu” i tym podobne. O ile wiem, ona nie ma licznej rodziny, ale coś mi w tym przebijało, takie jakby drugie dno. Pani coś o tym wie?

Nie zamierzałam wyjawiać dziennikarzowi, nawet szlachetnemu, wszystkich tajemnic Ewy Marsz.

– O, zwykła rzecz, o ile wiem, coś z dziedziny pchania dziecka na medycynę, a dziecko się upiera przy malarstwie. Albo masz się uczyć muzyki, a dziecko ma słuch jak pień i namiętność do ogrodnictwa, więc cudowna prognoza: na pewno ci się nie uda! Bardzo optymistyczne i zachęcające. Miała podobne zgryzoty, ale nie wiem, na co ją pchali.

Ostrowski nie wiercił, kiwnął głową ze zrozumieniem.

– Tak mi się właśnie wydawało, że zaczęła pisać niejako wbrew. Na przekór. Bez dopingu, bez czyjejś wiary w nią. Bo chyba o to pani chodzi?

Pewnie, że o to mi chodziło. Tatuś kochany…

– Coś mi tu stoi do góry nogami, majaczy niewyraźnie i nie mogę tego rozwikłać. Zaraz. Jaworczyk… Słyszałam, że podobno Jaworczyk… Pan wie, kto to jest Jaworczyk?

– Jaworczyk, Jaworczyk… A, to ten. Tak, wiem.

– Podobno przyjaźnił się z Poręczem, aktualnie już nieboszczykiem…

Widać było, jak Ostrowski gwałtownie przeszukuje pamięć.

– Zaraz, moment. Notatki mam w domu, alfabetycznie ułożone… – zakłopotał się nagle. – No, rozumie pani chyba, to nie są materiały do szantażu, tylko zwyczajne ułatwienie pracy, nie sposób wszystko mieć w głowie, a ja się zajmuję ludźmi, nie na przykład roślinami… Ale Jaworczyka już sobie przypominam, to wyjątkowy nieudacznik, kretyn podatny na sugestie, zawistny wręcz patologicznie. Co pani ma z nim… A, zaraz, obiło mi się o uszy, czy to nie on przypadkiem usiłował wplątywać panią w te zabójstwa?

– On. Głupota.

– Zawsze swąd… Mówi pani, że przyjaźnił się z Poręczem?

– Podobno.

– Każdy z nich do przyjaźni zdolny, jak ja do haftu artystycznego… Coś w tym mieli. Chwileczkę…

Skorzystałam, że Ostrowski oddał się intensywnej pracy myślowej i uzupełniłam napoje. Chwilę to trwało, bo woda musiała się zagotować.

– Coś chyba więcej słyszałem – rzekł, kiedy wróciłam. – Nie miało to żadnego sensu, więc nie zwracałem uwagi i pojęcia nie mam, kto z czymś podobnym wyskoczył, ale kojarzy mi się z Jaworczykiem. Ewa Marsz jakoby miała robić karierę na bazie ekranizacji, rozmawialiśmy już o tym, jakieś dziwaczne odwrócenie pojęć. O, właśnie! Pani też chciała, ale została pani zlekceważona. Najmocniej przepraszam…

– Za co? Pomieszania zmysłów pan nagle dostał? Żadnego szaleju ani blekotu panu nie dałam!

– Nie chciałem być niegrzeczny…

Wzruszyłam ramionami i popukałam się palcem w głowę. Powstrzymałam siadanie w połowie, poszłam do przedpokoju i obejrzałam się w lustrze. Nie, debilizm, w postaci na przykład pryszczy, na twarzy mi nie wystąpił, to Ostrowskiemu odbiło, musiała mu zaszkodzić praca umysłowa.

– Dopiero teraz jakieś obelżywe uczucia pan mi okazuje, co to za pomysł, że miałabym takie głupoty potraktować poważnie! Przeciwnie, mnie to rozśmiesza, jestem pewna, że Ewę Marsz również, o ile już przestała zgrzytać zębami. Bo w pierwszej chwili człowiek jęczy i zgrzyta.

– Nie dziwię się – mruknął Ostrowski. – Ale coraz lepiej mi się to przypomina. Brzdęki mnie takie dobiegały, nie zwracałem uwagi, a teraz widzę, że to istotnie z Jaworczyka wychodziło.

Doznałam olśnienia.

– Z Poręcza, via Jaworczyk. I odgaduję przyczyny…

Omal sobie nie odgryzłam języka, żeby się nie rozpędzać ze zwierzeniami. Nie musiał dziennikarz pławić się w osobistych niefartach Ewy Marsz, a jasne było przecież, że Poręcz ze swoją wystrzępioną ambicją musiał otrąbić pełną odwrotność. Nie on się pchał do Ewy, tylko Ewa do niego, i do uczuć prywatnych dowalił klęski zawodowe. Nawet sprytnie to robił, jako instrumentu używając Jaworczyka, też rozgoryczonego.

– Chciał ukryć własne nieudolności – wyjaśniłam, bo Ostrowski patrzył pytająco. – Coś przy tym kręcił, nie mogę się połapać, czy te wszystkie ofiary robiły Ewie świństwa, czy kadzidła paliły, jakoś mu to w kratkę wypadało.

– Jeśli ona, jako sprawca, nie wchodziła w rachubę, a on chciał się mścić… Bo chciał, prawda?

– Zionął zemstą.

– Zionął, doskonale. To tu logicznie wychodzi druga ewentualność, wielbili ją i ciągnęli w górę, bez jej zasługi. Robili za nią karierę, jeden drugiego wygryzał, żeby mieć ją na własność. Dziwaczne gadanie Jaworczyka staje się w pełni zrozumiałe. Moment, było coś… Ktoś dzwonił do naszego sekretariatu redakcji, a pytanie do mnie dotarło, czy to prawda, że ma się ukazać fotoreportaż na temat Ewy Marsz… Nie tak dawno to było, ze dwa miesiące temu.

– Czyli głupie gadanie poszło echem.

– Poszło, ale nikt normalny w nie nie wierzył. Chociaż, jak widać, wzbudziło jakieś wątpliwości.

Zaczynało mi się rozjaśniać pod ciemieniem, Ostrowski niejako ukształtował moje niewyraźne majaki. Jeśli jakiś kretyn uwierzył w idiotyzmy Jaworczyka, nienawidził Ewy Marsz i chciał ukręcić łeb jej karierze, usuwając spod nóg i ze świata użyteczne szczeble w postaci protektorów… Zaraz, ale to przecież nie w obecnej chwili, kiedy właściwie znikła z rynku! Wcześniej powinien! Zatem odwrotnie, nienawiść pozostaje, głupotę i wiarę w Jaworczyka kretyn tylko udawał, znał prawdę, chciał, zatem rzucić na nią podejrzenia… I też półgłów jakiś, nie wiedział, że jej nie ma? Nie sprawdził…?

Ostrowski coś mówił.

– …Magda powinna lepiej wiedzieć, zna ludzi, ma z nimi codzienny kontakt, a pani się z nią przecież przyjaźni? Często się panie widują?

– Ciekawe, swoją drogą, jak ten jej Henryk wygląda – powiedziałam w roztargnieniu, wciąż zapchana Ewą Marsz, i opamiętałam się gwałtownie. – Przepraszam bardzo, pan o coś pytał, myślowo byłam jeszcze do tyłu, przez chwilę nie słuchałam…

– Czyj Henryk? – nastroszył się znienacka Ostrowski. – Magdy?

– A, nie, skąd! Ewy… Mówię przecież, myślałam wstecznie, zastopowało mnie. Drobiazg. Co Magdy?

– Nie, nic. Wygląda…? A propos, właśnie, chce pani zobaczyć Jaworczyka? Mam jego zdjęcie, nie, nie noszę go na sercu, to przypadek, grupowe zdjęcie zespołu, takie dla zgrywy, mały reportażyk robiłem i przy okazji… Dopiero później ktoś zauważył, że i Jaworczyk tam się przyplątał. Chce pani?

Pewnie, że chciałam. Czym prędzej zerwałam się i na wszelki wypadek popędziłam po lupę. Ostrowski grzebał w aktówce, wyciągając z niej mnóstwo papierów, w tym zdjęcia. Podetknął mi jedno pod nos.

– O, to ten z tyłu, z lewej strony.

Morda, jak morda, nic szczególnego. Moim zdaniem głupia i trochę nadęta. Czy ja go kiedykolwiek widziałam…? Niewykluczone, mogłam widzieć, ale nie zwróciłam uwagi, z niczym mi się nie kojarzył. Możliwe, że przy jakiejś okazji on mi się przyjrzał lepiej i bardzo mu się nie spodobałam.

Ostrowski wrócił do tematu.

– Mówiłem, że od Magdy może pani usłyszeć więcej szczegółów, ludzie między sobą plotkują, będzie się z nią pani przecież widziała?

Coś mi tu zabrzmiało znajomo, przed chwilą chyba słyszałam podobne pytanie…? Nie wiadomo, dlaczego, jakoś tak ni przypiął, ni przyłatał, uświadomiłam sobie, że Ostrowski to bardzo przystojny facet. Zauważyłam to zapewne, kiedy mi się parę lat temu przedstawiał, a potem na jego aparycję przestałam zwracać uwagę z racji niewłaściwej grupy wiekowej, ale gdyby był odpowiednio starszy, to, kto wie…? Młodsi ode mnie mogli sobie istnieć wyłącznie w charakterze kumpli moich synów, jako podryw odpadali w przedbiegach.

Mignęło mi i zgasło, bo czym innym byłam zajęta.

– Magdę złapię natychmiast, w przyśpieszonym tempie, jestem pewna, że Martusią tam u nich już grzmi. Od pana chwilowo uzyskałam kołowaciznę i muszę sobie ten cały nabój uporządkować, bo spać nie będę mogła. Gdyby mi się coś przypomniało, zadzwonię do pana.

– I wzajemnie…

Ostrowski poszedł. Spróbowałam zadzwonić do Martusi, ale komórkę wciąż miała wyłączoną. Zdecydowałam się sprzątnąć naczynia ze stołu, zrzuciłam długopis, schyliłam się i ujrzałam na dywanie jakąś kartkę. Podniosłam ją, popatrzyłam…

Uprawomocnienie wyroku rozwodowego. Przez parę chwil zastanawiałam się, jakim cudem mój wyrok rozwodowy, od wieków zamknięty w pudełku z dokumentami razem z moim dyplomem, aktem ślubu, metrykami moich dzieci, aktem własności grobu i tym podobnymi cennościami, mógł się znaleźć w salonie pod stołem. Przez ostatnie kilka lat pudełka do ręki nie brałam, zapomniałam nawet gdzie stoi, sam ten wyrok wyszedł, bo mu się tam znudziło…? Spojrzałam uważniej. O rany boskie, Adam Ostrowski!

Ostrowski zgubił, miał to widocznie w aktówce razem z resztą makulatury, nie zauważył, że spadło. Może być dla człowieka ważne…

Komórkę odebrał od razu.

– Bardzo pana przepraszam – powiedziałam ze skruchą – ale pański rozwód znalazł się pod moim stołem, przykro mi, że przeczytałam, to nie z wścibstwa, tylko musiałam sprawdzić, co to jest. Bo myślałam, że może moje. Naprawdę bardzo przepraszam!

– O, masz ci los – zakłopotał się Ostrowski. – Ja jeszcze blisko jestem, pozwoli pani, że wrócę? Akurat to dzisiaj odebrałem i będzie mi potrzebne, nie, nic nie szkodzi, żadna tajemnica, to już stara sprawa…

Nawet nie wchodził. Wyniosłam mu papier do furtki.


* * *

– Słuchaj, co za doświadczenie! – wykrzyknęła mi w ucho rozentuzjazmowana Martusia. – Kazałam sobie założyć kajdanki, popatrz, nie chcieli, no i dlaczego? Przecież mogłabym być mistrzynią karate, skąd wiedzieli, że nie jestem?

Złapałam dech. Nie wierzyłam w jej zbrodnię, ale jednak niepokojem mi lekko pikało, emocje w niej strzelały gęsto, solidnie i w rozmaitych kierunkach. Na upartego mogła im dać ujście, tylko ten bagnet bruździł.

– Może ich było dużo. Powyżej pięciu przeciwników mistrz zaczyna mieć kłopoty…

– Ale ja bym sobie założyła. Od razu mnie spytali o tego złamasa, a ja nic nie wiedziałam, wcale im nie uwierzyłam, że on nie żyje, myślałam, że sobie jaja robią, chciałam, żeby mi jego trupa pokazali, to nie, głupio uparci. Ale poza tym bardzo sympatyczni, pozwolili mi zadzwonić do adwokata.

– Masz adwokata? – zdziwiłam się.

– No coś ty, do mojego byłego zadzwoniłam, żeby przyszedł nakarmić koty i wyjść z psem, podsłuchiwali chyba, bo byli trochę jakby zaskoczeni. Dyśka w górach i tam nie ma zasięgu…

A, to dlatego nie mogłam się dodzwonić do jej córki!

– …A w ogóle, słuchaj, to potworne, okazuje się, że ja tam byłam, uwierzyłam im w końcu, myślisz, że powiedzieli prawdę?

– W jakim sensie?

– On, ten zgniłek, podobno tam był, całkiem nieżywy i zarżnięty, obrzydliwość, co za szczęście, że tego nie zobaczyłam! Szukałam Jacka, mojego kamerzysty, spóźniłam się, ale mógł jeszcze czekać, rozejrzałam się i poczekałam chwilę, nikogo nie było, więc wyszłam, a on, tak mówią, leżał gdzieś w kącie, nie patrzyłam po kątach! Ty wiesz, że tam ciemno, ale Jacek to nie agrafka i nie leżałby, tylko siedział, on się nie upija, więc nie musiałam go szukać pod meblami. Dobrze, że mnie zaaresztowali, bo spać bym się bała!

– I gdzie cię trzymali?

– W pokoju przesłuchań, tak to nazwali…

– Całą dobę…?!

– A, nie. Zdrzemnęłam się na jakiejś kanapce, a w ogóle było super! Wszyscy razem siedzieliśmy przy piwie, w połowie ja stawiałam, a w połowie oni, cała balanga, straszyli mnie tym zbrodniczym widokiem, ale w towarzystwie już się nie bałam. Wmawiali we mnie zupełnie poważnie, że to ja go zabiłam, pogięło ich chyba, nożem rżnąć coś takiego, za nic! Do końca życia by mnie obrzydzenie trzęsło! Powiedziałam im, co ja o tym myślę, o tym wszarzu też, nawet im się podobało, chociaż mi nie wierzyli i uważali, że przesadzam! Wyobrażasz sobie? Przesadzam…!

– To znaczy, że złożyłaś wyczerpujące zeznania… Martusia zastanowiła się nagle.

– Myślisz, że to mogłoby być epitafium…?

– Na epitafium twoją wypowiedź należałoby zapewne nieco skrócić.

– Możliwe. Ale może wiesz, dlaczego mnie wypuścili? Zabronili, co prawda, wyjeżdżać z Krakowa, ale z mieszkania mogę wychodzić. To co?

– Nic. To znaczy, że jesteś bardzo silnie podejrzana. Groźny bandzior. U nas oskarżeni o cięższe zbrodnie przebywają na swobodzie, szczególnie recydywiści. Nie wiem dlaczego, ale chyba komuś cel przyświeca, zmniejszyć pogłowie społeczeństwa, bo taki swobodny oskarżony nie pożałuje sobie kolejnej ofiary. Co mu za różnica?

– Jak to…? Dożywocie zarobi!

– Dożywocie już ma jak w banku, a czapa, jak wiadomo, nikomu nie grozi.

– I po co to tak?

– A bo ja wiem? Nie ma przecież wyżu demograficznego. Ale jednak mniej ludzi, mniej młodzieży, to i od razu mniej szkół, mniej szpitali… Zawsze korzyść.

Martusia oznajmiła, że ogarnia ją zgroza i spytała, czy też ma koniecznie skorzystać z wolności i kogoś kropnąć. A jeśli tak, to, kogo?

– Powinnaś sama wiedzieć najlepiej – pouczyłam ją. – Poza tym przetrzymali cię te trochę, żebyś nie mogła poukrywać narzędzi zbrodni, przeszukali ci dom i samochód i, jak rozumiem, niczego nie znaleźli. Z drugiej znów strony, jeśli niczego nie znaleźli, powinni cię trzymać w kazamatach, wypuszczają tych, którzy mieli skład przyrządów morderczych. Może jednak coś miałaś?

– Co miałam mieć, na litość boską?!

– Cokolwiek. Truciznę, sztylet, bombę…

– Mam śrubokręt – wyznała Martusia żałośnie. – To znaczy, mam nadzieję, że mam, bo może mi zabrali, jeszcze nie sprawdziłam.

– A czego się dowiedziałaś?

– Czekaj… Nie rozumiem, co mówisz. Czego ja się mogłam dowiedzieć?

– Wszystkiego. No, mnóstwa rzeczy. Przecież rozmawiali z tobą i pomiędzy sobą coś gadali, nie? Nic ci z tego nie wynikło? Na tle tych wszystkich zbrodni z Poręczem na deser?

– Ja cię proszę, nie rób takich spożywczych porównań, bo nawet mój pies straci apetyt! Gadali i dziwili się tak półgębkiem, komu on się naraził. Jak w ogóle ten Poręcz przystaje do Wajchenmanna, nijak, wcale, wyszło mi, że nic im do niczego nie pasuje, brak ogniwa i brak ogniwa. Rozpaczliwie mnie pytali, kto był w tej knajpie, a ja nawet tego nie umiałam im powiedzieć! Żadnego pożytku ze mnie nie mieli.

Prychnęłam niezadowoleniem i wyrzutem.

– Ja też nie mam. Ale za to mogę ci powiedzieć, że Poręcz się przyjaźnił z Jaworczykiem.

– No to, co?

– A ty mi o tym nic nie mówiłaś.

– A miałam mówić? – zaniepokoiła się Martusia. – To takie ważne?

– Nie wiem, czy ważne, ale przecież właśnie Jaworczyk rzucał na mnie podejrzenia i już się domyślam, dlaczego… – w tym momencie przypomniałam sobie, że Martusia z pewnością jest na podsłuchu -…i już mi się te głupoty znudziły. Skoro wyszłaś z kryminału ulgowo, możesz iść spać.

Martusia oburzyła się śmiertelnie.

– No, co ty…? Miałam tyle przeżyć, ledwo zdążyłam do domu przyjechać, od razu dzwonię do ciebie, a teraz mam iść spać…?!

– Tym bardziej. Nie możesz zażywać rozrywek tak noc po nocy. Ja w każdym razie idę spać, zdenerwowałam się dostatecznie, a ty, jak chcesz, możesz sobie porozmyślać o tej przyjaźni Jaworczyka z Poręczem…

I od razu przyszło mi do głowy, że skoro Poręcz spod ciężaru podejrzeń musiał uciec na tamten świat, teraz pewnie na jego miejsce wskoczy Jaworczyk. A niech wskakuje. Nieszczęsna policja…!


* * *

Nie zdążyłam nic zrobić i z nikim pogadać, bo policja nie zwlekała z atakiem. Od rana przed moją furtką pojawił się Górski, szczęście jeszcze, że udało mi się wypić poranną herbatkę.

– Albo obie panie są świetnymi aktorkami, albo Marta Formal jest niewinna jak dziecko – rzekł od razu. – Niech mi pani nie utrudnia pracy, dość mamy i bez tego, to prestiżowa sprawa, a nie mafijne porachunki. Co tu ma do rzeczy ta przyjaźń jakiegoś Jaworczyka z denatem?

– Bez wejść i usiąść nic pan ode mnie nie usłyszy. Akurat mi się woda zagotowała w czajniku. Kawy, herbaty?

– Tym razem kawy, jeśli pani taka uprzejma.

Postawiłam napoje na stoliku i też usiadłam.

– Denata, jestem pewna, macie rozpracowanego… – zaczęłam ostrożnie, ale Górski przerwał mi z miejsca.

– Wie pani doskonale, co możemy usłyszeć od ludzi. Nikt nic nie wie, nikt nikogo dobrze nie zna, nikt nie jest niczego pewien, wszystko ślepe i głuche. Motywów materialnych nie ma, nikt nikomu portfela, samochodu ani Kossaka ze ściany nie kradnie. Grzebanie w plotkach to jak igła w stogu siana, a pani się orientuje w tych układach.

– Ja się nie…

– Pani się owszem. Brakuje mi czasu na wersalskie podchody i muszę walić wprost. Dlaczego nie odezwała się pani ani jednym słowem o Ewie Marsz?

Pomyślałam, co następuje: mogę zełgać, że co ona ma do rzeczy i w ogóle o niej nie słyszałam. Że mi zwyczajnie do głowy nie przyszła. Że nie widziałam i nie widzę żadnego związku tych trupów z nią. Mogę wyznać, że nie chciałam jej niepotrzebnie wplątywać, skoro sama się już dawno wyplątała. Przypomniałam sobie wreszcie, że już nie muszę mataczyć i mogę także powiedzieć prawdę. Moje myślenie trwało cztery sekundy.

– Miałam nadzieję, że jej nie skojarzycie – powiedziałam, zdaje się, że zarazem żałośnie i z ulgą. – Policja w subtelnościach nie gmera…

– Tak właśnie podejrzewałem. I tym bardziej węszyłem w tym jakąś zmowę czy inne krętactwo, zresztą nadal węszę, tylko w przyczyny trudno uwierzyć. Ale sama pani widzi, że ja wiem, że pani się świetnie orientuje w sytuacji, świadczy o tym pani milczenie na temat Ewy Marsz. Gdyby pogmerać w tych, jak pani sama to określiła, subtelnościach, Ewa Marsz wychodzi na prowadzenie o ładne parę długości. Kariera to motyw uchwytny, ktoś usuwa sobie z drogi przeszkodę, ale taki rodzaj zemsty post factum sam z siebie nam do głowy nie przyszedł, szczególnie, że powiązań z Wajchenmannem ona nie miała, pani w ogóle ten pomysł podsunęła. Pani ją lubi.

– Lubię. I cenię.

– Bardzo dobrze, moja żona też. Więc niech pani przynajmniej nie milczy o tych Jaworczyko – Poręczach, bo w pani miłość do nich szczerze wątpię.

Pogratulowałam mu trafności poglądów i powtórzyłam wszystko, co słyszałam o Jaworczyku. No, może prawie wszystko.

Górski się przez chwilę zastanawiał.

– W porządku. Widzę, że mataczenie pani przeszło, zatem i ja nie muszę. Coś pani z tego rozumie?

– Zaraz. Pan postanowił mataczyć przez Ewę?

– A jak? Wrabianie mi grzmiało. Pytam, co pani rozumie?

– Niewiele. To jakiś dziwoląg w kratkę. Ale tak naprawdę nie ze mną powinien pan o nim rozmawiać, tylko z Piotrusiem Panem, z Magdą, z Ostrowskim…

– Namiar na nich poproszę.

Podałam mu nazwiska i telefony i odzyskałam przytomność umysłu.

– A co do Ewy Marsz, to owszem, przyznam się, że dopuszczałam możliwość jej udziału w hekatombie, ale na szczęście jej nie ma, siedzi we Francji, więc nic z tego. To już prędzej ja, ale co do siebie, wiem na pewno, że ręki nie przyłożyłam. Wyznam panu za to, że Poręcz mi teraz do tego zbiegowiska nie pasuje, on się wprawdzie do wszystkiego wtrącał, ale samodzielnie nic nie zrobił. Paskudził innym. Do Ewy pasował, do reszty nie. Coraz bardziej jestem przekonana, że podpuszczał Jaworczyka, tylko, po co? Chyba wyłącznie z czystej złośliwości, wrodzona cecha charakteru, żeby możliwie dużo najudzić i wszystkim we łbach zamącić, nie wiem, nie zdążyłam tego przemyśleć i skonsultować, za wcześnie pan przyszedł.

Górski patrzył na mnie w zadumie, poklepując się po dłoni staroświeckim notesem, i nagle uświadomiłam sobie, że on musi przecież wiedzieć znacznie więcej niż ja. Ja tu węszę wulkaniczne uczucia, a oni, być może, dogrzebali się już konkretnych kantów, szantaży i kompromitacji. Poza tym, przecież już sięgałam po słuchawkę, żeby ściągać Górskiego, co ja mu zamierzałam… A…! Powiedziałam już to chyba…? Zatem jakie za wcześnie…?!

– A, prawda…! – przypomniało mi się jeszcze jedno. – Ten jakiś chory na anginę symulant był u Poręcza, dałam panu jego numer samochodu. Już pan wie, kto to jest?

– Prawdę mówiąc, nie wiem, czy wiem. Właściciel leży w gipsie, a samochód prawdopodobnie został ukradziony i podrzucony z powrotem. Dziwaczna jakaś historia, pomijając już to, że łańcuchem trzeba dochodzić.

W głosie Górskiego pojawiło się nagłe rozgoryczenie. Schował notes i oparł się w fotelu wygodniej.

– Nie twierdzę, że to tylko u nas, w innych krajach również, ale my chyba w tym celujemy. Oficjalny właściciel, ten z dokumentów, siedzi w Szwajcarii i robi interesy, samochód został sprzedany już parę miesięcy temu i nieprzerejestrowany do tej pory, w gipsie leży obecny posiadacz faktyczny. Czwarty tydzień leży i nie ma tu żadnego kantu, połamał się, zleciawszy ze zwyczajnej drabiny. Mieszka w Busku – Zdroju, duża willa, żona wynajmuje pokoje, bo to podobno uzdrowisko, samochód stał w garażu. Baba do pomocy, no, sprzątaczka, niestety mało rozgarnięta, upiera się, że wysprzątała garaż, bo akurat był pusty, więc skorzystała. Posprzątane jest, owszem, ale samochód w środku stoi. No i co? Kto w tym samochodzie pętał się po Kubusia Puchatka?

Żonę wykluczyłam bez sekundy namysłu, to, co w kompresie na szyi otworzyło mi drzwi, a potem wsiadło do mercedesa, z całą pewnością nie było kobietą. Wysunęłam inne przypuszczenia.

– Jakiś kumpel połamanego? Syn? Brat? Pracownik? Co on w ogóle robi, ten w gipsie?

– Radiesteta, żyły wodne i tak dalej. Ponadto zielarz, testuje pokarm dla bydła, bez wątpienia udziela porad i ludziom, i sprzedaje mieszanki ziołowe, ale do tego nikt tam się nie przyzna. Nikt go nawet nie będzie naciskał, bo któremuś prokuratorowi dziecko wyleczył.

– Ma jakichś pracowników?

– Jednego płci męskiej, nieduży, chudy, żylasty, pasuje pani?

– Przeciwnie…

– A reszta płci żeńskiej. Syna nie ma, dwie nieletnie córki, nieletnia dziewczynka rzadko kradnie tatusiowi samochód, to już raczej nieletni synek. Krewni sprawdzeni, jeden kuzyn pasuje do rysopisu, ale ma alibi, szkoli żeglarzy na Mazurach i od miesiąca nie urwał się ani na chwilę. Reszta odpada.

– Goście…?

Górski się skrzywił.

– Za przeproszeniem stare próchna i prawie same baby. Trzech facetów, dwa pryki zramolałe i jeden dziarski staruszek, siwe wąsy, siwa bródka, prawdziwe. Ten pani podejrzany, o ile pamiętam, wąsów nie miał?

– No to, kto to był?

– Otóż tego nie wiemy. Szuka się oczywiście, z tym, że to wcale nie jest małe piwo, cholernie dużo roboty, w dodatku co on właściwie takiego zrobił? Gdyby, chociaż był jakoś konkretnie podejrzany! Tymczasem ja się opieram na pani przeczuciach i możliwe, że wyjdę na idiotę…

Zmartwiłam się i zatroskałam.

– Mogło jeszcze być tak, że podwędził ten samochód byle, kto, a gdzieś tam po drodze przejął go gbur z Kubusia Puchatka. Bezpośredni może wyglądać jak zagłodzony krasnoludek i w ogóle być kobietą. Nie, ja się nie czepiam, myślałam po prostu, że dla was to będzie łatwe, sama bym się włączyła, ale przecież nie pojadę teraz do Buska! Też chcę czasami pomieszkać w domu! Może wyślę kogoś…

– Niech się pani nie wygłupia!

– Może, chociaż nazwiska tych tam wszystkich miejscowych…

– Nie umiem ich na pamięć. Mogę pani przysłać listę, bo czyjaś obecność w jakimś zwyczajnym miejscu nie stanowi tajemnicy służbowej.

– Tylko nie małpią pocztą, proszę! Ja tego nie dotykam. Faksem. Ma pan mój faks…

– Dobrze, faksem.

– Zaraz. A te przekręty, te Wojłoki, te kanty jakieś, którymi Poręcz dostojników szantażował…?

Górski machnął ręką dwa razy, raz beznadziejnie, drugi raz niecierpliwie.

– Bagno. Nikt nie będzie teraz przeprowadzał kontroli finansowej, a i tak z daleka widać, że na tym tle mogliby się wszyscy wzajemnie pomordować. Szantaże, bzdury, kogo szantaż obchodzi, nikt tu nikomu nic złego nie zrobi, ewidentni złodzieje doskonale prosperują, nawet by się im nie chciało kogoś zabijać, a jeszcze cztery osoby…? Na plaster im takie głupie kłopoty? Ja nic nie powiedziałem, a pani ani słowa nie słyszała, umówmy się, że akurat poszła pani do tych kotów w ogrodzie. Owszem, proszę bardzo, przyślę pani spis wszystkich sprawdzonych w promieniu kilometra od tego cholernego samochodu i niech pani sama szuka swojego cudownie uzdrowionego przestępcy. Nie stawiamy żadnych przeszkód.

Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że Górski usilnie chce mnie czymś zająć dla świętego spokoju…


* * *

Kurort. Busko – Zdrój. Sanatoria tam się znajdują…

Coś mi się snuło wokół nieznajomej miejscowości, jakby cień woni, której nie mogłam rozpoznać. Miałam wrażenie, że powinnam się nad czymś zastanowić i coś odgadnąć, ale wysiłki umysłowe nie dawały rezultatów. Wreszcie przyszło skojarzenie, sanatorium, oczywiście, sąsiadka Wiśniewska powiadomiła mnie, że uroczy pan Wystrzyk udał się do jakiegoś sanatorium, jasne, myśl o Ewie Marsz tkwiła we mnie zakorzeniona zapewne bez sensu, ale rzetelnie, rozrastała się i wszystko, co mogło jej dotyczyć, usiłowało zagnieździć mi się trwale pod ciemieniem. Nie swąd, tylko zwyczajna obsesja.

Jednakże nie wytrzymałam, pojechałam na Czeczota.

Krótko wprawdzie, za to intensywnie zastanawiałam się nad jakimś prezentem dla pani Wiśniewskiej. Flachę…? Nie wyglądała na pijaczkę. Jakaś ekstraordynaryjna kawa, herbata…? Poczyta mi to za aluzję do poczęstunku i ugrzęźnie w kuchni, nie chcę. Ciasteczka, czekoladki…? Ruszy całe przyjęcie, gwarantowane. Kwiatek! Najlepszy byłby kwiatek, może nawet w wazoniku, ale przecież nie idę do niej, idę do tych Wystrzyków, których, mam nadzieję, ciągle jeszcze nie ma, to niby, co, z kwiatkiem lecę do rykliwego potwora…? Na głowę upadłam?

Zrezygnowałam z prezentu.

Udało mi się, nie było u nich nikogo, a pani Wiśniewska czuwała. Poznała mnie od razu, zresztą na wszelki wypadek ubrałam się tak samo jak przy poprzedniej wizycie, prawie zostałam wciągnięta do mieszkania.

– No to jak, znalazła pani tę ich Ewę? – spytała chciwie, zaskakując mnie doskonałą pamięcią. – Bo ich nie ma, ale tylko patrzeć jak wrócą, na krótko podobnież pojechali, dwa tygodnie albo i mniej i znowu się zacznie. Znalazła pani? I gdzie ona?

Musiałam szybko podjąć decyzję, powiem prawdę i do tatusia dojdzie, Ewa rzeczywiście będzie musiała uciekać do tej Nowej Zelandii…

– A pani im nie powie?

Pani Wiśniewska aż się cofnęła z oburzeniem, wręcz ze zgrozą, poczerwieniała.

– A co też pani…! On to by chciał, jeszcze jak, akurat! Niech trupem padnę, żeby mu taką przyjemność zrobić! A jej też ani słowa, zaraz gębę do niego rozewrze i wszystko wyklepie. Za nic!

Ujrzałam w niej sprzymierzeńca.

– No owszem, niby znalazłam, ale to cały łańcuch do niej. Do mojej przyjaciółki się zgłosiła przez telefon, jakoś tam do niej dotarło, że ona jej szuka. Nie ma jej w Polsce, po całej Europie się plącze, chwilowo we Francji siedzi i zdaje się, że do Włoch się wybiera.

– I za co to tak? – zgorszyła się pani Wiśniewska. – Kto niby za to płaci?

– Sama płaci. To wcale nie tak drogo wypada, istnieją tanie hotele, pensjonaty, wyżywić się można za grosze…

– Akurat. Grosze, nie grosze, po ulicy nie zbiera.

– Ma przecież pieniądze…

– Akurat! Chyba, że te jej gachy czy tam opiekuny, co to ją tak za uszy ciągli, teraz jeszcze jej dają. Sama to ona tam nic z siebie, co to, nie wie pani, jak to jest? Telewizja ją wypchała do góry, szum wielki zrobili, te tam różne figury, ważniaki, niech ona nawet byle, co pokaże, już oni z tego majątek mają, dla niej ochłapy, a dla nich reszta, chociaż się podobnież postawiła i coraz więcej jej tkali, to może i ma… Ale bez nich nic nie będzie miała, aż jej w końcu całkiem zabraknie i do tatusia będzie musiała wrócić z podkulonym ogonem, to ja się nawet trochę dziwię, że ona się stawia i wyjechała. Wyjechała naprawdę? I kiedy? Dawno?

Rewelacyjne wieści prawie mnie zatchnęły, ale udało mi się wydobyć z siebie głos i powiedzieć, że siedem miesięcy temu. Ten jeden miesiąc mogłam jej dołożyć bez wyrzutów sumienia.

– Znowu, znaczy, uciekła. Co i raz to od jakiegoś ucieka, ale tyle to ja rozumiem, jak jej porządniej zapłacą, znowu wróci. Nie ma ona szczęścia, tyle, że jak od tego rykacza poszła, chociaż te wielkie szychy się nią zajęły i blisko żłobu miejsce zrobiły…

Z wielkim wysiłkiem opanowałam wstrząs, ujawniając za to powątpiewanie.

– Kto tak powiedział? Skąd pani przyszło do głowy…

– No jak to? Ten przyjaciel kochany, ten Florcio, co też go rzuciła, latał tu i się skarżył, sam ją wypchnął, wywindował, na jego rękach wyjechała do góry i tak mu się odwdzięczyła…

Pani Wiśniewska najwyraźniej w świecie miała jakiś przypływ niechęci do Ewy Marsz. Nabierała rozpędu. Możliwe, że nieobecność tatusia i chwila wytchnienia przestawiła ją na nieco inny, acz zbliżony, temat.

– A ten rykacz, jak o tym słyszał, to aż mnie się tynk sypał na głowę, i nic, tylko o pierzu, pierze i pierze, że ona na cudzych karkach tym pierzem porasta, tego znieść nie mógł całkiem. Ze swojego Floriana siódme poty wyciskał, a kto tam tak za nią, kto tam ją reklamuje, kto tam tak ją wysławia i te dobrodziejstwa jej sypie, kto tam za nią wszystko robi, a dla niej chwała. Dla niej chwała, a dla nich pieniądze. Głupia ona, bo samą chwałą nikt się nie pożywi, chociaż tu słyszę od pani, że trochę rozumu nabrała. Ja tam jej dobrze życzę i powiem pani, że tak całkiem w to gadanie nie wierzę, już w końcu niemożliwe, żeby do niczego zdatna nie była, i szkołę skończyła, i w ogóle, on tak chyba w nerwach więcej gadał niż było…

Zalęgły mi się podejrzenia, że pani Wiśniewska podsłuchiwała piętro wyżej przy dziurce od klucza.

– …a nic bym z tego prawie nie słyszała, żeby nie te ryki, bo każde słowo to rykadło w złości powtarzało. Głuchy by usłyszał, a ja, dziękować Bogu, głucha nie jestem. A pani jak myśli? Dobrze gadał, czy nie?

Pytanie padło dość nagle i, skołowana doszczętnie, omal nie przeprosiłam pani Wiśniewskiej za niesłusznie zaległe podejrzenia. Zdementować gadanie Poręcza…? Ależ bardzo chętnie, Ewie to chyba nie zaszkodzi.

– E tam, dobrze. Szkalował ją i obszczekiwał, ma pani rację, że w nerwach. I wcale jej nie pomagał, przeciwnie, raczej przeszkadzał. To zdolna dziewczyna, sama pracuje, chociaż faktem jest, że inni się na niej bogacą…

– No i dobrze mu tak – przerwała pani Wiśniewska mściwie. – Bo tak chciał, żeby jej nic nie wyszło, a wszystko tylko z tatusia ręki miała, a jakby się, kto miał bogacić, to tylko on sam! A zły był niemożliwie!

Udawało mi się jakoś wyłapać, kiedy jest mowa o tatusiu, a kiedy o Poręczu.

– Ze złości się rozchorował…?

– Jakie rozchorował, co też pani? Zdrowy jak byk!

– Ale do sanatorium…

– No to nie z choroby żadnej przecież, tak sobie, dla rozrywki pojechał, ktoś tam znajomy mu naraił, że jeszcze przed sezonem, to tanio wypada. Niby mamrotał, że coś tam ma, reumatyzm czy coś, wielkie mi, co, a kto nie ma? Reumatyzm będzie leczył! Jeszcze udawał, że kuleje!

– I gdzie to sanatorium na reumatyzm?

– A bo ja wiem? Nie mówił. Ona coś tam bąkała, że i jej się przyda, ale gdzie tam jej się co przyda, jak jego ma na głowie!

– A czym pojechał? Ma samochód?

– Ma takie pudło stare, ale jakoś mu ciągle jeździ. I tym pudłem pojechali. Zielone. Opel to się podobnież nazywa, tak mówił… ale co ja gadam, jakie tam mówił, ryczał! Aż szyby brzęczały. Pod domem to trzyma i nawet nikt mu ukraść nie chce…

No to już się dowiedziałam, sanatorium na reumatyzm. Ciekawe, które. Osobiście wiem o trzech, Busko, Ciechocinek i Nałęczów. A, nie, jeszcze czwarte, jeziorko w Zielonce pod Warszawą, sama borowina, wątpliwe jednak, czy pan Wystrzyk zamieszkał w zaroślach nad brzegiem. Chociaż… diabli wiedzą, co tam ostatnio zrobili i czy to jeziorko w ogóle jeszcze istnieje.

Zostawiłam panią Wiśniewską, pełną mieszanych uczuć, w tym obaw, że jej zgryzota akustyczna lada chwila wróci.

Z lekkim zdumieniem i wielką satysfakcją stwierdziłam, że dobrze zgadłam. Poręcz był źródłem poglądów Jaworczyka, Ewa jak Ewa, ale co mu do łba wpadło, żeby i do mnie się przyczepić? Owszem, materiał stanowiłam niezły, opinii o pijawkach nie kryłam, motyw istniał, ale nie popadajmy w przesadę! Gdyby tak każdy dawał ujście uczuciom do niewydarzonych twórców, pogrom objawiłby się we wszystkich dziedzinach, Sejm musiałby ograniczyć dozwoloną miesięcznie liczbę pogrzebów, tak jak pacjentów w Służbie Zdrowia…

Pacjent jak pacjent, może przetrzyma, ale taki nadprogramowy trup…? Zaśmiardnie się na bank.

Zainteresował mnie niezmiernie przypuszczalny popyt na zamrażarki…

Telewizyjny Kontropom pani Danusi, przejrzawszy uświetnione zbrodnią tajne archiwum, nie podał rzecz jasna swoich spostrzeżeń i opinii o znaleziskach do wiadomości publicznej, ale pani Danusia właściwości fizjologiczne w pełni zachowała. Nadal umiała mówić.

Pół telewizji szemrało tajemniczymi papierami, które znalazł i ukrył, i jej zdaniem były to jakieś umowy. A przynajmniej na umowy wyglądały. Ewentualnie mogły to być rachunki, zobowiązania, może pokwitowania, ale raczej umowy. W związku, z czym papiery przeistoczyły się we wszelkie możliwe dokumenty z wyrokami śmierci włącznie, a dotyczyły każdego, kto tylko komukolwiek na myśl przyszedł. W przodzie leciały wysokie stanowiska.

Kontropom natomiast po zakończeniu penetracji otarł pot z czoła i wrócił do właściwej sobie postaci niejakiego komisarza Lipowicza, który złożył Górskiemu relację.

O jego poczynaniach w telewizji dowiedziałam się od Magdy.

Przyleciała z pyskiem, że nasłałam na nią gliny w sprawie Jaworczyka, ale awantura, jaką mi zrobiła, brzmiała dziwnie miękko i nie zawierała w sobie nie tylko żadnych elementów agresywnych, ale nawet nadmiaru pretensji, zbliżała się raczej do łagodnego wyrzutu. Zaledwie trochę nią prychnęła.

– Ale to przecież nie ciebie wyeksponowałam! – zaprotestowałam buntowniczo i bez żadnej skruchy. – Głównie waliłam w Piotrusia Pana i zaraz potem w Ostrowskiego!

– No właśnie! Piotruś Pan ma jakieś zgryzoty rodzinne, a Ostrowski kryje się po kątach, więc wyszłam im na prowadzenie. I proszę, wzięli mnie na pierwszy ogień!

– I co?

– Czy to, co trzymasz w ręku, to jest ludzkie jedzenie? – zainteresowała się w odpowiedzi.

Spojrzałam na to, co trzymałam w ręku. Styropianowa tacka ze skórkami po kaszance, szczątkami kiełbasy, reszteczką makaronu z sosem i usmażoną rybą, o której zapomniałam i która właśnie przekraczała ostatnie stadium jadalności. Wszystko elegancko pooddzielane od siebie.

– Nie, to kocie. One lubią takie przekąski na podwieczorek, zaraz się tego pozbędę. Dla ludzi mam przypadkiem sałatkę z krewetek.

– Odchudzająca?

– Idealnie.

– Nie obrażę się za trochę. Nie przyszłam tu jeść, przyszłam plotkować, ale ci gliniarze zmarnowali mi śniadanie i teraz coś mnie ssie.

– Nerwica wegetatywna – zaopiniowałam, co nie przeszkodziło mi w ustawieniu na stole salaterki i kompotierek. Magda odchudzała się uparcie, nie żeby schudnąć, ale żeby nie utyć, spotykając się przy tym z moim pełnym zrozumieniem.

– Słowo ci daję, bardziej ulgowo mi przeszedł trup Zamorskiego niż ten cały Jaworczyk – oznajmiła z urazą. – Maglowali mnie i maglowali, prawie czułam się jak makaron, po którym przejeżdża walec drogowy. Jaworczyk to dla mnie właściwie ciało obce i z drugiej ręki, więc żeby w ogóle im coś powiedzieć, oplotkowałam całą telewizję. Najtrudniej było omijać archiwum i kasety z Ewą Marsz, chcąc nie chcąc, musiałam wyżywać się na innych! Co właściwie nie robiło wielkiej różnicy, bo i tak blady popłoch padł na wszystkich powyżej szczebla sprzątaczki.

Zaniepokoiłam się, marginesowo myśląc, że chyba niepotrzebnie, skoro Ewa Marsz jest już bezpieczna i poza podejrzeniami, po czym przypomniałam sobie, że wcale tego nie jestem pewna, bo ścisłej odpowiedzi na tle alibi jeszcze od Lalki nie dostałam.

– Czepiali się kaset?

– Nie żeby specjalnie. Zahaczali przez to gadanie Jaworczyka. W dodatku musiałam też omijać panią Danusię i w końcu pomyliło mi się, co, od kogo słyszałam. Okropność!

– A co mówiła pani Danusia?

Tu usłyszałam barwny opis działalności Kontropoma, zakończony wyniesieniem podejrzanych papierów. Pani Danusia, rzecz jasna, dobrze odgadła, co to było takiego, rozkwit dokumentów nastąpił dopiero w dalszych relacjach, podawanych z ust do ust.

Magda podchodziła do sprawy bez wielkich emocji.

– Zwykłe przekręty. No, może niektóre trochę ostrzejsze, szczególnie te z dawnych czasów, w każdym razie zainteresował się tą umową z ówczesnym wydawnictwem Ewy Marsz. Zdaje się, że było tam więcej takich wymuszonych umów, przelanie praw do utworu wbrew woli autora, czasem w ogóle bez jego wiedzy i za nędzne grosze. Nikt się nie procesował, u nas prawa człowieka do jego własnej myśli twórczej traktowane są jak gówno, nie muszę cię chyba o tym przekonywać. Zauważ, że taki Dyszyński, krzyki, bestseller, szał, a sam powiedział, że prędzej się goły wytarza w pokrzywach niż dotknie tego bagna, odciął się radykalnie. A ty sama? W cywilizowanym kraju za podstępne użycie nazwiska dostałabyś miliony odszkodowania!

– Nie mów do mnie na ten temat – poprosiłam głosem, który zapewne wstrzymał nieco ocieplanie klimatu.

– Nie zamierzam, bardzo cię przepraszam. Kotłuje się tam w tej chwili całkiem nieźle, paniką śmierdzi aż miło, wszyscy zaczynają się wypierać wszystkiego i nikt nikogo nie zna. Prawie zapomnieli, że zaczęło się od Wajchenmanna, a propos, Waldek Krzycki cudem wyszedł ulgowo!

– No właśnie! – ucieszyłam się, czym prędzej wyrzucając z myśli także podstępne wepchnięcie mnie w reklamę produktu, który bezlitośnie krytykowałam na prawo i na lewo. – Miałam cię o niego zapytać, bo mnie trochę martwił. Jakim sposobem nie jest podejrzany?

Magda westchnęła dosyć rzewnie.

– Miłość, moja droga, miłość. Sam seks bezuczuciowy chybaby nie wystarczył. Umówiony był z Wajchenmannem na jakieś tam wczesne popołudnie i zaniedbał sprawę. Nie był w stanie oderwać się od dziewczyny, to najnowsza narzeczona, zapewne nieco oporna, bo do porozumienia doszli dopiero nad ranem, motel sto kilometrów od Warszawy, zapomniałam jak się nazywa, ale serwują tam szampana. Podobno dobrego. No i pieczętowali to porozumienie akurat do wczesnego popołudnia, Walduś trochę się wahał, czy siadać za kółkiem, bo chodziły wieści, że łapią, ale napatoczył się znajomy z żoną, rozwodzą się akurat, więc o żadnym uzgodnieniu zeznań w ogóle nie ma mowy, zabrał ich. Walduś nawet był zadowolony, po samochód postanowił przyjechać znów z tą samą narzeczoną, szampana ograniczyć… Znajomy całą drogę kłócił się z żoną i jechał jak chora krowa, drogówka ich zatrzymała, cały cyrk, dość, że dojechał do Wajchenmanna potwornie spóźniony, równiutko z radiowozem…

– Na litość boską! Sto kilometrów jechał cztery godziny…?!

– Nie wymagaj ode mnie przesadnej ścisłości! Po pierwsze, to jest trochę więcej niż sto, może sto czterdzieści, po drugie wczesne popołudnie to była mniej więcej szesnasta, a po trzecie w Magdalence trafili na korek – monstre. Świadkowie na miejscu, przywieźli go i nie zdążyli uciec, nie było siły, żeby kropnął szefa dwie godziny wcześniej. Podejrzany był krótko, chociaż motywów nie brakowało.

– No to całe szczęście, bo martwiłam się trochę o niego, chociaż nie znam człowieka. Moja dusza w takie rzeczy się wtrąca. Co tam jeszcze pani Danusia mówiła? Coś więcej ten Kontropom zabrał?

– Społeczeństwo uważa, że kasety z Ewą Marsz.

Nie spodobało mi się to. Czatowałam na te kasety.

Pomyślałam, że jeśli to prawda i cieszy się nimi policja, a nie zabójca, może uda mi się wydoić je przez Górskiego.

– Pewnie chcą obejrzeć – mruknęłam. – I po cholerę…? Biedni ludzie, niedobrze im się zrobi.

– Niech się robi, kara boska za maglowanie…

– I tak ciesz się, że nie wiedziałaś tego, co ja teraz wiem, bo nie odczepiliby się od ciebie nigdy w życiu. Jeszcze by ci spadł na głowę ostatni trup.

Magda upuściła widelec i otrząsnęła się z lekka.

– Nie strasz mnie. Masz na myśli tego od Martusi? Poręcza? Co on tu ma…? A, właśnie! Co teraz wiesz? Coś nowego?

– Chodźmy do salonu, tam jest ładniejszy widok. Przy okazji sprawdzę, co koty zeżarły w pierwszej kolejności, z pewnością rybę. Otóż wiem na pewno, że Jaworczyk powtarzał to, co Poręcz w niego wmówił…

Z szalonym zainteresowaniem Magda wysłuchała wybrakowanych nieco komunikatów od pani Wiśniewskiej. Musiałam pilnować, żeby nie wyeksponować tatusia, prywatna gehenna Ewy Marsz powinna pozostać w cieniu, nie było powodu rozgłaszania jej po całym świecie. Poręcz mógł przecież rozpuszczać pysk szerzej, ciesząc się obszernym audytorium, niekoniecznie tylko do tatusia. No i do Jaworczyka.

– Zawiść z tego strzela jak noworoczne fajerwerki – orzekła Magda. – Konsultowałaś to już z kimś myślącym? Z Piotrusiem Panem na przykład? Z Ostrowskim też by się przydało…

Drogą niepojętych, ale za to błyskawicznych skojarzeń znów zamajaczył mi jej desperado.

– Zaraz – przypomniałam sobie bez żadnej złej myśli. – Zdaje mi się, że miało cię nie być? Co z chłopakiem? Jedziesz w końcu do tego Gdańska czy nie? Chcę wiedzieć, potrzebna mi tu jesteś.

Magda odwróciła głowę, jakbym jej się nagle wydała obrzydliwa.

– Cieszę się, że w ogóle jestem komukolwiek gdziekolwiek potrzebna – rzekła drewnianym głosem i urwała na króciutki momencik, z wielkim zainteresowaniem wpatrując się w dziwne zielsko przed samym tarasikiem, które już dawno powinnam była wyrwać. Zostawiłam je tylko dla eksperymentu, żeby zobaczyć, co z niego wyrośnie, a na razie rosło wyłącznie wzwyż, zasłaniając widok na resztę ogrodu.

Wystarczyło mi to. Nawet, jeśli wpatrywała się krytycznie, nie szkodzi, głowę dałabym sobie uciąć, że tego zielska wcale nie widzi. Znaczy, coś nie gra…

– A ten texiko – meksikano…?

– Jest tam.

– Rozumiem, że nie ponagla…? – spytałam brutalnie, od razu rezygnując z subtelności. Magdzie do więdnących lilijek było daleko.

Odzyskała nagle energię razem z siłą ducha.

– Co tam, powiem ci. Ale nie mów nikomu, bardzo cię proszę.

– Właśnie mam tu gdzieś megafon, zaraz poszukam…

– Tak naprawdę wcale nie o niego mi chodzi. Zmieniłam poglądy. Czarujący wybryk, ognisty, ale nie można spędzać całego życia w petardach! No owszem, miałam ochotę na parę takich wystrzałowych chwil, może nawet na dłużej, chociaż w głębi duszy wątpiłam w stałość, ale już mi się przypłaszczyło. Poza wszystkim, był tu chwilę w Warszawie i okazuje się, że jest żonaty i w dodatku dobrze żonaty, dosyć mam tych żonatych, nie lubię tego, zmroziło mnie od razu, o depresji mowy nie ma, ale zniechęcenie owszem. No, a tu, u ciebie… Wiesz, ja się chyba zdenerwowałam… Nie spodziewałam się… Okazuje się, że nie byłam przygotowana, chociaż myślałam, że jestem…

Olśnienie spadło na mnie niczym grom z jasnego nieba.

– Ostrowski… – wymamrotałam tym razem ostrożnie i delikatnie, tłumiąc zaskoczenie.

Magda oderwała się od zielska i gwałtownie zainteresowała mną. Widocznie przestałam być obrzydliwa.

– Jak zgadłaś? Było widać?

– Nie. To fluidy. Wzajemne…

– O wzajemności nawet mi nie wspominaj! W szczegóły nie będę się wdawać, w każdym razie Adam stanowi zadrę w moim życiorysie.

– Z czego wynika, że dość długo się znacie…?

– Przeszło dziesięć lat. Od wieków go nie widziałam, unikaliśmy się wzajemnie i znienacka spotkałam go tu, u ciebie. Nie bardzo bym chciała, żeby mi to wszystko wróciło.

Nietaktowne wydało mi się wytykanie, że, cokolwiek to miało być, właśnie widać, że wraca. Wylęgła się we mnie rozterka, wtrącać się czy nie, bo że Ostrowski ku Magdzie grawituje, w oczy biło, moje wtrącanie zaś miewało rozmaite skutki. Może wyjątkowo powinnam, nic nie mówiąc, spokojnie posiedzieć na tyłku…

– Wolałabym, żebyś coś powiedziała – westchnęła Magda – bo jakoś tak strasznie milczysz. Nie wiem, jak to należy rozumieć.

– Z całej siły opanowuję nachalność i natręctwo – wyjaśniłam jej życzliwie. – Cechy wrodzone genetycznie, które mnie samej tak dokopały, że nie rób drugiemu, co tobie niemiło. Ponadto z moich osobistych doświadczeń wynika, że taki jakiś, spotkany znienacka, na mój widok zrywa się i wybiega, co jest poniekąd jednoznaczne. Nie zauważyłam u Ostrowskiego skłonności do zrywania się i wybiegania, więc nie wiem…

Magda, siedząca dotychczas w fotelu z głową na oparciu, z nogami wyciągniętymi na środek salonu, wyprostowała się nagle i usiadła normalnie, prezentując jakby powrót do życia.

– No i proszę, potrafisz jednak człowieka ustawić do pionu! Spostrzeżenie pocieszające, bez względu na wzgląd. Ale może wpływ na to miał trup Zamorskiego?

Może i trup, Ostrowski to dziennikarz, dziennikarz lekceważący trupa nie byłby dziennikarzem…

Przez chwilę rozważałyśmy kwestię, nie, trup nie miał tu nic do gadania, nazwisko Zamorskiego Magda wyjawiła dopiero znacznie później, pominęła je w pierwszej chwili, zaczęła od calvadosu. Zatem nie trup.

– Dopuszczam osłupienie – zgodziłam się łaskawie. – Chociaż w twojej wizycie u mnie nie ma znowu niczego takiego niezwykłego, nie było chyba mowy, że przeniosłaś się ostatnio do Afryki Południowej albo, co…?

– Nie, ale wyleciałam z dwójki…

– No to, co? Bywają u mnie wyłącznie pracownicy telewizji publicznej? Mnie się wydawało, że wręcz przeciwnie!

– Dobrze, nie będę się upierać. Myślisz, że… Ale… O Boże, jadę obok tematu, to jak te koleiny na szosie, nie, chyba powiem wprost. Na razie kłamię okropnie, a właśnie chciałam przyjść i pogadać z tobą od serca, bo jednak mną szarpnęło. Dawno go nie widziałam…

Taksówki w tym mieście istnieją, zastanowiłam się, co będzie najwłaściwsze. Szybko doszłam do wniosku, że produkt powinien stać przed nosem i nie wymagać uciążliwych zabiegów w postaci ustawicznego sięgania do lodówki albo gmerania w lodzie. Czerwone wino i koniak, proszę bardzo, niech sobie stoi jedno i drugie… nie, bez żartów, czerwone wino po krewetkach nie idzie, zatem koniak…

Magda zapewne również pomyślała o taksówkach, bo nie zaprotestowała ani słowem.

– Właściwie, powiem ci szczerze, już się prawie zdecydowałam na mojego desperado, romans z doskoku, niech będzie, widać było, że on by tak wolał, a ja… no, wiesz, jestem otwarta na propozycje, do diabła z żoną, ostatecznie mam, co robić. I akurat wtedy pojawił się Adam. I odbiło mi.

Westchnęła, skorzystała z koniaku, popatrzyła na zielsko, w polu widzenia ukazał się kot i popatrzył na nią, co najwidoczniej wspomogło ją na duchu.

– Myśmy się kochali – rzekła szorstko. – Okazuje się, że z mojej strony nie należy to do bezpowrotnie minionej przeszłości…

– Z jego też… – wyrwało mi się bardzo cichutko, ale Magda dosłyszała.

– Może. Ale stopień natężenia jest inny. Dla niego najważniejsza jest żona, ja mogę zajmować najwyżej zaszczytne drugie miejsce. Nosem mi powychodziły te drugie miejsca!

– Była… – wtrąciłam znów, jeszcze ciszej.

– Co była?

– Była żona…

– Bzdura. Kit i legenda. Też mi pieprzył takie androny, ale rozwód jakoś nie wchodził w rachubę, bo dziecko, bo śmo, bo owo, dziecko obecnie już maturę zdało, zawracanie dupy, boczną ulicę sobie znalazł, no więc nie chciałam, to ja zerwałam i powiem ci prawdę, teraz chyba żałuję. Nie jestem pewna, coś mi się tam w środku telepie, właściwie chciałam albo się wywnętrzyć, albo z tobą naradzić. Albo jedno i drugie.

Zastanowiłam się, czy Ostrowski po rozwodzie nie poderwał sobie czegoś nowego, ale moja dusza uważała, że nie.

– On się rozwiódł – powiedziałam odważnie. Magda wzruszyła ramionami.

– Teoretycznie. W prawdziwy rozwód nie wierzę.

– To uwierz. Rozwiódł się praktycznie. Prawnie. Odczepiła się wreszcie całkowicie od zielska i od kota, które uparcie ciągnęły jej wzrok, i popatrzyła na mnie.

– Skąd wiesz?

– Widziałam…

Nagle zyskałam całkowitą pewność.

– Rany boskie, dopiero teraz rozumiem! Ślepa komenda bezmyślna, mogłam to zgadnąć od razu, przecież on specjalnie gmerał w aktówce, żeby ten rozwodowy papier zgubić pod moim stołem! Podobizna Jaworczyka, rzeczywiście, akurat mi była potrzebna jak dziura w moście, spać bym bez tej mordy nie mogła! Wszystko przez pomór na pasożyty, ogłupiło mnie…

– Joanna, o czym ty mówisz? – zaniepokoiła się Magda.

– O rozwodzie Ostrowskiego. Dyplomatycznie zgubił, miał nadzieję, że ci powiem…

– W nic nie uwierzę! Piętnaście razy przysięgał, że już się rozwodzi i gówno! Jak pies z kotem żyli, fakt, ale ona się nie zgadzała, szantażowała dzieckiem, a on ulegał, taki szlachetny, aż się rzygać chciało! Zgniewało mnie w końcu… Zaraz, co ty mówisz? Że co on zgubił dyplomatycznie…?

– Wyrok… nie, uprawomocnienie wyroku rozwodowego.

– Prawdziwe? Niesfałszowane?

– Z sądu. Z pieczęciami. Cholernie dużo do fałszowania. Nie spojrzałam na datę, ale nawet, jeśli wczorajsze, to i tak dowód, że rozwód nastąpił definitywnie. Ejże…! – urwałam nagle i przyjrzałam się jej podejrzliwie. – On cię przecież odwoził po trupie Zamorskiego, to, o czym wyście rozmawiali? Uciekłaś mu z samochodu na przystanku autobusowym?

– Nie, na postoju taksówek w Wilanowie. Ale my przecież oficjalnie rozmawiamy ze sobą, utrzymujemy znajomość, jak takie dwa dobrze wychowane pnie…

– I nawet nie napomknął o rozwodzie?

– Nie ośmielił się. Nic prywatnego, o trupach owszem, wymarzony temat, ale bez żadnych osobistych wycieczek!

– A on nie myśli przypadkiem, że ty sobie przygruchałaś kogoś na stałe?

Magda spojrzała na mnie, znów spojrzała na taras, gdzie siedziały już trzy koty, i obejrzała kieliszek.

– Wino łagodniej przechodzi – westchnęła. – Koniak jest podstępniejszy. Zrobiłam, co mogłam, żeby myślał, że tak. I, jak sądzę, myśli.

Zastanowiłam się troszeczkę.

– Na to człowiek dostał gębę, żeby nią czasem pokłapać – orzekłam z wielkim naciskiem. – Służy to wzajemnemu porozumieniu, szczególnie, jeśli operuje się tym samym językiem. Możesz moją głęboką myśl przekazać Ostrowskiemu.

– Sama mu przekaż. Słuchaj, ty naprawdę myślisz, że on to zgubił specjalnie, żebyś mi powiedziała, że widziałaś papier na własne oczy? Jak było dokładnie? Opowiedz!

Wydarzenie, obiektywnie biorąc, mało skomplikowane i niezbyt atrakcyjne, upuszczenie na dywan jednego kawałka papieru, zajęło nas tak, jakby było, co najmniej pożarem całego miasta, trzęsieniem ziemi, względnie zasadniczym elementem akcji szpiegowskiej. Z całej siły starałam się utrzymać we własnym wnętrzu swoje prywatne poglądy, chęci, sugestie i skłonności, w końcu dorośli byli, nie zamierzałam ich swatać ani rozdzielać, obiektywizm uważałam za święty obowiązek i o mało z tego nie pękłam.

Uratował mnie telefon.

– Masz, czym pisać? – spytała Lalka z tamtej strony. – To pisz! Pierwsza data, o ile pamiętam to Wajchenmann, ona była w Forges – les – Eaux, w kasynie, zanocowała tam, miejsce znalazła, bo nie sezon, dopiero na drugi dzień przyjechała do Paryża. Samochodem. Po drodze brała benzynę, płaciła kartą…

Długopisem, który nie chciał pisać, na tylnej stronie jakiegoś urzędowego dokumentu zapisywałam poczynania Ewy Marsz w momentach kolejnych zbrodni. Ulgi doznawałam z chwili na chwilę większej, aż wyszło na jaw, że na Poręcza ona alibi nie ma. Nikt jej nigdzie nie widział.

– A ona sama mówi, że gdzie była? – spytałam nerwowo.

– Nigdzie. Mówi, że siedziała w domu i cześć. Znaczy w hotelu, ona mieszka gdzieś przy des Ternes, wynajmuje coś taniego, małego, ale laptop jej się tam mieści.

– Jadła coś?

– Wyskoczyła do bistro, jak sprzątali. Więc sprzątaczka też jej nie widziała.

– Ale widziała mokry ręcznik, mokre mydło, samo się nie zalało…

– Ona podobno mało rozgarnięta, nie wiadomo czy pamięta, więc alibi wątpliwe. Wiem, wiem, na korzyść oskarżonego, nie musisz mi tłumaczyć. A ten jej Henryk nazywa się zwyczajnie, Wierzbicki, ona mi pozwoliła dać ci jego komórkę, pisz… I ma to być tajemnica, aż się wszystko uspokoi i on jej pozwoli wrócić.

– A co powiedziała, jak jej powiedziałaś wszystko, co ci powiedziałam…?

– Najpierw nic, a potem tyle, że do wieczora musiałabym gadać, bo mi się od razu lęgły komentarze. Słuchaj, ona ma jakieś podejrzenia, takie dziwne i okropne, że jej przez usta nie przechodzą, ale nie, bo wiem, o co zaraz zapytasz, nic z tych rzeczy, ten Henryk chyba nie wchodzi w rachubę. To cywilista…

Z jakiej przyczyny akurat cywilista nie mógłby się zdobyć na czyny mordercze dla ukochanej kobiety, nie wiedziałam i na razie nie próbowałam w to wnikać. Wystarczyło mi potwierdzenie nieobecności Ewy Marsz na miejscach zbrodni, od razu poczułam się swobodniej, chociaż znów uległa mi się iskierka niepokoju i wróciła gwałtowna skłonność do matactwa. Diabli nadali, akurat przy Poręczu! Na jej miejscu sama bym go kropnęła…

Jednakże telefon Lalki i odrobinę wybrakowane alibi Ewy wytrąciły mnie z tematu Magdy i Ostrowskiego, złapałam oddech i nie pękłam.

Magda, rzecz jasna, odjechała taksówką.


* * *

Mecenas Henryk Wierzbicki napawał spokojem. Miał w sobie coś, co działało kojąco, w czasie szalejącego pożaru mógł powiedzieć: „Nie mamy innego wyjścia, jak tylko skakać z szóstego piętra przez okno, spokojnie, proszę państwa, po kolei, wszystko będzie dobrze.” I wszyscy posłusznie, grzecznie i bez żadnego zdenerwowania, podduszeni dymem, zaczynaliby ustawiać się w kolejce do tego okna. Co śmieszniejsze, w obecności takich ludzi zazwyczaj rzeczywiście wszystko kończy się dobrze i nikt nie ginie. Nie wiadomo jak oni to robią, ale w życiu są wprost bezcenni.

W dodatku był przystojny i zionął rozsądkiem.

Spotkałam się z nim w małej kawiarence w Wilanowie jeszcze tego samego wieczoru, bo pchało mnie, żeby coś zrobić, a nikogo nie mogłam złapać, ani Piotrusia Pana, ani Ostrowskiego, ani Miśki, ani tym bardziej Górskiego. Mecenas Wierzbicki, jako jedyny, odebrał komórkę i okazało się, że właśnie wychodzi od klienta o dwieście metrów od tej kawiarenki.

Znalazłam się tam w ciągu czterech minut. Drogówka w okolicy mojego domu akurat nie stała.

Kawiarenka tym się odznaczała, że miała dwa stoliki na zewnątrz i rozmawiać można było swobodnie, a kawę robili bardzo dobrą, co mnie wprawdzie było obojętne, ale pan mecenas pokrzepił się z wyraźną przyjemnością.

– Skąd u pani takie zainteresowanie tą sprawą? – spytał zwyczajnie, ciekawie, jak człowiek. – O ile wiem, osobiście panie się nie znają? Ewa bardzo chciała panią poznać, nie złożyło się jakoś, ale byłaby zachwycona, gdyby wiedziała…

– Już wie – przerwałam, nie siląc się na Wersal. – Co o niej myślę, nie tylko mówiłam, ale także pisałam parę lat temu, jest świetna, a bliska znajomość istnieje pośrednio. Ona kocha Lalkę, a ja się z Lalką przyjaźnię, co prawda dziwnie, ale za to trwale. Ponadto perypetie Ewy zirytowały nas jednakowo i w rezultacie Lalka mnie podpuściła, żeby zająć się Ewą porządniej. Nie mam teraz czasu wdawać się w detale, sądzę, że przy najbliższej okazji Ewa panu wszystko opowie, a ja mam na razie, co innego do rozstrzygania.

Wierzbicki nie zamierzał dyplomatycznie udawać idioty.

– Rozumiem. Więc jednak się rozeszło i miejsce pobytu Ewy stało się znane…

– Jak komu – przerwałam ponownie, sucho, ale grzecznie. – Wie o nim Lalka i ja, ale nawet nazwa hotelu nie padła, a w tych okolicach hoteli jak mrówków, sama w ostatnich latach pomieszkiwałam w ośmiu. A lada chwila będzie wiedziała policja w postaci jednego przyzwoitego faceta, który nie zatrudnia się jako głośnik na rynku. Musi wiedzieć o Ewie, żeby mieć swobodną myśl i rozwiązane ręce.

– A dlaczego pani osobiście tak zależy na rozwikłaniu sprawy?

Zdążyłam pomyśleć, że on niegłupi i już wywęszył sedno rzeczy.

– Z dwóch powodów. Pierwszy mniej ważny, mną sobie gęby wycierają i jestem podejrzana na zasadzie zegarka, ciekawi mnie mechanizm nienawiści, bo to jedyny pchacz w moim kierunku. I drugi, istotniejszy, zahacza o Ewę. Motyw. Likwidacja pijawek, pasożytów, nie zauważył pan tego?

– Szczerze mówiąc…

Zawahał się nagle i zaczął patrzeć na mnie jakby z nowym zainteresowaniem. Że nie moja uroda nagle mu się w oczy rzuciła, to pewne, pomijając już wiek, wyleciałam z domu nie spojrzawszy w lustro, w tym, co miałam na sobie, w domowej flanelowej kiecce, zadrukowanej wzorami reklamowymi rozmaitych alkoholi, z lśniącym nosem bez pudru, z mizernym kołtunkiem na głowie i właśnie w tej chwili stwierdziłam, że w rannych kapciach. Istne arcydzieło na konkurs piękności i pokaz mody. Świetnie, ale nie leciałam przecież podrywać Ewie Marsz jej wielbiciela!

Na myśl, że zainteresowanie wobec tego musiał wzbudzić mój intelekt, doznałam silnego drgnięcia pociechy.

– No! – zachęciłam. – Niech pan sobie pozwoli.

– Ten rodzaj motywu brałem pod uwagę – powiedział powoli i z namysłem. – W nikłym zakresie, bo w zasadzie dotyczyłby wyłącznie Ewy, a co do jej niewinności, mam pewność absolutną. Musiałby, zatem być to ktoś inny, podobnie dotknięty. Istnieją takie osoby?

Aż mną rzuciło.

– Prawo to zawód w zasadzie humanistyczny – wysyczałam głosem rozwścieczonej żmii. – I docenia pan Ewę Marsz. Nawet, jeśli przysięgnie pan mi tu na kolanach, że jest pan ćwokiem, cepem, żłobem i niedoukiem, nie uwierzę panu! Niemożliwe, żeby pan od dzieciństwa niczego nie czytał, niczego nie oglądał, nawet przyssanie się wyłącznie do Hemingwaya też by nie wystarczyło, jego również spieprzyli, jak nie na ekranie, to na scenie, nawet ja, nie lubiąc, wyłapałam niuanse! Homer nad panem lata i zaraz pana kropnie w ciemię! Czy pan nie widzi, kogo tu się załatwia? Pijawki lecą pod nóż, płazińce, bezkręgowce, pasożyty, wielcy twórcy, żerujący na cudzym natchnieniu, cudzym talencie, cudzej myśli, cudzych osiągnięciach, dziełach, nieboszczyk Dickens już im nic nie zrobi, ale każdy żywy jeszcze może! Nie liczyłam autorów, którym całą karierę i opinię spaskudzili, ale zrobię to, policzę, pan wie, że Ewie po tych gównach telewizyjnych spadła poczytność? I nie tylko jej, więcej jest takich podciętych, człowiek obuchem w łeb dostaje i przestaje pisać! Wie pan o tym czy nie?!!!

– Więc jednak…

– A jednak, jednak! I co…?!!!

Wierzbicki milczał długą chwilę.

– Mimo wszystko, tak silna reakcja chyba rzadko się zdarza…

– A zabijanie się wzajemnie dla pieniędzy jakoś nikogo nie dziwi – zauważyłam zimno. – I dla kariery też.

– Istotnie. I mniejsze zaskoczenie wzbudziłaby sytuacja odwrotna, zabicie autora, który nie chce sprzedać praw do utworu. A, powiedzmy, realizator przewiduje wielkie zyski, spadkobierców ma już ugadanych i wyłącznie ta jedna osoba stoi mu na przeszkodzie. Tu zaś w dodatku nie zamiar wchodzi w grę, tylko coś w rodzaju kary za nieudolność. Względnie niedbalstwo.

– Możliwe. Także wykluczenie nieudolnych poczynań na przyszłość, sama taka myśl człowiekowi przyjemność sprawia… – nagle przypomniałam sobie, o co mi właściwie chodziło. – A, właśnie! Pan przecież coś podejrzewał? Bo zrozumiałam, że to pan wypchnął Ewę Marsz z kraju i wychodzi mi, że dla zabezpieczenia jej przed posądzeniami? Co to było, tak naprawdę?

– Skoro tyle pani wie, słuszne będzie powiedzieć i resztę – zaopiniował Wierzbicki po krótkim namyśle. – Bo widzę, że trochę to już zaczyna być wypaczone…

– I nawet myślałam, że pozbył się pan jej, żeby samemu ich wykosić – dołożyłam przyjemnie i taktownie.

Pan mecenas zachował opanowanie i nie upuścił filiżanki, chociaż już mu prawie z rąk leciała. Przyjrzał mi się z zainteresowaniem jeszcze większym.

– W tym miejscu widzę zasadnicze wypaczenie. Powinna pani orientować się, że zaistniało coś w rodzaju nagonki na Ewę, jakieś bardzo podstępne, rzekłbym, podstawianie nogi i psucie opinii. Z jednej strony wprowadzało ją to w stan rosnącego zdenerwowania, z drugiej uniemożliwiało pracę, nieprzyjemności spowodowały wręcz chorobliwą chęć ucieczki, byłem, zatem zdania, że słuszne będzie na jakiś czas ją odseparować…

– Poręcz…! – wyrwało mi się.

Pan mecenas nastawił się już zapewne na moje urocze wtręty, bo nie stracił spokoju.

– I nie tylko… Sam zaś, całkowicie bez morderczych zamiarów, postanowiłem wniknąć w sprawę i zorientować się dokładniej w przyczynach tej uporczywej działalności. Widzę, że pani mogłaby uzupełnić moją dotychczas zdobytą wiedzę…

– Nie bez Ewy – zastrzegłam się natychmiast. – Nie wiem, w jakim stopniu ona pana wtajemniczyła w rozmaite intymne doznania, mam tu na myśli raczej przewód pokarmowy, a nie uczucia szlachetne, coś mdli człowieka, wyżera wnętrzności, soliter albo, co. Znam to z doświadczeń własnych, niechętnie się o tym mówi, nawet do siebie. Więc może ona sobie nie życzy tak się nicować do mężczyzny.

– Nie musi. Pani zna jej… rodziców?

– A pan zna? Osobiście?

– Miałem przyjemność raz się zetknąć…

– Osobliwy pogląd na przyjemności… To właściwie pan już wszystko wie, spółka Poręcz – tatuś mogłaby wykończyć stado krokodyli. Od początku wydawało mi się, że Ewa Marsz jest wrabiana, sprawca musiał nie wiedzieć, że jej nie ma w kraju. Wyjechała bez huku?

– Nawet, rzekłbym, ukradkiem.

– Bardzo rozsądnie. Czego panu jeszcze brakuje?

– Konkretnych klęsk natury zawodowej. W jaki, ściśle biorąc, sposób rezultaty jej pracy i niewątpliwego talentu mogły się przekształcić w dzieła poronione? Poniżej wszelkiego dopuszczalnego poziomu? Przecież, o ile wiem, miała w tym swój własny, bezpośredni udział, umowy opiewają na współautorstwo, jak to się dokładnie dzieje, że zapisana treść zostaje przetworzona? Proponowałem jej wytoczenie sprawy cywilnej, ale broniła się przed tym pazurami i zębami, twierdząc, że sedno rzeczy jest nie do udowodnienia. Publiczne bebeszenie, takiego określenia użyła.

Już od początku rozbudowanego pytania zaczęłam kiwać głową i pod koniec o mało to kiwanie nie skręciło mi karku.

– Miała rację. Ona jest samowystarczalna wewnętrznie, umysłowo. Każde współdziałanie, pozorne partnerstwo tylko jej przeszkadza. Zmusza do zmiany, cudzy pomysł może jej nie pasować, jej pomysł natyka się na krytykę, korektę, na propozycje, które paskudzą. To już udręka, a jeśli z odpowiednim wysiłkiem przeprowadzi swoje, później zostaje to przetworzone wedle cudzych, innych upodobań. Nigdy nie miał pan do czynienia z filmem, z reżyserem, który kształtuje obraz, stworzony przez autora?

– Osobiście i bezpośrednio nigdy.

– A wywiady? Nie spadło na pana to szczęście, że pan coś mówi, a dziennikarz przerabia to na własne kopyto?

– Nie udzielam wywiadów.

– To niech pan da na mszę dziękczynną – poradziłam ponuro – bo to jest właśnie to. Przeróbka subtelności na prymityw, autor pisze, że ta jakaś siedziała obok i delikatnie dotykała go łokciem, a reżyser pcha mu ją na kolana i kręci ostrą pornografię. Patrz chociażby „Rodzina Whiteoaków”. I jak pan wyjaśni przed sądem, że miał pan na myśli upojenie uczuciowe, a nie seksualne szkolenie rozparzonej młodzieży? Jaki sąd zrozumie pańskie pretensje? Mówi pan na przykład, że starannie sprawdzał pan znajomości klienta, a dziennikarz wkłada panu w usta słowa, że zaniedbał pan klienta, bo zajmował się pan innymi osobami. I co? Przecież to nie jest nawet rażąco obraźliwe!

Wierzbicki słuchał z wyraźnym zrozumieniem.

– Efekty takich poczynań oczywiście widziałem, czytuję nie tylko Hemingwaya. Owszem, ktoś skrzywdzony wypaczeniami, w jakimś amoku mógłby się zemścić. Ale tu już wcześniej…

Przerwałam mu, nie zdoławszy tak od razu przyhamować rozpędu.

– I nie tylko autor beletrystycznego utworu, także scenarzysta! Napisał scenariusz, reżyser to bierze, łapie pomysł i całą resztę przerabia wedle swojego gustu. Reżyser to jest pierwszy po Bogu, nikt inny nie ma nic do gadania, przygasić go mogą tylko pieniędzmi, może i zrezygnuje ze swoich kretyńskich natchnień, a wtedy mu wyjdzie jeszcze głębsze dno. Nie mówię o dobrych, bo są u nas i dobrzy, nawet znakomici, mówię o tych niewyżytych pijawkach. Wielki twórca z próżnią we łbie, krwiopijca na wyssanej ofierze upasiony!

– Bardzo ładnie pani to precyzuje, przyznaję, że Ewa mówiła to samo, chociaż trochę innymi słowami. Ale mam na myśli wcześniejsze wydarzenia. Udało mi się stwierdzić, że wymieniony przez panią Florian Poręcz bardzo zręcznie i podstępnie psuł jej opinię, przy każdym spotkaniu zaś powodował jakieś nieprzyjemności. O spotkania się starał…

Nie wytrzymałam.

– Zaraz, moment. Do diabła z dyplomacją, mówmy wprost. Od dawna mieszkał przecież obok niej, niemożliwe, żeby pan o tym nie wiedział, jak to się mogło stać? Przyjaźnił się podobno z jej rodziną…?

Urwałam i popatrzyłam pytająco. Wierzbicki się jakby ożywił, obejrzał, wnętrze kawiarenki było doskonale widoczne przez szybę, gestem poprosił panienkę za bufetem o jeszcze jedną kawę.

– Otóż tak. Zamierzałem zwrócić pani na to uwagę.

– Nie musi pan – przerwałam trochę niecierpliwie. – Ja z wścibskimi babami chętnie plotkuję. Ciekawi mnie, czy ta rodzina znała jej adres. Bo Poręcz w sobie znanych celach mógł go ukrywać, ujawnił tatusiowi czy nie?

– Z pytania wynika, że pani też węszy w tej niszczycielskiej akcji rękę ojca?

– O, wyszło panu…?

– Nawet dość wyraźnie.

– Ale o miejscu zamieszkania dowiedział się chyba niedawno…?

– Czyim miejscu zamieszkania? Bo adres Poręcza znał od początku.

– Ewy…

Pan mecenas zawahał się, po czym uznał, że informację o tych prostych wydarzeniach może mi przekazać. Ewa mieszkała wcześniej w mieszkaniu po mężu, przypadłym jej po sprawie rozwodowej i jego wyjeździe. Znajomość z uroczym Florianem, ekranizacje książek i ten cholerny scenariusz zbiegły się w czasie, zajęły razem przeszło dwa lata, po czym, korzystając z pobytu Poręcza w Krakowie, postarała się odczepić od niego i zamieniła swoje mieszkanie na to przy Kubusia Puchatka. On również tam zamieszkał całkowicie przypadkowo, o czym nie miała pojęcia, przez prawie trzy lata nie wiedzieli o sobie wzajemnie, nazwisko Siedlak Poręczowi było obce, jakimś cudem nie spotkali się ani razu, mimo korzystania z tej samej klatki schodowej, ale szczęście nie trwa wiecznie. Bliskość terytorialna wyszła na jaw, Poręcz szału radości dostał, a Ewa wpadła w panikę.

Wtedy zaczęła uciekać z własnego domu i pomieszkiwać, gdzie popadło, z czego można by wnioskować, że bała się wizyty tatusia. Wierzbicki znał ją od czasu jej sprawy rozwodowej, aczkolwiek wcale tej sprawy nie prowadził, poznał ją przy okazji i tyle. Wedle poglądów mojej duszy zakochał się w dziewczynie od pierwszego kopa i już mu na zawsze zostało.

Przyjrzałam mu się porządniej i uznałam, że na miejscu Ewy przyjęłabym tę wielką miłość bardzo chętnie i z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nabrałam nadziei, że ona też.

Zarazem spróbowałam na poczekaniu rozwikłać wszystkie łgarstwa Poręcza, wygłaszane do każdego, kto mu się napatoczył, w tym do Martusi, do Jaworczyka, a jeszcze bardziej do tatusia Ewy. Imponujące! Sąsiadka Wiśniewska stała mi na drodze, mącąc nieco własnymi wnioskami, ale, zapomniawszy o czymś takim jak dyskrecja, zaczęłam myśleć na głos.

W życiu nie spotkałam człowieka, który słuchałby mojego gadania z równą uwagą!

– Ewa się trzęsła na ulicy – powiedział, kiedy wreszcie zamilkłam. – To już było więcej niż nerwica, to był obsesyjny lęk. Bała się, uciekała w pracę, w pisanie, ale po tych kompromitacjach za nic w świecie nie chciała publikować. Ja to czytałem, świetne, każde wydawnictwo chwyciłoby z zapałem, każdy periodyk! Wiedziała o tym, wprost powiedziała, że boi się sukcesu, przemyśliwała nad zmianą pseudonimu, ale równocześnie był w niej opór przed zmianą, fizycznie może się ukrywać, ale twórczo nie, ona to ona i koniec. Sama weszła w błędne koło. Gdybym miał kogokolwiek zabijać… do czego raczej chyba nie mam skłonności… to tylko tego Floriana Poręcza…

– Na pana miejscu znalazłabym jeszcze i drugi cel – wystrzeliłam grzeczniutko, zanim zdążyłam się powstrzymać. – O, ja nic nie mówię, zawsze byłam uważana za wariatkę, niech już tak zostanie…

– Pani jest zachwycająca – powiadomił mnie z galanterią wielbiciel Ewy.

Nie przejęłam się tym zbytnio. Wciąż majaczyło mi w umyśle coś, co usłyszałam od pani Wiśniewskiej, a co powinno mieć swoje znaczenie. Dobijało do tego coś, co usłyszałam od Lalki. Gwałtownie pożałowałam, że nie istnieję w dwóch osobach, jako ja i jako Górski. Jedno drugiemu byłoby niezbędne i osiągałoby sukcesy piramidalne.

– Najmądrzejszym czynem pańskiego życia było wysłanie Ewy w diabły poza granice kraju – oznajmiłam stanowczo. – Nie ma siły, włączę w te intymne subtelności jednego gliniarza i musi pan się z tym pogodzić. A propos, czy ma pan informacje aktualne? Tatuś Ewy podobno udał się do sanatorium leczyć reumatyzm, nie wie pan, dokąd?

– Nie mam pojęcia. Od pani się tego dowiaduję, mimo wszystko nie przeistoczyłem się w agencję detektywistyczną, zrozumienie i wiedza to dwie różne rzeczy. Powinienem to sprawdzić?

– Nie, on już lada chwila wróci, nie warto. Cholera. Gdybym była o trzydzieści lat młodsza…!

Ogłuszywszy mecenasa tym osobliwym okrzykiem, dałam mu spokój.

Zanim dojechałam do domu, z komórki zadzwoniłam do Martusi, zapomniawszy kompletnie, że jej telefon powinien być na podsłuchu.

– Martusia, słuchaj, musisz powiedzieć mi prawdę. Zabiłaś tego palanta, czy nie? Jeśli zabiłaś, nikt się tego ode mnie w życiu nie dowie, narażę się na wszystko, powiem, że byłam kompletnie pijana, chociaż akurat siedzę w samochodzie, mam sklerozę, alzheimera, cokolwiek. Zabiłaś go, czy nie?

Martusia przeraziła się śmiertelnie.

– Nie! Przysięgam ci na kolanach! Dlaczego ty chcesz, żebym ja go zabiła, co się stało, ja się brzydzę takich rzeczy, Jezus Mario…?

– Śledztwo mi się paskudzi. Miałabym rozwikłaną całą sprawę, wszystkie zbrodnie, gdyby nie ten padalec. Jeśli ty, wszystko się zgadza, jeśli nie, nic nie ma sensu! Mów prawdę, bo w życiu nie będę z tobą rozmawiać!

Prawie było widać, jak Martusia pada na kolana przy telefonie.

– Niech nie wiem, co, niech mnie do końca życia zęby bolą, przysięgam ci, na co chcesz, to nie ja!!! Nie zabiłam tego wkręta jadowitego, niech mi ręka uschnie! I nawet jego parszywego trupa na oczy nie widziałam! Na życie mojego psa i moich kotów ci przysięgam!!!

No tak, to przesądzało sprawę. Sensu w tym wszystkim nie było za grosz.

Faks od Górskiego znalazłam na podłodze. Tak jakoś to moje ustrojstwo działało, że przysyłane informacje, przybrawszy postać zadrukowanych kartek, ześlizgiwały się z maszynerii i łagodnym, płynnym lotem sfruwały wprost pod biurko, gdzie stawały się całkowicie niewidoczne.

Rzecz oczywista, przedtem zadzwoniłam z awanturą i nawet nie złapawszy Górskiego, dowiedziałam się, iż ów faks został wysłany. Osoba po drugiej stronie z lekką urazą w głosie powiadomiła mnie, że osobiście załatwiła sprawę już parę godzin temu.

Wtedy zajrzałam pod biurko.

Cała lista. Nawet ułożona alfabetycznie, zaopatrzona w chronione dane osobowe, chociaż nikt nie wie dokładne, które to są te dane. Miejsce urodzenia? Aktualny adres? Miejsce urodzenia może i powinno zostać tajemnicą, ale aktualny adres bywa niekiedy niezbędny, jak, do licha, mam się umówić u siebie z człowiekiem, bodaj nawet dziennikarzem, ukrywając przed nim miejsce spotkania? Wykształcenie…? Przed kim je chronić, przed upragnionym pracodawcą? No może, owszem, jeśli mam wykształcenie ogrodnicze, a pcham się na stanowisko dyrektora technicznego lotniska…? Imiona rodziców…? A… obawiam się rasistów, a mamusia miała na imię Mba Wu Psi… Ale jeśli na potomka Mba Wu Psi czeka w spadku kopalnia złota…?

Wszystko to przeleciało mi przez myśl w trakcie wyłażenia spod biurka z dwiema kartkami w ręku. Chciwie rzuciłam się na spis, zaczęłam od Bolończyk Eugeniusz i nie dojechałam do Żabiec Antoni, ponieważ zastopowało mnie lekko już na początku i zatrzymało radykalnie pod koniec.

W Busku leczył się na reumatyzm Dyszyński, doskonale mi znany poważny autor, doceniany, nagradzany, ten właśnie, który wolał się tarzać w pokrzywach niż prawować z telewizją o własny honor i twarz. Po spieprzeniu mu najlepszego utworu w rozgoryczeniu zapowiedział wprawdzie, że niczego więcej już nie napisze, ale i tak nie przerzucił się chyba na kradzieże samochodów. Mnie w każdym razie do roli złodzieja nie pasował.

Porozmyślałam nad nim chwilę i poleciałam wzrokiem dalej. No i w końcowej części alfabetu pojawili się państwo Wystrzyk.

Wystrzyk Romuald i Wystrzyk Jadwiga. Stały adres: Warszawa, Czeczota. Rodzice Ewy Marsz.

Skomplikowane skojarzenia ruszyły w moim umyśle w jakiś przedziwny pląs. Pana Wystrzyka, kradnącego samochód tego… jak mu tam… Spojrzałam na listę, Majewskiego, właściciela nieruchomości, jego żona prowadzi pensjonat… samochód leżącego w gipsie Majewskiego… nie umiałam sobie wyobrazić jeszcze bardziej niż Dyszyńskiego. Stare pryki, Górski tak powiedział, a w ogóle Dyszyński mieszka tam, w tym Busku, gdzie indziej…

A nawet gdyby, to właściwie, co mi tak na tym zależy? Ktoś przyjechał tym wózkiem i zwizytował Poręcza, no to, co? Poręcz zapewne był już wtedy w Krakowie, a Ewa tkwiła we Francji, szkodliwość wizyty zerowa, czego ja się tak czepiam? Może w ogóle Majewski dobrowolnie pożyczył samochód jakiemuś znajomemu, do którego nie chce się przyznać, bo jest to znajomość kompromitująca?

Ciekawe, swoją drogą, jak też ten rykliwy grzmot wygląda… Kto go zna? Poręcz, oczywiście! No nie, Poręcza już nie zapytam… Chłopak Miśki, Piotruś Pan! Chyba zna swojego idiotycznego chrzestnego ojca…? No i oczywiście, pani Wiśniewska.

Telefon, Piotruś Pan, do licha, nie mam jego numeru, zaniedbanie, Miśka… Jak zwykle wyłączyła komórkę, w domu nikt nie odbiera, Magda, to samo… Mecenas Wierzbicki… mówił, że raz się z nim spotkał, gdzieś tu na stole miałam zapisany numer…

Kiedy u furtki brzęknął gong i zdenerwowany ochroniarz grzecznie zapytał, dlaczego przed moim domem nie pali się światło, bo może umarłam, spojrzałam wreszcie na zegarek. Dochodziła jedenasta. Numer Wierzbickiego właśnie znalazłam, ale zreflektowałam się, no nie, bądźmy dorośli, jeśli ja zacznę dzwonić do ludzi o tej porze, oni mi się odwdzięczą, wcale nie chcę. Wizerunek pana Wystrzyka przecież nie ucieknie, mogę poczekać do jutra…


* * *

Na Czeczota znalazłam się o bladym świcie, dwadzieścia po dziewiątej i pierwsze, co ujrzałam, to był zielony, obdrapany opel, stojący przed domem. Zatrzymałam się za nim i podjęłam pracę myślową.

Upragniona postać wróciła, mogę tu posiedzieć i poczekać, aż wyjdzie z domu, obejrzę go sobie, ale po pierwsze, po podróży może odpoczywać i nie wyjdzie dziś, tylko dopiero jutro, po drugie, może i wyjdzie, ale nie tknie samochodu, dla zdrowia pójdzie piechotą, czy ja wiem, dokąd, do kiosku, na spacer… Skąd mam wiedzieć, że to on? Po trzecie, pani Wiśniewska przydałaby mi się ogólnie, podsłuchu mu nawet zakładać nie trzeba, cokolwiek on tam powie, ona dosłyszy i powtórzy, a może wydał już z siebie interesujące ryki…? A później jej nie złapię, bo pójdzie do sklepu… Po czwarte, a gdyby tak wziąć byka za rogi i złożyć wizytę, pomyliłam się, myślałam, że tu mieszka krawcowa… Do kitu, żona otworzy, a pan domu krawcową ma gdzieś i nawet się nie pokaże…

Zdecydowałam się jednak na panią Wiśniewską.

Nic mi z tej decyzji nie przyszło, trzeba było przyjechać wcześniej. Pani Wiśniewska najwyraźniej w świecie zaliczała się do sklepowych rannych ptaszków, już jej w domu nie było. Wróciłam do samochodu i do wahań.

Z domu nagle ktoś wyszedł. Duży facet, bykowaty, wyprostowany jak świeca, chociaż w wieku niewątpliwie zaawansowanym. Wgapiłam się w niego zaskoczona, energicznym krokiem zbliżył się do opla, obszedł go dookoła, dzięki czemu przez chwilę odwrócony był twarzą ku mnie, postał chwilę, pokręcił głową do siebie i oddalił się na piechotę.

Siedziałam nadal w bezruchu, a zaskoczenie mijało mi dość szybko. To był ten z Kubusia Puchatka, ten sam, który otworzył przede mną drzwi Poręcza, z kompresem na szyi i z włoskami zmierzwionymi przez małpę… Do diabła z tą małpą! I który wyzdrowiał piorunująco, wyszedł bez kompresu i odjechał mercedesem Majewskiego z Buska – Zdroju.

Tatuś Ewy Marsz zwizytował nieobecnego Poręcza, z tajemniczych przyczyn usiłując nie ujawniać wizyty, kryjąc swoją obecność za szańcem choroby zakaźnej…? Ktoś tu zwariował. A może to wcale nie jest tatuś Ewy, tylko właśnie ta kompromitująca znajomość Majewskiego…? Akurat teraz ci ludzie wywijają jakiś przekręt chyba tylko po to, żeby jeszcze bardziej skomplikować zbrodniczą sytuację!

Nie, ja się muszę upewnić…

Złapać Miśkę. Koniecznie trzeba złapać Miśkę, gdzie ta zołza w ogóle mieszka? Jak ja mogłam wmieszać się w ten idiotyczny galimatias, nie zadbawszy o podstawowe informacje, na głowę już chyba upadłam do reszty. Obie z Lalką straciłyśmy ostatni ślad rozumu, należało ustalić wszystkie adresy, telefony, nazwiska, pokazać sobie zdjęcia, a nie utrudniać teraz życie przez brak elementarnej wiedzy!

Numery Miśki miałam w domu. Musiałam wrócić, żeby zacząć do niej dzwonić.

Ledwo zdążyłam znaleźć notes, zabrzęczała mi komórka. Lewkowski.

– Czy ja mogę na chwilę wpaść do pani, mam kilka drobnostek do załatwienia, akurat jestem blisko, więc jeśli pani nie jest zajęta…

Wydawało mi się, że jestem zajęta, ale udało mi się oprzytomnieć i pomyślałam nawet, że pan Tadeusz może się okazać użyteczny. Znów mi się zalęgła jakaś mętna myśl, z którą nie wiedziałam, co zrobić.

– Niech pan wpada. Im prędzej, tym lepiej.

Nagrałam się Miśce na sekretarkę, stwierdziłam, że Lalka jest nieuchwytna i już pan Tadeusz pojawił się w furtce.

– Ma pani serdeczne pozdrowienia od Dyszyńskiego – powiadomił mnie na wstępie. – Ale ja nie o tym chciałem…

– Owszem, o tym – przerwałam mu z wielkim naciskiem, gwałtownie zaintrygowana. – Skąd się panu wzięły te pozdrowienia, skoro on siedzi w kurorcie reumatycznym? Dokładnie, w Busku – Zdroju?

– Rzeczywiście, siedział, ale już nie siedzi, wczoraj wrócił, wieczorem było takie spotkanie literackie, specjalnie na nie przyjechał, pani tych imprez nie lubi…

– Nie mógł nam wcześniej powiedzieć, że tam siedzi? A nawet i teraz… Boże drogi, gdybym wiedziała, poleciałabym na to cholerne zbiegowisko bez względu na to, co to było!

– Poetyckie głównie…

– Zniosłabym i poezję…!

Pan Tadeusz, zorientowany w moich gustach czytelniczych, zdumiał się niezmiernie. Zdaje się, że stracił nadzieję łatwego załatwienia tego czegoś, z czym przyszedł, a co właśnie zaczynał wyciągać z aktówki, zaciekawił go mój nagły ciąg ku Dyszyńskiemu.

– Gdybym wiedział, że on pani jest potrzebny…

– Był potrzebny. W tym Busku. Dałby się może podpuścić na pogawędkę z jednym takim, który też tam był, głupi i okropny, ale może by wytrzymał. Teraz już przepadło, obaj wrócili.

– A to ciekawe, co pani mówi, on tam właśnie rozmawiał z kimś, trafnie pani go określiła, głupim i okropnym. Sam wyraził podobne zdanie.

Jeszcze nie błysnęła mi nadzieja na ślepy fart.

– Nie wiem, czy to był właściwy – westchnęłam i ruszyłam do kuchni. – Ale herbaty może pan dostać. Chce pan?

– Herbaty nigdy nie odmawiam. Bardzo proszę. Tematy poruszali bliskie pani sercu, Dyszyńskiego zirytowało to tak, że wczoraj nawet mi się zwierzył, chociaż na ogół nie lubi o tym mówić, no, ale cała kwestia jest poniekąd aktualna, w środowisku ciągle nie tyle może wrze, ile bulgocze…

Porzucając myśl o szklankach, kurcgalopkiem wróciłam do salonu. Szklanki nie zające, nie pouciekają, a czajnik słychać z daleka.

– No? – pogoniłam niecierpliwie i zachłannie. – Niech pan mówi dalej! Co powiedział? Z czego się zwierzył?

Pan Tadeusz, uparcie trzymający się poglądu, iż zaspokajanie moich najdziwaczniejszych kaprysów należy do jego obowiązków, porzucił wyciągnięte w połowie papiery.

– Właśnie rozmowę tam odbył taką, która go zdenerwowała, miał małe spotkanko z czytelnikami, zorganizowane ad hoc na prośbę bibliotekarki… właściwie kierowniczki…

– Wszystko jedno na czyją, kucharka też dobra. Odbył i co?

– Po spotkaniu, jak zwykle…

– Wiem, jak bywa zwykle! I co?

Nigdy nie przeczyłam, że pan Tadeusz ma ze mną trudne życie.

– Jeden z uczestników… czytelnik zapewne… przyczepił się do niego chyba jako ostatni, tak wnioskuję, bo inaczej Dyszyński nie miałby tyle czasu, wykręciłby się obowiązkami…

Czajnik prztyknął, krzyknęłam strasznie, żeby pan Tadeusz milczał jak głaz, dopóki nie wrócę, pobiłam wszelkie rekordy w nalewaniu herbaty, wróciłam, niczego nie rozlewając ani nie tłukąc.

– No? I co dalej?

– No właśnie, jakiś bezczelny typ. Upierał się rozmawiać o ekranizacjach, to jak o sznurach w domu powieszonego, zresztą, ogólnie biorąc, był to zasadniczy temat spotkania i Dyszyński miał zupełnie dosyć, stąd jego wściekłość, jeszcze do wczoraj mu nie przeszła, no i stąd pani, bo skojarzenia same się nasuwają…

– Do diabła ze mną! I co?

– Stąd pozdrowienia…

– Do diabła z pozdrowieniami! To znaczy, chciałam powiedzieć, dziękuję bardzo, wzajemnie. I co?!

– I, co zdumiało Dyszyńskiego, to głębokie przekonanie, z uporem wyrażane przez rozmówcę, że wszelkie ekranizacje stanowią reklamę i niejako gloryfikują autora. Bez filmu, a co za tym idzie bez reklamy, nikt by o nim nie wiedział i nikt by nie czytał, odebrał to prawie jako obelgę…

– Atak furii Dyszyńskiego może pan ominąć – powiedziałam szybko. – Doskonale potrafię go sobie wyobrazić.

– Za to ja nie umiałbym chyba odpowiednio barwnie przekazać, bo jeszcze do mnie parskał. W dodatku ów osobnik był zarozumiały i uparty, wiedział lepiej, podawał zupełnie bezsensowne przykłady, chyba przyszedł pod koniec spotkania i większości argumentów nie słyszał, Dyszyński zdobył się na cierpliwość, bardzo rzeczowo wyjaśnił mu, że jest akurat odwrotnie, przynajmniej w odniesieniu do utworów znanych i poczytnych. Wyglądało na to, że zasiał w nim wątpliwości, co poczytał sobie za osobisty sukces, nawet jakby go ucieszył, co już wydało mu się dziwne…

– I kto to był, ten facet?

– Nie wiem. Nie było o tym mowy…

– A jak wyglądał?

– Też nie wiem. Dyszyński go nie opisywał…

– I co ten facet jeszcze mówił?

Pan Tadeusz zakłopotał się nieco.

– Nie potrafię pani powiedzieć, nie wiem, w zasadzie była mowa o reakcjach Dyszyńskiego, no i o Wajchenmannie, bo to się samo nasuwa, czołowa postać w tej serii zbrodni, Dyszyński nawet zażartował, że sam siebie mógłby podejrzewać, gdyby nie to, że jest zbyt leniwy…

– Mało – zaopiniowałam karcąco. – Nie mógł pan go jakoś porządniej wypytać?

– Nie wiedziałem, że trzeba – usprawiedliwił się pan Tadeusz. – A właściwie, o co wypytać?

– O tego faceta. Trafiło się jak ślepej kurze ziarno… Do głowy by mi nie przyszło…

– A może pani…

– Zaraz. Uczciwie mówiąc, posiekane wióry po mnie biegają, jakoś to muszę rozwikłać. Myślenie szkodzi.

– A może pani po prostu osobiście porozmawia z Dyszyńskim, może ja panią umówię? Możemy nawet zaraz…

– Nie – powiedziałam pośpiesznie, bo pan Tadeusz już otwierał notes. – To znaczy, tak. To znaczy, jeszcze inaczej, niech pan mi zostawi jego numer komórki albo, co, tak na wszelki wypadek, a ja się jeszcze zastanowię.

Pan Tadeusz spełnił moje życzenie i spróbował przystąpić do spraw, z którymi przyszedł, nie przeszkadzałam mu już. Podpisałam się na czymś, czego nawet nie obejrzałam, zaprzątnięta podejmowaniem decyzji.

Nie ja z Dyszyńskim będę rozmawiać, tylko Górski. Może da się namówić, może zdołam jakoś uporządkować rozbiegane wióry i przekonać go… Zaraz, do czego? No właśnie, może Górski zgadnie, o co mi właściwie chodzi, bo to, co wymyślam, jest nieziemsko głupie i kłóci się samo ze sobą. Tak jest, koniecznie muszę złapać Górskiego. Wszystkich muszę połapać!

Natychmiast po wyjściu pana Tadeusza na nowo rozpoczęłam łapanie.

– Ja się ukrywam nie przed tobą i w ogóle nie przed ludźmi, tylko przed moją matką – powiedziała niecierpliwie Miśka w telefon. – Widzę tu właśnie, że mi się nagrałaś, więc proszę bardzo, dzwonię. Gdybym nie wyłączała całej akustyki, od mojej matki miałabym dwanaście telefonów dziennie, zrobiłam kiedyś eksperyment, specjalnie dopuściłam ją do głosu i policzyłam. Przetrzymałam dwa tygodnie, żeby nie było, że to wyjątkowo, przeciętna wypadła dwanaście na dzień.

– A odbierałaś? – zainteresowałam się.

– W tym rzecz, że tak. Też żeby nie było, że dziesięć razy nie mogła mi czegoś tam powiedzieć, więc musiała dzwonić.

– I co mówiła?

– Że jakaś dziwna ta pogoda, nie wiadomo, zimno czy ciepło, może by jej własna córka powiedziała, w co się trzeba ubrać, że chyba jej się zepsuła ta parasolka w kratkę, że koty tak niewygodnie śpią na fotelu i czy jeden drugiego nie przygniata, powinnam przyjść i sprawdzić, że chyba już jej tarta bułka wychodzi, że w aptece zmienili ekspedientkę, a tej nowej ona nie zna, więc niech coś zrobię, że dlaczego nikt do niej z wizytą nie przyjdzie, że sąsiad, jak idzie, to okropnie powłóczy nogami i szura, że jeden kwiatek jej zdycha, że podarła jej się koronka na tej koszuli, co ją jeszcze od ojca dostała, na pewno gdzieś naprawiają takie rzeczy, więc niech ja to załatwię, że nie wie, co robić cały wieczór, bo w telewizji same śmieci, że za drzwiami ktoś kichał i ona z pewnością już się zaraziła, że koniecznie jej potrzebna nowa herbatka z mięty, bo stara już się przedawniła, że niech ja przyjdę i odczytam datę, bo może się nie przedawniła… Nie było rady, musiałam jej przerwać.

– Opamiętaj się, rany boskie, umiesz to wszystko na pamięć…?!

– Jeśli słyszy się coś sto razy, niemożliwe jest nie zapamiętać. Ale i tak z pewnością trochę mylę, bo może powinnam przyjść i sprawdzić tartą bułkę, a nie koty, a do naprawy oddać parasolkę. Ta parasolka w kratkę jest moją zmorą od dzieciństwa, a parasolek w ogóle ona ma sześć. Przy czym bezbłędnie trafia w najniewłaściwsze chwile, a zaczyna o wpół do siódmej rano. Ty byłaś dotychczas nieszkodliwa, więc czego chcesz?

– Nic takiego, Piotrusia Pana… Najmocniej cię przepraszam, Piotra Petera. Numer do niego, najlepiej komórkę.

– I po co ci on? Z ciekawości pytam.

Nie widziałam powodu ukrywania przed nią pana Wystrzyka.

– Po chrzestnego ojca. Zna go chyba? Muszę wiedzieć, jak on wygląda.

– Ten chrzestny ojciec Piotrka?

– Tak jest, chrzestny ojciec Piotrka.

– Dziwne potrzeby. Nie wiem, jak on wygląda, ale wiem, że ostatnio zdenerwował jego matkę, ona go nie cierpi.

– Nie dziwię jej się…

– Ja też. A co, ty go znasz?

– Pośrednio. I właśnie chcę się upewnić…

– Złożył jej wizytę i tak się tym zirytowała, że nie była w stanie mówić o niczym innym, wyrzucała z siebie stresujący temat, a ogólnie to jest normalna kobieta. Ma kłopoty z kręgosłupem, ledwo chodzi, ale nikomu nie truje, niczego nie chce, na siedząco robi przepiękne kilimki i jest zadowolona z życia. Piotrek bywa u niej dobrowolnie i ja czasem też. No i właśnie dopiero, co trafiliśmy na jej atak wściekłości po tym gburze, ale muszę przyznać, że złościła się bardzo śmiesznie. Aż mnie dziabnęło, że gdyby moja matka tak potrafiła…

– Nie musiałabyś wyłączać telefonów.

– No pewnie! Na mnie wszystko spadło, bo ta małpa się odseparowała…

– Rozumiem, że masz na myśli Lalkę?

– No, a kogo?

– Ona jednak ma dalej…

– Nie znoszę upałów, bo uciekłabym do Australii, do Ameryki…

– W RPA jest prawie tak jak u nas.

– Nic podobnego, goręcej. Chociaż więcej morza, więc nie wiem, jeszcze się zastanowię. Od trzech dni mnie dręczy, od tej wizyty, rozumiesz, rozgoryczenie tak mną trząchnęło, ale może ona, mam na myśli matkę Piotrka, trochę już łagodniała, bo dwie doby stres ją trzymał i popatrz, nie czepiała się, sama w sobie dusiła i do nas wyrzuciła już tylko resztki.

Coś mi tu nie pasowało.

– Zaraz. Czekaj. To, kiedy ten czarujący dżentelmen złożył jej wizytę?

– A bo ja wiem? Mam liczyć?

– Co ci szkodzi? To nie całki i różniczki, zwyczajne rachunki, dodać, odjąć, szkoła podstawowa.

Miśka wysapała już z siebie pasje i zaczęła się zastanawiać.

– Od wczoraj licząc, trzy dni, a ona miała za sobą dwie doby, znaczy wychodzi pięć dni. Pięć dni do tyłu od wczoraj. I co ci z tego?

– Jeszcze nie wiem, muszę się poważnie zastanowić, bo to, co odczuwam w umyśle, w pełni zasługuje na miano kołowacizny. Daj ten numer Piotrusia Pana…

– No właśnie, od tej wizyty Piotrek też się zrobił jakiś dziwny, aż mnie zgniewało, oszalał chyba, przy takiej matce? To, czego on wymaga? Niech pozna moją! Cholera, nie może, przez koty…

– Opanuj się i uciesz. To chyba lepiej, nie? Jeszcze by mu przyszło do głowy, że się w nią wrodziłaś.

– Wiesz, że ty masz rację – powiedziała Miśka po chwili milczenia. – Jednak prawdą jest, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W porządku, przestanę się bzdyczyć, daję ci numer, masz czym pisać…?

Piotrusia Pana łapałam bezskutecznie tak długo, aż mnie złapał Górski. Elegancko najpierw zadzwonił, a zaraz potem przyszedł, co uszczęśliwiło mnie bardziej niż zwykle.

– Czym mam pana uczęstować, bo chętnie bym panu nieba przychyliła – oznajmiłam w miejsce powitania. – Już się zaczynałam pchać do pana, tyle, że w obliczu tych wszystkich telefonów nie zdążyłam. Niech pan mówi od razu, zanim, co!

– Herbaty…? – powiedział Górski niepewnie.

– Ależ proszę bardzo, całą cysternę. Czy pan ma coś do mnie? Bo ja do pana mnóstwo!

– Właśnie nadzwyczajnie mnie interesuje to mnóstwo od pani…

– A pan dla mnie nic?! – wrzasnęłam z kuchni.

Górski coś powiedział, ale nie dosłyszałam, bo czajnik zaczął gwałtownie bulgotać. Okazało się, że pytał o koty, które gdzieś polazły i nie było ich widać. Zgodnie zadecydowaliśmy, że obejdziemy się bez zwierzyny.

– Zacznę od faktów – zaproponowałam. – Chce pan?

Górski spojrzał na mnie dziwnie i tylko pokiwał głową.

I nagle okazało się, że faktów mam tyle, co kot napłakał. Wszystko niepewne, wątpliwe i przypuszczalne, dokładnie takie, od jakiego organom śledczym robi się ciemno w oczach i szlag ciężki je trafia. Spróbowałam jednakże.

– Ten facet od samochodu w gipsie… wygląda na to, że był to niejaki pan Wystrzyk, ojciec Ewy Marsz… – w tym momencie przypomniało mi się, że sąsiadka Wiśniewska w pierwszej rozmowie napomykała coś o jakichś odgłosach -… który powinien być w Busku, dał mi pan to na piśmie, ale zrobił sobie wycieczkę do stolicy i symulował anginę na Kubusia Puchatka, przy czym głowy za niego nie dam, bo nie wiem, jak on wygląda. Dyszyński z nim bardzo dziwnie rozmawiał, zależy mi straszliwie, żeby pan pogadał z Dyszyńskim, bo mnie jakoś nie pasuje, pan ma uzasadnione powody, a ja, co? Ni przypiął, ni wypiął. I też nie wiem, czy na pewno z nim, bo Lewkowski oczywiście nie spytał o wygląd zewnętrzny… W dodatku Poręcz do tych wcześniejszych trupów jaskrawo nie pasuje, więc do reszty przestałam rozumieć cokolwiek.

Górski okiem nie mrugnął.

– Ten ostatni fakt jest z pewnością najściślejszy ze wszystkich – pochwalił z wielkim uznaniem. – Czy teraz roztoczy pani przede mną wachlarz supozycji i wniosków?

Postarałam się głęboko odetchnąć. Wypiłam trochę herbaty. Zapaliłam papierosa. Postanowiłam odszpuntować inną beczkę, bo z tej chyba niewiele się ulało.

– Kogo właściwie pan sam podejrzewa? – spytałam surowo.

– Ja nie podejrzewam – skorygował Górski. – Ja węszę. Ślady wskazują na jednego sprawcę, ściśle biorąc, mikroślady. Głównie związane z obuwiem, butów nie zmienia…

– Może ma jakieś ulubione i wygodne.

– Może. Dwie pierwsze ofiary nie dały nic więcej, denat na Narbutta sam mu otworzył, zabójca nawet nie wchodził dalej, zamknął za sobą drzwi, na wewnętrznej klamce zamazany ślad rękawiczki, kropnął i wyszedł. Nikt go nie widział, to znaczy mnóstwo ludzi widziało, co najmniej czterdziestu rozbójników, brodatych i o dzikim wzroku, a szesnaście osób rozpoznało ze zdjęć siedmiu przestępców, aktualnie siedzących w więzieniu. W dwóch pozostałych wypadkach znaleziono po jednym włosie, krótki, męski, jeden siwy, drugi nie, ale oba z tego samego źródła, z czego wynika, że facet jest szpakowaty. Praworęczny, fizycznie silny. Tyle powiedziała technika. Co kto widział w Krakowie, bez wątpienia wie pani lepiej ode mnie.

– Martusia nie – powiedziałam szybko i stanowczo. – Na psa przysięgła. W psa wierzę.

– W psa owszem, również jestem skłonny uwierzyć. Motyw pasuje… no, tu pewien kłopot… do zbyt wielu osób. W zasadzie ten sam, natury niejako zawodowej, tyle, że właściwie przy każdej ofierze trochę inny. Jakim cudem identyczny motyw mógłby dotyczyć takiego Wajchenmanna i takiego Poręcza? Nawet dziewczyna ich żadna nie wiąże, bo i to bierzemy pod uwagę, w dodatku najbardziej podejrzani, najbardziej prawdopodobni, mają uczciwe, rzetelne alibi. Można ewentualnie przyjąć, że ktoś niszczy złych reżyserów tak sobie, z szacunku dla sztuki na przykład, ale po pierwsze Wajchenmann nie był tak naprawdę zły, a po drugie, co ma do tego Poręcz? On przecież niczego nie kręcił!

– Toteż, dlatego Poręcz mi nie pasuje. Gdyby nie pies, sama podejrzewałabym Martusię. Nie skorzystał tam przypadkiem z okazji ktoś inny?

– Buty te same…

Przez chwilę martwiliśmy się wspólnie. Zastanawiałam się, jak mu zaprezentować mętlik, kłębiący się pod moim ciemieniem.

– Nie powinnam pana niczym sugerować, bo obydwoje możemy na tym wyjść gorzej niż Zabłocki na mydle. Mnie to nie szkodzi, ale panu może owszem.

– Drobiazg. Niech pani mówi, co pani wie?

– W tym rzecz, że nic, mnie się majaczy. A, nie, coś wiem! Gdzieś mi w tym wszystkim tkwi, nie ma już sensu ukrywać, Ewa Marsz jako nie wiem, co. Inspiracja…? Ofiara…? Pogląd…? Przyczyna…? Przypadek sprawił, że wróciłam akurat przepełniona myślą o niej i z zamiarem zdobycia jej książek i obejrzenia jeszcze raz ekranizacji. Pojęcia nie miałam, gdzie ona przebywa…

– Teraz pani wie?

Wahałam się bardzo krótko. Nie, do diabła z mataczeniem!

– Wiem. We Francji. O, mam tu, specjalnie dla pana, jej alibi na właściwe chwile, tylko przy Poręczu trochę się potyka, ale reszta jak łza! Proszę bardzo!

Wygrzebałam spod stolika dokument z notatkami na plecach, obejrzałam drugą stronę i zastanowiłam się. Właściwie nie powinnam się go pozbywać, zawierał użyteczne dla mnie informacje, poza tym. notatki wykonane niepiszącym długopisem były prawie nieczytelne.

– Podyktuję panu i niech pan sobie sam zapisze. Papieru u mnie dużo…

Górski nie protestował, cierpliwie notował informacje od Lalki razem z moimi komentarzami, potknięcie przy Poręczu potraktował obojętnie.

Wróciłam do wybrakowanych faktów.

– Okazuje się, że ten cholerny tatuś Ewy Marsz jest chrzestnym ojcem Piotra Petera, to akustyk z telewizji i chłopak Miśki Kamińskiej, siostry Lalki. Natomiast czymś w rodzaju konkubenta Ewy jest Henryk Wierzbicki, prawnik, nie chcą tego rozgłaszać, ale uprzedziłam, że panu powiem i nawet dam panu numer jego komórki. On też ma podejrzenia i nic z tego nie rozumie, ale na wszelki wypadek wypchnął Ewę z Polski, w rezultacie zaczęło mi wychodzić, że cała ta zbrodnicza afera została wymyślona przeciwko Ewie Marsz. W dodatku głupio wymyślona, więc możliwe, że się mylę. Potrzebny byłby do tego jej zakamieniały wróg, daleko nie szukać, jest taki, proszę bardzo, Poręcz. Ale Poręcz też skasowany, więc co? Niemożliwe, żeby ktoś był wrogiem zarazem Poręcza i Ewy Marsz!

– Przyjacielem chyba też nie…

– Toteż właśnie. A ten Piotruś Pan, chciałam powiedzieć Peter, nasłuchał się gadania Jaworczyka. I z pewnością wie więcej, niż ja z niego wydoiłam przez telefon. A Jaworczyka inspirował Poręcz i koło się zamyka, tyle, że w środku nic nie zostaje, cholerny tatuś natomiast plącze się po obwodzie i niech pan teraz coś z tym zrobi!

Górski w zadumie patrzył w okno.

– Z kim pani kazała mi rozmawiać w Busku – Zdroju? Z Dyszyńskim?

– Nie musi pan rozmawiać w Busku. On już wrócił.

– Pani sama nie chce…?

– Jak Lewkowski! Umówiliście się…? Nie, mnie głupio. Nie potraktuje mnie poważnie, zbieram materiał do kryminału, nie będzie mi rzucał na żer obcego człowieka, jeszcze i jego samego spożytkuję, a on może wcale nie chce. I tak dalej. Panu odpowie ściśle i porządnie, to w końcu przyzwoity człowiek, chociaż literat, a nie żaden bandzior. Może mu się nie chcieć wspominać nieprzyjemności, ale poważnym dochodzeniem poczuje się zobligowany i wszystko powtórzy.

– Doskonale. I z Piotrem Peterem. I niewątpliwie także z tym konkubentem, jak mu tam… Henrykiem Wierzbickim. Jeszcze z kimś, kto ze sprawą nie ma nic wspólnego i nie budzi żadnych podejrzeń?

Zirytowałam się nieco i zniechęciłam.

– Przecież mówiłam, że mam mętlik! A pan mówił, że pan węszy!

– Węszę – zgodził się Górski i westchnął. – Szczerze pani wyznam, że znaleźliśmy dotychczas tyle dziwacznych przekrętów, że na całą górę by wystarczyło, a to całkiem nie moja działka. I w obliczu naszego, pożal się Boże, prawa, oraz wymiaru sprawiedliwości nic nikomu z tego nie przyjdzie, jedyna przyjemność, to ta, że złodzieje na rozmaitych stanowiskach nerwicy dostają. Ale lekkiej. Żaden nie wywinąłby takiego numeru, żeby mordować ludzi tak zwanej kultury, kłócą się między sobą i tyle. Nic nam z tego. Dlatego węszę. W tym szaleństwie musi być jakaś metoda.

Złagodniałam.

– Niech pan nie zapomina, że i mnie w to wetknęli, za gwiazdę chciałam robić, karierę przez film i nie pamiętam, co tam jeszcze. Ten sam gatunek kretyństwa, ale tu się zbiegli Poręcz z Jaworczykiem, z jednym nie chciałam tworzyć wspólnie, a drugiemu odmówiłam wywiadu, to akurat przypadkiem jest prawda. Coraz bardziej mi się wydaje, że Piotruś Pan wie najwięcej i nawet sobie z tego nie zdaje sprawy. A… i Ostrowski! Złapał pan już Adama Ostrowskiego?

– Złapałem. Jestem z nim umówiony. Moment. Skąd pani wie, że ten cały Wystrzyk przyjechał do Warszawy samochodem Majewskiego?

– Ja nie wiem, ja przypuszczam. Podejrzewam.

– Dlaczego?

– Samochód Majewskiego widziałam na własne oczy…

– A Wystrzyk skąd? Zramolały reumatyk…

– Przecież nie leciał piechotą i nie skakał przez płotki! Nie taka znowu długa trasa, samochodem można ją odpracować nawet i z reumatyzmem. A…

Zawahałam się. Rzucić go na pastwę pani Wiśniewskiej? Znów ta baba coś namąci… Ale Górski do trudnych świadków jest przyzwyczajony…

– Aż mi pana żal. No dobrze, niech będzie. Sąsiadka, która mieszka piętro niżej…

– Czyja sąsiadka?

– Tych Wystrzyków. Wiśniewska niejaka…

Górski przyglądał mi się z wyraźnym niesmakiem.

– A może mnie pani poinformować, gdzie to jest? Adres mi podać, na przykład…

– Jak to? – zdumiałam się. – Pan tego nie wie?

– A dlaczego mam wiedzieć? Dotychczas nikogo to nie interesowało. Niech się pani zastanowi, ma pani przecież jakieś pojęcie o dochodzeniach, bada się otoczenie ofiar, ich rodzinę, znajomych, ludzi, z którymi mieli do czynienia, szuka się wrogów, konkurentów… To pani ma obsesję na tle Ewy Marsz, a nie policja, mimo że rozmaite plotki wskazywały na nią i mimo że i mnie pani nią zaraziła, na prowadzenie wyszły inne kierunki. Plotki i mój prywatny węch, to dla nas trochę za mało. Zatem…?

Tkwił nad notesem z długopisem w ręku. Aż mi się niedobrze zrobiło, miał rację, to ja mu podsunęłam akurat te pomysły, które koniecznie chciałam ukryć, rany boskie, oślica…

– Ale niech mi pan…

Górski najwyraźniej w świecie miał przypływ jakichś tajemniczych mocy wewnętrznych. I pamięć prezentował wzorcową, i zgadł teraz w jasnowidzeniu, co mam na myśli, wskoczył mi w zdanie.

– …przysięgnie, że dyplomatycznie, z umiarem i taktem, nie na chama i co tam jeszcze?

– Żeby się tatuś nie połapał. Jestem przekonana, że ona uciekła głównie przed nim, dużo człowiek może wytrzymać, a jakaś ostatnia kropla go dobije. Ten cały tatuś, to mało, że kropla, to ostatnie wiadro, wodospad zgoła, w tym miejscu pani Wiśniewska wydaje mi się wiarygodna. I z Poręczem trzymał sztamę, zewsząd tak słyszę, a nic temu nie przeczy. Klęska córki ucieszyłaby go niebotycznie, nawet nie wiem, czy sam nie był źródłem nagonki!

– I upiera się pani, żeby to zbadać subtelnie, bezszmerowo, niezauważalnie i podstępnie…

– A jak?! To delikatna sprawa, a nie żadne walenie młotem z odciskami palców, oplutym i obsmarkanym przez mordercę, żeby łatwiej zbadać jego DNA, a jeszcze może się skaleczy i zakrwawi narzędzie dla uniknięcia wszelkich wątpliwości! Tu psychiatra potrzebny, najlepiej perfidna pompa ssąca w atłasowych rękawiczkach…!

– Dziękuję pani bardzo za tak atrakcyjną rolę…

– O, niech mi pan nie mówi, że pan nie potrafi! Tylko nie wiem jak, bo co innego dla pani Wiśniewskiej zwykła baba, taka jak ja, a co innego gliniarz. Odżałować nie mogę, że nie miałam i nie mam szpiegowskiej pluskwy, czy jak to tam nazwać, no, ukrytego mikrofoniku w guziku, w zegarku, w czymkolwiek. Teraz byśmy to mogli porozważać wspólnymi siłami.

Górski się zamyślił, ale widać było, że jakieś chęci się w nim lęgną. Moje propozycje nie wydały mu się odrażające, najwyżej głupie, możliwe, że pasowały do wywęszonych wcześniej odorów, w każdym razie postarał się je sobie uporządkować.

– Zatem z Dyszyńskim, z Peterem i z Ostrowskim mogę rozmawiać jak człowiek, tak? Jako ja? Z prawnikiem Wierzbickim też? W charakterze pompy ssącej mam wystąpić tylko w obliczu pani Wiśniewskiej? Czy jeszcze kogoś?

– Ewentualnie tatusia Ewy…

– Pana Wystrzyka? A co z panią Wystrzykową? Istnieje?

– Istnieje, ale przyduszona małżonkiem, tak słyszałam. Nie ma nic do gadania i chyba jest to prawda, bo gdyby miała charakter, nie pozwoliłaby zdołować córki. Co do tatusia, mam szalone wątpliwości, nie wyobrażam sobie sposobu pogadania z nim podstępnie. Chyba, że pan będzie udawał dziennikarza.

– To nie jest zła myśl. Gdybym jeszcze wiedział, co właściwie chcę z niego wydusić, byłoby świetnie.

– Jak to? – oburzyłam się. – Nie wie pan? Poręcza!

Górskiemu w oku błysnęło, nie musiał się kryć przede mną, mógł sobie pozwolić na tę drobną iskierkę. Bez wątpienia dotychczasowe rezultaty dochodzeń miał w małym palcu i nagle bystrzej ocenił sytuację. Równocześnie daliśmy wyraz odkryciu.

– Rzeczywiście, on przecież z nikim nie był tak naprawdę zaprzyjaźniony…

– Jedna zauroczona dziewczyna i bardzo niepewny Jaworczyk, to niezbyt liczne grono…

– Wszyscy poza tym z wielkim zapałem odkopywali go od piersi…

Przerzuciwszy na Górskiego swój własny mętlik, doznałam ogromnej ulgi, tak wielkiej, że zdołałam przypomnieć sobie przeoczony fakt główny.

– Zaraz! Przecież ja ciągle nie mówię panu najważniejszego, no, nie wiem czy to rzeczywiście najważniejsze, ale przynajmniej sprawdzalne. On tu był, ten cały Wystrzyk, równocześnie siedząc w Busku!

– Zdawało mi się, że już pani o tym powiedziała? – zdziwił się Górski.

– Nie. Nie wszystko. Pięć dni temu złożył wizytę matce Piotra Petera, towarzysko albo rodzinnie, nie wiem, to w końcu chrzestny ojciec jej syna. Chyba rzadko bywa, bo ona go nie lubi, w każdym razie był. Niech pan teraz coś z tym zrobi, a jeśli pan nie chce, ja spróbuję…

Tym razem Górski do działania mnie nie zachęcał…

Pod wieczór Ostrowski przywiózł Magdę.

– Ty nawet nie zauważyłaś, że mój samochód dwa dni pod twoim domem stoi? – zdziwiła się z lekkim wyrzutem.

– Nie zwróciłam uwagi – usprawiedliwiłam się czym prędzej. – To zielsko na ogrodzeniu zasłania, nie miałam, kiedy spojrzeć. Teraz też wiszę na słuchawce. Gdzie jest, do diabła, Piotruś Pan?! Dlaczego ja się do niego nie mogę dodzwonić?

– Okupuje studio bez chwili przerwy, dowalili mu roboty. Za pieniądze, nie myśl sobie. Do jutra rana musi skończyć.

– No dobrze, do jutra wytrzymam…

– Za to mnie złapała policja – wtrącił smętnie Ostrowski. – Inspektor Górski, zdaje się, że doskonale pani znany. Wyeksponowała pani jednak Ewę Marsz?

– Ma alibi – powiadomiłam go z triumfem i znów wyciągnęłam spod stołu mój podwójny dokument. – O, tu, Lalka mi podyktowała, wiem, że nic nie widać, ale ja już to umiem na pamięć i mogę wam przeczytać. Co pijemy?

– Nic – westchnęła Magda. – Muszę zabrać samochód, bo mi potrzebny, a Adam swojego zostawić nie może, bo też mu potrzebny.

– Ale kawa…?

Na kawę zgodzili się bardzo chętnie, przyrządzenie nie trwało długo. Gdzieś na skraju umysłu mignęło mi, że coś jej mało, tej kawy, była o tym mowa, Witek chyba miał kupić, zahaczyłam wzrokiem o półeczkę, owszem, stał tam słoik, uspokoiłam się i wróciłam do salonu. Obejrzałam gości z uwagą, chociaż starałam się nieznacznie, robili niezłe wrażenie, najwidoczniej udało im się dojść do jakiegoś porozumienia. Widmo diabolicznego desperado przestało mi koło Magdy majaczyć.

Ostrowski nie krył zainteresowania dochodzeniem ogólnie, a Ewą Marsz w szczególności.

– W jakiś przedziwny sposób wszystko wydaje się z nią wiązać. Niewyraźnie, przyznaję, przy tym nie policji, a tylko ludziom z branży, bardzo ogólnie…

– I w dodatku bezpodstawnie – wtrąciła Magda. – Wajchenmann jeszcze się jej nie czepiał, Drżączek też nie…

– Drżączek miał zamiar. Czaił się, pertraktował ze scenarzystami, ten sponsor, z którym się umówił, miał finansować właśnie ekranizację Ewy Marsz. Nie żadną Rodziewiczównę, chociaż ten cały „Dewajtis” też tu gdzieś wyskakiwał, ale bardziej Ewę…

– Skąd wiesz? – zaciekawiła się Magda.

Słuchałam z wielkim zaciekawieniem i jeszcze większym oburzeniem, bo znów okazywało się, że czegoś nie wiem, ta cholerna dziennikarska mafia ukrywa najważniejsze rzeczy akurat przede mną! Ostrowski ujawnił zakłopotanie.

– Dziennikarz ma obowiązek wiedzieć, co najmniej dziesięć razy więcej niż się do tego przyznaje…

– I od tego nieprzyznawania głupka z siebie robi – wytknęłam gniewnie. – Wszystko mi jedno, skąd pan wie, ale czy na pewno?

– Zamiar miał na pewno, rozmawiałem ze scenarzystami, gdyby nie był idiotą, niektórzy poszliby na współpracę, ale jego dotychczasowe arcydzieła zdobyły już sobie opinię. W rezultacie zaczynał sam, konspekt u niego znaleziono, dwa nawet, bo wahał się w wyborze utworu. Jej ostatnia książka albo przedostatnia.

– Łaska boska, że ktoś go kropnął…

– Natomiast Zamorski i Poręcz – ciągnął Ostrowski – narobili jej tyle złego, że motyw pcha się przemocą. W ogóle ten zestaw ofiar nie ma żadnego sensu, bo gdyby Ewa Marsz maczała w tym palce, gdzie miejsce dla Wajchenmanna?

– Trzech ją nadgryzało, a czwarty nie tykał…

– I od czwartego zaczęła. Nie do pojęcia. Jakaś pomyłka…?

– A nie było gadania, że i Wajchenmann ma ją w planach?

– Jak to, przecież było – przypomniała sobie nagle Magda. – Rozumiem, że dlatego szukasz Piotrusia Pana? Od Jaworczyka słyszał o tym popieraniu Ewy Marsz za pomocą kręconych z niej knotów, Wajchenmann też siedział w tym gronie, a sama zgadłaś, że wszystko wymyślał Poręcz.

– I za same imaginacje został zarżnięty…?

– A może…? – zastanowił się Ostrowski. – Ktoś miał dosyć…? A nawet i pani…

Nawet i ja… Czy ja wiem, gdybym się przejmowała głupotami, gdybym była młodsza, u progu kariery, gdybym miała subtelniejszy charakter, więcej sił fizycznych i zapału… Kto wie…?

– Niebiosom dziękować, że jej tu nie było! – powiedziałam nabożnie.

Imaginacje jako motyw… Ciekawa rzecz!


* * *

– …Jak wyglądał? – zastanowił się Dyszyński. – Nie przyglądałem mu się specjalnie. Gruby, tego jestem pewien, zaskoczyło mnie trochę, że taki piwożerca w dyskusje literackie i filmotwórcze się wdaje, raczej pasowałaby do niego piłka nożna. I brwi miał grube, rzucały się w oczy.

– I nic poza tym? – zmartwił się Górski.

– No, mojego wzrostu mniej więcej… Ale za to wiem, jak się nazywał. Skancerowane historyczne nazwisko, Jaźgiełło.

– Przedstawił się?

– Pisałem mu dedykację. Wie pan, takie oddzielne, pojedyncze autografy w denerwujących okolicznościach, w dodatku przy dziwacznym nazwisku… chyba swoje podał? Przynajmniej takie miałem wrażenie…… to się czasem na jakiś czas zapamiętuje. Później oczywiście ulatuje z pamięci. Temat mnie zirytował… A, właśnie! Możliwe, że w jakiś sposób ujawniłem zaskoczenie, bo powiedział, że chodzi o zakład. Założył się z kimś tam o te wszystkie bzdety i postanowił wyjaśnić sprawę z fachowcem, dlatego drążył i drążył. Fachowiec to ja. Litość mnie w końcu wzięła i dlatego tak z nim gadałem…

Treść gadania została już Górskiemu przekazana wyczerpująco, teraz zaś pociechę stanowiła myśl, że nazwisko nie jest przesadnie popularne i rozmówcę Dyszyńskiego da się odnaleźć. Podobno mieszkał w Busku, na szczęście Busko – Zdrój nie zbliża się rozmiarami do Nowego Jorku.

Włodzimierza Jaźgiełłę policja w Busku odnalazła równie szybko, jak dyskretnie. Koleżeńska prośba z Warszawy została spełniona, aczkolwiek nikt nie wiedział, po co to, komu i co też takiego ów Jaźgiełło wywinął. Nie był dotychczas karany, pracował sobie spokojnie jako dyspozytor w przedsiębiorstwie remontowym instalacji elektrycznych, łapówek nie brał, bo nie miał, za co, pieniędzmi nie rządził, więc ich nie kradł, w politykę się nie wdawał, piwo lubił, ale to nie było karalne, miał żonę i dorosłe dzieci, z których żadne nie zeszło na złą drogę, i powód zainteresowania nim był nieodgadniony.

Wszystkie informacje o Jaźgielle Górski otrzymał od razu na wstępie, przybywszy do kurortu w swój dzień wolny, do którego każdy, nawet funkcjonariusz policji, miewa prawo. Ciekawość kolegów po fachu zaspokoił jednym słowem.

– Świadek – rzekł ponuro i wszyscy natychmiast zrozumieli.

Po czym jak pierwszy lepszy normalny człowiek poszedł z Jaźgiełłą na piwo.

Przypadkowym ułatwieniem dla niego stał się fakt, że akurat telewizja powtarzała film, nakręcony z książki Dyszynskiego. Krótko dało się go oglądać, ponieważ lokal garstronomiczny przeciętnej kategorii nie służy na ogół doznaniom kulturalnym i któryś klient rychło przestawił program na kanał sportowy, ale Górski chwycił okazję. Bez ujawnienia prawdziwych zamiarów płynnie nawiązał do tematu.

– Panie, tyle człowiek wie, co mu w ucho wpadnie – odpowiedział Jaźgiełło na dyplomatyczne pytanie. – Ja się nie znam, książki czytam, kto powiedział, że nie? Czasem nawet specjalnie popatrzę, co z takiej książki zrobili, ja, wie pan, nie mam jakichś tam manii, fiołów, na rybach mi nie zależy, lubię sobie posiedzieć i popatrzeć. Sportowe to już nie dla mnie, wiek nie ten, a co mam zdrowie tracić, przegrywamy i przegrywamy, tylko człowieka szlag trafia i jeszcze go, kiedy nagła krew zaleje. Wolę filmy.

– Ekranizacje książek – podsunął Górski.

– A dlaczego nie? Ale to, panie, różnie wychodzi. Mnie się, prawdę powiedzieć, nie całkiem podoba, gdzieś tam człowiek czyta, że ten jakiś był wielki i bykowaty, a tu mu chudego kurdupla pokazują i tylko się zastanawia, ten czy nie ten? Albo i odwrotnie, coś pan oglądasz, no, takie tam sobie, a tu krzyki, że książka, że nagroda, aż się nie chce sprawdzać i czytać. Jednego znam takiego, co na filmie widział „Polowanie na Czerwony Październik”, ja tam i książkę czytałem, i film oglądałem, pan pewno też, nie? Książka dziesięć razy lepsza, a ten żłób film obejrzał, a książki już nie chciał przeczytać, nie i nie, co się natłumaczyłem, to ludzkie pojęcie przechodzi, do tej pory nie przeczytał!

Zdenerwowawszy się widocznie, pan Jaźgiełło zamówił następne piwko. Górski uczynił podchwytliwą uwagę.

– Autorzy mówią to samo…

– O, to pan wie? Z jednym gadałem, był tu, Dyszyński, co tę dziwną książkę napisał, a na filmie mu spaskudzili, jakieś takie nudne wyszło.

– Znam Dyszyńskiego. Nawet coś wspominał, że tu, w Busku, z kimś na ten temat dyskutował…

– To ze mną! – ucieszył się pan Jaźgiełło. – Może i z kim innym, ale ze mną na bank! I pamięta? Coś takiego…!

– Mówił, że pan coś mówił o jakimś zakładzie.

– No to już gwarantowane, że ja. Faktycznie, o zakład poszło, bo tak bez niczego to ja bym się nie ośmielił człowieka zaczepiać, zawsze, co literat, to literat. A tu jeden kumpel się ze mną kłócił aż świszczało, że jest całkiem odwrotnie. Że taki pisarz, jak go nie pokażą, filmu nie zrobią, to się wcale nie liczy, jakby go w ogóle nie było, reklamę musi mieć i na reklamie go tak ciągną w górę. Zapierał się jeszcze jak ten głąb w kapuście, że wie lepiej, bo fachowiec mu wytłumaczył i nawet przykłady dawał…

Z anielską cierpliwością Górski wysłuchał całego wywodu, którego treść była mu już znana na pamięć, chciwie czyhając na chwilę, kiedy w sposób naturalny będzie mógł zadać dwa pytania. Doczekał się wreszcie.

– I z kim pan się tak założył? Co to za jakiś uparty palant? Znajomy?

Pan Jaźgiełło po sześciu piwach z niczego tajemnicy nie czynił.

– Panie, kumpel, jeszcze z wojska. Dziwadło, wojsko lubił, dobrowolnie przyszedł, chociaż mógł się wyższymi studiami wykręcić, i od tamtych czasów tak się, co parę lat, co i raz to spotykamy. On w Warszawie mieszka, w księgowości robi, ale tak na doskok, Romek Wystrzyk się nazywa, a że uparty, to fakt.

– I uwierzył panu, jak pan powtórzył tę rozmowę z Dyszyńskim?

– A skąd! Zapierał się jak to stado osłów czy kozłów, czy czegoś tam. Aż mu autograf na książce musiałem pokazać, rozzłościł się wtedy okropnie i już tylko bulgotał coś tam o tym swoim fachowcu. Ale zakład przegrał i piwo honorowo postawił.

– A ten jego fachowiec, to kto?

– A bo ja wiem? Nie mówił, a ja nie pytałem. Tyle, że fachowiec jak z koziego zadka trąba. Niezadowolony był, jak nigdy, bo tak normalnie, to zgrywny koleś, wesoły, kawały lubi, że boki zrywać…

W kwestii posługiwania się samochodem Majewskiego oraz obecności i nieobecności zgrywnego kolesia w Busku, pan Jaźgiełło żadnej wiedzy nie posiadał. Nie widywali się codziennie. Mimo tego niepowodzenia Górski sam sobie złożył gratulacje za poddanie się głupiemu pomysłowi towarzyskiego i nieoficjalnego przesłuchania pana Jaźgiełły, który w obliczu prawa z pewnością byłby znacznie bardziej powściągliwy. Nie zmarnowała mu się podróż.

Co nie przeszkadzało, że dziwoląg śledczy rozrastał się i prawie zaczynał kwitnąć. Gdyby jeszcze wydał owoce…

Całej tej pogawędki ze świadkiem wysłuchałam z kasety, Górski, bowiem, być może natchniony wyrażonym przeze mnie wcześniej żalem, zaopatrzył się w pluskwę. Czy uczynił to legalnie, czy nie, wolałam nie pytać.

– I co? – spytałam w zamian niecierpliwie. – U tego Majewskiego z gipsem też pan był?

– Właśnie mu zdejmowali gips. Musiałem przeczekać, ale za to później był taki zadowolony, że chętnie rozmawiał na każdy temat. Żona również, bo tego mężowskiego gipsu miała już po dziurki w nosie.

Najwidoczniej z rozpędu Górski również zrobił się towarzysko rozmowny.

– I co?

– Pana Wystrzyka znają, co jakiś czas przyjeżdża, w opinii o nim raczej się różnią. Dla Majewskiego jest to wesoły dowcipniś, niekiedy trochę uciążliwy, ale co tam, zawsze śmieszny. Dla Majewskiej koszmarny, pomylony tyran, o gówniarskich skłonnościach, prawie nie do wytrzymania. Unika go bardzo starannie, twierdząc, że mąż w gipsie zgoła czyściec dla niej stanowi i więcej utrudnień już nie zniesie. Na szczęście pan Wystrzyk niekiedy schodził z oczu i jakby ulgę odczuwała, z czego obecnie wnioskuje, że musiało go nie być, ale gdzie się podziewał, nie ma pojęcia. Pani rozumie, ja prawie cytuję.

– Rozumiem. A Majewski w tym gipsie był chyba mało ruchliwy…?

– Zgadza się, w sypialni się nudził, przeważnie telewizję oglądał i w ogóle nie wie, co się dookoła działo. Wystrzyk lubił dalekie spacery.

– A gdzie jadali?

Górski westchnął, pogmerał przy kasecie i uruchomił ją ponownie. Zabrałam ustrojstwo do kuchni i słuchałam w trakcie przyrządzania herbaty. A przy okazji także posiłku dla kotów, czajnik gulgotał, ja zaś kroiłam surową rybę, garmażeryjne wysiłki uległy zakończeniu równocześnie, wróciłam do salonu z dużą tacą, ciągle słuchając, Górski jakoś dziwnie popatrzył na surową rybę na styropianowym półmiseczku, może zaniepokoił się nieco moim przejściem na japońską kuchnię, ale nie miałam teraz czasu wyprowadzać go z błędu. Sam się wyprowadził, kiedy, wciąż z tą kasetą, rybę wystawiłam na taras, a do herbaty dołożyłam bardzo dziwne, malutkie placuszki z nadzienia do indyka, takie na raz do gęby. Był to, rzecz jasna, ewenement, bo jako prawdziwie gościnna pani domu, zdałam w życiu egzamin może ze dwa razy. Herbata i cześć, nic więcej. Nie ze skąpstwa, tylko z reguły spotkania u mnie bywały służbowe, a trudno równocześnie miotać się po kuchni i załatwiać w pokoju interesy, a niekiedy, gorzej jeszcze, robić za gwiazdę.

Tu akurat nastąpiło skojarzenie, o pożywieniu słuchałam i pożywienie wpadło mi pod rękę. Doniosłam je niejako naturalną rzeczy koleją i nawet dołożyłam widelczyki.

Górski nie wydawał się głodny, musiało go jednakże zaciekawić niezwykłe zjawisko, bo od razu i bez zachęty spróbował. Po czym wyłączył kasetę, przerywając wypowiedzi Majewskich.

– Co to jest? – spytał z wielkim zainteresowaniem.

– Wiem, że pan ma żonę – odparłam może odrobinę niepewnie, bo z żonami policjantów nigdy nie wiadomo. Tracą cierpliwość do mężowskich wysiłków głupio i niesłusznie, bo w końcu widziały gały, co za męża brały. – Mogę panu powiedzieć, ale i tak pan zapomni albo pomiesza, więc może lepiej powiem pańskiej żonie bezpośrednio, przez telefon? Jeśli pan chce…?

– Chcę. Bardzo.

– Od razu, czy po kasecie?

– Od razu. Po kasecie mogą się pojawić wnioski i komentarze.

Rozsądny facet. Złapał żonę przez komórkę, przypomniałam sobie, że wiem, jak jej na imię.

– Pani Kasiu – powiedziałam bez wstępów – tak, dobry wieczór, ja na to trafiłam przypadkiem, bo przy pieczeniu drobiu zostało mi za dużo. Tartą bułkę namoczyć w mleku, łyżeczka cukru, troszkę soli, łycha rodzynek, łycha płatków migdałowych, obojętne, może być kosteczka, byle drobno posiekane, jedno albo dwa jajka, zależnie od ilości ogólnej, konsystencja bardzo gęstego ciasta, smażyć na maśle, na średnim ogniu. Pani mąż to lubi.

– Czy on prowadzi w tej chwili dochodzenie? – spytała pani Kasia dość chłodnym głosem.

– Tak. To znaczy, ja słucham zeznań z kasety i musiałam go czymś zająć przez ten czas. Spróbował i pasuje mu. Mam to pani napisać…?

– Nie mam jeszcze sklerozy…

Górski odebrał mi komórkę.

– U pani Chmielewskiej jestem – rzekł z naciskiem. – Kasiu, zapamiętałaś przepis…? To świetnie, zrób coś takiego, nie żeby zaraz, ale od czasu do czasu. To znakomite i oryginalne. Na zimno. Na gorąco też…? – spytał mnie pośpiesznie.

– Jeszcze lepsze.

– We wszelkich postaciach – rzekł do telefonu. – Proste…? No właśnie, tak przypuszczałem, znając twórczynię… Proszę!

Wetknął mi do ręki komórkę.

– Do licha, nie wiedziałam, że to pani – powiedziała z zakłopotaniem pani Kasia. – Nie byłam niegrzeczna…? No to chwała Bogu! Ja panią doskonale znam przez Roberta…

Oburzyłam się, że Górski o mnie opowiada. Kasia się obruszyła.

– Ależ ja jestem prokuratorem!

Przypomniałam jej, że tajemnica spowiedzi obowiązuje adwokatów. Z prokuratorami różnie bywa.

– Gdybym cokolwiek gdziekolwiek powtórzyła, on by mnie zabił i słowem się więcej do mnie nie odezwał – powiadomiła mnie Kasia bardzo stanowczo. – To znaczy, mam na myśli, w odwrotnej kolejności. Duże się to smaży czy małe?

– Im mniejsze, tym lepsze, ale długo trwa. Chyba, że się przy tym czyta książkę, wtedy niech sobie trwa i przez cały dzień. Smak ten sam, malutkie wygodniejsze do jedzenia.

– Rozumiem. Dziękuję bardzo…

Wróciłam do pożywienia Majewskich.

Pani Majewska przy mężu w gipsie zastosowała metody ulgowe, śniadania i kolacje goście przyrządzali sobie sami, do dyspozycji mieli lodówki, czajniki elektryczne i dostęp do kuchni, obiady wychodziły jak popadło. Kto się załapał, mógł dostać, kto nie, to nie, blisko pensjonatu prosperowała niedroga i dietetyczna knajpa, ratująca sytuację. Gości było, razem wziąwszy, dziewięcioro, robili, co chcieli, odwalali rozmaite zabiegi i nikt na ich poczynania nie zwracał zbytniej uwagi, a obiadowe posiłki doskonale nadawały się zarówno do odgrzewania, zupa na przykład, jak i do podawania nazajutrz. Z niezjedzonych kartofelków wychodziły kopytka, makaron tworzył zapiekanki, zraziki zawijane przetrzymywały bezboleśnie, budynie i galaretki również, i tak dalej. Z zeznań pani Majewskiej wychodziła bardzo praktyczna książka kucharska.

– I w dodatku prawie każda z tych osób potrafiła sobie to odgrzać albo przysmażyć sama – powiedziałam w zamyśleniu po wyłączeniu taśmy. – Z czego wynika, że Majewscy po całych dniach mogli swoich gości na oczy nie oglądać.

– Zgadza się – przyświadczył Górski. – Większość baby, więc i sprzątanie przechodziło ulgowo. Każdy tam, jak pani łatwo zgadnie, mówił, co innego i niczyjej nieobecności nie udało się porządnie stwierdzić. Nawet w odniesieniu do dwóch facetek, które mieszkały razem w jednym pokoju. Kłóciły się ze sobą na ten temat, myląc daty i godziny.

– Ale państwo Wystrzykowie też mieszkali w jednym pokoju?

– Owszem.

– I co żona mówiła o mężu?

Górski nie dbał już nawet o wyraz twarzy, skrzywił się okropnie. Najwidoczniej pani Wystrzykowa wypowiadała się o małżonku mało atrakcyjnie.

– Że mu się reumatyzm odzywa różnie i w różnych miejscach i raz mu ta borowina pomaga, a drugi raz nie, i jeden lekarz każe siedzieć na słońcu, a drugi w cieniu, chodzenie natomiast raz mu dobrze robi, a drugi raz szkodzi. Już nie będę pani katował szczegółowym zeznaniem, bo ględziła w kółko to samo. Co do wyjazdów, to razem pojeździli trochę po okolicy, ale ona nie pamięta gdzie, zajęta głównie podawaniem mężowi przekąsek i napojów.

– Wyjazd do Warszawy by chyba zauważyła?

– Nie wiem. W każdym razie z pewnością by o nim nie powiedziała. Poza tym zielonego opla od czarnego mercedesa nie odróżnia.

– Słusznie podejrzewałam, że to zagłuszona idiotka. Więc w rezultacie, co?

– Uczciwie mówiąc, nie wiem…

Dyplomatycznie przeczekałam chwile zadumy Górskiego, który obejrzał widoki za wszystkimi dostępnymi wzrokowo oknami, najdłużej wpatrywał się w rozczochrany, nieprzycięty żywopłot, zjadł dwa placuszki i westchnął.

– Dziwaczna sprawa – podjął. – To, co powinno mieć sens, nie znajduje potwierdzenia. Sypie się, suchy piasek. Pcha się za to natrętnie idiotyzm, chyba przez panią wymyślony, i też brakuje mu faktów. Ale robi się intrygujący. Ciągle mam wrażenie, że pani wie coś więcej, może nawet nie jest to wiedza, tylko jakieś przeczucie, o którym pani wyraźnie nie mówi…

– Mam dokładnie takie samo wrażenie w odniesieniu do pana.

– …a ja lada chwila zyskam opinię kretyna. Zaczynam szukać nie wiadomo dokładnie kogo, rycerza, niszczącego wrogów Ewy Marsz, czy wroga, niszczącego ją samą. Co ta kobieta ma tu w ogóle do rzeczy, nie było jej, na wynajmowanie płatnych zabójców nie wystarczyłoby jej kasy, sam motyw to za mało, taki motyw miałoby liczne grono osób, w tym pani, w dodatku motyw wybrakowany, Wajchenmann nie pasuje, drugi denat, ten cały Drżączek, też nie…

– Jak to? Ostrowski nie powiedział panu, że Drżączek też?

– Co pani ma na myśli?

Zaproponowałam, żeby wszystko razem jakoś uściślić, bo na pytanie, co mam na myśli, odpowiedzieć nie potrafię. Górski przystał na to chętnie. Udało nam się uzgodnić, że z czterech ofiar tylko pierwsza była dla Ewy Marsz nieszkodliwa. Wajchenmann. Niweczył osiągnięcia pisarskie raczej nieżywych, żyjących się nie czepiał, no, poza Dyszyńskim. Pozostałe trzy…

Wyszła nam z tych uściślań jakby stopniowość.

– Drżączek miał ją w planach – przypomniałam. – Ledwo zaczynał ją tykać, ale zaczynał. Zamorski, trzeci kolejny, spieprzył jej radykalnie dwie książki i początek serialu, zrobił antyreklamę i zaszkodził. Poręcz, ostatni, niczego nie ekranizował, ale zmarnował jej dwa lata życia, resztę zatruł, do tego jeszcze obszczekiwał, judził i spowodował tak zwaną niemoc twórczą, tylko patrzeć, jak doprowadziłby ją do kompletnego wariactwa. Moim zdaniem, był najgorszy. Czyli te zbrodnie poszły dziwnie, od neutralnego do najbardziej szkodliwego. I co to znaczy?

– Sądziłem, że raczej pani odgadnie…?

– Od tego odgadywania właśnie kołowacizny dostaję. Uparcie wychodzi mi wielbiciel Ewy Marsz, który za jedno świństwo się zemścił, a następne uniemożliwił, tylko tu akurat Wajchenmann nie pasuje…

Posnułam sobie trochę ciąg dalszy, Górski w trakcie całego mojego gadania niewątpliwie myślał.

– Ewie Marsz ciężką krzywdę wyrządziło wydawnictwo. Skołowali ją chyba, skoro udało im się sprzedać książki bez jej zgody?

Kontropom się kłaniał. Nie darmo przegrzebał strasznie tajne archiwum, niby nic, a przekręty wyłapali i dopasowali do sprawy.

– Ale wydawcy żyją? – spytałam podejrzliwie.

– Wedle mojej wiedzy żyją, chociaż ciężko przestraszeni.

– Średnio przestraszeni – skorygowałam. – To bystrzy chłopcy, nie z takimi rzeczami dawali sobie radę, tu też wyjdą ulgowo.

– Toteż właśnie. Gdyby ten rycerz czy mściciel działał konsekwentnie, powinien i za nich się złapać, nie sądzi pani?

Bez zapału zgodziłam się, że owszem. Lubiłam ich w gruncie rzeczy wbrew stratom, jakie przez nich poniosłam, sympatyczni byli.

– Ale panu potrzebne są fakty. Jedyny znany mi fakt… – urwałam nagle, bo myśl poleciała mi szybciej niż słowa. – Nie, ja się jednak poświęcę. Pogadam z panią Wiśniewską, kto wie, jakie echa ją przez sufit dobiegły…

Górski nie zdążył pochwalić pomysłu, bo zadzwonił telefon, ale kiwnął głową, co odebrałam jako aprobatę, i przyłożyłam słuchawkę do ucha.

– Nie wytrzymam tego dłużej – powiedziała z irytacją Miśka. – Niech ktoś coś zrobi z Piotrkiem, bo ja nie mam ani czasu, ani cierpliwości do tych jego dusznych turbulencji. On w nerwach chodzi, w kłopotach się tarza i czy ta policja uczepi się go wreszcie, czy nie? Było gadanie, że chcą, i co? Postsynchrony odwalił nie śpiąc, nie jedząc, wloką go do Łodzi, nie wie, co ma zrobić, jechać, nie jechać, a tu jeszcze mamusia mu sztuki pokazuje, zrób coś, do cholery!

– Bez problemu – zapewniłam ją i zaczęłam rozmawiać na dwa fronty.

Istotnie, Górski Piotra Petera miał w planach, Busko – Zdrój przestawiło mu kolejność działań, zdecydowany jednak twardo iść drogą moich przeczuć, zamierzał pogadać z nim osobiście. Owszem, proszę bardzo, mógłby nawet zaraz. Gdzie on jest w tej chwili, ten Piotruś Pan?

– U mamusi – warczała w telefon wściekła Miśka. – Nie mam nic przeciwko jego mamusi, mojej do pięt nie sięga, ale mogłaby, chociaż nie łapać ślepej kiszki akurat teraz! Wczoraj! Na pielęgniarkę Piotrek musi poczekać! Niech ten gliniarz tam jedzie, ona nie mieszka w Brazylii!

Wydarłam z Miśki adres mamusi i numer komórki Piotrusia Pana, po czym okazało się, że popełniłam błąd. Komórka nie odpowiadała, a o telefonie stacjonarnym nie pomyślałam. Znacznie później wyszło na jaw, że komórka Petera rozładowała się doszczętnie, ładowarki zaś u mamusi nie było.

Górski machnął ręką na wynalazki i zdecydował się jechać od razu, na los szczęścia.


* * *

Na los szczęścia także pojechałam do pani Wiśniewskiej.

Sposoby działania obmyśliłam po drodze. Łgarstwa, że pcham się do państwa Wystrzyków, których ciągle nie ma, nie miały już sensu, ponieważ państwo Wystrzykowie właśnie byli. Nie daj Boże, musiałabym spełnić groźbę i rzeczywiście ich odwiedzić, a mój stosunek do tatusia Ewy ustabilizował się na granit. Nie mogę przecież wejść do człowieka, napluć mu na buty i wyjść bez słowa, a żadne właściwe słowo w ludzkiej mowie, moim zdaniem, nie istniało.

Postanowiłam, zatem pchać się do pani Wiśniewskiej i niezbędne mi były przyczyny. Także cele. Zdecydowałam się wyjawić jej część prawdy, co stwarzało nadzieję, że, przejęta sensacją, straci z oczu okoliczności towarzyszące, pytanie tylko, którą część.

Ponadto, udając się do niej niejako docelowo, miałam wręcz obowiązek przyjść z kwiatkiem. Na przeprosiny za dwie poprzednie wizyty, tak skromna ilość obłudy z pewnością nie wypaczy mi charakteru doszczętnie i bezpowrotnie.

A może z winem…? Przyjęcie odpada, jestem samochodem, nie piję… Ale nie, pani Wiśniewska nie alkoholiczka, z pewnością lubi słodkie, a od kupowania słodkiego ręka by mi uschła. Czekoladki…? Znów to samo, zajmie się poczęstunkiem, odpada, do diabła z czekoladkami! Jednak kwiatek. W doniczce. Przynajmniej nie zacznie szukać wazonu.

Jako temat pogawędki wybrałam śmiertelne zejście Poręcza, informację niejako publiczną, dokładając do niego Martusię, komunikat zakulisowy. Martusi mogłam przyłożyć wszystko, cokolwiek by mi do głowy wpadło, nie miałaby żadnych pretensji, im większe kretyństwo, tym bardziej by ją ucieszyło.

Obdrapany zielony opel stał przed domem, co o niczym nie świadczyło, bo, jak sama widziałam, pan Wystrzyk poruszał się niekiedy na piechotę.

Pani Wiśniewska była u siebie. Nie starałam się iść cicho, przeciwnie, spożytkowałam obcasy, bardzo przydatne do robienia hałasu. Na podeście miałam w planach trepaka, ale okazał się niepotrzebny, pokonałam ostatni stopień i już drzwi się uchyliły.

– A, to pani! – ucieszyła się. – Pani wejdzie, ten rykacz wrócił, ale co tam, i tak go nie ma, bo wyszedł, nie ma się, do czego śpieszyć. Proszę, proszę, pani siada… Co? To dla mnie…? Coś takiego…!

No owszem, storczyk wyglądał elegancko, zapowiadał się na długie kwitnięcie i pani Wiśniewska nie musiała symulować zadowolenia. Wymamrotałam coś o przeprosinach, ale nawet nie słuchała, pomacała palcem, czy roślinka nie ma sucho, i z wyraźnym upodobaniem ustawiła ją na parapecie okiennym. Nawet poprawiła lokalizację, przesuwając inne doniczki, ale to już przy akompaniamencie akustycznym.

– Pani wie, że ona nawet wstąpiła do mnie? Do sklepu szła, a ja orkiszową kaszę gotuję, tu taki jeden kiosk znam, co ją tam czasami mają, to przyszła spytać gdzie to jest, bo jemu się teraz orkiszowej kaszy zachciało, w tym sanatorium go namówili czy coś. Zadowolona taka, pochwalić się przyszła, jaki to mąż dobry się zrobił, na wycieczki woził, do Krakowa ją zabrał, a ona tam kuzynkę ma jedną, co już jej całe lata nie widziała, wreszcie ją odwiedziła. Nic głupiego nie zrobił, podwieczorek postawił…

– Nie ryczał? – zainteresowałam się gwałtownie.

– No i właśnie, wcale a wcale! Nawet nie poszedł, niech się baby nagadają, powiedział, do Ziuty marsz! Ona się ucieszyła, że kompromitacji nie będzie…

– A sam, co?

– A kto go tam wie, gdzieś polazł, podobnież do kolegi, a ona, jak go nie ma, to tak oddycha, o…!

Przez chwilę pani Wiśniewska oddychała głęboko, co najmniej jakby górskie powietrze przez okno wionęło, ale krótko to trwało, bo oddychanie przeszkadzało jej mówić. Zdążyłam skorzystać z okazji.

– Może i w tym sanatorium czasami miała go z głowy?

– A co pani myśli? Tam się jakoś tak porobiło, że z żywieniem nie bardzo, ta ichnia gospodyni głowy nie miała, bo mąż z nogą w gipsie leżał, ale jakiś porządny człowiek, nie ryczał, głosu z siebie nie wydał, w telewizję patrzył, a toto jakby w gipsie leżało, to już by chyba całe miasto ogłuchło. No to czy śniadanie, czy obiad, czy kolację, samej trza było podgrzać albo, co. No to ona w kuchni, a on nie wiadomo gdzie, a przeważnie na tych tam zabieganiach leczniczych, ale chociaż był spokój, no i niech pani sama popatrzy, gadanie było, że i jej dobrze zrobi to całe sanatorium, nie wierzyłam, bo gdzieżby, a tu masz, faktycznie jej dobrze zrobiło! Ale to może jeszcze i dlatego, że co i raz to na całe dnie przepadał, w Góry Świętokrzyskie tak jeździł, a jej brać nie chciał, bo powiadał, że tam Łysa Góra, to może se sama na miotle lecieć. O, tak się cieszył, na sabat marsz! Na sabat marsz! Ten sabat to podobnież takie od czarownic?

– Od czarownic – potwierdziłam, czym prędzej, bo pani Wiśniewska spojrzała pytająco.

– Jaka tam z niej czarownica! Już prędzej on by za jakiego wiedźmina robił, a jeszcze lepiej za takiego gargandula, co ogniem z pyska ziaje…

– Coś pani chyba mówiła, że nawet i w Warszawie w międzyczasie był?

W pani Wiśniewskiej jęły się lęgnąć emocje, porzuciła kwiatki, usiadła przy stole.

– A to właśnie nie wiem na pewno, bo jak ją spytałam, to mówiła, że nie, co znowu, a mnie się ciągle wydaje, że tam drzwi pykały. Ale przecież niemożliwe, żeby był i nie ryknął, niepodobne do niego, a i samochodu nie widziałam przed domem, bo tak, to widać, znaczne to pudło ze starości. I tak mnie się zdaje, że ze dwa razy słyszałam i ja żadnych zwidów nie mam, to, co? Potajemnie przyjechał i na palcach chodził? Ale nie wiem, przysięgać nie będę. Pani, co wie?

– Ja uważam, że był – wyrwało mi się bez zastanowienia, chociaż wcale nie te tajemnice zamierzałam pani Wiśniewskiej wyjawiać.

Pani Wiśniewska rozpromieniła się niczym zorza polarna.

– I na co mu to było? Co tu miał do roboty? I niby, dlaczego tak cichcem – milczkiem? Kraść, to on nie kradnie, takie rzeczy się wie, baba żadna by z nim nie wytrzymała, stary piernik i skąpiec, chyba, że próchno, jakie, ale na próchno by nie poleciał. Wymagalny. To, czego tak na paluszkach i w ogóle jak…?!

No tak. Nie żadne tam zbrodnie w Krakowie i perypetie Martusi panią Wiśniewską interesowały, tylko to, co miała pod nosem. Tajemnice sąsiadów. Intrygi oplatające klatkę schodową. Rykliwy potwór, przemieniony z nagła w puszek łabędzi…

Bez sekundy namysłu zmieniłam zdanie.

– Tego przyjaciela tu przecież miał, tego Poręcza, może z nim chciał się potajemnie widzieć? Tylko, dlaczego potajemnie?

Trafiłam.

– Przyjaciela…! – prychnęła pani Wiśniewska i zabrzmiało to niczym syk żmii, kąpiącej się w szampanie, może nawet pełnym ostryg i kawioru. – A miał, miał, ale już przestał mieć. Naryczało mi tam z góry aż uszy puchły! Ledwo wrócili, już się rozległo, ale tak jakoś jakby szczekał albo, co, bo nic nie można było zrozumieć. Już mu się Florcio przestał podobać, a ja nawet jej spytałam, co tam z panem Poręczem, a ona tak niby to nie wie, ale wybąkała z siebie, że mąż przez niego zakład przegrał i piwo musiał postawić…

Poczułam, jak mi się robi bardzo gorąco i uczucia tej żmii w szampanie zrozumiałam dokładnie. Na ułamek sekundy oczyma duszy ujrzałam okrągły basen ze szlachetnym trunkiem, w basenie ostrygi, ale jakie? W skorupkach…? Otwarte…? Luzem…? I kawior, też jak…? Rozproszone ziarenka, zamknięte puszki…? Słoiczki…? Skomplikowane zjawisko.

– Piwo nie majątek – wybąkałam wzorem pani Wystrzykowej, której zeznania, szczegółowe i dokładne, najwyraźniej w świecie same się do mnie pchały znacznie chętniej niż do Górskiego.

– Ale mówię pani przecież, że to skąpiradło! Za jedno piwo by gardło poderżnął, takiego, co to po pańsku żyje, tylko udaje, może dla siebie, bo dla innych to aż się trzęsie…

Wspomniał mi się pan Jaźgiełło, tak jak go sobie mogłam wyobrazić.

– Musiało tam być tego piwa więcej niż jedno…

– A pewnie! A jak pomstował! Przez tego skur… no, jak by tu… dla takiego rykacza nie będę się wyrażać… skurczybyka niech będzie… taka pomyłka, wrzeszczał, w takie maliny, wrzeszczał, takiego kitu napchał, wrzeszczał, mało, wrzeszczał, ale nie wiem czego mało, kawałek po kawałku, wrzeszczał, też nie wiem, co to za kawałki, w życiu nikomu, wrzeszczał i też nie wiem komu co. Mówiłam, tak było słychać, jakby szczekanie. Może jeszcze, co nawrzeszczy, to się jakoś wyjaśni, bo od niej to się człowiek niczego nie dowie. Ale…! A co z tą Ewą? Mówiła pani, że się znalazła. I co tam z nią więcej?

Coś się pani Wiśniewskiej za te wszystkie rewelacje należało.

– We Francji jest teraz, już jakiś czas tam siedzi, tak jak mówiłam. I powiem pani, to wcale nieprawda, że kręciła z Poręczem, on tylko tak gadał, żeby ją zelżyć przez zemstę. Ma całkiem, kogo innego, na poziomie…

Pomyślałam, że co sobie będę żałować…

– …niedługo pewnie ślub wezmą, jak tylko ona wróci. Własną firmę chce założyć, już nawet zaczęła i od ojca jej niczego nie potrzeba. Ale to tak między nami, w cztery oczy, niech pani tego nie rozgłasza.

– Co pani powie! – ucieszyła się pani Wiśniewska. – Co ja niby mam rozgłaszać i komu? Temu krzykaczowi może, co? Akurat. I dobrze jej się wiedzie?

– Pewnie, że dobrze. Ma, za co żyć i znów pisze.

– Znaczy, na złe drogi całkiem wcale nie zeszła?

– Co też pani…? Przeciwnie, powodzenie jej się zapowiada we własnym zawodzie.

Pani Wiśniewska z zadowoleniem kiwnęła głową.

– To mówi pani, że go Florcio wykantował…?

Cholera. Czy ja coś podobnego powiedziałam…?

– …I dobrze mu tak! Zły taki, że oknami pryskało. A i jej naubliżał, co tam do niego gadała, nie wiadomo, bo to cicha kobieta, wcale jej nie słychać, ale on, ho, ho, od razu, głupia jesteś, czego się czepiasz, co cię obchodzi, tuman skończony, nie kłapać mi pyskiem, zamknij gębę i gorzej jeszcze. Od kasandrów ją wyzywał i pytiów, język za zębami kazał jej trzymać, i na co mu to, ona i tak trzyma, no i tyle. Wrzaski były, ale żeby, co zrozumieć, to już nie bardzo. I powiada pani, że on tu faktycznie przyjeżdżał…?

Poczułam się zmuszona, czym prędzej zakończyć wizytę u pani Wiśniewskiej, bo lada chwila dowiedziałabym się, że oszkalowałam całe społeczeństwo. Gdyby, nie daj Boże, Górski miał z nią rozmawiać, okazałoby się, że bezwzględnie należy mnie zamknąć dla uniknięcia matactwa i za podsuwanie świadkom fałszywych zeznań.

Wracałam do domu powoli, usiłując uporządkować kołowaciznę w umyśle.

Tatuś Ewy pomstował na Poręcza. Świetnie. Poręcz go wykantował. Jeszcze lepiej. Wynikało mi z tego to coś, co snuło się od początku, spółka Poręcz – Jaworczyk, rozgłaszająca idiotyzmy, o tyle dla mnie zrozumiałe, że też padałam ich ofiarą, z tą różnicą, że mnie tatuś Ewy nie dotyczył. Nie musiałam uciekać.

Spróbowałam zebrać do kupy całą zyskaną po kawałku wiedzę i od razu uświadomiłam sobie, że właściwie nie przekazałam jej Górskiemu. A jeśli przekazałam, to mętnie, wybrakowaną i dziurawą. Górski z panią Wiśniewską nie rozmawiał, a zasadnicze zgryzoty psychologiczne wychodziły wszak od niej, to dzięki jej gadaniu wiem, że ten zbuk niedojony, kochający rodziciel, miał obsesję. Córka należy do niego, własny przedmiot, jakim prawem ma żyć własnym życiem, oddzielnie? Jakim prawem ma osiągać sukcesy bez niego?

Ewa. Córka, która nie chciała być synem. Odmienność. A zarazem własność, własna ręka, własne oko, własne diabli wiedzą co, zęby, niewolnik, umysł…? Może jeszcze własne zdrowie. O, upodobania, potrzeby… O, jeszcze bardziej! Uzależnienie. Absolutne, całkowite uzależnienie.

Wyrwała się z tego interesu, wyskoczyła i nie dość na tym, osiągnęła sukces wbrew tatusiowi. Ośmieliła się, oburzające, przeciwne naturze! Bez tatusia, wręcz potworne. Gdyby dostała złoty medal, powinien on zostać przypięty na tatusiowej piersi, dumnie wypchniętej do przodu! Gdyby zapragnęła czegokolwiek, u tatusia musiałaby o to żebrać!

Budowlane słowa wypowiedziałam dość głośno, sprawdziwszy przedtem, czy mam zamknięte okna. Budowlany język jest barwny, wcale nie monotonny, bije na głowę wszelkie prymitywne wulgaryzmy. Z otwartymi oknami zwróciłabym na siebie uwagę innych użytkowników jezdni.

Poręcz ukoił doznania tatusia informacją, że nie zbuntowana córka ma jakieś zasługi, tylko te rozmaite patafiany, zboczeńcy, nadęte ważnością buce od reklamy. Co im do łba strzeli, nie wiadomo, najgorsze gówno wyeksponują, najgorszego ćwoka w górę wyciągną, z najgłupszej dziumdzi gwiazdę zrobią i nawet wcale nie muszą z nią sypiać, homoseksualiści to mogą być, szmal z niej doją i tyle. Oni rozkrzyczą, tępe społeczeństwo kupi i nie dość, że mają kasę, to jeszcze sami wychodzą na prowadzenie. Bez nich jej nie ma, nie liczy się wcale. Reklama jest dźwignią handlu.

Pień i żłób uwierzy. To zobaczy, co mu wmówią.

Tatuś znienawidził powodzenie córki. Nie popuścił. Należało jej pokazać, gdzie jest jej miejsce i na ile sama z siebie się liczy. Usunąć palantów.

Czy Poręcz mógł w niego wmówić Wajchenmanna…?

A dlaczego nie, postarał się trochę, sławne nazwisko było mu potrzebne, byle, kto nie wylansuje gwiazdy. A Drżączek…? Jak Boga kocham, sama oczekiwałam rewelacji rzędu „Misia”, „Rejsu”, „Nie ma róży bez ognia”, co zobaczyłam, lepiej nie mówić, ale zapowiedzi strzelały Oskarami. Teraz Drżączek dźwignie na piedestał Ewę i tatusia będzie musiał szlag trafić, Zamorski już ją załatwił, jakim cudem można było w jego twórczości ujrzeć to dźwiganie, jest nie do pojęcia, nie umiem sobie nawet wyobrazić takiego jełopa.

Może z wiekiem moja wyobraźnia zdycha…?

Do tego miejsca wszystko gra, usunąć dźwignie. I tu zaczynają się schody.

Bo co ma do tego Poręcz…?

Dyszyński i Jaźgiełło. Wspólnymi siłami zdementowali ględzenie Poręcza, z dementi wynikło coś kompletnie odwrotnego, ci wielcy twórcy, poronione niedoróbki, byli szkodliwi, nie zaś pomocni. Dziwne, że wydawcy nietknięci, chyba Poręcz nie docenił siły słowa pisanego… Znaczy, Poręcz oszukał, nabździł, kitu nawciskał, własną konkurencję usunął cudzymi rękami, na Poręczu teraz należy się zemścić!

Wszystko byłoby świetnie, moje myślenie zgoła mnie upajało, teraz, przed czerwonym światłem na skomplikowanym skrzyżowaniu alei Niepodległości z Wilanowską nagle się zastopowało na tej samej bazie, od której się zaczęło. Psychologicznej. Tatuś kropnął Poręcza…?

Niemożliwe. Zabicie wroga rozładowuje nienawiść. Można się cieszyć ze zwycięstwa, diabli wzięli podleca, własną ręką udało nam się usunąć go ze świata, zostaje satysfakcja, radość, ukojenie, mściwe szczęście, ale nie nienawiść. Inaczej wspominamy jego świństwa niż za jego życia, już nie musimy dziabać go na kawałki. O, właśnie, kawałki…!

Pani Wiśniewska to doprawdy bezcenne źródło informacji…

Mimo wszystko udało mi się skręcić do siebie i nie pojechać do Piaseczna.


* * *

Piotruś Pan otworzył Górskiemu drzwi mieszkania swojej mamusi bez pytania „kto tam?”, przekonany, że nadchodzi oczekiwana pielęgniarka. Górski w progu najpierw przeprosił, potem się przedstawił, potem znów przeprosił.

– Od prywatnych wspólnych znajomych wiem, że ma pan przykre kłopoty rodzinne, nie chciałbym panu zatruwać życia jeszcze bardziej, ale muszę z panem pilnie porozmawiać. Liczę na pomoc.

Piotruś Pan trochę zdrętwiał, trochę się przestraszył, a trochę zakłopotał, ale Górskiego wpuścił od razu.

– Służę panu, nie jest tak źle. Za pół godziny przyjdzie pielęgniarka, moja matka zniosła zabieg bardzo dobrze, ale tak na wszelki wypadek do jutra… Opiekę… No, drobną pomoc…

Mamusia Piotra Petera nie rezydowała w zamku, lokal mieszkalny nie był zbyt rozległy, słyszała, zatem wszystko doskonale i nie omieszkała się wtrącić.

– Mnie nic nie jest. Weź, Piotrusiu, tego pana do tamtego pokoju, tylko drzwi zostaw otwarte. Najgorzej z tym piciem, niby nic, a nie wolno, szkoda… Pogadajcie sobie, jakby, co, to zawołam. Ale…! Pokaż może panu tę rzecz, co cię tak denerwuje, sam mówiłeś, że trzeba by może do policji, to akurat jak znalazł…

– Mamusiu, ty się może zdrzemnij – zaproponował łagodnie Piotruś Pan i wprowadził Górskiego do sąsiedniego pomieszczenia, zaskakująco kolorowego, zapełnionego wielką ilością wełny w rozmaitej postaci. – Niech to ciężka cholera bierze.

Górski powstrzymał siadanie przy stole.

– Tak…? – spytał z uprzejmym zainteresowaniem.

Peter usiadł, westchnął i podparł brodę rękami.

– Ja to chciałem jakoś całkiem inaczej, dyplomatycznie, może w ogóle ukryć, jeszcze się martwię, bo diabli wiedzą, co tu na mnie padnie. A rodzona matka z grubej rury… No nic, to za chwilę, pan ma pierwszeństwo.

Górski wobec tego też usiadł.

– Jaworczyk niejaki. Od razu powiem, nie interesują mnie jego przestępstwa ani wykroczenia, jego alibi jest mi potrzebne jak wrzód na du… na pośladku, bezpośredni kontakt z nim dla mnie na nic, chcę wiedzieć, co i do kogo mówił. Wśród osób godnych zaufania pan o tym wie najwięcej.

– A, to ja jestem godny zaufania? – zdumiał się Piotruś Pan.

– A pan uważa, że nie?

– Ja uważam, że tak, ale mogę się mylić. Ponadto każdy ma prawo do własnego zdania i kto inny może uważać inaczej. Dziwi mnie zgodność moich poglądów z policyjnymi.

– Zwracam panu uwagę, że gliniarzy nie szuka się specjalnie wśród upośledzonych umysłowo. Zaraz, rozwinę pytanie. Cała ta afera irracjonalnie ma w tle Ewę Marsz, co albo jest zasadniczo ważne, albo potwornie mylące. Jaworczyk podobno ulegał wpływom…?

Piotruś Pan odetchnął jakby z ulgą, zdjął łokcie ze stołu i przyłożył się do relacji rzetelnie. W gruncie rzeczy mowa była o plotkach, głupim gadaniu i złośliwych obmowach, nic z tego nie miało odpowiednika w kodeksie nie tylko karnym, ale nawet cywilnym, gdyby pan Woźniak opublikował w prasie, względnie wygłosił przed kamerami komunikat, że pan Kowalski jest kretynem, pan Kowalski owszem, mógłby go skarżyć, ale tenże komunikat, wymamrotany prywatnie, żadnych podstaw do skargi nie stwarzał. Piotruś Pan, zatem mógł sobie pozwalać bez konsekwencji prawnych.

I pozwolił sobie bardzo chętnie, ponieważ ani Jaworczyka, ani Poręcza nie lubił. Za to lubił i cenił Ewę Marsz. Ściśle i porządnie powtórzył rozgłaszane przez Jaworczyka brednie, jak to Wajchenmann gromadził jej książki i agitował scenarzystów, jak to Zamorski filmami robił jej reklamę, jak to Drżączek przebierał wśród sponsorów, pchających się do dalszych ekranizacji, jak to bez poparcia wielbicieli autorka nikła z horyzontu. Co drugie zdanie z wielkim naciskiem przypominał, że nie prezentuje swoich własnych poglądów i każde z cytowanych słów o ciężki niesmak go przyprawia.

– Głupie to było, panie inspektorze, o tyle że wszyscy ludzie zawodu orientują się w sytuacji. Nawet reklamy… Jasne, reklama ma swoje znaczenie, ale zdarzają się takie, które wręcz ubliżają, człowiek ma reklamować sam siebie i jeszcze za to zapłacić, to wręcz wstręt ogarnia…

– Ewa Marsz też kiedyś…?

– A, skąd! Nigdy w życiu! Poręcz, tak uważam, działał świadomie, podstępnie, taki turkuć podjadek, ale Jaworczyk wierzył i wierzy w swoje gadanie. Słowo daję, człowiek czasem baraniał z tego, ale Jaworczyk to prymityw i prostak, ja nie potrafię ściśle określić jego umysłu i osobowości… jeśli w ogóle jakiś umysł i osobowość posiada… do czegoś takiego powinien pan znaleźć sobie fachowca, psychologa, psychiatrę… Ale przecież nie Jaworczyk tu dla pana najważniejszy?

– Nie – przyznał Górski. – Tylko jego gadanie i ci, którzy w nie mogli uwierzyć.

Piotruś Pan zastanowił się.

– Czy ja wiem… Chyba ci sami, którzy wierzą w śmierdzące proszki do prania i odchudzające smarowidła. I ci, którzy chcieli uwierzyć. A ten cały Poręcz miał dużą siłę przekonywania i, można powiedzieć, Jaworczyka nią zaraził.

Górski przez chwilę porządkował sobie całą sukcesywnie zdobywaną wiedzę i podkładał ją pod swój węch. Pasowało mu.

– W porządku, cennych szczegółów pan mi dostarczył, wróćmy teraz do tego czegoś, co pan chciał mi dyplomatycznie pokazać.

Piotruś Pan zamilkł na długą chwilę. Brzęknął dzwonek u drzwi i przyszła pani Ania, pielęgniarka. Mamusia, dotychczas cichutka, znów się wtrąciła.

– To właściwie ja znalazłam, proszę pana. Piotrusiu, dlaczego ty tak się wahasz i taką tajemnicę z tego robisz, czy to w ogóle jeszcze ciągle tam leży? Bo widzi pan, muszę panu powiedzieć, chociaż mi trudno tak wołać z daleka…

– Spokojnie, mamo, nie męcz się, ja powiem – zdecydował się Peter. – Głupio się zbiegło, matka lekceważyła swoje dolegliwości, ukrywała, w rezultacie nastąpiło to prawie równocześnie, to jej znalezisko i pogotowie, wszystko naraz, nie miałem głowy do takich rzeczy, potem przyszło mi na myśl, że będę podejrzany. Pojęcia nie mam, skąd to się wzięło…

– Ale pokaż panu, Piotrusiu – zniecierpliwiła się mamusia. – Bo ja sama jestem ciekawa!

Górski zaczynał być ciekaw jeszcze bardziej.

– Równocześnie, mówię panu – mruknął Piotruś Pan.

Nie siadał już przy stole, podszedł do zwału wełny, odsunął kolorowe pasma, starannie podobierane odcieniami, i ukazał przedmiot pod nimi.

– Matka sięgała po to czerwone na spodzie akurat jak ją zgięło, po lekarza zdołała zadzwonić, a zanim pogotowie przyjechało, zdążyła się jeszcze przyjrzeć. Prawdę mówiąc, ja też, bo też przyjechałem od razu, ale potem zająłem się szpitalem, a ją prawie natychmiast na stół wzięli. Wie pan jak to jest, administracyjne zawracanie głowy. Nie ruszałem tego więcej i zastanawiałem się, to czy nie to, głupio mi było, wciąż w tym widzę u siebie jakiś objaw histerii. Ale chce pan, niech pan patrzy, proszę bardzo.

Górski chciał i popatrzył.

Uniesione pasma ukazały leżący pod nimi buzdygan.

– Dziękuję pani Aniu, już lepiej, tak mi całkiem wygodnie – powiedziała radośnie mamusia. – Tam tylko czerwone odcienie leżą, sam pan widzi, ten ostry cynober był mi potrzebny i tak to odsłoniłam, a pomiędzy czerwonymi to zielone, aż mnie walnęło po oczach, razi okropnie. Może od tego takiego ataku dostałam, nawet się przestraszyłam, że majaczę. Później troszkę ból zelżał, więc się przyjrzałam, no i rzeczywiście, nie żadna zjawa. Dziwaczna rzecz i tak mi się jakoś historycznie kojarzy.

Górski i Piotruś Pan popatrzyli na siebie. Piotruś Pan uniósł ręce w geście poddania.

– Do rewizji nawet nakazu nie będę od pana żądał – rzekł smętnie. – Matka też nie, zaręczam. Więc jednak, takie miałem obawy, rozumie pan, plotki latają i tak naprawdę każdy wie wszystko. To Zamorski, co…?

– Bez zbadania w laboratorium słowa panu nie powiem, ale moim prywatnym zdaniem tak. Przynajmniej mam nadzieję. Jednakże, jeśli nawet tak, pozwoli pan, że pańskiej matki nie będę posądzał?

– Miała już kiszkę – odparł żałośnie Peter trochę ni w pięć, ni w jedenaście. – Nie brałem do ręki, ale podobno to ciężkie? W życiu tego nie widziałem, słyszałem tylko, wygląda mi to na jakieś skrzyżowanie buzdyganu z buńczukiem.

– Nie w tę stronę pióropusz i w ogóle powinien być z końskiego ogona.

– Otóż to, wybrakowany rekwizyt. A… więc właśnie chciałem prosić, żeby matki nie.

Nie tylko pani Peter Górski nie zaczął podejrzewać, z góry wykluczył także jej syna. Ani jedno, ani drugie nie chowałoby narzędzia zbrodni w podobnie idiotyczny sposób, a gdyby już taki pomysł wpadł im do głowy, nie ujawnialiby go bez żadnego powodu. Nikt o nim nie wiedział, tylko matka i syn, każde z nich spokojnie mogłoby nadal ukrywać znalezisko, szczególnie, że na razie nikt nie mógł zagwarantować, iż jest ono rzeczywiście narzędziem zbrodni, które z potylicy denata przeniosło się do domu osoby całkowicie postronnej.

Ktoś to przyniósł. Zapewne sprawca. Ciekawe, dlaczego schował tak dziwacznie i głupio, pod zwałami wełny, na co liczył i czego się spodziewał? Nie zaistniała aktualnie sytuacja, w której policja goniłaby kogoś, kto w pośpiechu musiał się pozbyć dowodu przestępstwa. Jak to, zatem rozumieć?

Wyraził swoje wątpliwości głośno.

Mamusia Piotra Petera mogła sobie wyprodukować ostre zapalenie wyrostka robaczkowego, ale na umysł jej to nie padło. Sztukę myślenia miała opanowaną.

– Ktokolwiek to tam schował, proszę pana, wiedział, co robi. Gdyby nie ten cynober, nieprędko bym zajrzała, Piotrusiu, pokaż panu. Szarości i beże obecnie mam w robocie, jaskrawy akcent nagle mi do głowy przyszedł, a tu, widzi pan, wszystko gotowe, pocięte, posegregowane leży i jeszcze długo będzie używane. Cała reszta to zapasy na przyszłość.

– To znaczy, że sprawca panią znał…

– Nie było nikogo obcego. Ja się już dawno źle czułam i nie miałam ochoty na przyjmowanie gości.

– A kto w ogóle był, powiedzmy, w ciągu ostatniego tygodnia?

– Nikt…

– Mamo – wtrącił się zgnębiony nieco Piotruś Pan. – Wymień wszystkie istoty ludzkie. Chociażby ja i Miśka.

– No tak, wy. No i owszem, sprzątaczka, przychodzi raz na tydzień. Była Katarzyna, to taka moja przyjaciółka, ona reklamuje moje kilimki na prawo i na lewo i ciągle mi jakiegoś kupca sprowadza, ale teraz była sama. No i był ten… Co mu nagle odbiło, raz na dziesięć lat przychodzi, znienacka przyleciał, bo jakby zadzwonił, powiedziałabym, że wyjeżdżam, taksówka mi pod domem stoi, nie znoszę tego bałwana!

– A ten bałwan to, kto?

– Chrzestny Piotrusia, taki daleki kuzyn mojego nieboszczyka męża, dwudziesta woda po kisielu, Romek Wystrzyk się nazywa. Szczęście jeszcze, że krótko siedział i żadnego z tych swoich dowcipów mi tu nie wywinął.

– Może pani tę wizytę opisać szczegółowo?

Pani Peter nie tylko twarzą, ale wręcz całą sobą okazała niechęć.

– Akurat Wiesia mu otworzyła, moja sprzątaczka, bo ja sama nie wiem, może bym powiedziała, że mnie nie ma, jej to do głowy nie przyszło. Do pokoju wszedł, jak się mam, powiedział, kawy się napił i tyle. Tak sobie wpadł, bo akurat był obok i zaraz leci, bo się śpieszy. O, zaraz, nie wytrzymał, żeby mi przyjemności nie zrobić, zestarzałam się, powiada, peruka by mi się przydała i na co mi tyle tej wełny, na wyściółkę do trumny chyba, ale przedtem jeszcze spytał, ile czasu na jeden kilim potrzebuję i głupio się śmiał. Baran grzmiący!

Siedząca dotychczas jak mysz pod miotłą pielęgniarka wkroczyła.

– Niech się pani nie denerwuje, bo się pani za bardzo ruchliwa robi. Jeszcze jutro musi pani spokojnie przeczekać, pojutrze, jak pani chce potańczyć, proszę bardzo, ale nie teraz – odwróciła się do Górskiego i popatrzyła surowo. – Jakieś przyjemniejsze tematy proszę poruszać, nie drażnić mi pacjentki!

– Jeszcze tylko jedno, pani pozwoli… kiedy dokładnie ta wizyta nastąpiła?

Mamusia Piotrusia Pana znieruchomiała i skupionym wzrokiem wpatrzyła się w pejzażyk zimowy, wiszący w nogach jej łóżka. Obliczała w myśli, po czym zaczęła obliczać na głos. Górski również liczył w pamięci i razem im wyszło, iż uroczy tatuś Ewy Marsz odwiedził powinowatą dokładnie w dniu wykoszenia Zamorskiego.

– O której godzinie? – spytał Górski z naciskiem.

– Jakoś tak w środku dnia. Koło południa. Zaraz, niech pomyślę. Bo tak mnie zezłościł, że coś w końcu zapomniałam zrobić… Wiem, kotleciki, mięso rozmroziłam i potem mi się zaśmiardło, znaczy blisko dwunastej musiał być, parę minut po. A co…?

– Nic. Zgadzałoby się. Tylko ciągle sensu uchwycić nie mogę. Ale przeszukanie, niestety, będzie niezbędne, postaramy się jakoś ulgowo…

Przeszukanie, kulturalne acz fachowe, mamusia Piotrusia Pana, wbrew obawom syna, powitała jak miłą rozrywkę, bardzo dla niej użyteczną, bo przy okazji znalazło się specjalne drewienko do cięcia wełny, które jej już dawno zginęło. Z góry zapowiedziała, iż taki przedmiot gdzieś tu powinien się znajdować, prosi, zatem o zostawienie go na wierzchu. Prośbę spełniono, nie było powodów, żeby nie, a drewienko, jak się okazało, leżało sobie spokojnie w grzbiecie ogromnego albumu, pełnego fotografii rodzinnych.

Innych łupów zbrodniczych nie było. Ani spluwy, ani bagnetu.

Buńczuko – piernaczo – buzdygan błyskawicznie potwierdził się jako narzędzie zbrodni, na którym ślady po denacie Zamorskim dało się dostrzec prawie gołym okiem. Sprawca najwidoczniej nie próbował nawet szorować go wrzącą wodą i mydłem. Zadbał tylko o daktyloskopię, zamiast odcisków palców zostawił odcisk rękawiczki skórzanej, dość wiekowej i podniszczonej, która dokładnie zatarła znacznie starsze ślady palców. Zniweczyła nadzieję wykrycia, kto wywlókł go skądś i umieścił przy drzwiach w niewiadomych celach.

W zachwyconej sensacją mamusi Piotrusia Pana nastąpił wyraźny skok ku pełni zdrowia.

Relacje z tej drugiej strony księżyca uzyskałam z trzech stron, prawie równocześnie.

– Joanna, co się dzieje? – spytała w telefonie późnym wieczorem Miśka przyciszonym głosem. – Piotrek wrócił od matki jakiś dziwny, matka w porządku, ale on nie całkiem. Mów prędko, co wiesz, dopóki on jest w łazience!

– Miał rozmawiać z moim znajomym gliniarzem – odparłam uczciwie. – Pewnie rozmawiał, nie znam rezultatów. Powiedział coś?

– Żeby…! Głównie chichotał, trochę jak obłąkany. Ja się boję wariatów. Ale może przypadkiem wiesz, dlaczego on był i jest taki wściekle zdenerwowany?

– Przypadkiem się domyślam, chociaż nie wiem, czy trafnie. Mówił cokolwiek pomiędzy chichotami?

– Pojedyncze słowa. Czasem się rozpędzał do połowy zdania.

– Możesz coś zacytować?

– Nie wiem, czy zdołam dokładnie – Miśka skupiała się przez chwilę. – O, jaskrawy cynober, na przykład. Głupek. To było chyba o sobie… Słyszeć, cha cha. Miałem nadzieję, właściwie tylko nadzieje, powiedział, ale raczej wywnioskowałam z tego nadzieję, a nie nadzienie. Bystrzak. Skurwysyn. Mamusia ma błyski… popatrz, to było całe zdanie! Podrzucił. Nie wierzę. Niemożliwe. „Niemożliwe” powtórzył parę razy.

Zaczęłam strasznie myśleć. Wiedziałam przecież, co robi mamusia Piotrusia Pana i wiedziałam, po co Górski tam poszedł. Skojarzenie błysków mamusi z jaskrawym cynobrem było łatwe, z autopsji znałam takie eksplozje kolorystycznych natchnień, ale jak to się miało do plotek Jaworczyka…?

– Kawalątko mam, ale może coś jeszcze?

– Łatwizna, powiedział jeszcze, na patelni podane, to z tych dłuższych wypowiedzi, wszystkich cha – cha i chi – chi już ci nie będę powtarzać, o, wybrakowany rekwizyt, aż się przy tym usmarkał ze śmiechu, słuchaj, ja jestem przerażona!

– To nie bądź – poradziłam i jasnowidzenie zapukało mi gdzieś w głębi. – Czy nie było ani słowa o znalezieniu czegoś?

– Czekaj, moment. Jak to, przecież ci mówię, na patelni…

– Coś po drodze zaniedbujesz.

– Zaraz. Nie – szukać – chi – chi. Wyszło mu jedno słowo. To mogło być o znajdywaniu?

– I wybrakowany rekwizyt, powiedział?

– Jak Boga kocham!

Jasność nadziemska mnie olśniła.

– Znaleźli narzędzie zbrodni…!

Był to absolutnie mój prywatny wymysł i zapewne pobożne życzenie, może materiał do następnej książki, ale z drugiej strony usłyszałam jęk Miśki, zmieszane charkoty i zaraz potem głos Piotrusia Pana.

– Pani Joanno, to pani? Nie, ja nie zwariowałem, chociaż czuję się tak jakby, ale powiem pani, pani jest w końcu dorosłą kobietą i ma pani synów, o ile wiem, a nie wątpię, że miała pani także matkę, a moja matka ukrywała swój stan zdrowia wszelkimi siłami, widać było, że jest źle, do szpitala poszła z ropą i ja naprawdę jej nie doceniłem. Misieńko, sekundę, też słuchaj, zimna woda mi dobrze zrobiła, już mi się organizm normuje, to gówno, które mi pokazała, całkiem mnie ogłuszyło, pasowało, ale skąd u niej, na litość boską, i czy miało z jej zdrowiem cokolwiek wspólnego, no i zaraz piekło na ziemi, karetka, operacja, bałem się, słowo daję, ruszać sprawę czy nie, a jeśli jej zaszkodzi? Przeczekać, będą podejrzenia, nie czekać, okaże się niewypał, a matka się zdenerwuje, okazuje się, że był to produkt leczniczy. Jeszcze nie wiem na pewno, ale chyba jednak jest to ten zasrany buzdygan, którym grzmi cała telewizja i po co ja kretyna z siebie robiłem, trzeba było się pani poradzić, słowo daję, nie miałem, kiedy…

Uważałam za niezbędne przerwać ten potok.

– Cicho!!! Zaraziły pana obie, Miśka i Lalka. Będę zadawać pytania!

– Tak… Oczywiście… Proszę bardzo…

– Górski był?

– Jasne. Przecież z tego…

– O Jaworczyka pytał?

– Jasne. Wszystko mu…

– Oprócz tego znalazł coś?

– W tym rzecz! Sam mu pokazałem, chociaż, ściśle biorąc, moja matka znalazła…

– Przy jaskrawym cynobrze, głowę daję. Piotruś Pan z drugiej strony prawie się zachłysnął.

– Skąd pani wie?!

– Znam się na kolorach. Pokazał mu pan i co?

– I cała powódź dalej poszła…

Piotruś Pan oprzytomniał i skorzystała na tym Miśka, która miała dość rozumu, żeby milczeć i słuchać. Obie równocześnie uzyskałyśmy szczegółowe sprawozdanie z wydarzeń. Wręcz nie wierząc w usłyszane informacje i własne wnioski, wyłączyłam komórkę wstrząśnięta.

Telewizyjne narzędzie zbrodni w cynobrowej wełnie niewinnej kobiety…!

Następny był Ostrowski, też przez telefon.

Tajemniczym sposobem Górski zdążył go złapać gdzieś pomiędzy buzdyganem a zakończeniem poszukiwań u pani Peter. W zadawaniu pytań konsekwentnie trzymał się tej samej dziedziny.

– Otóż, wie pani, przeprowadziłem tu sobie takie małe, prywatne śledztwo – usłyszałam w komórce. – Mam na myśli redakcję. A ten pani znajomy gliniarz trafił mi akurat we wnioski. Pamięta pani może, wspominałem, że ktoś pytał o fotoreportaż z Ewą Marsz?

Pamiętałam, owszem.

– Okazuje się, że taka wieść się rozeszła czy może zaczęła rozchodzić, ale jej źródła nie było i nie ma. Pani o tym coś wie?

– Tyle, co od pana.

– Ode mnie też zero. Nikt nie miał takiego zamiaru, bo od dawna wiadomo, że Ewa Marsz na te rzeczy nie idzie. Odmawia. Inicjatora brakuje.

Zainteresowałam się.

– Znaczy, ktoś to wymyślił i puścił w przestrzeń?

– No właśnie.

– I myśli pan, że kto? Jaworczyk…?

– Z pytań wynikało, że ten ktoś inicjatywę przypisuje samej Ewie Marsz. Rzekomo ona się o to starała. Nie wierzę.

– Ja też nie. Kretyństwo. Typuje pan Jaworczyka czy nie?

Ostrowski prychnął w słuchawkę.

– Osobiście podejrzewam, że raczej Poręcz. Poważnie węszę jakąś jego świadomą akcję, w tym akurat aspekcie kompletnie niezrozumiałą. To jakieś wariactwo. Wie pani, że wnioski przychodzą mi do głowy wręcz paranoiczne.

– Nie panu jednemu – mruknęłam. – Zaraz. A jak dzwonił ten jakiś, który pytał o fotoreportaż, co mu odpowiedziano?

– To wydusiłem. Oczywiście możliwie mętnie. Że niewykluczone, prawdopodobne, ale bliższych szczegółów mogę udzielić tylko ja. A mnie, chwalić Boga albo niestety, ów rozmówca nie dopadł.

– I tyle pan powiedział Górskiemu?

– No, jeszcze tam parę drobiazgów, on też nieźle dusi. Przypomniałem sobie, że istnieją bilingi, to był przecież telefon do sekretariatu redakcji, da się wyłapać. Chyba spodobał mu się ten pomysł.

Mnie błysnęło kilka pomysłów, co jeden to piękniejszy. Dzwonił łachudra z byle, którego automatu i przepadło, w życiu się do niego nie dotrze. Poręcz znalazł sobie wykonawcę, może płatnego zabójcę, wykonawca załatwia wrogów Poręcza, po czym w grono ofiar włącza pracodawcę. Wypadek tak rzadki, że gdyby gdzieś nastąpił, byłoby o tym słychać, powodem mogłaby być tylko niewypłacalność, a zleceniodawca, który nie zapłacił, pod ziemię by się wkopał ze strachu, nie zaś szlajał po mrocznych knajpach!

Niech ja do domu nie trafię, wychodzi na to, że jednak Poręcza kropnął ktoś inny!

Ale Górski ma fajnie…

Górski właśnie zadzwonił.

– Wiem, że jest późno – usprawiedliwił się szorstko – ale jakoś nie chcę, żeby mnie pani zaczęła uważać za idiotę, kaprys taki, każdy ma prawo. U matki Piotra Petera zostało znalezione narzędzie, które wykosiło tego denata w telewizji, Zamorskiego. Nie podejrzewam, powtarzam, NIE podejrzewam ani Petera, ani jego matki. Czy ja wyraźnie mówię?

Upewniłam go, że bardzo wyraźnie, chociaż mało.

– A pani chyba rozmawiała ze świadkiem, z tą sąsiadką, dla której ja się nie nadaję. Słucham.

Rzecz jasna, wydarł ze mnie relację z całej rozmowy z panią Wiśniewską. Wszystko inne uparł się odłożyć na później i z tym już musiałam się pogodzić…


* * *

Piotrowi Peterowi przejechałam po butach. Na całe szczęście w tych butach nie tkwiły jego nogi. Podjeżdżałam do siebie w pośpiechu, z daleka zobaczyłam przed domem dwa samochody, przykitowałam troszeczkę po ostatnim podskoku antyszybkościowym, zawinęłam do bramy już ruszonej pilotem i w tym momencie w samochodzie obok otworzyły się przednie drzwiczki. Wypadło z nich pudełko z butami. Stanęłam na hamulcu, ale niestety, zarazem stanęłam także kołem na tym cholernym pudełku.

Za pudełkiem wyskoczył Piotruś Pan, którego, okazało się, znałam z twarzy.

Brama zdążyła się dwa razy zamknąć i dwa razy otworzyć, bo z drugiego samochodu wysiedli Magda z Ostrowskim i wszyscy razem zaczęliśmy prawić sobie rozszalałe grzeczności. Przepraszałam za spóźnienie i za pudełko, Magda przepraszała za telefon w ostatniej chwili, Ostrowski przepraszał, bo to przez niego, a Piotruś Pan przepraszał za samo pudełko. Zjechałam wreszcie z butów i skorzystałam z bramy.

Nie byłoby głupiego zamieszania, gdyby nie to, że w sekundę po telefonie Magdy stwierdziłam całkowity brak kawy. W owym słoiku, dostrzeżonym kątem oka, znajdowała się tarta bułka. Znaczy, Witek nie kupił. Uświadomiłam sobie, że z łakoci dla gości posiadam w domu wyłącznie herbatę i rodzynki. Reszta wyszła. Gdyby cokolwiek, bodaj fistaszki, to jeszcze pół biedy, ale tak całkiem nic…?

Droga do sklepu zabierała półtorej minuty, pomyślałam, że zdążę, wyskoczyłam jak stałam i pojechałam po zakupy. Oni minęli sklep w chwili, kiedy byłam w środku, podjechali i od razu zorientowali się, że mnie nie ma, bo z pośpiechu zapomniałam zamknąć garaż, jego pustka rzucała się w oczy. Zaczekali oczywiście, ale Piotruś Pan miał zmartwienie, dopiero, co kupił sobie buty i dręczyła go myśl, że zapakowano mu dwa lewe, korzystając z wolnej chwili obejrzał. Nie, jednak było w porządku, jeden lewy i jeden prawy, zamknął sprawdzane pudełko, miał je na kolanach i w tym momencie nadjechałam. Chciał szybko wysiąść…

Następne parę minut zajęła nam kontrowersja finansowa. Czułam się zobowiązana zwrócić mu koszt obuwia, nie tak znów dużo, sto sześćdziesiąt złotych, ale upierał się, że nie chce, bo to jego wina. Magda z Ostrowskim na nowo zaczęli przepraszać, bo to ich wina, groziło nam nieuleczalne wariactwo, zgniewało mnie w końcu, kazałam im się wypchać winami i butami, i ogłosiłam, że te sto sześćdziesiąt złotych wpłacę na schronisko dla bezdomnych zwierząt. Co ukoiło wreszcie wszystkie namiętności.

Przez ten czas woda się zagotowała.

Rychło wyszło na jaw, że stanowię coś w rodzaju punktu kontaktowego z racji znajomości z Górskim.

– Jest pani pewna, że on nie nabrał jakichś podejrzeń? – spytał trochę niespokojnie Piotruś Pan. – Ja bym chyba nabrał na jego miejscu. Chociaż, z drugiej strony, mnie wtedy w ogóle na Woronicza nie było, dopiero koło pierwszej przyjechałem, a moja matka stanowczo odpada. Za ciężka dla niej ta buła.

– Podnosiłeś…?

– Spróbowałem. Pozwolił mi. Rany boskie, istna maczuga zbója Madeja!

– Ale nie nabrał – uspokoiłam go. – Specjalnie dzwonił, żeby mi powiedzieć, że nie jest idiotą. Ja i tak wiem, że nie jest. I kto to do was przyniósł, bo w końcu wczoraj mi pan nie powiedział?

– Cholera wie. Ale mam okropne obawy, że… Nie, to zbyt głupie. Niewiele osób wchodzi w grę i tu mam zmartwienie, bo moja matka już po wszystkim przypomniała sobie, że był inkasent do gazomierza.

– Znajomy?

– W tym rzecz, że nie. Zastępca.

– Latał po całym mieszkaniu?

– Niech pani spróbuje wydębić to z mojej matki. Ona jest ufna i lekkomyślna, poza tym była zajęta, przy swojej robocie siedziała, za cholerę nie może sobie przypomnieć, zostawiła go samego czy nie. Na ręce mu nie patrzyła, to pewne, a podobno chłop jak byk. Sprzątaczka, przyjaciółka… normalne kobiety, skoro mnie się to wydało ciężkie, im tym bardziej.

– No to, kto?

W tym momencie zabrzęczała gdzieś w oddaleniu moja komórka. Zlokalizowałam dźwięk i popędziłam do kuchni, w obecnej sytuacji każdy telefon mógł okazać się ważny. Przez kuchenne okno dostrzegłam jeszcze jeden samochód przed moją bramą, w samochodzie i w słuchawce wysoce, jak dla mnie, pożądana postać. Mecenas Henryk Wierzbicki.

– Czy ja bym mógł zająć pani chwilę…

– Niech pan nie siedzi w tym samochodzie, tylko niech pan wejdzie, furtka została otwarta. Uprzedzam tylko, że u mnie jest zbiegowisko, ale same osoby ściśle związane z tematem, a jeśli ma pan coś w cztery oczy, to tu jest więcej pomieszczeń niż jedno.

– W takim razie pozwolę sobie…

Zaczekałam przy drzwiach, wpędziłam go do salonu, zaczęli się sobie wzajemnie przedstawiać. Ostrowski z Wierzbickim się znali, zdaje się, że Ostrowski znał w ogóle całe miasto.

– No i proszę, jak to rozumnie było kupić od razu także krakersiki i niedobry sernik – powiedziałam półgłosem, ale z satysfakcją, stawiając na stole łakocie.

– Dlaczego dobrze, że niedobry? – zainteresowała się Magda.

– Wolniej wychodzi. Nikt się na niego nie rzuci zachłannie.

– Specjalnie taki wybrałaś…?

– Nie, tylko w tym sklepie sernik miewa szaloną rozpiętość, od gniotą do arcydzieła. Akurat trafiłam na gniot. Zjeść się da, chociaż bez żadnej przyjemności, a zawsze jakoś wygląda.

– Nie będę się wygłupiał z czterema oczami – powiedział Wierzbicki, siadając w fotelu – bo, o ile wiem, wszyscy państwo są zamieszani w sprawę i wszyscy stoją niejako po stronie Ewy Marsz. Rozmawiałem z nią przed półgodziną i sama poprosiła mnie o rozwikłanie tego dziwacznego, zbrodniczego kłębowiska, więc może przytrafiła się właśnie okazja. Przepraszam, że tak z zaskoczenia, ale ja tu mam kancelarię bardzo blisko, więc pozwoliłem sobie… Ale zadzwoniłem…

– Proszę skończyć ten Wersal i przystąpić do rzeczy – zarządziłam z wielką stanowczością.

Z nas wszystkich właściwie jeden Wierzbicki znał blisko i bezpośrednio Ewę Marsz. Wszyscy inni znali ją ze zdjęć, ze słyszenia, z twórczości, jeszcze Ostrowski osobiście, jeden wywiad kilka lat temu. A mimo to pojawiła się w atmosferze, co najmniej tak, jakby siedziała na kanapie w samym środku zgromadzenia i brała udział w dyskusji.

– Trudna sprawa – zaczął Wierzbicki i widać było, że toczy w sobie zażartą walkę z zakłopotaniem. – Ewie było łatwiej, bo w końcu ja się domyślałem tego konfliktu i nie musiała mi zbyt wiele tłumaczyć. A teraz mam państwu to wszystko przekazać…

– Nie wszystko – przerwałam mu z litości. – Też się cholernie dużo domyślamy i może pan poprzestać na kawałkach.

– Ty nie popadaj w taką przesadę, bo ja mam za sobą makabryczne przeżycia i chciałabym wreszcie zrozumieć sedno rzeczy – wtrąciła się Magda. – Domagam się rekompensaty za trupa!

– Zrozumiesz sama z siebie… – zaczął Ostrowski.

– Pijawki – powiedziałam równocześnie. – Wiesz, co to jest? Poręcz wykorzystał pijawki!

Rzadko w życiu zdarzało mi się dostarczyć komuś jednym zdaniem tyle uciechy, co Wierzbickiemu w tej chwili. Wręcz się rozpromienił. Wdzięczność z niego wystrzeliła i jakiegoś takiego uroku nabrał, że natychmiast postanowiłam: w razie potrzeby adwokata, łapać wyłącznie jego i nikogo innego, o nikim innym mowy nie ma! Zdecydowałam się też wygłupić za niego, w porządku, niech będzie na mnie i niech on mnie przy pomyłkach koryguje.

– Pani wie…?

– Gówno wiem. Najmocniej przepraszam, nie: wiem, tylko: zgaduję. Mam te odczucia odpracowane na własnej skórze i niech się nikt nie waży kiedykolwiek mi tego wypominać!

Pogroziłam wszystkim pięścią, co, jak na panią domu, było czynem raczej rzadkim i wzbudziło ogólne zaskoczenie. Także ciekawość.

– No…! – popędziła mnie Magda.

– Ewa została wzięta w dwa ognie. Ja wiem i pan wie – tknęłam palcem w Wierzbickiego – że od dzieciństwa miała gniot rodzinny, domowy, tatuś się o to postarał. Ewa, marsz! Nie chłopiec, znaczy szmelc, cieszmy się, że jej nie udusił w kołysce, on chyba antyfeminista, niedorobiony superman, ma być, jak ja chcę i nie ma inaczej. Żeby wyjść spod tej prasy hydraulicznej musiała fizycznie uciec z domu, odseparować się, wcale się nie dziwię, że dla ratowania życia wyszła za mąż za Siedlaka i wcale się nie dziwię, że od niego też uciekła, w każdym razie dopiero w oddaleniu od tatusia zaczęła lżej oddychać. I tu ją złapała ta druga falanga, Ewa była kasowa, pasożyty ją obsiadły, wylazła z pazurów tatusia, kompleksu niższości nie zdołała się jeszcze pozbyć i wpadła w pazury reszty świata, wydawców, prasy, telewizji…

– Przepraszam, ja tylko raz…! – zaprotestował ogniście Ostrowski.

– A czy ja się pana czepiam? Dla własnej korzyści ruszyli reklamę i czym prędzej skorzystał z tego słodki Florcio. Uczciwie, Poręcz miał wdzięk, zapał w nim płonął, na kolanach przysięgam, gdyby nie doświadczenie życiowe, sama dałabym się narwać!

Zastanowiłam się i szybko policzyłam. Towarzystwo patrzyło na mnie tak zafascynowane, że skubali nawet ten sernik.

– No właśnie, w chwili własnego narywania się byłam akurat w wieku Ewy, szkoda, że jej nie znałam osobiście… Ale przesadził. Zresztą, był kretynem. Ewa, mimo kompleksu, już na tatusiu zahartowana, połapała się, zobaczyła, co z tego wychodzi i urwała się z łańcucha. Moim zdaniem, Poręcz nie zrezygnował, rozdwojenia jaźni doznał, z jednej strony nadzieja, że jeszcze ona do niego wróci, z drugiej zemsta, złośliwość miał w sobie, wrodzona cecha charakteru, dokładnie ten sam gatunek, co mój doświadczeniec. Jakieś idiotyczne przekonanie, że złośliwość wygra, że ofiara nie wytrzyma i przyjdzie po prośbie… Dlaczego pan tego nie nagrywa?!!! – wrzasnęłam nagle okropnie do Ostrowskiego.

Ostrowski wzdrygnął się tak, że gdyby kanapa, na której siedział, była nieco lżejsza, podskoczyłaby z nim razem. Przerażony, czym prędzej wydłubał z aktówki magnetofonik.

– Ależ nagrywam, bardzo przepraszam…

– No i chwała Bogu, drugi raz przecież nie powtórzę. Do tego przyjemność osobista wynikająca ze złośliwości. Zaraz, ograniczam się, trzecie mu się przyplątało, on miał ambicje reżyserskie, Martusia o tym wie najwięcej, no, Wajchenmanna by nie przebił, ale taki Drżączek, taki Zamorski…? Kłodą na drodze mu leżeli, gdzieś w sobie musiał mieć trzeźwy pogląd, że tym naprawdę utalentowanym nie da rady, Wójcik, Łapiński, takich nie zastąpi, ale miejsce po tępych pniach akurat dla niego. Przemyślałam to na skręcie z alei Niepodległości… poznał tatusia, Wajchenmanna w niego wmówić było najłatwiej, pewnie nawet nie spodziewał się równie wspaniałego efektu, no a potem już się tylko zastanawiał, kogo wybierać…

Zatchnęło mnie nieco. Wygłupić się do reszty…? To naprawdę może być tylko mój prywatny wymysł…

– I teraz róbcie z tym, co chcecie. Nie jestem angielskim dżentelmenem – oznajmiłam z godnością i poszłam po koniak.

Jak wiadomo, angielski dżentelmen nie używa alkoholu przed piątą po południu. Nie będąc nikim takim, mogłam mieć odmienne obyczaje. W obliczu obrzydliwości całej afery, głównie z powodu wizji tych cholernych pijawek przed oczami, nielubiany koniak wciąż wydawał mi się napojem najwłaściwszym.

– Jednak tych słów, które mnie dławią, pani nie wymówiła – uczynił mi wyrzut Wierzbicki. – Jeszcze ta ostateczna konkluzja…

– Ja też nie jestem angielskim dżentelmenem – przerwała energicznie Magda. – I Adam prowadzi. Poproszę wzmacniającego napoju. I poproszę o te dławiące słowa.

Spełniłam tylko płynną połowę jej życzeń.

– Jestem głęboko zainteresowany – odezwał się Piotruś Pan. – Z Ewą spotkałem się raz w życiu, we wczesnym dzieciństwie, na pogrzebie mojego dziadka ze strony ojca. Prawie tego nie pamiętam, ale w końcu… moja matka… już też nie mieli, komu mnie wetknąć przy chrzcie, tylko akurat temu facetowi! Chcecie powiedzieć, że wymordował ich wszystkich ojciec Ewy?! Bo tak mi wychodzi z tego waszego jąkania, najmocniej przepraszam, nie chciałem być niegrzeczny…

Wszyscy wpatrzyli się w niego, a potem popatrzyli na siebie wzajemnie. Ni z tego, ni z owego przypomniałam sobie nagle o jego uczuleniu na koty i zaniepokoiłam się, czy przypadkiem któryś nie śpi gdzieś w zakamarkach domu. Nie, chyba nie, bo Piotruś Pan już by się dusił, ale muszę uważać…

– Przydałby się tu chyba inspektor Górski – mruknął pod nosem Ostrowski.

– Niewiarygodne – zaopiniowała Magda.

Mecenas Wierzbicki głęboko odetchnął.

– Wolałem tego nie mówić, dziękuję bardzo, że mnie pan wyręczył. Istnieje jeszcze możliwość, że po prostu współdziałał z kimś…

– I z grzeczności wyjął mu z ręki narzędzie zbrodni – podsunęłam zgryźliwie. – I zaniósł pani Peter. I w dodatku był wtedy w Busku – Zdroju.

– Toteż dlatego Górski…

– I powiem wam, że stawiałabym na tatusia wszystkie pieniądze, gdyby nie Poręcz – ciągnęłam, doznawszy wyraźnej ulgi, bo w końcu nie ja to powiedziałam, tylko Piotruś Pan. – Poręcz Ewę zdołował artystycznie, cud, że z tego wyszła, więc dla tatusia był cennym sprzymierzeńcem. Sprzymierzeńca kropnął? Pogięło go do reszty? Wściekle mi ten Poręcz nie pasuje.

Całe towarzystwo energicznie pokiwało głowami, tylko Wierzbicki uczynił jakiś dodatkowy ruch kręcenia.

– Chyba powinienem tu coś dołożyć – rzekł z wahaniem.

– Niech pan dokłada, na co pan czeka?

– Ewa Marsz coś powiedziała! – zgadła Magda w nagłym natchnieniu i z Ostrowskiego wyraźnie strzeliło ku niej uwielbienie.

– Przeszkadzają mi naleciałości zawodowe – westchnął Wierzbicki. – Ujawnianie zwierzeń klienta, mam opory, a Ewa, pomijając związki osobiste, jest zarazem moją klientką. Powiedziała, że ojciec nie przebaczał oszustwa.

– A w ogóle cokolwiek przebaczał…?

– Z tego, co ja wiem, to chyba nigdy nic… – mruknął Piotruś Pan.

– Musiał nagle stwierdzić, że Poręcz robi go już nawet nie w konia, a w skończonego osła…

Wierzbicki kontynuował, a z wysiłkiem przełamywany opór prawie w nim trzeszczał.

– Nigdy nie lubiła o tym mówić wyraźnie, musiałem się domyślać, dopiero teraz, w tej ostatniej rozmowie, wybuchła w niej szczerość, jakby coś pękło…

– Pogadała od serca z Lalką! – wyrwało mi się odkrywczo.

Wierzbicki łypnął na mnie okiem.

– Możliwe. Przyznała, że zawziętość ojca nie miała granic, każdy sprzeciw, każdy protest, każde nieposłuszeństwo musiały zostać ukarane i czyhał na to niekiedy przez całe lata. Odwetowi poświęcał wszystkie siły. Zawsze kochał walkę. Celem jego życia było postawić na swoim i zniszczyć wroga, ona zaś ośmieliła się wyłamać i wymknąć mu z rąk. Małżeństwo jej pomogło…

Słuchaliśmy z szalonym zainteresowaniem.

– Dziwne, że do niego dopuścił – zauważyła Magda.

– Była pełnoletnia, wzięli ślub w tajemnicy. Nic już nie mógł zrobić. A Siedlak nie należy do miękkich i uległych, znałem go, spokojny, przyzwoity facet, świetny lekarz, ale twardy jak skała. Uparty, nie do ugryzienia. No i o inteligencji na znacznie wyższym poziomie.

– Jednak częściowo podobny do tatusia – wytknął Piotruś Pan, wciąż w doskonałym stanie.

Rzuciłam okiem na taras, pojawił się tam jeden kot i zaczął się przeciągać. Ale Piotruś Pan siedział tyłem do niego, nabrałam nadziei, że nie zauważy zwierzątka i taka na przykład autosugestia nie zadziała.

– Toteż, dlatego małżeństwo się rozpadło – kontynuował Wierzbicki. – O rezygnacji ze Szwajcarii nie chciał słyszeć, cel życiowy, gwiazda przewodnia, do tego zdrowie dziecka, kwestia leczenia… Ewa się poddała.

– Jeśli chciała zachować własną osobowość… – zaczął Ostrowski.

– Otóż to! Zdawała sobie z tego sprawę. Największym jej błędem było dopuścić do znajomości ojca z Poręczem, ale w owym momencie nie przewidywała jeszcze działalności Poręcza, jeszcze miała, jak sama to określiła, głupie złudzenia. Potem było za późno, bo i Poręcz zapragnął zemsty, z tym, że dla niego to była zarazem ucieszna rozrywka. Korzystna przy okazji. Charakter ojca zlekceważył, nie docenił go, ale przecież pan Wystrzyk nie jest głuchym paralitykiem, stykał się z ludźmi, jakieś echa go dobiegały i budziły cień wątpliwości. Wierzył Poręczowi, ponieważ chciał wierzyć, podobał mu się taki układ, potulna, mało zdolna Ewa, łatwa do prowadzenia w górę i w dół, a rozzłościł go cudzy udział. I cudze korzyści. W górę, proszę bardzo, pod warunkiem, że panuje nad tym on sam, a nie ktoś inny, bo w grę wchodzi jego własność. Miał wielkie nadzieje pokierować tymi strumieniami powodzenia albo klęski, kiedy nagle okazało się, że zmierzające do tego ryzykowne zagrania nie miały sensu, bo został podstępnie oszukany. Potwierdziły się wątpliwości…

– No proszę! – wykrzyknęła nagle Magda. – Słuchajcie, to chyba on właśnie podwędził te kasety! Obejrzał filmy… Niemożliwe, żeby mu się spodobały!

Poruszenie zapanowało przy salonowym stole, wszyscy jej przyklasnęli. Zaginiony przedmiot znalazł miejsce dla siebie.

– O tym akurat Ewa nie mówiła – zastrzegł się Wierzbicki. – Skoro już powtarzam, staram się o ścisłość. W rezultacie sama przyznała się do obaw, że sprawcą tych zabójstw jest jej własny ojciec i zażądała ode mnie wyjaśnienia sprawy. Ostrzegam pana – zwrócił się nagle do Ostrowskiego – że tą pańską kasetą zawładnę nawet, gdybym to musiał uczynić przemocą. Nagranie całej naszej rozmowy może się okazać nad wyraz użyteczne, ale równie dobrze nad wyraz szkodliwe. Uparcie wierzę, że nie ma wśród państwa żadnego wroga Ewy Marsz i że padną teraz jakieś wyjaśnienia, informacje i wnioski. Propozycje. Co właściwie możemy teraz zrobić?

Ostrowski najpierw z lekkim powątpiewaniem ocenił posturę mecenasa Wierzbickiego, potem zahaczył wzrokiem o Magdę, potem westchnął. Piotruś Pan przyjrzał się im obu z wielkim zainteresowaniem. Magda wykazała się szczytowym intelektem prawdziwej kobiety.

– Jestem za Ewą i osobiście wydrę ci tę kasetę dla mecenasa – oznajmiła buntowniczo. – Podstępem, jeśli nie zdołam inaczej. Dziennikarz i adwokat to dwa przeciwne sobie zawody, może przypadkiem ktoś z was to zauważył, jeden musi rozgłaszać, drugi musi ukrywać, chwilowo bardziej podoba mi się ukrywanie.

Doznałam ulgi, nie będą musieli się pobić i żadnemu nie grozi kompromitacja i zdaje się, że nie byłam w tym gronie jedyną osobą zadowoloną z pokojowego rozwiązania sprawy. Ruszyłam ciąg dalszy.

– Psychologicznie mamy całą aferę rozwikłaną i w dodatku ku mojej prywatnej, wielkiej satysfakcji, bo cały czas myślałam podobnie i samej sobie nie chciałam uwierzyć. Pani Wiśniewska… mówiłam wam przecież o sąsiadce Wiśniewskiej…? No, może nie, nie ma znaczenia, teraz mówię, mieszka piętro niżej, pod tatusiem. Otóż pani Wiśniewska dostarcza obfitego materiału, o cechach charakteru ojca Ewy mówi to samo, mściwy, uparty despota i tyran, pomylony na tle władzy nad córką. Był w Busku, potajemnie przyjeżdżał do Warszawy cudzym samochodem…

– Skąd pani wie?

– Widziałam na własne oczy. Wychodzi mi, że szukał tu Poręcza, który był w Krakowie…

– W końcu był i u mojej matki – wtrącił gniewnie Piotruś Pan. – Też go widziała na własne oczy.

– Krzyki na tle Poręcza, łajdaka i oszusta, pani Wiśniewska słyszała na własne uszy. O wyjeździe do Krakowa mówiła jego własna żona, zapewne nie wiedząc, co czyni. Poszlaki nam tu nad stołem szaleją, motyw aż warczy, psychopatia się kłania i co nam z tego? Co z tym fantem zrobić?

– Inspektor Górski potrzebny – zaopiniował Ostrowski, teraz już głośno i stanowczo.

– Słuszna uwaga – powiedział od strony przedpokoju inspektor Górski. – Jestem. Stoję tu już dość długo. Czy nie powinna pani jednak czegoś w domu zamykać, furtki albo drzwi…? Usłyszałem słowo „proszę”, więc wszedłem…

– …I tym razem, aż do jutra, nie mam żadnych obowiązków służbowych ani prywatnych! – oznajmiła Lalka z triumfem i niebotyczną satysfakcją, wkraczając w moje progi. – Nikt nie wie, że tu jestem. Pożyczysz mi jakieś ranne pantofle? Bo przyleciałam jak stałam, a w dodatku pozwolisz, że do jutra zamieszkam u ciebie, mówiłaś, że masz gościnny pokój, stać mnie na hotel, słowo ci daję, ale szkoda czasu, nie mam rezerwacji, a z tym pracoholikiem nie wytrzymam. Z moją rodziną tym bardziej. Szczotkę do zębów mam własną, podróżną, wszędzie ją noszę ze sobą, bo zapominam wyjąć z torebki, i nie mów mi, że coś nie gra, to jedyna okazja na resztę życia, mogę spać na kanapie, a jutro rano ten ognipiór mnie zabierze…

I znów, jak zwykle, narobiło się wszystkiego za dużo. Mój gościnny pokój oczywiście był wolny, jeśli nie brać pod uwagę zapychających go książek, legowisko jednakże tam istniało, także łazienka, także mydło, ręczniki i tym podobne utensylia.

Zmieniając obuwie, Lalka zażądała szczegółowej relacji o wydarzeniach. Należała się jej, to jasne, ale zaintrygował mnie ognipiór.

– Zleceniodawca – wyjaśniła krótko. – Ognisty ptak i wszystko inne, skróciłam trochę, musiał tu przylecieć na chwilę, sam zaproponował, żeby zlecenie omówić po drodze, więc niech też lecę, inaczej nie ma, kiedy, a robota jest pilna. No to skorzystałam, w życiu nie latałam prywatnymi samolotami, niech raz wreszcie mam. Tylko do ciebie i nigdzie więcej.

– Omówiliście? – zatroskałam się.

– A jak? Wszystko proste, na kolorystyce się opiera, w razie wątpliwości wyjaśnimy je w drodze powrotnej. Rano, jadąc po mnie, zadzwoni, znaczy nie sam będzie jechał, tylko człowieka wyśle, solidny jest, można mu wierzyć, już ci mówię wszystko, żeby mieć z głowy i dajmy sobie z nim spokój. Po żer przyleciałam!

Żer spowodował, że jakoś tam marginesowo zastanowiłam się, co mam w domu do jedzenia i problem od razu przysechł. Kaszanka, wątróbki drobiowe, korniszonki, jajka… O, bez przesady, wystarczy, Lalka nie wołoduch, a jeden posiłek bez witamin nikogo nie dobije.

– Tylko żadnego żarcia! – zastrzegła się gwałtownie na schodkach salonu. – W samolocie było, nie marnujmy czasu, pić możemy cokolwiek i mów, znaczy nie ty, tylko ja, bo moje krótsze…

W rezultacie na przyjęcie złożyły się plasterki kaszanki, kawałki różnych serów i czerwone wino. Skórki od kaszanki starannie odkładałyśmy dla kotów.

– …ona się trzęsła – mówiła Lalka gniewnie. – Nie, żeby podejrzewała, ale coś jej w środku trzeszczało, a głupio jednak mieć ojca psychopatę, bo że świr, to pewne. Na końcu to wyszło na jaw, wcześniej myślałam, że się boi o chłopa, tego Henryka, i myślałam, że słusznie…

– Ja też – przyznałam ze skruchą. – Aż do chwili, kiedy go poznałam.

– Bo jaki on?

– Inny. Nie pasuje. Coś ma w sobie, to nie ta grupa krwi, przed sądem zarąbie, to tak, ale nie własnoręcznie.

– Ona to wiedziała. I bała się, teraz rozumiem, ojciec to ojciec, nawet prawo nie pozwala ci się odciąć, bała się go jak cholera pod każdym względem. I tak rozpaczliwie miała nadzieję, że może jednak nie, może to ten Barier, nie, Poręcz, może ktokolwiek. Tyle czasu żyła w nerwach! To teraz mów, czy to pewne…?

Już od rana miałam w domu dwie kasety. Ściśle biorąc, kopie dwóch kaset, jedną dostałam od Ostrowskiego, drugą dostarczył mi Górski z suchym komunikatem, że to na pamiątkę. Nie musiałam nic mówić, Lalka w skupieniu słuchała wyjątkowo dobrego nagrania.

– …Jak państwo sobie to właściwie wyobrażają? – brzmiał głos Górskiego bardzo wyraźnie, acz nieco zgryźliwie. – Wali nam się na głowę seria zabójstw ludzi znanych, można powiedzieć na świeczniku, połączonych tysiącem węzłów z rozmaitymi czynnikami, wszystko ze świata telewizji i niech będzie, że kultury, a ja lecę do prokuratora i żądam nakazu przeszukania domu faceta, który nie ma z tym kompletnie nic wspólnego. On jest sprawcą, powiadam, a skąd ja to wiem, pyta prokurator, a bo pani Chmielewska miała takie przeczucie. Nawet mnie nie wywalą z roboty, pójdę na urlop zdrowotny i spędzę go w Tworkach.

– Wcale nie miałam takiego przeczucia! – to był mój wtręt, pełen urazy.

Górski kontynuował.

– Bo gość pasuje charakterem, wyjaśniam, a prokurator znów pyta, skąd ja to wiem. A bo niejaka Wiśniewska, wścibska baba, tak powiedziała. Gorzej, mamy jedno z narzędzi zbrodni, gdzież znalezione? U starszej pani, niezbyt sprawnej fizycznie, aktualnie z ropnym zapaleniem wyrostka robaczkowego, która to pani, o ile wiem, nigdy w życiu nie przekroczyła progu budynku telewizji…

– Raz przekroczyła – to Peter.

I znów Górski, wyraźnie lekceważący uwagi słuchaczy.

– …ale w telewizji pracuje jej syn. A podejrzany jest jego chrzestnym ojcem. I co z tego do cholery, pyta mnie prokurator, i zwraca mi uwagę, że każdy chrześcijanin ma jakiegoś chrzestnego ojca…

– Podobno czasem chrzczą z wody…? Wtedy chyba nie ma…?

– Bo od razu umarło. A Peter żyje…

Te przeszkody Górski przeczekiwał. Dalej brzmiał mocno jadowicie.

– Prokurator, jeśli jeszcze wytrzymuje i nie wyrzuca mnie za drzwi, pyta, gdzie był podejrzany w chwilach popełniania zabójstw, może go widziano na miejscu przestępstwa? A skąd, odpowiadam, był w ogóle poza Warszawą…

– Przecież przyjechał!

W tym miejscu Górski uwzględnił moje oburzenie.

– Czego dowodzi fakt, że pani Chmielewska widziała jakiegoś chorego w bandażach i całkowicie obcy samochód, do podejrzanego nie należący. Na tej podstawie mam dostać nakaz zatrzymania obywatela tego kraju, osobnika praworządnego, niekaranego, na którego nigdy nie wpłynęła żadna skarga. Nawet mandatów nie płacił!

To ostatnie zabrzmiało jak okrzyk rozpaczy.

– No, wiesz – pokręciła głową Lalka. – To wszystko racja, on chyba rzeczywiście miał niezłą zgryzotę. Jakim cudem w końcu trafił?

– Zaraz będzie – zapewniłam ją. – Słuchasz taśmy Ostrowskiego, nikt nawet nie zauważył, kiedy zamieniał jedną na drugą, jedna by nie wystarczyła.

– A pewnie. Dawaj dalej!

– Świadkowie? – tu wskoczył Wierzbicki badawczo i z naciskiem.

Górski Wierzbickiego potraktował poważnie.

– Świadkowie…! Trzeba zobaczyć ich zeznania na oficjalnych protokółach! Absolutne zero, rozmazane w dodatku, istna sieczka, konglomerat niepewności, imponujące zaniki pamięci. Świadek Wiśniewska ma w ogóle przytępiony słuch, żaden dźwięk do niej nie dociera, nic nie widzi, nic nie słyszy, a sąsiadów prawie nie zna. Czy to koniak na tym stole? Mogę się umizgnąć? Radiowozem przyjechałem i radiowozem odjadę…

Mieszane dźwięki nie dawały jasnego obrazu sytuacji. Rzuciłam się wtedy po kieliszek, prawie wpadając Wierzbickiemu na głowę. Ostrowski coś mamrotał, ale Górski mu przerwał.

– I gdyby nie to wszystko, co od państwa usłyszałem, cała sprawa poszłaby ad acta. Nie od razu, ale taki byłby skutek. Dwie rzeczy… – niewątpliwie zwrócił się do mnie. – To chyba czysty przypadek, że pani mi napomknęła o jakimś chłopaku z przeciwka, przypomniałem go sobie, ten vis – a – vis Wystrzyków…

– Ale on tam krótko mieszka. I nie spodobałam mu się!

– Nie szkodzi. Dziękuję bardzo… Ja też mu się nie spodobałem, dzięki czemu okazał się bezcenny.

– No…! – to była Magda.

Górskiemu jakby zmienił się nastrój.

– Głównie wspomogła mnie młoda dama, towarzysząca młodzieńcowi. Tam, zdaje się, rodzice wyjechali na jakiś urlop i zostawili wolną chatę. Krótki urlop chyba, bo krzyki słyszałem, że czasu tyle, co ognia w krowie, a tu jeszcze jakieś łajzy przeszkadzają, rozumiem, że jedna łajza to pani, a druga ja.

– Może był jeszcze ktoś po drodze.

– Możliwe. I miał być spokój, a tu ciągle złośliwe ścierwo za drzwiami się skrada i człowiekowi nerwy szarpie. Przez co młodzieńcowi spada poziom wigoru. Ja teraz oczywiście dokonuję tłumaczenia, krzyki miały nieco inną formę, rzekłbym wyrazistszą. Groźba, że bez zdobycia konkretnych informacji nie wyjdę, poskutkowała doskonale, w końcu lepszy glina na miejscu, niż marnowanie czasu w komendzie. Młoda para okazała się niegłupia, żadnego kręcenia, pełna rzeczowość, ścisłe wyliczenie czasu, wręcz precyzja, niewątpliwie po to, żeby zaspokoić wszelkie wymagania władzy i pozbyć się natręta. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek tak mi poszło z górki, w dodatku młodzieniec usiadł do laptopa, błyskawicznie spisał zeznania z taśmy, wydrukował, zdolny chłopak, obydwoje się podpisali i jest to jedyny rzeczowy i sensowny protokół przesłuchania świadka.

– Skradające się za drzwiami ścierwo widzieli?

– I to również obydwoje. Dama trochę nieufna, sprawdziła, czy amant prawdę mówi, obejrzała sobie denerwującą postać całkiem dokładnie, częściowo przez wizjer, a częściowo przez dziurkę od klucza.

– Wystrzyk? – to Wierzbicki, suchym głosem.

– We własnej osobie. Ponadto drugi użyteczny element, dopiero wczoraj wyszło na jaw, że istnieje jeszcze jedno nagranie z kamery w budynku telewizji, to też czysty przypadek, tam panuje bajzel techniczny, od którego włos się jeży. Należało ściągnąć wszystkich wykonawców zabezpieczeń, nawet sprzed lat, tymczasem ten właściwy pojawił się w Warszawie całkowicie dobrowolnie, z Gdańska wpadł na chwilę, nie mając pojęcia, że akurat jest potrzebny. Oczywiście natychmiast do niego dotarło i sam się zgłosił…

Zatrzymałam na chwilę taśmę, bo przypomniało mi się wrażenie, jakiego doznałam w tamtym momencie. Siedząca obok mnie Magda jakoś gwałtownie zesztywniała. Jeden oddech z niej wyszedł z delikatnym świstem. Nie odezwała się ani słowem, trwała jakby w tym sztywnym oczekiwaniu.

Teraz odgadłam. Jasne, ów alarmiarz, przybyły z Gdańska, to był jej desperado, może do niej przyjechał, może byli umówieni, może Górski powie coś więcej, a naprzeciwko siedział przecież Ostrowski…

Omal nie wyrwało mi się do Lalki, ale nie, zdołałam wyhamować. Magdy sprawy, nie nasze i nie Ewy Marsz!

– No…? – zniecierpliwiła się Lalka.

Prztyknęłam odtwarzaczem.

Górski mówił dalej.

– …o jednej kamerze nikt nie wiedział, a on ją osobiście instalował. Taśmy starczyło, prawie na samym końcu nagrał się jeszcze obraz. Zamorski, wchodzący do budynku w towarzystwie jakiegoś faceta, widać, że są razem. Jest na tym godzina i data…

Z kamery wyszło zamieszanie, wszyscy naraz usiłowali coś powiedzieć, Ostrowski uczepił się techniki powiększeń i wyostrzania, Piotruś Pan ochroniarzy, jakiś Tyrczyk powinien zostać dociśnięty, usiłowałam wepchnąć w to bardzo konkretne pytanie „i co?!”, a Wierzbicki mnie wspomagał. Górski znów doszedł do głosu.

– I to już wreszcie jest punkt zaczepienia… Po tym, co tu podsłuchałem… Inaczej się szuka, jeśli się wie, czego. Mam przynajmniej podstawy, żeby przycisnąć tych wszystkich w Busku, przygniotę Kraków, tam dochodzenie w proszku, a w końcu ludzie się znają, dwóch sobie wytypowali, portrety pamięciowe…

Znów wyłączyłam urządzenie.

– Tu się tylko połowicznie nagrało, od mojej strony – wyjaśniłam Lalce. – Złapałam wtedy komórkę i zadzwoniłam do Martusi…

– Powtórz porządnie z obu stron!

Powtórzyłam. Rozmowa przebiegła następująco:

– Martusia, czy w tej knajpie, w tej Alhambrze, Alpuharze, Almanzorze, czy jak jej tam, nie siedział przypadkiem jakiś malarz?

Martusia była niezawodna. Nie zaczynała od głupich pytań.

– A grafik ci nie wystarczy?

– Może być. Siedział?

– Grafik siedział. Twarzą do wejścia. I nawet nie był bardzo pijany. Znam go. Alchemia, dla ścisłości. A co?

– Nazwisko, imię, adres…!

Adresu grafika Martusia nie znała, ale Górski pomachał do mnie, że da sobie radę.

– Nic – odparłam niecierpliwie na jej zadane na końcu pytanie. – Później ci powiem, teraz nie mam czasu, łapiemy złoczyńcę!

– Bardzo dobrze – pochwaliła Lalka. – Jest już pewne, że to tatuś?

– Znaleźli u niego w domu i spluwę, i bagnet. To wiadomość z ostatniej chwili, z dzisiejszego poranka, no, niech będzie z przedpołudnia, Górski dzwonił, żeby mi sprawić przyjemność, a radiowóz przywiózł taśmy. A, i te kasety z filmami też u tatusia znaleźli. Poza wszystkim, to kretyn, nie wyrzucił, chociaż mamusia jojczała, był tak pewien swego…

– Masz więcej tych nagrań?

Miałam, oczywiście, od Górskiego. Dyszyński, pan Jaźgiełło, pani Majewska… Lalka słuchała z szaloną uwagą.

– Słuchaj, pożycz mi to wszystko! Dla Ewy, niech sobie też posłucha! Gdybym jej to miała sama opowiadać, zadławiłoby mnie, co najmniej połowa stanęłaby mi kością w gardle, to wariactwo i obłęd, ja ci zwrócę, Marcel z Kaśką przegrają, zrobią kopie, odeślę ci DHL – em…

– A na plaster jej te kopie? – skrzywiłam się. – Będzie się tym upajała? Poza tym, ona może wreszcie spokojnie wrócić do własnego kraju i pisać we własnym języku, a ja chcę ją czytać. Nie ma już przeszkód, nie?

Lalka obejrzała mnie krytycznie i popukała się palcem w czoło.

– Pogięło cię chyba. W żadnym razie teraz nie wróci, sprawa sądowa, przesłuchania…

– Może odmówić zeznań!

– No i co z tego? Przyłożą mu niepoczytalność, wypuszczą i będzie odpowiadał z wolnej stopy. Przecież widać, że facet jest porąbany, stara, ja nie wierzyłam, jak mi Ewa o nim opowiadała, ale teraz wszystko się zgadza. Ty sama popatrz, tak się starał, ślady zacierał, a kopyto i majcher w domu trzymał, buławę powinowatej podetknął, kopnięty na umyśle!

– Przysięgnę, że to miał być dowcip – powiedziałam ponuro, bo nagle zrozumiałam tatusia Ewy… nie, nie zrozumiałam, odgadłam… i zaczęło mi się wydawać, że Lalka ma rację. – Wyobrażał sobie, że jest bezpieczny, bez obaw, tak długo pani Peter nie sięgnie do tej wełny, aż w końcu zapomni, kto u niej bywał, ze dwadzieścia osób podetknie głowę pod topór. I cha, cha, jakie śmieszne. Jak te kisiele w łóżku i tym podobne…

Lalka popatrzyła na mnie takim wzrokiem, że błysnęło mi przypomnienie. Jakże, pani Wiśniewskiej wszak nie nagrywałam, nie miałam pluskwy, koniecznie musiałam teraz wyjaśnić, co najmniej kisiele, a jeszcze lepiej powtórzyć wszystkie zasłyszane opinie sąsiedzkie, wręcz najważniejszą część dochodzenia!

Z wielkim zapałem rozpoczęłam relację.

– No to sama widzisz – wytknęła, kiedy udało mi się dojechać do końca. – Na jej miejscu ja bym nie wracała, lepiej niech ten Henryk do niej pojedzie. Tatusiowi nie wiadomo, co jeszcze może do łba strzelić, popatrz, obie właściwie mówią to samo, i ta Wiśniewska, i Ewa, mam przeczucie, że on się nawet nie będzie zbytnio wypierał. Uważa, że miał rację, został wprowadzony w błąd i nie jego wina, tylko Poręcza, który głupa z niego zrobił szczytowego i którego słusznie ukarał. Zobaczysz. Psychopata. Czy ty nie powinnaś dać czegoś tym kotom, co ci się tu tak kłębią za drzwiami?

– O, cholera, zapomniałam im dać kolację. No dobrze, już daję…

Lalka przez chwilę z wielkim zainteresowaniem obserwowała procedurę serwowania posiłku.

– Czekaj no, ja tu czegoś nie rozumiem. Był u ciebie Piotruś Peter?

Wygarnęłam resztkę z puszki i wyprostowałam się.

– Był. A co?

– I nie dusił się?

– Dlaczego miał się dusić?

– Przy tylu kotach?!

Popatrzyłam na koty, popatrzyłam na Lalkę i też się zdziwiłam. Rzeczywiście, alergiczny Piotruś Pan siedział spokojnie bez żadnych objawów chorobowych, mimo iż koty pętały się wokół, a jeden tkwił nawet na parapecie okiennym obok jego głowy. Po zewnętrznej stronie, ale jednak.

– Może z przejęcia nie zauważył… Temat budził wielkie emocje.

Lalka z powątpiewaniem kręciła głową.

– Nie do pojęcia. Chociaż emocje rozumiem… Ale bardziej przejęty powinien być ten twój nieszczęsny Górski, bo nie umiem odgadnąć, jak oni dadzą sobie radę z motywem, w którą stronę nie spojrzeć, wszędzie pijawki. I ofiary, i sprawca… Już widzę te akta na sędziowskim stole, motyw zbrodni: pijawki. Nawet mi się to dosyć podoba, ale słuchaj, bądź człowiekiem, jak już dopadniesz ostatnich szczegółów, nie zapominaj o mnie! I koniecznie wyjaśnij to drugie! Jak Piotrek przetrzymał koty…?


* * *

To drugie wyjaśniła mi Magda już po odjeździe Lalki. Przyświadczywszy, że istotnie alarmiarzem z Gdańska był jej desperado, upewniwszy się, że nikt nie zauważył jej zesztywnienia i zapewniwszy mnie, że już go wcale nie chce i stanowczo wraca do Ostrowskiego, wyraziła zdziwienie.

– Koty? Piotruś Pan? A co ma jedno do drugiego?

– Jak to, przecież on jest straszliwie uczulony na koty!

– Kto tak powiedział…? O, cholera… Zapomniałam, to miała być tajemnica, ale trudno, już ci powiem, tylko nie mów nikomu.

Zaciekawiła mnie nadzwyczajnie.

– Mogę milczeć jak dwa groby, nie tylko jeden. No?

– On udaje. Wcale nie jest uczulony.

– I do czego mu to udawanie?

– No… wiesz… Na ile zrozumiałam, on unika wizyt… Gdzieś tam, gdzie są koty. Jakaś uciążliwa sytuacja, nie znalazł innego grzecznego sposobu unikania, jak tylko tę symulację, trudno obrazić się na człowieka za jego właściwości fizjologiczne, nie?

Bez wielkiego trudu odgadłam, jakiego to miejsca Piotruś Pan unika i nawet wydało mi się, że wywęszyłam inspiratorkę pomysłu.

Lalce tego nie powiedziałam.

X