Иоанна Хмелевская - Krowa Niebiańska

Krowa Niebiańska [pl]   (скачать) - Иоанна Хмелевская

Joanna Chmielewska

Krowa Niebiańska

W gąszczu coś nagle ryknęło straszliwie i na polankę wypadła przerażająca postać. Wielka, uszargana, zakrwawiona, pokryta czarnymi kudłami. Wszystkie obecne przy wydarzeniu dzieci uciekły w dzikiej panice i została tylko jedna dziewczynka, unieruchomiona lękiem radykalnie. Pięcioro wystraszonych, ale zdolnych do ruchu, tupiąc i łomocząc, wpadło razem na spróchniały mostek, wcześniej przekroczony pojedynczo, delikatnie i na paluszkach. Mostek, jak było do przewidzenia, nie wytrzymał, zachwiał się, załamał z ostrym trzaskiem i dzieci runęły do kamienistego potoku z wysokości trzech metrów.

Całkowicie bez szwanku wyszła z tego wydarzenia tylko znieruchomiała na polanie dziewczynka.

Koszmarna postać, która wypadła z gąszczu, znikła równie szybko, jak się pojawiła i nie zrobiła jej nic złego wyłącznie dzięki temu, że w ogóle jej nie dostrzegła. Rychło wyszedł na jaw przerażający fakt, iż był to złoczyńca, od dwóch dni poszukiwany przez władze wykonawcze. Uwłosienie miał z natury obfite, kudły i broda czyniły z niego wręcz troglodytę, krwawe ślady wszędzie pochodziły nie tylko z przestępstwa, lecz także z przedzierania się przez jeżyny, tarniny, jałowce i tym podobne kłujące zarośla, ryknął zaś dlatego, że użądliła go osa. Chwilowy azyl znalazł sobie akurat obok osiego gniazda w ziemi. Pośpiesznie opuścił niegościnny las i znikł z ludzkich oczu, nie zauważywszy małej, osłoniętej nieco listowiem, absolutnie nieruchomej figurki.

Figurka za to przyjrzała mu się bardzo dokładnie.

Poruszyła się dopiero, kiedy nadbiegli ludzie dorośli i z krzykiem rozpoczęli akcję ratunkową. Wszystkie dzieci z mostku okazały się silnie poszkodowane, na szczęście jednak żadne nie straciło życia. Niemniej jednak lato było dla nich stracone, a niektóre ślady katastrofy pozostały na zawsze.

Całe wydarzenie stanowiło kliniczny przykład słuszności twierdzenia: „Kto się nie słucha ojca matki, ten się słucha psiej skóry”. W tym wypadku postać psiej skóry przybrał spróchniały mostek.

Dawno było wiadomo, że mostek się wali i rodzice kategorycznie zabraniali przechodzenia po nim na drugą stronę potoku. Racjonalniej byłoby wprawdzie naprawić go, względnie zburzyć do reszty, ale postępowanie racjonalne pociągało za sobą koszty i dotychczas jeszcze nie zdołano uzgodnić, kto ma za dzieło zapłacić. Mostek zatem trwał w chwiejnym braku równowagi i groził niebezpieczeństwem.

Nikt dorosły, widząc kiwające się resztki konstrukcji, za skarby świata nie postawiłby na niej nogi, nawet samobójca, ponieważ upadek z wysokości trzech metrów nie gwarantował skutków nieodwracalnych, dzieci jednakże, jak to dzieci, dopatrywały się w imprezie emocjonującej rozrywki. Korciło je.

Dzieci miejscowe może by jakoś wytrzymały bez podejmowania ryzyka, ale nastał okres wakacyjny i przyjechały dzieci z miasta. I oczywiście spróchniały mostek okazał się największą atrakcją.

W konkurencji wzięło udział sześcioro. Do pięknego lasu po drugiej stronie potoku można było dostać się drogą okrężną, całkowicie bezpieczną, ale mostek kusił. Troje miejscowych dało się namówić trojgu przyjezdnym, w tamtą stronę przeleźli szczęśliwie, z powrotem zaś popłoch spowodował katastrofę.

Ściśle biorąc, z trojga miejskich gości zapał wykazywało tylko dwoje, trzecie, jedyna ocalała dziewczynka, poddawała się propozycjom dość biernie, nie zgłaszając żadnych sprzeciwów. Na mostek wstąpiła, pokonała go dzielnie i zręcznie, no a potem, w obliczu potwora, zastygła w bezruchu.

Elunia Burska bowiem od samego urodzenia odznaczała się cechą szczególną, mianowicie pod wpływem wszelkich emocji nieruchomiała na kamień. Nawet jako niemowlę, przestraszona czymś lub zachwycona, nie wybuchała rykiem, nie machała rączkami, nie pokwitowała radośnie, tylko zamieniała się w produkt sztuczny, atrapę dziecka, co trwałe dłużej albo krócej, zależnie od rozmiaru doznań. Całe otoczenie przyjmowało to zjawisko jako łaskę boską, bo takie grzeczne i ciche dziecko to sama przyjemność, i przez ładne parę lat nikt z jej skłonnością nie walczył. Później zaś zrobiło się za późno na przeciwdziałanie.

Raz jeden tylko spowodowała wstrząs potężny. W wieku lat pięciu, na wsi, rzecz jasna pod opieką rodziny, tak samo jak wszyscy, przechodziła przez tor kolejowy. Nikt jej za rękę nie trzymał, bo chodzić i biegać umiała doskonale. Zza dalekiego zakrętu ukazał się pociąg. Ktoś krzyknął: „Pociąg! Szybciej!”, Elunia odwróciła głowę, w odległości prawie kilometra ujrzała pędzącą machinę i oczywiście zamarła.

Aczkolwiek był to pociąg pośpieszny, to jednak kilkaset metrów wystarczało w zupełności, żeby uciec przed nim pięć razy. Elunia jednakże trwała pomiędzy szynami niczym wysoce realistyczna rzeźba, posąg dziewczynki, wyrosły nagle z podkładów kolejowych, niezdolny do najmniejszego drgnięcia.

Pierwsze cztery sekundy poświecono panicznym i bezproduktywnym krzykom, w sekundzie piątej ojciec Eluni zawrócił, uczynił trzy kroki i ściągnął córkę z szyn. Pociąg dawno przeleciał z łomotem, zanim Elunia zdołała wydusić z siebie odpowiedź na liczne pytania, co też jej wpadło do głowy, żeby stać na torze, kiedy pociąg jedzie.

– Nie wiem – powiedziała żałosnym głosikiem. – Ja nie chciałam.

Odpowiedź przyjęto jako wyraz skruchy i żadnej osobie nic rozumnego nie przyszło do głowy.

Potwór z lasu natomiast na jakiś czas utkwił w jej życiorysie. Włamanie, kradzież i ciężkie pobicie całej jednej rodziny kwalifikowały go w pełni do zapudłowania radykalnego, niestety jednak, popełniwszy czyny karalne, uciekł. Był obcy. Nikt go dokładnie nie widział i nikt nie umiał opisać. Gdyby ściął kudły i ubrał się przyzwoicie, nie zostałby rozpoznany, istniały zaś obawy, że podobnych przestępstw odpracuje więcej. Zręczność w działaniu wskazywała na dużą wprawę.

Szukano go zatem intensywnie i od razu okazało się, że jedna jedyna Elunia przyjrzała mu się porządnie. Niezdolna do zamknięcia oczu, wpatrywała się w dzikie oblicze przez cały czas swojego skamienienia, w jej pamięci zaś utrwalał się każdy szczegół bandyckiej gęby. Miała jednakże dopiero sześć lat. Od istoty w tym wieku trudno oczekiwać rzeczowych i wiarygodnych zeznań, istniały zatem obawy, że pożytku z niej nie będzie.

Tymczasem ujawniło się coś wręcz przeciwnego. Elunia nie tylko patrzyła, umiała także powiedzieć, co widzi. Służbowy rysownik, sporządzający portret pamięciowy, był nią zachwycony, zdołała dostrzec nawet to, co kryło się pod kudłami. Opisywała wszystko z zapałem, czując się niezmiernie ważna, bardzo swoją ważnością uradowana.

– Tu miał takie – oznajmiła, wskazując swoją dolną wargę. – Dużo, takie czerwone, wystawało mu z brody. I groszek na oku, jak tak stał, to na tym, z tej strony. A nos miał taki, o, tu rozklapany, taki rozlazły, a wyżej miał niżej, a w środku na końcu taki psi, ale więcej kanciasty. I gulę koło ucha, a te uszy okropnie wielkie. Słońce mu prześwitywało.

Grafik te określenia zrozumiał doskonale i bez trudu stworzył gębę z obwisłą dolną wargą, z szerokim i złamanym nosem z wyraźną chrząstką na końcu, z naroślą na lewej powiece i ogromnymi uszami typu wiotkie. Pełna uznania Elunia potwierdziła trafność rysunku.

W dwa lata później na doskonale zapamiętany pysk natknęła się osobiście na kolejnych wakacjach. Złoczyńca grasował na prowincji, omijając większe miasta i preferując wsie, gdzie klasie chłopskiej zdarzało się miewać pieniądze. Krew. cudzą i własną, rzecz oczywista dawno już z siebie zmył. odzież zmienił, kudły nieco skrócił, ale twarz mu została i na jarmarku w okolicy Kazimierza Elunia rozpoznała go bezbłędnie.

Absolutną skamieniałość córki dostrzegł jej ojciec, człowiek inteligentny i rozsądny. Bandyta również zauważył posągowo nieruchomą dziewczynkę, ale nie widział jej przy poprzednim spotkaniu i żadne skojarzenia nie zaświtały mu w głowie. Zajęty był podglądaniem, kto tu coś sprzedaje i ile dostaje pieniędzy, typował sobie ofiary i wrośniętymi w grunt dziewczynkami nie zamierzał się interesować. Ojciec sprawdził, w co jego chwilowo niekomunikatywna córka jest wpatrzona, oglądaną przez nią postać ocenił właściwie i zdążył złapać stróża prawa.

W rezultacie postrach licznych wsi poszedł siedzieć, przyłożyli mu, z racji kilku ofiar śmiertelnych, całe dwadzieścia pięć lat i wiadomo było, że przesiedzi co najmniej piętnaście. Dzięki Eluni na jakiś czas był z nim spokój.

I nikomu jakoś nie przyszło do głowy, że tych skojarzeń wreszcie doznał i jasnowłosą, nieruchomą, wpatrzoną w niego oczami rozmiaru talerzyków deserowych dziewczynkę zapamiętał sobie na zawsze.

W późniejszych latach swego życia Elunia zamierała i nieruchomiała jakoś bardziej kameralnie, nikomu przy tym nie wpadając w oko i ponosząc straty możliwe do ukrycia. Chociażby ciasteczka. W sklepie, gdzie w innym miejscu wybierało się kuszący towar, a w innym płaciło i odbierało paczkę, ktoś przez pomyłkę zabrał jej pakunek. Zamiast wydać okrzyk i upomnieć się o swoje, Elunia, rzecz jasna, zamarła, tym razem z oburzenia. Ciasteczka jednakże stanowiły jej prywatną własność i nikogo nie musiały interesować, nie zjadła ich po prostu.

Za to później, w szkole, omal nie zaprzepaściła matury. Pisemne egzaminy odpracowała bezboleśnie, ale już pierwszy ustny padł jej kłodą pod nogi. Z przejęcia i zdenerwowania nie była w stanie wydobyć z ust nawet słowa „dzień dobry”, nie wspominając już o przejściu na właściwe miejsce i udzieleniu odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie. Na szczęście nauczycielki znały już nieco jej osobliwe reakcje i dały spokój na dostatecznie długą chwilę, żeby skamieniałość jej przeszła. Zamierzony ślub natomiast miał wielkie szansę zakończyć się skandalem.

Został zrealizowany zgoła cudem. Elunia już studiowała na ASP, zamierzając poświęcić się grafice i reklamiarstwu, umysłowo bowiem nie była niedorozwinięta i zdawała sobie sprawę, że musi wybrać zawód, na który ewentualne nieruchomienie i zamieranie pozostałoby bez wpływu. Potrafiła wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby oddała się zajęciom silnie stresującym i została na przykład stewardessą albo aktorką. Względnie dróżniczką kolejową. Pierwsze doświadczenie z pociągiem pozwalało mniemać, iż właściwe manipulacje ze szlabanem nie zostałyby dokonane w odpowiedniej chwili i rychło nastąpiłoby nieszczęście, nie mówiąc już o tym, że jako aktorka w ogóle nie wyszłaby na scenę, zamarłszy za kulisami. Zawód grafika wydawał się dość bezpieczny, a przy tym miłosierna opatrzność obdarzyła ją dostatecznymi zdolnościami, żeby wybór miał sens.

Rychło zakochała się w koledze z wyższego roku, bez trudu zyskała wzajemność i radośnie zgodziła się młodzieńca poślubić. Narzeczony posiadał strych, świetnie nadający się nie tylko na pracownie, ale także na miejsce zamieszkania, coś tam nawet zarabiał i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie szczególna cecha panny młodej. Świadoma swojej ułomności Elunia od dawna już starała się ją opanowywać, wysiłki jednakże dawały mierne rezultaty. Gorzej. Szkodziły. Na samą myśl, że emocja znów ją unieruchomi i odbierze jej mowę, Elunia nieruchomiała jeszcze prędzej, tyle że konieczność powrotu do normalnych ludzkich cech tkwiła już w niej i pozwalała szybciej odzyskać przyrodzone zdolności. Niekiedy zdarzało się to nawet dostatecznie wcześnie, w ostatniej właściwej chwili, ale kosztowało ją tyle sił, że długo potem czuła się osłabiona.

Czasami zaś, jeśli dość długo nie doznała żadnego grubszego wstrząsu, zapominała o dolegliwości i narażała się na nią z zaskoczenia, co miało skutki nader urozmaicone. I oczywiście dotknęło ją przy ślubie.

W obliczu urzędnika stanu cywilnego i wszystkich zaproszonych gości, przy boku narzeczonego, nagle zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje. Jezus Mario, wychodzi za mąż! Za Pawełka! Jak dorosła kobieta! Ślub! To jest jej ślub…! Płomień w niej buchnął i zamarła.

Na pytanie, czy zgadza się poślubić obecnego tu Pawła Wiśniewskiego, nie odpowiedziała ani słowa. Urzędnik, formalista, twardo czekał. Pawełek usiłował podsunąć jej półgębkiem właściwy tekst, rodzina z krzeseł posykiwała, Elunię zadławiło do reszty i w oczach jej zaszkliły się łzy, ale poza tą jedną drobną zmianą prezentowała sobą figurę z granitu.

Urzędnik stanu cywilnego, nie dość że był formalistą, to jeszcze, widząc młodość damy, wyobraził sobie, iż do zamążpójścia została zmuszona, przed jego oblicze dowleczona przemocą i nie umie zaprotestować inaczej jak tylko milczeniem. Bez jej wyraźnego „tak” ślubu zatem nie udzieli. Pan młody robił wprawdzie sympatyczne wrażenie, ale pozory często mylą.

Kiedy przerwał ceremonię, awantura wybuchła okropna, Elunia zaś z miejsca odzyskała głos i siły. Odpierając ataki obu rodzin, własnej – zdenerwowanej i zrozpaczonej, oraz narzeczonego – zdumionej i ciężko obrażonej, rzuciła się ku władzy, już składającej dokumenty i zupełnie rozsądnie, ze stosowną skruchą, wyjaśniła zjawisko. Zapewniła także, kurczowo ściskając w dłoni rękaw narzeczonego, że za mąż wychodzi całkowicie dobrowolnie i nawet z wielką przyjemnością. Rodzina poparła ją energicznie, wmieszały się przyjaciółki, po wielu korowodach ceremonia została wznowiona i zakończona szczęśliwie, acz w atmosferze urzędowego potępienia.

Po trzech latach zaś wydatnie wspomogła przyczyny rozwodu.

Ślubu kościelnego, rzecz oczywista, nikt się już nie ośmielił zaryzykować i w ten sposób Elunię, ku jej wielkiemu żalowi, ominął welon i biała suknia z trenem.


* * *

Jakim cudem Elunia zrobiła prawo jazdy, ona sama nie umiała zrozumieć. Sytuacji stresujących na jezdniach spotyka się zatrzęsienie, najwidoczniej miała ślepy fart i trafiała na wyjątkowo korzystne układy. Żadnych zaskoczeń, żadnych korków, żadnych półgłówków nie spotykała, może dzięki temu, że odbywała swoje jazdy w okresie wakacyjnym, kiedy miasto było prawie puste, a pogoda piękna, nieruchomienie nie dotknęło jej ani razu i na instruktorze uczyniła wrażenie istoty najzupełniej normalnej. Następnie kupiła nawet samochód, mocno przechodzonego volkswagena-garbusa, który wciąż jeszcze jeździł ku zdumieniu stacji obsługi.

Kupiła go zaś, ponieważ wzbogaciła się znienacka tuż przed zakończeniem studiów. W przypływie natchnienia wymyśliła reklamę, która okazała się zgoła rewelacyjna i przyniosła szalone zyski inwestorowi, a Elunia od tych zysków dostała prowizję. W upojeniu natychmiast kupiła przyzwoite mieszkanie, dzięki czemu po rozwodzie miała gotowe miejsce dla siebie.

Razem z mężem zamieszkać tam nie zdążyła, aczkolwiek apartament przewidziany był na kompletną rodzinę z dziećmi, ponieważ roboty wykończeniowe trochę potrwały i wcześniej rozpadła się zasadnicza komórka społeczeństwa, niż dało się lokal użytkować. Przeniosła się tam już sama.


* * *

Ogólnie biorąc, Elunia była bardzo ładna. Miała metr siedemdziesiąt wzrostu, doskonałą figurę, piękne nogi, piękne włosy blond, niebieskie oczy z gatunku gwiaździstych i trochę piegów, które dodawały jej wdzięku. Tyle że nie zaliczała się do tych przesadnie seksownych, co nie przeszkadzało, że mąż był w niej wściekle zakochany przez całe dwa lata. W trzecim roku jednakże bezustanna irytacja zabiła miłość, a ostatnim gwoździem do trumny stał się makaron.

Należy zauważyć, że Elunia poślubiła Pawełka, nie myśląc nic. Najzwyczajniej w świecie zakochała się w pięknym chłopcu od pierwszego rzutu oka, zamarłszy przy okazji na sam jego widok. Uwielbienie z niej biło, co Pawełek z miejsca docenił. Z racji wdzięcznej urody od dzieciństwa przywykł do brania, nie zaś dawania, i obdarzenie go uczuciem wydało mu się ze wszech miar słuszne i naturalne. Gwałtownie zapragnął brać od Eluni, a racjonalne myśli również były od niego odległe o lata świetlne.

Pracownia dwojga grafików część kuchenną miała mocno ograniczoną. Elunia bez żadnego oporu gotowała obiady na dwupalnikowej kuchence gazowej, czasem tylko, zajęta pracą, zapominała, że na ogniu stoi jakaś potrawa, potrawa przypalała się, Elunia wyrzucała ją bez żalu i od razu użytkowała produkt zastępczy, na wszelki wypadek posiadany pod ręką. Produkt zastępczy bywał niekiedy dość dziwny i nie zawsze Pawełkowi smakował, a należy zauważyć, iż Pawełek był żarty i jakość pożywienia cenił wysoko. Po krótkim okresie przewagi łóżka nad stołem zaczął się denerwować.

Ponadto niemal od początku pojawiły się zadrażnienia dodatkowe, bezustannie rosnące. Wyszło na jaw, iż młodzieniec jest pedantem najgorszego gatunku, czego na studiach jakoś nie dało się zauważyć, w dodatku otaczanym dotychczas opieką przez troskliwą mamusię, która ową pedanterię przekazała mu w genach. Wszystko w domu musiało leżeć na swoim miejscu, poukładane symetrycznie, gacie musiały być uprasowane bez jednej fałdki, a guziki do koszul przyszyte idealnie jednakowo, nitkami w jedną stronę. Podłoga powinna lśnić, żadne resztki pożywienia nie miały prawa do egzystencji, szklankę po herbacie należało natychmiast myć, wycierać i ustawiać w szafeczce, a ścierkę do naczyń rozwieszać z dokładnością do jednego milimetra. To samo dotyczyło przepierki, suszącej się na sznurku piżamy i halki przybierały postać wręcz dostojną, rozpostarte bez najmniejszego załamania i w dodatku dobrane kolorystycznie.

Całość starań o ten przeraźliwy porządek spadała na Elunię, bo tak Pawełka mamusia nauczyła. On sam tylko przestawiał krzesła i przesuwał popielniczki, czyniąc to najzupełniej odruchowo, kiedy poraził go brak symetrii doskonałej. Elunia, jednostka pod tym względem normalna, acz odrobinę roztargniona, przywykła do czystości i średniego porządku, zajęta studiami i pracą, rychło zaczęła tęsknić do życia w możliwie zaniedbanym taborze cygańskim, lub też zgoła na śmietniku. Klepisko zamiast parkietu powolutku stawało się szczytem jej marzeń.

Co gorsza, swoje przyzwyczajenie do brania Pawełek przeniósł także na seks. Lubił być zachęcany, namawiany i obsługiwany, stosując nawet niekiedy symulowany opór, który Elunia winna była przełamywać. Elunia zaś, jak normalna kobieta, inicjatywy oczekiwała od mężczyzny, o kuszących zabiegach zaś nie miała pojęcia i obawiała się popaść w wulgarną przesadę. Ponadto do seksu Pawełek odnosił się równie pedantycznie jak do innych dziedzin życia, ze świadczeń małżeńskich czyniąc rodzaj rytuału, z Eluni zaś kapłankę wielbiącą bóstwo. Rola nie przypadła jej do gustu i mimo szczerych starań nie udawało jej się stawać na wysokości zadania. Zapominała o złożeniu w kostkę zdjętej z siebie piżamy, myliły jej się nieco kolejne zabiegi erotyczne, a nawet, o zgrozo, w łóżku bywała rozczochrana, nie mówiąc już o rannych pantoflach, zrzuconych z nóg i wcale nie ustawionych równo. Obsługiwanie bóstwa wychodziło jej wysoce nieudolnie.

Jasne jest zatem, że, razem wziąwszy, Pawełek czuł coraz głębszy niedosyt ładu i rozczarowanie żoną i ten cholerny makaron po prostu przelał czarę rozgoryczeń.

Tym razem zostało uzgodnione, że przyprowadzi na późny obiad swojego aktualnego inwestora, szalenie skąpego wydawcę, któremu robił ilustracje do całej serii książek dla dzieci. Prawdę mówiąc, Pawełek też był skąpy, co starannie ukrywał, i dlatego wymyślił obiad w domu, a nie w knajpie. Obiad w domu, nawet z najlepszym winem świata, zawsze wypadał taniej.

Świadoma postępujących zadrażnień i mocno już zniechęcona do małżonka Elunia lojalnie postanowiła przygotować wystrzałową potrawę, coś, co wychodziło jej zgoła rewelacyjnie, mianowicie zraziki w śmietanie. Pawełek je uwielbiał, wydawca też. Do zrazików najlepiej pasował makaron.

Obiad miał być zwyczajny, a nie wystawny, przystawki zatem nie zostały przewidziane. Tylko deser, naleśniki z konfiturami na gorąco, z bitą śmietaną. Dodatkową zaletę obu dań stanowił fakt, że można je było przygotować wcześniej, a potem tylko odgrzać, co dla Eluni było akurat istotne, miała bowiem robotę, a także umówione spotkania służbowe. Obie potrawy odwaliła o poranku, przytomnie zaczęła od zrazików, które doszły we właściwej chwili, odpracowała naleśniki i opuściła dom. Wróciła dokładnie na gotowanie makaronu, jedynego produktu, który powinien być świeży.

Na wydawcy jej specjalnie nie zależało, siedziała w reklamie, w ilustracjach specjalizował się Pawełek, wydawało jej się jednak obrzydliwe robić mu koło nogi. Chce tego pacana, niech ma, po co go zniechęcać, wszystkie zarobione pieniądze wciąż jeszcze były wspólne i niewątpliwie potrzebne, ewentualny rozwód zaledwie pobłyskiwał i niepewnie migał w myślach, a szansa na trwałość mariażu nadal istniała. Postanowiła się upiększyć i zrobić dobre wrażenie. Gruby makaron wymagał trzech kwadransów, pozostawiając jej dosyć czasu na zabiegi koło siebie.

Postawiła gar na ogniu, woda się zagotowała, Elunia wrzuciła makaron, zaczekała, aż zaczął bulgotać, i przykręciła palnik. Wszystko, zdawałoby się, zrobiła jak trzeba. Po czym udała się do łazienki.

Zważywszy, iż fragment kuchenny od początku traktowany był po macoszemu, brakowało w nim miejsca. Płaszczyzny poziome, w każdej kuchni niezbędne, ulokowane zostały w pionie. Dwupalnikowa kuchenka gazowa tkwiła na czymś w rodzaju stelażu, pod nią znajdowała się jakby podręczna ażurowa półka, na której można było ustawiać garnki z produktami, potrzebnymi na poczekaniu, niżej zaś jeszcze następna, gdzie doskonale mieściły się patelnie. Tuż pod palnikami stał w owym momencie garnek ze zrazikami, a pod nim, na wielkiej patelni, naleśniki, nadziane już i gotowe do odsmażenia. Bita śmietana czekała w lodówce.

W ostatniej chwili, oddalając się, Elunia spróbowała sosu w zrazikach dla upewnienia się, czy na pewno jest dobry. Był znakomity. Kiwnęła głową z uznaniem sama do siebie i zapomniała położyć z powrotem przykrywkę. Zważywszy młody wiek i duże zainteresowanie pracą zawodową, nie miała w sobie wyrobionych odruchów dobrej gospodyni.

Kiedy przyodziana wdzięcznie i zrobiona na domowe bóstwo zbliżyła się do kuchennego kąta makaron odwalał już niezłą robotę. Wykipiał, spęczniał i kipiał nadal. Na ten widok Elunia zamarła.

Dokładnie w owym momencie głodny, łakomy i z zasady punktualny Pawełek wprowadził do apartamentu swojego wydawcę, równie głodnego i nastawionego na doskonały domowy posiłek.

Obaj razem zamarli nie gorzej niż Elunia. Ujrzeli elementy następujące: potoki spienionej cieczy, lejące się do garnka ze zrazikami, pełną tejże cieczy patelnię, na której miękły i traciły właściwy smak naleśniki, i panią domu, wpatrzoną z klęską w skamieniałym bezruchu. Cały dowcip polegał na tym, że w pierwszym momencie Elunia mogła jeszcze uratować posiłek, gdyby rzuciła się błyskawicznie ku utensyliom kuchennym, odrobina wody z makaronu zbytnio by zrazikom nie zaszkodziła, Elunia jednakże swoim zwyczajem zastygła na kamień i całym tym osolonym i spienionym wodospadom dała czas. Makaronu było dużo, wody w nim również, sos w zrazikach przeistoczył się w potrawę więzienną, a naleśniki, nadziane słodkimi konfiturami, stały się niejadalne. Dla ludzi. Świnie, być może, spożyłyby je z przyjemnością.

Znający swoją żonę Pawełek bez najmniejszej wątpliwości odgadł to wszystko i coś mu się w środku zrobiło. Oczyma duszy zobaczył sumy, jakie wyda w restauracji, oczyma ciała patrzył właśnie na potworny nieporządek i decyzja życiowa podjęła mu się sama. Rozwód.

Tym sposobem makaron typu rurki zadecydował o życiu Eluni.


* * *

Rozwodem przejęła się średnio, ponieważ Pawełek zrobił się już nieznośnie męczący i, co gorsza, niezadowolony z małżonki, zaczynał okazywać nadmierne zainteresowanie rozmaitym rywalkom. Chociaż, prawdę mówiąc, Elunia sama nie była pewna, która z tych nieprzyjemności wydaje się jej gorsza… Miała go w każdym razie całkowicie dosyć ł w czasie całej procedury ani razu nawet nie musiała skamienieć. Poszło lekko, dzieci nie mieli, dwaj adwokaci zgodnie wywlekli sprawę skandalu na ślubie. Elunia chętnie przyświadczyła, że brała ten ślub w chwilowym zamroczeniu i nikt nie stwarzał żadnych przeszkód. Ogólnie czuła się obrażona na tego głupka, któremu byle co przeszkadzało, a wymagania prezentował idiotyczne i żadna rozpacz nie miała do niej dostępu. Ponadto zdążył objawić się pocieszyciel.

Nieco już wcześniej, w trakcie trwania mariażu, Elunia odnalazła faceta.

Był to kolega ze szkoły podstawowej. W wieku kiedy jeszcze lekceważy się dziewczyny, dostrzegł w Eluni cechę, która wprawiła go w podziw, mianowicie bezprzykładną, wręcz męską odwagę. Ową odwagę Elunia okazała w obliczu szarżującego buhaja, na szkolnej wycieczce. Wszyscy uciekli, chroniąc się za drzewa, ona jedna stała mężnie na drodze parskającego gniewnie niebezpieczeństwa i nawet nie drgnęła. Rzecz oczywista, swoim zwyczajem skamieniała ze strachu, ale o tym Kazio Radwański nie wiedział i na widok takiej zuchwałej dzielności dech mu zaparło. Swój podziw ukrył głęboko, a w każdym razie starał się go ukryć, co nie najlepiej mu wychodziło i Elunia jakoś niejasno poczuła się czczona i wielbiona. Wzbudziło to w niej sympatię do Kazia i pod koniec szkoły byli już w przyjaźni. Buhaj zaś nie zrobił jej żadnej krzywdy, ponieważ obiekt nieruchomy nie budził jego zainteresowania, zmienił kierunek ataku i zajął się jazgoczącym pieskiem. Piesek uciekł bez trudu, a buhajem z kolei zajął się jego właściciel.

Straciwszy Kazia z oczu jeszcze przed maturą, ponieważ zmienił szkołę, Elunia spotkała go ponownie po ośmiu latach. Okoliczności spotkania były zupełnie zwyczajne, usiłowała zadzwonić z budki telefonicznej, numer był zajęty, ustąpiła zatem miejsca czekającemu facetowi. Spojrzeli na siebie i równocześnie wydali okrzyk.

– Elunia!

– Kazio!

Elunia wydała się Kaziowi piękniejsza, niż mógł się spodziewać, Kazio Eluni bardziej interesujący, niż zapowiadał się w szkole. Machnęli ręką na telefon i poszli na kawę.

– Co w ogóle robisz? – spytała Elunia. – Mam wrażenie, że wybierałeś się na prawo?

– Pochodziłem trochę, czemu nie. Ale potem wszedłem w pośrednictwo handlowe i to mi bardziej leży, studia kończę z doskoku, dyplom się przyda. A ty?

– W reklamie siedzę. ASP skończyłam.

Kazio rzucił okiem na rękę Eluni.

– Ejże! Wyszłaś za mąż?

– Wyszłam. Już prawie trzy lata.

– Że też, cholera, najlepsze dziewczyny zawsze są zajęte! Nie mogłaś poczekać, aż się spotkamy? Rozwodu w planach nie masz?

Elunia pokręciła głową i poczuła nagle nieprzepartą chęć zwierzyć się Kaziowi, opowiedzieć mu o swoich perypetiach matrymonialnych i tej upiornej pedanterii Pawełka. Powstrzymała ją lojalność, bo w owym momencie byli jeszcze małżeństwem.

– Prędzej on się ze mną rozwiedzie, niż ja z nim – oświadczyła w jasnowidzeniu. – A ty?

– Co ja?

– Ożeniłeś się?

– Niech mnie ręka boska broni! Udało mi się jakoś wyłgać od tego. Pewno miałem nadzieję na ciebie.

– Już to widzę. Śniłam ci się po nocach. Ale miło słyszeć takie rzeczy.

– Co to za jakiś, ten palant… pardon, chciałem powiedzieć ten superman?

Elunia stłumiła chichot i posłużyła pobieżnymi danymi o mężu. Kazio pohamował kręcenie nosem, aczkolwiek palant-superman nie spodobał mu się od razu, na niewidzianego. Elunia go szczerze zachwyciła i pożałował, że nie zaczął z nią romansować jeszcze w szkole, chociaż może i rzeczywiście byli wtedy odrobinę za młodzi… Ona piętnaście, on szesnaście…

– Nie traćmy kontaktu, ja cię proszę – powiedział z większym żarem, niż zamierzał. – A kto wie, może tego, pan Bóg kule nosi, nie to miałem na myśli, sama rozumiesz, wszystko się może wydarzyć…

Elunia była tego samego zdania, a przy tym ciepło jej się zrobiło na sercu. Lubiła Kazia, podobał się jej, ze szczupłego, kościstego chłopca wyrósł barczysty mężczyzna, który wciąż okazywał jej podziw i zachwyt, zatracający o rzetelne uwielbienie. Pawełek już od roku uwielbieniem nie tryskał. Skoki w bok wykluczała, ale co szkodziło spotykać się z przyjacielem…

Wychodzili już z kawiarni i znajdowali się w drzwiach, kiedy tuż przed ich nosem na ulicy nastąpiła kraksa. Widzieli ją doskonale.

Parkujący samochód ruszył nagle i wyjechał na jezdnię, dokładnie przed maską drugiego, nadjeżdżającego z wielką szybkością, ten drugi rąbnął go rzetelnie i oba razem potrąciły faceta, któremu udało się akurat wyskoczyć spomiędzy innych pojazdów i wplątać w kolizję. Odrzucony potężną siłą, upadł do tyłu i walnął głową w krawężnik.

Elunia, rzecz jasna, skamieniała, Kazio natomiast zareagował błyskawicznie.

– W nogi! – syknął dziko. – Spieprzamy, już nas tu nie ma!

Chwycił ją za rękę i z szaloną energią pociągnął w bok. Elunia o mało się nie przewróciła, bo jej górna część ciała, szarpnięta znienacka, ruszyła, nogi natomiast pozostały wrośnięte w ziemię. Kazio chwycił ją w locie, silny był, oderwał także jej nogi od podłoża i powlókł ją przed siebie, Elunia zaś po kilku sekundach zaczęła samodzielnie stawiać kroki. Spróbowała nawet wyrwać się z trzymających ją objęć.

Odzyskała także głos.

– No coś ty, zwariowałeś?! Jezus Mario, ten człowiek się zabił…! Dlaczego…?! Może tam coś pomóc…? Ten kretyn winien, ten, co wyjechał, byliśmy świadkami…!

– Toteż właśnie – przyświadczył Kazio i zmniejszył tempo. Obejrzał się za siebie, wypuścił Elunię z ramion i chwycił ją zwyczajnie pod rękę. – No dobra, już nas nie złapią. Fakt, najlepszymi świadkami, cały spektakl odpracowali nam przed nosem.

– No to przecież musimy wrócić…!

– Dziewczyno, masz źle w głowie? Czy ty wiesz, co to znaczy świadczyć w sądzie?! Życie byś miała zmarnowane! Nie masz co robić?

– Mam, ale… Słuchaj, tak nie można, to potworny wypadek, on nie żyje, ten co upadł, niewinny człowiek…! Kazio pociągnął ją dalej, bo usiłowała zwalniać kroku.

– Niewinnego to tam nie było ani jednego – zaopiniował stanowczo. – Jeden wyjechał na ślepo, drugi leciał za ostro, a trzeci wyskoczył jak zajączek z miedzy. Było patrzeć, czy co nie jedzie. A poza tym, temu akurat już chyba wszystko jedno, globus mu poszedł w drzazgi, mało estetyczny widok. Niech się teraz sami po sądach kotłują, nie twoja parafia. Do pomocy już tam jest cała ulica, a ty przestań być taka wściekle uspołeczniona.

Elunia chciała jeszcze protestować, ale nagle poraziła ją myśl, że stojąc przed sądem w charakterze świadka, niewątpliwie zdenerwowana, może znów znieruchomieć. Nie odpowie na pytania, nie odezwie się słowem. Mało, że zrobi z siebie pośmiewisko, to jeszcze przyłożą jej jaką grzywnę albo co. Milczenie przed sądem zapewne jest karalne.

Przestała stawiać opór i odetchnęła głęboko.

– Może masz rację – przyznała. – Ale głupio… To co, gdybym była świadkiem zbrodni, też mam uciekać?

– Nad zbrodnią można by się zastanowić. Z serca ci radzę: nie bądź.

– W razie czego odwrócić się tyłem?

– I zamknąć oczy. Paproch ci wpadł, powiedzmy.

– Wiesz, że to okropne…

– Zapewniam cię, że sąd jest okropniejszy. Za bydlę tam robisz, a nie za człowieka i wcale nie musisz być oskarżona. Twój czas i obowiązki to oni mają gdzieś, a błąkać się po tym całym labiryncie… Unikaj tego jak morowej zarazy!

Nieubłagana stanowczość Kazia wywarła swój wpływ. Elunia ochłonęła i przypomniała sobie, dokąd idzie i co ma do roboty. Zarazem dotarło do niej, co by było, gdyby Kazio nie usunął jej tak energicznie z miejsca katastrofy. Nie odebrałaby pantofli od szewca, nie zdążyłaby do banku, nie wróciłaby do domu, nie usiadła do roboty, nie zadzwoniła do firmy, wciąż jeszcze czekałaby tam na przybycie policji, potem składałaby zeznania…

Poczuła do Kazia głęboką wdzięczność. Równocześnie jednak zaczęła myśleć i przyszło jej do głowy, że jego opinia o sądach musi wynikać chyba z doświadczenia, być może miał jakieś okropne przeżycia osobiste. Dokopał mu ten sąd bezpośrednio…?

– Miałeś już z tym do czynienia? – spytała z ostrożnym zainteresowaniem.

– A jak? – odparł Kazio, ponuro patrząc w dal. – Spotkało mnie to szczęście dwa razy w życiu i powiedziałem sobie, że nigdy więcej. Nawiewam przy każdej okazji, pół miasta może się wzajemnie wymordować, ja jestem ślepy i głuchy. Czekaj, zdaje się, że jesteśmy na miejscu. Tu się gdzieś wybierałaś?

Elunia rozejrzała się po ulicy Hożej i kiwnęła głową.

– Tu. Mniej więcej. Teraz muszę pomyśleć, co mam pozałatwiać.

– Dobra, zostawiam cię niechętnie. Licz się z tym, że zadzwonię…

Pozostawiona samej sobie Elunia nadal myślała, teraz już jakby dwutorowo. Na jednym torze próbowała przypomnieć sobie, gdzie właściwie zostawiła samochód i ocenić szansę zaparkowania przed bankiem, na drugim miała Kazia. Instynkt mówił jej, że jego zażarty wstręt do stawania przed sądem miał jakieś głębsze podłoże, sama strata czasu nie zdołałaby wzbudzić uczuć aż tak intensywnych, i ciekawiło ją trochę, co to mogło być. Na swoich dwóch torach pojechała do szewca.

Instynkt miał rację…


* * *

Rozprawa rozwodowa jeszcze się toczyła, kiedy Elunia zdołała się przeprowadzić do nowego mieszkania. Porzuciła Śródmieście i wyniosła się na Służewiec, co sprawiło jej nawet przyjemność, powietrze tam było świeższe i bliżej miała do terenów rozrywkowych, które właśnie zaczynały budzić jej wielkie zainteresowanie.

Mieszkanie wyglądało dość osobliwie. Kupiła je w stanie surowym i zdołała wykończyć na pięć minut przed klęską z makaronem. Zamontowano jej wszystkie krany, kontakty i gniazdka elektryczne, ustawiono normalną gazową kuchnię i zawieszono żyrandole. W charakterze mebli występowały dwie szafy ścienne i na tym był koniec. Nic więcej zrobić nie zdążyła, a przy tym zabrakło jej pieniędzy. Z wielkim wysiłkiem postarała się o tapczan, ponieważ musiała na czymś spać, i o jedno kuchenne krzesło, ponieważ musiała na czymś siadać, przynajmniej przy jedzeniu. Nie lubiła jadać na stojąco. Narzędzia pracy w postaci wielkiego rajzbretu i kreślarskiego stołka zabrała z Pawełkowego poddasza, należały bowiem do niej od czasów jeszcze panieńskich. Zabrakło jej komputera, który mieli wspólny i, w znacznie mniejszym stopniu, telewizora. Za to warunki do urządzenia prawdziwej parapetówy zyskała wręcz idealne, w trzech pustych pokojach miejsca do siedzenia na podłodze było mnóstwo, a parapety okienne miały właściwą szerokość.

Smętne wyposażenie lokalu nie spędzało jej snu z powiek, bo szansę na poprawę bytu widniały przed nią wyraźnie. Od pierwszego sukcesu miewała dużo zleceń i zarabiała nieźle, a następny kolejny błysk natchnienia znów mógł przynieść większe pieniądze. Bez błysku urządzałaby się po prostu sukcesywnie.

Pawełek pod względem finansowym, mimo skąpstwa, okazał się dżentelmenem i nie rościł żadnych pretensji do lokalu, aczkolwiek został on nabyty już w czasie trwania związku małżeńskiego. Nie czepiał się także samochodu, uważając go za osobistą własność Eluni, co przychodziło mu tym łatwiej, że samochodów ogólnie nie lubił. Oddał jej nawet bez żadnego oporu duże lustro do zawieszenia na ścianie.

Teraz wreszcie Elunia mogła poddać się nowej, rozkwitającej w niej delikatnie, namiętności.

Już w dwa tygodnie po pierwszym spotkaniu Kazio zadzwonił i namówił ją na rozrywkę. Zaproponował mianowicie skromną wycieczkę na wyścigi w środę, dzień neutralny i niekoniecznie rodzinny. Pawełek, wówczas jeszcze mąż, zapowiedział swoją nieobecność aż do późnego wieczora, obszernie wyjaśniając, iż chodzi o konsultację z autorem w sprawce charakteru ilustracji, co niewątpliwie się przeciągnie, zdania bowiem są podzielone. On chce tak, zaś autor inaczej. W pełni świadoma płci i wieku autora, Elunia mocno podejrzewała, że konsultacja nie ograniczy się do argumentów słownych, ale nie powiedziała nic. Mogła sobie za to swobodnie pozwolić na przyjęcie zaproszenia Kazia.

Nie zainteresowało jej nawet w pierwszej chwili, o jakie wyścigi chodzi, miała mglistą wizję rywalizujących ze sobą biegaczy, względnie rajdu samochodowego, było jej wszystko jedno, bo ucieszyło ją, łagodnie i niewinnie, samo spotkanie z Kaziem, po czym z zaskoczeniem stwierdziła, iż w grę wchodzą wyścigi końskie.

Znalazła się na torze pierwszy raz w życiu. Kazio zadbał o dobre wrażenie, miał wstęp do miejsca ekskluzywnego, loży dyrekcji, gdzie panowała atmosfera znacznie wytworniejsza niż na trybunach publicznych. Tłoku wielkiego nie było i Eluni się tam spodobało.

Kazio pokazał jej elementy zasadnicze.

– Tu jest padok, chodzą po nim konie i można je obejrzeć – poinformował, przy czym w głosie jego zaczynał się lęgnąć odcień niecierpliwości. – Z drugiej strony masz tor, tam lecą. Tu widzisz kasy, w nich się gra. Tu bufet, co byś chciała? Piwko czy koniaczek…? A jakby co, toaleta jest tam. Przepraszam cię na chwilę, skoczę załatwić parę drobiazgów i zaraz wracam, znajdę cię tu, na tych fotelach…

Odbiegł gdzieś w dal, Elunia zaś, lekko oszołomiona, z ciekawością jęła się rozglądać. Żadnych koni na razie nigdzie nie widziała, obejrzała zatem pozostałe wskazane jej elementy i z uwagą przeczytała część programu. Z lektury zrozumiała połowę, to znaczy pojęła, że widzi imiona koni, nazwy stajni i nazwiska dżokejów, zapewne na tych koniach jadących. Przypomniała sobie wiedzę teoretyczną, pochodzącą z lektur i mniej więcej zorientowała się, na czym polega gra. Trzeba sobie wybrać jakiegoś konia, postawić na niego pieniądze… w kasie, Kazio powiedział, że w kasie… po czym wygrać, jeśli ten wybrany koń przyjdzie pierwszy. Konie powinny mieć numery, pewnie te same co w programie…

Przyjrzała się także innym ludziom, ale nic jej to nie dało, bo ludzie zachowywali się jakoś niemrawo i jedyne, w czym mogła ich naśladować, to nabycie sobie piwa w świeżo otwartym bufecie. Niecierpliwie czekała na pojawienie się koni, pojęcia nie mając o tym, że Kazio przywiózł ją tu bardzo wcześnie, prawie na godzinę przed rozpoczęciem gonitw. Odpracowała, co mogła, przespacerowała się dookoła kolejny raz i wreszcie ujrzała jakiś ruch na padoku.

Kazio znalazł ją przy wielkiej szybie, wspartą o balustradę i z zajęciem wpatrzoną w osiem koni, prowadzonych dookoła wielkiego trawnika przez chłopaków stajennych.

– No, już – powiedział z zadowoleniem. – Musiałem chwilę pogadać. To jest pierwsza gonitwa, trzylatki, folbluty. Wybrałaś coś sobie? Chcesz zagrać?

Elunia znała angielski język i zrozumiała wypowiedź. Folblut, full blood, pełna krew, jak każdy przeciętnie inteligentny człowiek pojęła, iż oznacza to konia bardzo rasowego. Nie robiło jej to różnicy, gdyby miały lecieć jakieś mieszańce, też by jej się podobało.

– Tak – odparła żywo. – Ale mam problem. Ten mi się podoba, o, ten, idzie trzeci i ma numer cztery, nie wiem, dlaczego nie idą po kolei. A w programie, tutaj… dobrze patrzę…? Od razu wybrałam sobie Sewerynę, rozumiem, że to klacz…?

Kazio rozpromienił się jak wiosenny poranek.

– Wiedziałem, że się na tobie nie zawiodę, ty jesteś bystra dziewczyna! Zgadza się, a nie idą po kolei, bo zawsze najpierw prowadzi się ogiery, a potem klacze, inaczej ogiery się denerwują i zaczynają zajmować klaczami, a nie gonitwą. W czym problem?

– Nie wiem, na którego grać. Który przyleci pierwszy. Można grać na dwa?

– Można i na pięć. Seweryna…? Szóstka…Nie bardzo się liczy, ale kto wie, na jesieni chodzą klacze, nie będę cię zniechęcał. Czwórka niezła… O ile wiem, dwójka ma być, jadą na nią, a napust jest na siódemkę, dla zmyłki, dwójka była chowana…

Elunia przestała rozumieć, co Kazio mówi, ale postanowiła wyjaśnić to później. Teraz chciała zagrać, nabrała na to ochoty.

– To znaczy, że jak się gra? Na dwa? Jak na dwa? Albo na trzy?

Kazio wyjaśnił. Elunia słuchała w skupieniu i podjęła męską decyzję. Zagra dwa swoje wybrane konie, Sewerynę i tę czwórkę, Taran się ta czwórka nazywa, wedle słów Kazia porządek w obie strony, cztery-sześć i sześć-cztery, a potem dołoży im tę proponowaną dwójkę. Kazio zaleca wymieszanie, nie wiadomo, co to znaczy, ale proszę bardzo, może mieszać…

Dotarła do stolika, który stanowił kasę, i mężnie wymówiła podsunięte przez Kazia słowa:

– Poproszę cztery sześć i z powrotem na front, a dalej w kółko jeden pięć osiem. I… zaraz… dwójkę cztery sześć i sześć cztery po dwa razy.

Musiało to nie być całkiem głupie, bo kasjerka zrozumiała od razu. Wybiła jej bilet bez słowa i zażądała trzydziestu dwóch złotych, co Eluni nie wydało się rujnujące. Kazio pociągnął ją na fotel i przyniósł następne piwo.

Nie mając pojęcia o tym, iż gra bardzo trudną kombinację, piątkę, polegającą na odgadnięciu pierwszych pięciu koni we właściwej kolejności, bo tak kasjerka przyjęła jej życzenie, ogromnie zadowolona Elunia wdała się w odkrywanie tajemnic wyścigowych. Kazio chętnie służył wyjaśnieniami, starając się usilnie ograniczać żargon wyścigowy i używać normalnego ludzkiego języka, co nie w pełni mu się udawało. Ogłuszona z lekka określeniami w rodzaju „jadą na stajnię”, „kryty koń”, „ściana”, „gonitwa robiona”, „brać za spuszczenie” i tym podobnymi, Elunia pojęła wreszcie, że Kazio jest tu bywalcem i zgoła fachowcem.

– Ty to wszystko znasz – powiedziała, zdumiona. – Przychodzisz tu często?

– Ustawicznie – wyznał Kazio. – Chciałem to ukryć, ale co tam, powiem. Ja jestem hazardzista. Nie wiedziałaś o tym?

Po pedanterii i skąpstwie Pawełka cecha wydała się Eluni zachwycająca.

– Ależ to piękne! – wykrzyknęła z radością. – Nareszcie widzę jakiś rozmach!

– A co? – spytał Kazio ostrożnie. – Twój mąż…?

– Mój mąż prędzej by umarł, niż wydał ryzykownie jedną złotówkę – wyrwało się Eluni. – Co to za szczęście, że mam własne pieniądze!

Kazio nie zdążył złożyć jej razem gratulacji i wyrazów współczucia, szczególnie że nie wiedział, czemu dać pierwszeństwo, ponieważ nad ich uchem rozległo się straszliwe wycie i bomba poszła w górę.

W Eluni nagle zapłonęła emocja. O czymś takim jak „bomba w górę” wielokrotnie czytywała i zdawało jej się, że rozumie zjawisko, ale teraz po raz pierwszy ujrzała to na własne oczy. W dodatku ta bomba dotyczyła jej osobiście. To było piękne, fascynujące, nie przypuszczała nawet, że można doznać takich wspaniałych uczuć za jedne trzydzieści dwa złote! W oczach zaświecił jej blask, a twarz pokrył rumieniec. Kątem oka Kazio to dostrzegł i małym fragmentem umysłu ocenił, ona była znacznie piękniejsza, niż mu się wydawało!

– Tam startują – wskazał, sięgając po lornetkę. – Widzisz? To jest dystans tysiąc sześćset metrów, o, tam. Wchodzą do maszyny, masz, popatrz.

Wyrzeczenie się lornetki bodaj na chwilę było dla niego ciężkim przeżyciem i gdyby nie uroda Eluni zapewne by się na nie, nie zdobył, ale teraz szarpnęły nim uczucia dodatkowe. Oddał jej przyrząd. Elunia chciwie popatrzyła na coś, co wydało jej się okropnym zamieszaniem, zdenerwowała się i zwróciła lornetkę właścicielowi.

– Nie rozumiem, co się tam dzieje – oznajmiła niespokojnie. – Ty patrz i mów!

Kazio ją za to pokochał.

Konie spełniły swoje obowiązki, wystartowały, obiegły pół toru i dotarły do mety, zwanej tu celownikiem. Elunia wpatrywała się w nie roziskrzonym wzrokiem, zarazem usiłując przyswajać sobie informacje Kazia. Komunikaty z głośnika trochę go zagłuszały. Wokół rozległy się jakieś okrzyki.

– Nie do wiary – powiedział Kazio, szybko ochłonąwszy z wrażenia. – Zdaje się, że wygrałaś, no, dwójkę masz na pewno, a ja przy tobie. Co do piątego miejsca, nie dam głowy, zaraz zobaczymy…

– Naprawdę wygrałam? – przerwała mu Elunia, śmiertelnie zdumiona i dziko przejęta. Kazio nie dał się zbić z toku myślenia.

– Majątek dadzą. Połamało im się wszystko. Coś tam im musiało nie wyjść, ktoś po mordzie dostanie, no, zobaczymy po wypłacie… Piąty koń ważny, dociągnęła ta jedynka czy nie? Cała piątka bez faworytów, tego dawno nie było, inna sprawa, że w środy chodzą wybuchy… Jasne, że wygrałaś, ale to prawie normalne, pierwszy raz tu jesteś, za pierwszym razem zawsze się wygrywa, chyba że ktoś ma ślepy niefart. Tyle że, zdaje się, wygrałaś cholernie dużo…

Istotnie, w gonitwie przyszły fuksy-monstre i wypłata przerosła wszelkie oczekiwania Eluni. Za swoje trzydzieści dwa złote dostała przeszło osiem tysięcy i wzruszyło ją to niezmiernie. Kazio był uszczęśliwiony.

– Chwalić Boga, miałem tyle rozumu, żeby zagrać za tobą chociaż tę dwójkę. Co do piątki, to masz jeden bilet na torze. Jakim cudem miałaś jedynkę…? Gadaliśmy o dwójce i sam, jak ten kretyn, ją w ciebie wpierałem. Jak to zrobiłaś?

– Nie wiem – wyznała z zakłopotaniem Elunia. – Jakoś za dużo było tych dwójek, pomyślałam, że się pomylą, to znaczy nic nie pomyślałam, tylko tak mi się powiedziało cokolwiek innego. Teraz też mi się mylą.

Dla uniknięcia pomyłek omijając w każdej gonitwie konia numer dwa, Elunia trafiała przez cały dzień dzikie fuksy, a rozumny Kazio, wybuchając śmiechem, bogacił się przy okazji. Świadom osobliwych praw, jakie rządzą wszelkim hazardem, stawiał to samo co i ona, bez względu na poglądy własne i zakulisową wiedzę. Obydwoje wyszli z tego interesu potężnie wygrani.

– Kupię dużą lodówkę z zamrażalnikiem – powiedziała rozpromieniona Elunia, opuszczając tor. – A może zmienić samochód…? Nie, lodówkę i pralkę muszę mieć. Czy mogłabym tu przyjść jeszcze raz?

– Nawet tysiąc razy – zapewnił ją Kazio i zapalił silnik swojej eleganckiej toyoty, – Wezmę dla ciebie bilety, a na przyszły sezon załatwię ci stałą wejściówkę. Z tym, że nie co dzień świętego Jana, więcej pierwszego razu nie będzie. Licz się z tym.

Wierząc głęboko w jego doświadczenie, Elunia postanowiła przegrywać bardzo ostrożnie i postanowienia dotrzymała. Nie przegrywała zresztą, z reguły raczej wychodziła do przodu, acz nie tak wiele, jak za pierwszym razem. Miała w sobie instynkt, znacznie cenniejszy niż fachowa wiedza o koniach i jeźdźcach, który pozwalał jej w tajemniczy sposób wyłapywać rozmaite kanciarskie układy, nie typowała, tylko zgadywała co przyjdzie i przeważnie jej się udawało.

Polubiła tę rozrywkę i upodobanie w niej rosło. Powolutku zaczynały się w niej zagłębiać jeszcze może nie szpony, ale małe pazurki namiętności.

W ostatnią środę sezonu, która wypadła już po decydującej rozprawie rozwodowej, Kazio jej znów towarzyszył. Spotykali się na wyścigach dość często bez uprzedniego umawiania, niekiedy się jednak mijali, bo Eluni skłonność do hazardu nie opanowała jeszcze bez reszty, a Kazio często wyjeżdżał w interesach. Ich związek jednakże kwitł, przy czym ze strony Eluni była to przyjaźń i łagodne upodobanie, ze strony Kazia zaś miłość zgoła wulkaniczna. Upierał się przy ślubie. Rozwód Eluni lada chwila miał się uprawomocnić, na nowe małżeństwo jednakże na razie nie miała ochoty. Pozbywszy się obowiązków żony, oddychała z ulgą, robiła co chciała, sprzątała swoje puste mieszkanie kiedy jej się podobało, wychodziła z domu i wracała fanaberyjnie, i ta swoboda podobała się jej nadzwyczajnie. Może za jakiś czas ustabilizuje się przy Kaziu, chwilowo jeszcze nie. W obliczu jego uporu najrozsądniejszym wyjściem wydało jej się sypianie z nim po prostu, na co przystała bardzo chętnie. O pierwotnej przyczynie jego uwielbienia nie miała zielonego pojęcia

W ową ostatnią środę sezonu doznała okropnie głupiego przeżycia.

Tłok panował nieco większy, niż w zwykłe środy z tej racji właśnie, iż ta była ostatnia, loża jednakże akurat świeciła pustką. Wszyscy oglądali konie na padoku, jakiś jeden facet stał przy bufecie, dwie osoby rozmawiały na fotelach tyłem zwrócone do pomieszczenia, kasjerka przy swoim urządzeniu robiła sobie kanapkę, a przy jednym stoliku siedziało dwóch osobników, z których jeden był nieziemsko pijany. Usiłował zapalić papierosa i domacać się popielniczki, musiał jednakże widzieć już podwójnie, a może nawet potrójnie, bo w nic nie trafiał. Drugi, na bani odrobinę mniejszej, na coś go namawiał, machając trzymanym w ręku dowodem osobistym. Pierwszy nie zwracał na niego uwagi, uparcie operując przy papierosie, drugi się zniecierpliwił, wygrzebał mu z kieszeni portfel i odnalazł w nim dowód osobisty, nie napotykając oporu. Scena dla doświadczonych graczy była w pełni zrozumiała, jeden pijany nakłaniał drugiego pijanego, żeby zagrać jakąś kombinację na numery dowodów, co na wyścigach przytrafia się częściej, niżby kto przypuszczał.

Ten pierwszy, zabalsamowany w czarnoziem, do protestów nie był zdolny. Drugi usiłował napisać coś na serwetce śniadaniowej, nie szło mu, zgniótł serwetkę i podniósł się od stolika, zgarniając oba dowody tożsamości. Na ten właśnie moment trafiła Elunia. Ściśle biorąc, trafiła na moment wcześniejszy, ten, w którym drugi osobnik wyrywał pierwszemu portfel z kieszeni, chodząc powoli do szeroko otwartych drzwi i zastanawiając się, co zagrać, patrzyła przed siebie i doskonale widziała ostatnie chwile konwersacji pijaków. Pierwszego znała z twarzy drugi był jej kompletnie obcy. Zdawałoby się też pijany, ciąż nieco mniej. I nagle ujrzała w jego oczach błysk absolutnej trzeźwości, podniósł się swobodnie, wcale nie skierował się do kasy, tylko szybko ruszył ku drzwiom, a oba dowody zniknęły w jego kieszeni.

Elunia nie pomyślała nic, ale za to znieruchomiała radykalnie, do tego stopnia, że nie była w stanie nawet odwrócić oczu. Dzięki czemu przechodzący obok niej osobnik nie napotkał jej spojrzenia, zobaczył tylko zadumaną facetkę, wpatrzoną w dal. Nie przejął się nią, pośpiesznie zbiegi po schodach i znikł w wyjściu.

Pozostała przy stoliku moczymorda zrezygnowała z walki z papierosem, złożyła utrudzona głowę w talerzu z resztkami golonki i zasnęła.

Elunia poruszyła się samodzielnie dopiero po bardzo długiej chwili. Złapała dech i uruchomiła myśl. Najpierw konsekwentnie udała się do kasy i zagrała pierwsze kombinacje, jakie jej przyszły do głowy, a dopiero potem usiadła w fotela i spróbowała się zastanowić.

Co właściwie widziała? I dlaczego wywarło to na niej takie wstrząsające wrażenie? Dwóch facetów, z których jeden tylko udawał pijanego. No to co? Udawał może z grzeczności, temu prawdziwie pijanemu do towarzystwa, i cóż takiego… Zabrał mu dowód osobisty i dokądś z nim poszedł, zapewne znajomy, poszedł coś załatwiać. Nie kradł mu tego dowodu podstępnie i ukradkiem, zabrał go wręcz jawnie, nie obchodziło go, czy ktoś tego nie widzi. A że sam mu wyciągnął portfel…? Pijany nie był zdolny do skoordynowanych ruchów, może nawet nie wiedział, gdzie ma kieszeń. I tamten trzeźwy nie tknął żadnych pieniędzy…

Wciąż nie pojmując, skąd w tym wypadku wziął się w niej wybuch emocji, Elunia dała sobie spokój i wróciła do zainteresowania wyścigami. Kiedy Kazio padł na fotel obok niej, zapomniała już prawie o wydarzeniu, pozostało jej tylko jakieś podświadome, nieprzyjemne uczucie obawy.

Na niedokładnie przemyślane kombinacje przegrała, co spowodowało, że ogólnie w ową środę wyszła na zero.

Telefon, w który nowe mieszkanie zaopatrzone było od początku, zadzwonił w niedzielę rano. Kazio, mocno już zadomowiony, brał prysznic w łazience, Elunia w kuchni robiła skromne śniadanko. Razem wybierali się na wyścigi, które o tej porze roku zaczynały się o jedenastej, żeby zakończyć się przed zmrokiem, zaś Kazio trwał przy jej boku już od wczoraj. Obecnie, w tej łazience, śpiewał. Elunia podniosła słuchawkę.

– Czy pani Eleonora Burska? – spytał zimno jakiś obcy głos.

Bez żadnych złych przeczuć Elunia odpowiedziała twierdząco. Rozmaici nowi zleceniodawcy dzwonili do niej o najrozmaitszych porach i do rozmów z nieznajomymi ludźmi była przyzwyczajona.

– Otóż zawiadamiam łaskawą panią, że ja idę na glinowo – rzekł głos. – Tak się składa, że moja forsa jest po praniu, więc albo do mnie wróci, termin do jutra, albo prokurator się wami zajmie. Łapówę przebiję, bo mnie na was cholera trzaska, a żonę i dzieci wysłałem do ciepłych krajów. Żegnam panią.

Osłupiała kompletnie Elunia wpatrywała się w trzymaną w ręku słuchawkę, chociaż z drugiej strony połączenie zostało przerwane, aż Kazio zakończył razem śpiewy i ablucje i wyszedł z łazienki.

– Co się stało? – spytał, zaskoczony. – Dlaczego tak stoisz?

Elunia odzyskała zdolność ruchu i odłożyła słuchawkę.

– Nie wiem – odparła w oszołomieniu. – Albo jakiś wariat, albo pomyłka. Ale nie, wymienił moje nazwisko. Komuś coś źle zrobiłam…? Tylko dlaczego mówił do mnie w liczbie mnogiej…?

– Kto?

– Nie wiem…

Kazio miał wprawdzie szczery zamiar jeszcze przed śniadaniem zużytkować ukochaną kobietę erotycznie, bo Eluni nigdy mu nie było za dużo, ale teraz nagle seks wyleciał mu z głowy.

– Powtórz porządnie, co to było – rozkazał surowo. – Od początku do końca!

Elunia postarała się skupić. Z jej strony padły dwa słowa, „słucham” i „tak”, nie miała z tym zatem problemu, gorzej wyglądała wypowiedź rozmówcy. W zdenerwowaniu umknęły jej szczegóły.

– Żonę i dzieci wysłał na wczasy – powiedziała żałośnie. – Jakieś pieniądze miał w pralce, nie wiem, może zapomniał wyjąc z kieszeni. I jutro idzie do prokuratora.

– Oszołom – zawyrokował podejrzliwie Kazio. – Chyba to nie tak wyglądało. Przypomnij sobie porządnie, bo to nigdy nie wiadomo.

Po bardzo długiej chwili, już w trakcie śniadania, Elunia odtworzyła komunikat obcego osobnika nieco bardziej dokładnie. Kazio, młodzieniec życiowy, zaczął rozumieć przekazaną treść.

– Ciekawe – mruknął w zamyśleniu. – Jesteś komuś coś winna?

Elunia poszukała w pamięci.

– Agacie, sto złotych. Znalazłam się na mieście bez pieniędzy i pożyczyłam sobie od niej. Do licha, zapomniałam jej oddać!

– Ale to nie była Agata? Ani jej mąż?

– Nie. Ona nie ma męża.

– Robiłaś może coś z kimś, a inwestor nie zapłacił? Albo zapłacił tylko tobie, a tamtemu nie?

– Nic o czymś takim nie wiem. Dotychczas wszyscy wszystko płacili.

– Znasz jakichś hochsztaplerów? Bywają u ciebie?

– Nie wiem. Zdawało mi się, że nie. To znaczy, co do bywania jestem pewna… Kaziu, oszalałeś…?! Kto ma tu bywać, gdzie usiąść, na tym jednym stołku, czy na podłodze?!

Kazio z wysiłkiem pohamował chęć rzucenia okiem w kierunku tapczanu. Zdołał zachować się jak dżentelmen.

– No to nie wiem. Typowa groźba w kwestii zwrotu pieniędzy. Może istnieje jeszcze jakaś inna Eleonora Burska?

– Może istnieje – zgodziła się Elunia. – Ale ja nic o tym nie wiem. W naszej rodzinie czegoś podobnego nie ma, oni tylko mnie jednej dali takie idiotyczne imię. Ale nazwisko popularne, więc nie mogę wykluczyć… A w ogóle co mnie to obchodzi, facet się rąbnął, jego zmartwienie.

Kazio był zdania, że niekoniecznie, porzucił jednakże temat. W poniedziałek wyjeżdżał na dwa dni, musiał dopilnować ustalania granic działek budowlanych na Mazurach, nie mógł oferować klientom czegoś, o czym sam nie miał pojęcia. Ogarnął go niepokój, czy przez te dwa dni pomyłka się przypadkiem nie pogłębi, dzięki czemu Elunia znalazłaby się sama w oku cyklonu. Niepokój nosił wyraźne znamiona proroczego przeczucia.

– Obiecaj mi jedno – poprosił już w drodze na Służewiec. – Przez te dwa dni, kiedy mnie nie będzie, nie otworzysz drzwi nikomu obcemu. Choćby żebrał i błagał na klęczkach.

Zważywszy, iż warunków na przyjmowanie gości Elunia wciąż jeszcze nie miała i prawie nikt u niej nie bywał, obietnicę złożyła chętnie.


* * *

Pierwszy telefon, jaki odezwał się w poniedziałek rano, znów zawierał w sobie tajemniczą treść.

– Ja mówiłem poważnie – rzekł głos, który Elunia rozpoznała dopiero po chwili. – A od pani się zacznie. Nie liczcie na to, że się wygłupię osobiście, czekam do jedenastej, a potem ruszam gliny…

Tym razem Elunia zdołała się odezwać, bo zaskoczenie było mniejsze.

– Proszę pana, to pomyłka! Nie mam pojęcia, o czym pan mówi! Pan czegoś chce, ja rozumiem, ale przecież nie ode mnie! Niech pan się zastanowi, do kogo pan dzwoni!

– Do Eleonory Burskiej, z zawodu artysta plastyk, zamieszkałej ostatnio przy Gruszczyńskiego sześć, mieszkania osiem, numer dowodu osobistego DB 2585817. Zgadza się?

Elunia na nowo poczuła oszołomienie.

– Tak, z tym że dowodu nie pamiętam. Ale i tak nie rozumiem, o czym pan mówi! Czy pan może mi jakoś przystępnie wyjaśnić, o co tu chodzi?

– Nie zgrywaj słodkiej kretynki, laleczko. Już wyjaśniłem. Niech świńską szczeciną porosnę, jeśli nie przekazałaś wszystkiego swoim mocodawcom. Do jedenastej, ostatni termin i więcej przekomarzać się nie będziemy. A w domu mam goryla, stać mnie na to, o czym dobrze wiecie.

– No to porośniesz tą świńską szczeciną, kretynie, bo Kazio nie jest moim mocodawcą – powiedziała rozzłoszczona Elunia do głuchej już słuchawki. – A w domu możesz mieć całą hodowlę goryli, tylko hoduj je dobrze, bo są pod ochroną.

Na moment, zważywszy, iż nieco zgłupiała, błysnęła jej myśl zawiadomienia o tym gorylu Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, ale opamiętała się. Jasne, że nie chodziło o zwierzę. Facet się czegoś boi i zorganizował sobie ochronę, Bóg z nim, jak dla niej, niech się zamknie w bunkrze przeciwatomowym i sam szczeka.

Usiadła do roboty i ze złości wymyśliła reklamę płatków kukurydzianych, która błyskawicznie zrobiła furorę w całej Europie i napędziła jej mnóstwo pieniędzy. Nastąpiło to jednak odrobinę później i w ów poniedziałek Elunia jeszcze nie wiedziała, że odniesie kolejny sukces.

Kiedy wczesnym wieczorem, po rozmowie z redakcją „Twojego Stylu” i uzgodnieniu szczegółów nowej reklamy firmy, sprowadzającej obuwie z całego świata, wróciła do domu, telefon dzwonił jak wściekły.

– Czy wy naprawdę wolicie dochodzenie i sprawę sądową? – spytał z irytacją znajomy już głos. – Naprawdę chcecie, żebym stracił cierpliwość? Przecież ja nie popuszczę! Nie zbankrutuję przez was, ale dla zasady, mnie nikt przewiewał nie będzie. Czy ty się nie boisz, idiotko? Kto cię kryje?! Premier?!

Przez krótki moment Elunia usiłowała sobie przypomnieć, kto w jej własnym kraju jest aktualnie premierem, ale wyleciało jej z głowy.

– Przecież miał pan więcej nie gawędzić – wytknęła i pretensją. – Niech pan sobie weźmie tego goryla, stado nawet samce i samice, może się panu rozmnożą. Czego pan się mnie w ogóle czepia ze szkodą dla siebie?

Rozmówcę na ułamek sekundy jakby zatkało.

– Dlaczego ze szkodą? – spytał ostro.

– Bo ze mnie nic pan nie wydoi. Wszystkie siły pan poświęca, żeby ode mnie czegoś chcieć, a ja nawet nie wiem czego. No, rozumiem, pieniędzy. Na szczęście nie mam. Mogę panu dać sto złotych dla świętego spokoju, ale to góra.

– Dowcipy sobie robisz? Wolisz gliny?

– No pewnie, że wolę gliny niż pana. Przynajmniej nie dzwonią codziennie z idiotycznym gadaniem.

Tego po drugiej stronie słuchawki nagle chyba szlag trafił.

– A, do jasnej, chropowatej cholery! – ryknął straszliwie. – Kurrrrrtyzana twoja matuchna, w decybele kopana, jolka spróchniała twojej babci, żeby ją parchy pokryły, kij ci na monogram złotem haftowany! Ty gumo do żucia, ja ci pokażę, krowo niebiańska! Dosyć tego!!!

Trzasnął słuchawką. Eluni ostatnia wypowiedź ogromnie się spodobała i usiłowała ją sobie zapamiętać. Zapisała nawet, pełna obaw, iż czyni to niedokładnie, bo wszystko przebijała krowa niebiańska, wyjątkowo przypadła jej do gustu. Przypomniał jej się Kazio, jego dziwaczne obawy wydawały się nie do pojęcia.

We wtorek o siódmej rano wyrwał ją ze snu dzwonek do drzwi. Ziewając okropnie, pamiętna obietnicy, wyjrzała przez wizjer. Ujrzała dwóch facetów, jednego w zwykłym cywilnym ubraniu, a drugiego w mundurze. Mundur sprawił, iż uchyliła drzwi na długość łańcucha.

– Policja – powiedział ten w cywilu. – Zechce pani nas wpuścić.

Elunia jeszcze nie rozbudziła się całkowicie.

– Ogólnie biorąc pewnie zechcę – zgodziła się. – Szczególnie że mi panów zapowiadano. Ale chcę zobaczyć legitymacje i nie tak, majtnął i już, tylko porządnie. Umiem czytać.

Przytomniejąc stopniowo, przeczytała z uwagą dwa zaprezentowane jej dokumenty, po czym otworzyła drzwi. Żaden z dwóch panów nie rzucił się na nią w zbrodniczych celach, pojęła zatem, że ma do czynienia z prawdziwą policją.

– Komisarz Edward Bieżan – przedstawił się ten w cywilu. – Pani Burska?

– Tak, to ja – odparła Elunia i niepewnie rozejrzała się dookoła. – Przepraszam, nie ma na czym usiąść.

– Nic nie szkodzi. Czy może nam pani pokazać dowód osobisty?

– Proszę bardzo.

Obejrzała się i sięgnęła po swoją wielką torbę na długim pasku, wiszącą na oparciu kreślarskiego stołka. Wygrzebała z niej kosmetyczkę, w której trzymała wszystkie dokumenty, zajrzała do niej, chwilę przeglądała zawartość, po czym wszystko wyjęła na stół.

Dowodu osobistego nie było.

Zaskoczona i zdumiona Elunia przekładała rozmaite legitymacje sztukę po sztuce, każdej przyglądając się pilnie. Wreszcie uniosła głowę.

– Nie ma – powiedziała bezradnie. – Jak to?

– To chyba raczej ja mógłbym zadać takie pytanie. Może ma go pani gdzie indziej?

Elunia bez słowa uniosła z podłogi duże kartonowe pudło i odwróciła je na stole do góry dnem. Wysypała się z niego ogromna kupa papierów, umów, rachunków, pokwitowań, cały chłam, posiadany przez normalnego człowieka. Nie mając mebli. Elunia całą swoją życiową dokumentację trzymała w pudle.

Rozgarnęła ten śmietnik i zaczęła wrzucać z powrotem do pudła po jednym papierku. Policja czekała cierpliwie. Dowodu nie było.

Teraz już Elunia poczuła niepokój. Mogła wprawdzie posługiwać się paszportem, który objawił się wśród papierów, wolałaby jednak wiedzieć, co się stało z dowodem, używała go od wieków, gdzież mógł się podziać?

– No i co? – spytał trochę cierpko komisarz Bieżan.

– No właśnie nie wiem. Zaraz…

Otworzyła ścienną szafę, w której między inną odzieżą znajdowały się torebki letnie i wieczorowe. Przeszukała wszystkie. Udała się do kuchni i beznadziejnie obmacała torby. Już czuła, że coś się stało, ten cholerny dowód znikł i teraz będzie miała kłopoty z wyrabianiem nowego.

– Nie ma – powiedziała żałośnie – Nie mam pojęcia, się z nim stało, i nawet nie wiem, kiedy mi zginął. Nie używałam go od wieków.

– A kiedy miała go pani w ręku ostatni raz?

– Parę miesięcy temu, jeszcze w lecie, jak się tu meldowałam i… Ach nie, co ja mówię! W sądzie, na ostatniej rozprawie rozwodowej… Ale to też już trzy miesiące. Schowałam go do kosmetyczki i dlaczego go nie ma?

Komisarz Bieżan przyglądał się jej w zadumie. Zmartwienie i niepokój Eluni były autentyczne, puste mieszkanie nie obfitowało w kryjówki, wyglądało na to, że ten dowód rzeczywiście jej przepadł, o czym w ogóle nie wiedziała. Z zawodu jednak musiał być nieufny.

– Kiedy pani ostatni raz podejmowała pieniądze w banku? – spytał sucho.

– Bardzo dawno temu, ale mnie w banku dowód nie jest potrzebny. W ogóle nie miałam żadnych pieniędzy, wszystkie wydałam na mieszkanie, dopiero teraz mi napłyną i kupię jakieś meble…

– A w środę?

– W jaką środę?

– W ostatnią środę. W zeszłym tygodniu?

– Co w ostatnią środę? – zaciekawiła się Elunia.

– Pytam, czy nie podejmowała pani pieniędzy z banku w ostatnią środę.

– Nie skąd. Przecież mówię panu, że nic nie mam na koncie…

– Mogła pani podejmować z innego konta.

Elunia się nagle zdenerwowała.

– Ja w ogóle nie rozumiem, co pan mówi. Nie mam innego konta i od wieków moja noga w banku nie postała, a dowód, nawet gdyby, nie ma z tym nic wspólnego. Teraz będę musiała starać się o nowy, nie wiem, jak to się robi, trzeba chyba dać ogłoszenie…

– Więc twierdzi pani, że w ostatnią środę nie była pani w żadnym banku?

– No pewnie, że nie byłam, dlaczego miałam być? O co właściwie chodzi z tą środą? Mam zmartwienie, a pan się upiera, środa i środa! Tożsamość, proszę bardzo, paszport, prawo jazdy, legitymacje różne, wszystko z fotografiami, widzi pan, że ja to ja, nawet i bez dowodu! Czy coś się stało?

– A co pani w takim razie robiła w środę?

– O Boże…! Nic nie robiłam, rano pracowałam w domu, a potem pojechałam na wyścigi. To chyba nie jest karalne?

Komisarz Bieżan zainteresował się wyraźnie.

– Na wyścigi? O której godzinie i jak długo pani tam była?

– O dwunastej. I byłam do czwartej. A co…?

– Czy ktoś panią tam widział?

Pytanie Elunię wręcz ogłuszyło. Czy ktoś ją tam widział…!

– Ależ tłumy ludzi! Kłaniają mi się, więc chyba rozpoznają mnie z twarzy? I w ogóle byłam ze znajomym… A… rozumiem! Coś się stało w środę w jakimś banku i pan mnie podejrzewa? Nie, to nie ja, w żadnym banku nie byłam. Bo później, po tych wyścigach, poszliśmy na obiad, bo tam się człowiek robi strasznie głodny, ściśle biorąc pojechaliśmy do Konstancina, do takiej małej restauracyjki, na kotlety schabowe z kapustą, doskonałe. I bardzo tanio. Wróciłam stamtąd do domu, parę minut po szóstej i potem już wisiałam i słuchawce, bo wszyscy dzwonili…

Komisarz Bieżan zdołał jej wreszcie przerwać.

– Nazwiska tych osób, które widziały panią na wyścigach – może mi pani podać?

Elunia rozbudziła się już ostatecznie i doznała ataku skojarzeń. Zlekceważyła jego pytanie.

– O Boże, to chyba ma jakiś związek! I ten dowód…! On mi podał numer przez telefon! Ale przecież chyba niemożliwe, żeby dyrektor banku zwracał się do mnie per „ty krowo niebiańska”…?

Mimo licznych już doświadczeń życiowych, krową niebiańską Edzio Bieżan poczuł się lekko trzepnięty. Atmosfera ogóle robiła się jakaś skomplikowana. Rozmawiali stojąc, nikt nie zajmował jedynego mebla do siedzenia ze zwykłej grzeczności, Elunia opierała się o swój stół do pracy, policjant w mundurze dyskretnie i nieznacznie przysiadł na parapecie okiennym, subtelnym ruchem przesunąwszy nieco książki, a Bieżan czynił po kilka kroków to tu, to tam, tęsknie wypatrując ściany, na której mógłby się wesprzeć. Przesłuchanie, odbywane w pozycji na baczność, zaczynało wydawać mu coraz bardziej uciążliwe. Zmobilizował się ostro.

– O czym pani mówi? W pierwszej chwili powiedziała pani że spodziewała się naszej wizyty…

– No przecież właśnie o tym mówię! – przerwała mu Elunia niecierpliwie i dodała z naganą: – Zawsze i wszędzie czytałam, że takie władze jak pan chętnie słuchają świadków i przestępców, bo może im się coś głupiego wyrwie, a pan mi przerywa! Dlaczego pan jest taki nietypowy? Ten półgłówek przez telefon obiecywał, że będę miała do czynienia z policją, no i mam, proszę bardzo, wolę panów niż jego. chociaż ciągle nic nie rozumiem. Ale coś mi się chyba kojarzy, zaczynam podejrzewać, że mój dowód osobisty znajduje się u niego, bo mi podał numer, chociaż wcale nie wiem czy prawdziwy i nawet nie mogę sprawdzić, bo zapomniałam, co powiedział. A w ogóle tu jest okropnie niewygodnie, ja bym gdzieś usiadła, może w kuchni, nie chcę się teraz kotłować z tapczanem, w kuchni mam krzesło i stołek i można zabrać to – wskazała palcem swoje ciężkie, obrotowe krzesło kreślarskie. – Ja normalnie wcale nie jestem taka potwornie gadatliwa, ale teraz mi się nazbierało. Co pan na to?

Bieżan zrozumiał bezbłędnie, że ostatnie pytanie dotyczy zmiany miejsca konwersacji i przyklasnął pomysłowi. Sierżant skwapliwie przeniósł krzesło kreślarskie do kuchni, wreszcie wszyscy usiedli przy stole, przy czym Elunia zdołała odruchowo prztyknąć elektrycznym czajnikiem. Kawa i herbata znajdowały się w zasięgu ręki.

– No to teraz powiedzmy sobie to wszystko porządnie – zarządził, udając, że nie widzi gestów pani domu, sięgającej po filiżanki i łyżeczki. – Proszę bardzo, nie będę pani przerywał.

Aczkolwiek Elunia lubiła sobie spokojnie sypiać do ósmej trzydzieści, to jednak pod względem wyrywania ze snu mieściła się w granicach przeciętności. Nie budziła się świeża jak skowronek, ale też nie musiała przytomnieć do południa. Nic jej nie wyleciało z rąk, mocna kawa z odrobiną śmietanki przywróciła jej pełnię równowagi umysłowej. Zrelacjonowała porucznikowi trzy ostatnie rozmowy telefoniczne rozsądnie i nawet dokładnie.

Bieżan dysponował doświadczeniem życiowym w tej dziedzinie lepszym niż Kazio. Instynkt i dusza powiedziały mu wyraźnie, że podejrzana stoi po właściwej stronie barykady i powinna przestać być podejrzana. Mechanizm działania całej imprezy zrozumiał błyskawicznie.

– No tak – rzekł znacznie łagodniej. – Wierzę pani. Ale formalność wymaga potwierdzenia pani bytności na wyścigach, muszę mieć zeznania świadków. Niech pani wymieni osoby, które ją potwierdzą.

– Kasjerka – odparła bez namysłu Elunia. – To jest jedna kasjerka i grałam u niej w każdej gonitwie. Mogę nawet powiedzieć, co jadła na śniadanie, a może to było drugie śniadanie, kanapki sobie zrobiła, z mortadelą i z ogórkiem, miała także jajko na twardo. W loży dyrekcji istnieje tylko ta jedna kasa. I jeden taki, pan Jurek, nazwiska nie znam, rozmawialiśmy co chwila. O Boże drogi, i Kazio mój chłopak, razem byliśmy!

– Nazwisko chłopaka chyba pani zna?

– Oczywiście, razem chodziliśmy do szkoły. Kazimierz Radwański. Wyjechał służbowo, ale jutro wraca, a może jeszcze dzisiaj wieczorem. Poza tym bufetowa, nawet brałam herbatę, piwo i pierogi. One tam mają prawdziwe domowe pierogi, bardzo lubię. I wszyscy inni ludzie, ale nie każdy musi mnie pamiętać. Mogę ich panu palcem pokazać w sobotę, bo nazwisk nie znam, najwyżej imiona.

Edzio Bieżan postarał się pozbyć myśli, że służbowy pobyt na wyścigach, gdzie dotychczas nigdy w życiu nie był, będzie bądź co bądź, jakąś atrakcją i wrócił do tonu urzędowego.

– Zajmijmy się zatem tym pani dowodem osobistym… – zaczął.

– A…! I właśnie! – krzyknęła nagle Elunia. Poróżowiała na twarzy rumieńcem emocji i cała policja w dwóch osobach, płci, jak by nie było, męskiej, na moment zapatrzyła się w nią, wyzuta z wszelkich doznań, poza zachwytem. Zemocjonowana Elunia prezentowała sobą prawdziwą piękność.

– Tak…? – wydusił z siebie Bieżan z dużym wysiłkiem. – Słucham.

– Widziałam tam takie coś – rzekła Elunia tajemniczo i z przejęciem. – Wcale nie wiem. czy to ma jakiś sens, ale okropnie mi się kojarzy. Powiem panu trudno, najwyżej wyrzuci pan z protokółu czy tam czegoś…

Opisała oglądaną w znieruchomieniu scenę rozmowy pijaków tak, że obaj, komisarz i sierżant, bez mała ujrzeli ją i własne oczy. Ostatecznie Elunia była plastykiem i umiała przetworzyć obrazy na zrozumiały ludzki język.

– No tak – skomentował Bieżan po krótkim namyśle – Tego pijanego też pani potrafi pokazać palcem?

– Oczywiście. On zresztą nie bywa bez przerwy pijany to był sporadyczny wypadek. Mam w ogóle wrażenie, że to dziennikarz, może go nawet wszyscy znają. No? Pójdzie pan tam ze mną w sobotę?

– Myślę, że będę zmuszony…

Wbrew pierwotnym zamiarom zabrania ze sobą ewidentnej przestępczyni, Edzio Bieżan nie tylko pozostawił ją wolności, ale nawet doradził, jak ma najprościej załatwić sprawę nowego dowodu osobistego. Dzięki niej zrozumiał bardzo dużo. Dziwaczna afera, której przedtem właściwie prawie nie było, nagle nabrała rumieńców. Urody jej wprawdzie od tego nie przybyło, ale przynajmniej zaczęła istnieć i okazywać się interesująca.

Zważywszy brak jakichkolwiek wyjaśnień ze strony przeciwnej, dla Eluni cała sprawa była wciąż niepojęta. Dopiero po wyjściu władzy uświadomiła sobie, że nic jej nie powiedzieli. Ona im wszystko, oni jej wcale. O co tu, do diabła, mogło chodzić? Kazio… może Kazio coś zrozumie, robił wrażenie, jakby ogólnie się czegoś domyślał…

Kazio objawił się w środę, najpierw telefonicznie, a potem, przed wieczorem, osobiście.

Odpracowawszy, z bardzo niewielkim zniecierpliwieniem, ekscesy natury czysto osobistej. Elunia zaczęła zadawać pytania, pomiędzy nimi udzielając informacji.

W ciągu tej środy, zanim jeszcze Kazio się odezwał, uświadomiła sobie, że posiada pieniądze. Wygranej z wyścigów jeszcze w pełni nie wydała, zostało jej dosyć, żeby zająć się tymi cholernymi meblami, a już był najwyższy czas zacząć żyć jak człowiek. Bez żadnych dalszych namysłów ruszyła do Ikei.

Nabywając umeblowanie salonu, załatwiła od razu transport. Magazyn dostarczał towary do domu z wniesieniem i ustawieniem włącznie, ustaliła godzinę i podała nazwisko. Wóz meblowy przyjechał punktualnie.

O tym, że jeden z tragarzy, sprawdziwszy nazwiska i adresy klientów, specjalnie postarał się jechać właśnie do niej, nie miała najmniejszego pojęcia i żadne złe przeczucia nawet jej nie zaświtały. Przejęta i zemocjonowana urządzaniem swojego apartamentu, nie zauważyła także osobliwych ewolucji owego tragarza, który uparcie i całkiem zręcznie odwracał się do niej tyłem. Ani przez chwilę nie widziała jego twarzy, co nie przysporzyło jej najmniejszego niepokoju, bo nie oblicza tych nosicieli były jej potrzebne, tylko ich siła fizyczna.

Dzięki błyskawicznej, wręcz męskiej decyzji jej pusty dotychczas salon zyskał kanapę, dwa fotele, niski stół i coś w rodzaju barku, który mógł służyć wszechstronnie. Na nic więcej nie starczyło jej pieniędzy, niemniej Kazio potrzebował długiej chwili, żeby ochłonąć. Wytworność wnętrza zauroczyła go niepomiernie, szczególnie że sam się do niej przyczynił kwiatami. Wazon dla kilometrowych róż Elunia miała z dawien dawna.

Stosunki słowne jęli zatem uprawiać w salonie.

– Czekaj chwilę, to właściwie jak masz zamiar to gniazdko urządzić? – spytał, jeszcze nieco oszołomiony, przerywając Eluni pełne przejęcia zwierzenia.

Mieszkaniem Elunia również była przejęta.

– Tu będzie salon. Dla gości. Tam mam pracownię, a to ostatnie to sypialnia. Salon zrobię nietypowo, jest miejsce, sam widzisz… Albo może nie, jeszcze się waham, gdzieś muszę rozmawiać służbowo, więc może w pracowni. A tu będzie część jadalna, bo w kuchni to jednak głupio. Jak mi dojdzie na konto, kupię co trzeba, już niedługo, należy mi się. A co? Tak ci się nie podoba?

Kaziowi podobało się wszystko z Elunią na czele.

– Nie, dlaczego…? Świetnie wygląda. Tylko nie widzę tu miejsca dla siebie… Nie, nie słuchaj, co mówię, nie ty masz mieć miejsce dla mnie, tylko ja dla ciebie… Dotychczas zaniedbywałem, jak kretyn… Elunia, kochanie, powiem ci szczerze… W nędzy nie tonę, do cholery, ale ciągle jestem na tak zwanym dorobku, przestrzeń życiową lekceważyłem, teraz mnie dopiero strzeliło. Bydlę głupie.

– Zaraz – powiedziała zdezorientowana Elunia. – Co masz na myśli?

– Ciebie, kochana. Twoją pracę. To ja powinienem stworzyć tak zwany dom, w którym tobie będzie wygodnie. O estetykę sama zadbasz, potrafisz. Czekaj, coś mówiłaś…?

Elunia zakłopotała się nieco, bo samodzielne życie wciąż jej się nadzwyczajnie podobało.

– Mówiłam całkiem o czym innym, nie o domu. Ta cała heca z telefonami i była u mnie policja…

W trakcie szczegółowej relacji Kazio, słuchający już teraz uważnie, stopniowo posępniał.

– I podałaś im moje nazwisko? I adres?

– Tylko nazwisko. Adresu nie. Nie pytali. Ale mają się ze mną umówić na wyścigi, w sobotę. Słuchaj, o co tu może chodzić?

Dość długo Kazio milczał, a Elunia cierpliwie czekała.

– Na moje oko jest tu jakaś afera – rzekł wreszcie. – Facet ględził o pieniądzach. Nie zyskał ich, to pewne. Stracił. I chce zwrotu. Przyplątał się twój dowód osobisty, czekaj, pomyśl chwilę, była jakaś szansa, żeby ci go ktoś rąbnął? Jaka i kiedy?

Na ten temat Elunia na razie nie miała nic do powiedzenia. Zgodnie z poleceniem Kazia zaczęła myśleć. Dowód zawsze przebywał w jej kosmetyczce, otwartej co prawda, ale upchniętej w głębi torebki. Gdzie i kiedy jej torebka bywała dostępna dla byle kogo…?

– W telewizji – powiedziała po namyśle. – Byłam tam ze dwa razy. Patrzyłam, jak nagrywali reklamę, torebkę zostawiłam w innym pokoju. I w redakcjach, trzech chyba, sprawdzę w kalendarzu, które to były, to samo, rozmawiałam, na komputerze sprawdzaliśmy, jak wyjdzie, nie wiem, gdzie ona była, ta moja torba. Nie pamiętam. Myślisz, że ktoś specjalnie chciał mi go ukraść?

– Myślę, że wykorzystał okazję.

– A po co mu to było?

– Cholera go wie. Dowody osobiste bywają przydatne rozmaitym swołoczom. Sama widzisz, padły na ciebie jakieś podejrzenia, diabli wiedzą, co zrobiła ta osoba z twoim dowodem osobistym… Czekaj! Zaraz, chwileczkę… Wedle tego co rozumiem, osoba zrobiła to coś w środę w godzinach jak w sam raz wyścigowych, mnie się będą czepiać… Dasz radę pokazać innych świadków…?

Jakimś malutkim fragmentem świadomości Elunia odczuła zdziwienie, ale nie miała czasu tym się zajmować.

– No pewnie. Mnóstwo. Sam wiesz przecież, tam się wszyscy widzą nawzajem.

– No to ich pokaż. Tak się składa, że w sobotę mnie tam nie będzie. Kochana, wyłącz mnie z imprezy, nie na rękę mi cholernie, chyba że w ostateczności. Mówiłem ci, co myślę o świadkowaniu…

Osobliwa i zgoła namiętna niechęć Kazia do prawa wciąż jeszcze nie dała jej nic do myślenia, ale postarała się ją uwzględnić. Komisarz Edzio Bieżan, osobnik w gruncie rzeczy, w opinii Eluni, sympatyczny, nie zgłaszał żadnych protestów, umówił się na właściwą godzinę, okazał się punktualny i wszedł do loży dyrekcji bez żadnych starań z jej strony. Wydało jej się to naturalne, policja ma dostęp wszędzie. Zarówno pan Jurek, jak kasjerka i bufetowa, a nawet dwie bufetowe, bez chwili namysłu potwierdzili jej obecność w ostatnią środę sezonu. Pan Jurek nawet zwierzył się konfidencjonalnie, iż na typy Eluni wygrał. Edzio Bieżan pozbył się ostatnich wątpliwości, a przy okazji, jako jednostka znajdująca się na torze po raz pierwszy i pod wpływem sugestii dotychczasowej podejrzanej, sam wygrał przeszło sto złotych, co go usposobiło do podejrzanej wysoce pozytywnie. Policjant to też człowiek.

– W porządku – rzekł pod koniec gonitw. – Ma pani alibi. Jest pani ofiarą, a nie sprawcą. W razie czego proszę nas o wszystkim informować.

Elunia nie miała wprawdzie zielonego pojęcia, czego padła ofiarą i o czym powinna go informować, ale chętnie przyjęła polecenie. Zajęta była ostatnią gonitwą, co do której dusza informowała ją, że faworyt nie przyjdzie i wygra jakiś dziki fuks. Dzikiego fuksa zgadła i ujrzała przed sobą perspektywę pełnego umeblowania swojego apartamentu.

Przy okazji pokazała jeszcze palcem owego pijanego osobnika, który po pierwsze, okazał się istotnie dziennikarzem, a po drugie, był idealnie trzeźwy, ale cele i skutki pokazywania już jej nie interesowały…


* * *

– A otóż, proszę pani – rzekła do niej dama w sile wieku, bywalczyni wyścigowa, poza tym normalna pracująca kobieta, przy czym w jej tonie dźwięczał odcień smętnego rozgoryczenia – osobiście znałam jednego takiego, który wyniósł z tego toru mieszkanie spółdzielcze trzypokojowe, domek letniskowy, samochód i parę innych drobiazgów. A kto wie, może pani też się uda? Pod jakim znakiem pani się urodziła?

– Pod Koziorożcem – wyznała Elunia.

– Koziorożec niezły. Może być. Jeśli zachowa pani umiar i zdrowy rozsądek… W kasynie pani bywa?

– W jakim kasynie?

– W jakimkolwiek. Marriot, Grand hotel, Victoria, Pałac Kultury…

– Nie. W życiu tam nie byłam.

– Głupia pani czy jaka…? Przepraszam, nie chciałam być niegrzeczna. Marriot najlepszy, ewentualnie Pałac Kultury. Co pani zależy, ja też pracuję, dla relaksu coś tam trzeba…

Wypowiedź damy w średnim wieku, która przy odrobinie uporu mogłaby być matką Eluni, wywarła swój wpływ. We wnętrzu Eluni drgnęło jakieś przypomnienie. Jej własna, rodzona matka w życiu i za skarby świata nie wypowiedziałaby takich słów. Natomiast babcia… Babci wczesna młodość przebiegała jakoś burzliwie i podobno takie Monte Carlo było jej znane osobiście. Babcię usiłowano od niej separować… A kto wie, jakiś sens w tym był, obawiano się zapewne demoralizacji…

Z emocjonującym piknięciem w sercu postanowiła spróbować nowej rozrywki.

Na razie jednak odpracowała pilniejsze obowiązki. Załatwiła nowy dowód osobisty, dokupiła kilka mebli i mniej więcej urządziła mieszkanie. Na brak pracy nie narzekała, jej reklamy przyczyniały zysków inwestorom, a od każdego zysku dostawała prowizję, pod wpływem Kazia bowiem zaczęła zawierać korzystne dla siebie umowy. Pieniądze na konto doszły, zamieniła zatem starego volkswagena na nową toyotę i wyraźnie poczuła, że życie ma swój urok.

Wyścigi się skończyły, nastąpiła przerwa zimowa i Eluni nagle czegoś zabrakło.

Gdyby nie cały rejwach ze świętami i Nowym Rokiem, zapewne od razu wpadłaby w dalszą rozpustę, chwilowo jednak nie miała czasu. Święta spędzała u rodziców, z przyjemnością kupowała gwiazdkowe prezenty, nareszcie, po raz pierwszy w życiu, nie przejmując się ich ceną. Sylwestra spędziła hucznie, z Kaziem, na balu w Victorii, bo Kazio szczęśliwie też się nie przejmował kosztami imprezy, w przeciwieństwie do Pawełka, skąpiącego na wszystko przez całe trzy lata małżeństwa, podstępnie i dyplomatycznie. Na Sylwestra z reguły dostawał kataru, zatrucia przewodu pokarmowego albo co najmniej bólu głowy, żeby przypadkiem nigdzie nie pójść. Kazio odwrotnie, lubił rozrywki, a skąpstwo było od niego odległe o lata świetlne. Rzecz oczywista na ten bal Elunia musiała zdobyć nową suknię, nowe pantofle, zrobić się na bóstwo…

Po Nowym Roku jednakże Kazio znów wyjechał w podróż służbową i nastała chwila spokoju.

Świat się wprawdzie na Kaziu nie kończył, grono przyjaciół Elunia miała liczne, ładna była, zamożna, propozycje dostawała obficie, istniał w niej wszakże jeden mankament, wysoce niemiły dotychczasowym przyjaciółkom. Mianowicie rozwiodła się ostatnio i była do wzięcia. Uroda pogarszała sytuację, wszystkie dziewczyny, jak jedna, obawiały się o swoich mężczyzn i z całej siły starały się młodą piękność od nich odsunąć. Teoretycznie miały rację, aczkolwiek Elunia na żadnego ze znajomych mężów ani też gachów nie leciała. Oni jednakże mogli polecieć na nią, bo nigdy nie wiadomo, co głupiemu chłopu strzeli do głowy, i przytomne kobiety wolały zachować bezpieczny dystans. W związku z czym Elunia wyraźnie czuła, że tu i ówdzie bywa bardzo źle widziana, nie rozumiała powodu i kłębiła się w niej jakaś nieprzyjemność.

Przyjaciółka jeszcze ze szkoły średniej, niejaka Jola, wyjaśniła wreszcie sytuację.

Nastąpiło to w początkach stycznia. Elunia siedziała przy komputerze, który nabyła w pierwszej kolejności, razem z meblami do salonu, bo projektowanie bez komputera było już zupełnie niemożliwe, dobierając kolory do reklamy kosmetyków. Akurat w momencie kiedy osiągnęła upragniony rezultat i wydała z siebie potężne westchnienie ulgi, zadzwonił telefon.

– Ty, słuchaj – powiedziała Jola. – Ty nigdy świnia nie byłaś, to ja ci powiem wprost. Podobno wybierasz się do dyskoteki, sama w dodatku, bo ten twój, co go nigdy nie widać, gdzieś się zapodział. Z pięć osób mi to powiedziało. Zgadza się?

– Owszem – przyznała Elunia. – A co…?

– A to, że ja cię proszę, ty nie przychodź. Z chłopakiem będę i cholernie mi na nim zależy. A ty taka samotna, jak ta wierzba na wygwizdowie, stanowisz konkurencję, od której człowiekowi dupa się marszczy. Ja nie chcę cię podtykać jemu pod nos. Zrób mi grzeczność i idź gdzie indziej.

Elunia poczuła w sobie nagłą eksplozję buntu, połączonego z oburzeniem i rozgoryczeniem.

– Zwariowałaś! Co ty sobie wyobrażasz, że ja będę podrywać twojego…?!

– Głupia jesteś, nie ty jego, tylko on ciebie. Oni wszyscy próbują na ciebie lecieć, nie widzisz tego? Zaślepłaś?

– Przecież ty jesteś ładniejsza ode mnie!

– Nie ładniejsza, tylko mądrzejsza, jak się okazuje. Chłopu mądrość potrzebna jak dziura w moście. Wszystkie baby się ciebie boją i będą się bały, dopóki cię kto nie zakontraktuje. Mogłabyś nie robić nam koło nogi. Miej sumienie, do cholery!

Całych trzech sekund potrzeba było Eluni, żeby mogła wreszcie zrozumieć osobliwą oziębłość przyjaciółek. Pojęła w czym rzecz, ale oburzenie i gorycz w niej zostały.

– No wiesz…! – powiedziała z urazą. – To co ja mam zrobić, zamknąć się w klasztorze? Czy ja się w ogóle kiedykolwiek czepiałam chłopów? Żadnej żadnego nie odbijałam nigdy w życiu i powinnaś o tym wiedzieć!

– A Pawełek to co…?

– Jak to, Pawełek…

– Pawełek z Baśką chodził prawie dwa lata, a ty się ledwo pokazałaś na pierwszym roku i co? Ożenił się z tobą.

Elunię oszołomiło.

– O Boże! Nic o żadnej Baśce nie wiedziałam…

– A bo on taki głupi, żeby ci mówić! A Baśką ambicja szarpnęła i wycofała się z honorem. Teraz się znowu koło niego kręci, to na marginesie. Oni wszyscy pomyleni, na wolną dziewczynę każdy poleci, a dodatkowo to masz mieszkanie i pieniądze. I nawet samochód. Pierwsza lepsza łajza rzuci się na ciebie, a skąd ja mam wiedzieć, czy nie zakochałam się w łajzie? Bądź człowiekiem i nie przychodź dzisiaj. Niech on się najpierw do mnie chociaż trochę przyzwyczai.

Przygnębiona nieco Elunia obiecała nieobecność. Odłożyła słuchawkę i bunt wybuchł w niej na nowo. Lubiła rozrywki, lubiła tańczyć, była normalną młodą kobietą, lubiła się podobać i być obdarzana sympatią. Lubiła swoich przyjaciół i znajomych. Nagle okazało się, że powinna ich unikać, jeśli ma w sobie bodaj cień przyzwoitości, co za cholerna niesprawiedliwość! Nie dość, że małżeństwo z Pawełkiem nie wypaliło, nie dość, że Kazia diabli noszą po całym kraju, a nawet czasem po Europie, to jeszcze teraz budzi trwogę wśród przyjaciółek. Całkowicie niewinnie…!

Odechciało jej się pracować, szczególnie że przed chwilą zakończyła jakiś etap. Miała w końcu prawo odpocząć i nawet się rozerwać. Cieszyła się na spotkanie w dyskotece, nic z tego, to co teraz, ma siedzieć w domu i płakać? A otóż nie, nie będzie siedzieć i płakać!

Przed oczami stanęła jej korpulentna dama w średnim wieku. Kasyna…!


* * *

Tym sposobem Elunia znalazła się w jaskini hazardu.

Na początek wybrała sobie Mariott. Wjechała ruchomymi schodami na drugie piętro, bez trudu znalazła wejście, po czym ucieszyła się, że odzyskała już dowód osobisty. Należało go pokazać. Oddala palto w szatni i ruszyła w obchód pomieszczenia.

Nie próbując na razie gry, przyjrzała się wszystkiemu. W pierwszej kolejności rzuciły jej się w oko ruletki, trwając chwilę przy każdym stole, zgadywała, co wyjdzie. W połowie trafiła, co ogromnie podniosło ją na duchu. Ponadto ujrzała tam kilku znajomych z wyścigów i poczuła się swojsko. Obejrzała black-jacka, zrozumiała, że jest to zwyczajne oko, po czym dokonała przeglądu automatów. Spodobały jej się te pokerowe.

Elunia umiała grać w karty. Nauczono ją jeszcze w dzieciństwie, rodzinie potrzebny bywał czwarty do brydża, wujek pokazał jej kiedyś pokera, czasem dla zabawy grywano w oko, w tysiąca licytowanego, w remi-brydża, w makao. Pawełek uwielbiał garibaldkę i chciwie wygrywał od niej drobne kwoty, cierpiąc wyraźnie, kiedy sam musiał zapłacić. Karty były jej znajome i bliskie.

Z uwagą przeczytała wszystkie napisy, polskie i angielskie. Angielski język znała nieźle. Zaciekawiła ją ta gra do tego stopnia, że przykrość po Joli uleciała w siną dal. Wręcz była jej wdzięczna za przymusową zmianę planów i znakomita rozrywka kwitła jej już na horyzoncie. Podjęła męską decyzję, udała się do kasy.

Znajomy z wyścigów złapał ją w połowie drogi, kiedy z garnkiem złotówek wracała do upatrzonego automatu pokerowego.

– Dobry wieczór, nie widziałem tu pani dotychczas. Pani tu jest pierwszy raz?

– Pierwszy.

– O rany boskie. To niech pani robi, co chce, nie będę się wtrącał. Nie namawiam do niczego, jak człowiek jest pierwszy raz, to wygrywa sam z siebie…

Pełna wielkich, acz nieśmiałych nadziei, Elunia usiadła na wysokim krześle. Zorientowała się od razu, że może grać za jedną złotówkę, za dwie, za pięć, aż do dwudziestu. Ponadto istnieje możliwość podwajania wygranej, świeci się jakiś guzik z napisem „double”, wiedziała co to znaczy, aczkolwiek nie miała pojęcia, jak tym należy operować. Co jej szkodziło, mogła sprawdzić.

Wrzuciła dwie złotówki i prztyknęła guzikiem „start”. Na ekranie pojawiły się jej trzy damy. Kierując się wiedzą pokerową, zatrzymała te trzy damy i prztyknęła guzikiem ponownie. Ujrzała siódemkę i dżokera, automat zaś jął wydawać z siebie optymistyczne dźwięki. Zaprawiona w remi-brydżu Elunia zrozumiała, że dżoker zastąpił czwartą damę, dostała pokerową karetę.

Mniej więcej po godzinie rozpłomieniona Elunia, mając na pozycji „credit” dwa tysiące czterysta punktów, czyli, jak zdołała policzyć, dwadzieścia cztery miliony starych złotych, postanowiła to uczcić. Poprosiła kelnerkę o whisky, najlepiej Ballantine, z wodą i lodem. Przed hotelem widziała taksówki, nie musiała wracać własnym samochodem.

Miała dwa tysiące sześćset, kiedy znów pojawił się przy niej znajomy z wyścigów.

– Pani to weźmie – rzekł rozkazująco. – Wyjdzie pani wygrana. Inaczej on zeżre wszystko, te automaty płacą seriami.

– Nie chcę – odparła Elunia z energią, pochodzącą z whisky. – Spotkało mnie dzisiaj zmartwienie, teraz to sobie odbijam, będę grała dalej i niech szlag trafi te sto złotych, które w to włożyłam. Przez jedne sto złotych nie skoczę do Wisły.

– Jak pani chce. Ja panią ostrzegłem.

W tym momencie, dopiero teraz po raz pierwszy, zwróciła uwagę na guzik „double”. Wygrana była wysoka, uznała, że może sobie pozwalać na eksperymenty. Na ekranie pokazał się ful, dwa asy i trzy ósemki. Elunia beztrosko prztyknęła owym „double”, ujrzała pięć kart, jedną odkrytą, była to siódemka, i cztery zakryte, grzbietami do góry. Prztyknęła w środkową, bardzo ciekawa, co z tego wyniknie.

Środkową okazał się walet, automat zaś zaproponował jej następne dublowanie. Elunia chętnie przyjęła propozycję. Pierwszą kartą była dwójka, Elunia rozumiała już, iż powinna znaleźć większą od tej dwójki, co nie wydawało jej się trudne. Prztyknęła w przedostatnią, którą okazał się król. Prztyknęła w dublowanie jeszcze raz, ponownie dwójka. Wybrała środkową, czwórka…

W tym momencie ktoś za nią wydał z siebie rozdzierający jęk.

– Żółta pani? – spytał. – Oczka skośne?

Elunię tak to zaskoczyło, że całą swoją wygraną przerzuciła na kredyt, nie zdając sobie sprawy, że przerzuca zdobyte niespodziewanie sześć tysięcy czterysta nowych złotych. Obejrzała się. Za jej plecami stał inny znajomy wyścigowy.

– A co? – spytała niepewnie. – Coś źle zrobiłam?

– Przeciwnie, zrobiła pani doskonale, ale to podejrzana sprawa. Jakim cudem pani wyszło? Nie widzę w pani wschodnich cech.

Elunię informacja zdziwiła.

– Do czego mi wschodnie cechy?

– Do dublowania. Jeszcze pani o tym nie wie? A, rozumiem, pani tu pierwszy raz i nikt pani nie powiedział. No to ja mówię. Takie dublowanie jak przed chwilą wychodzi tylko Chińczykom, czy co oni tam są, Japończycy może. Żółte i skośne. Nam te automaty już za drugim razem dają na początek asa albo dżokera. Za pierwszym zresztą przeważnie też. A nawet jak dadzą coś mniejszego, to ta reszta jest jeszcze mniejsza, a jak gdzieś jest większa, to my w nią nie trafiamy. A oni owszem. Akurat tu stanąłem za panią i aż mi wszystko ścierpło, jak zobaczyłem, co pani robi. Ugryzłem się w język, żeby pani nie speszyć, i własnym oczom nie wierzę. Ale skoro pani tu jest pierwszy raz…? To chyba ta magia działa.

Elunia całą wypowiedź zrozumiała prawie doskonale. Jej ilustrację widziała przed sobą na ekranie, a słowa „Chińczyk”, „żółty” i „skośny” również były jej znane. Popatrzyła na swój kredyt i ujrzała sumę 9120. Zrobiło jej się gorąco, rumieniec pokrył jej twarz i oczywiście z wrażenia znieruchomiała radykalnie.

– Dziewięćdziesiąt milionów – mówił dalej znajomy, melancholijnie i z odrobiną rozgoryczenia, ale bez wyraźnej zawiści, co dowodziło szlachetności charakteru. – Ja bym to zabrał, ale przy pierwszym razie, kto wie…? Może pani trafi royala? Zdarzają się szczęśliwcy. Potem pani i tak to wszystko przegra, ale przynajmniej będzie pani miała co przegrywać…

W tym momencie ostatni automat w rzędzie, w samym rogu, zaczął nagle brzęczeć, świecić i odgrywać jakąś melodię. Znajomy przerwał perorę, cofnął się. spojrzał z daleka i wrócił do Eluni.

– Proszę. Ma pani royala. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy baniek, ćwierć miliarda. Pani spojrzy, kto przy nim siedzi… Skąd u nich ten fart…?

Nagłe brzęki dziabnęły Elunię akustycznie, dzięki czemu szybciej odzyskała zdolność ruchu. Posłusznie, jeszcze nieco oszołomiona, zsunęła się z krzesła i poszła spojrzeć.

Na ekranie ostatniego automatu widniał królewski poker treflowy, as, król, dama, walet i dziesiątka. Automat wysypywał pieniądze, a przed nim siedział na stołku dość korpulentny i bardzo zadowolony Chińczyk. Czy może Japończyk. Wietnamczycy i Koreańczycy odpadali, zdaniem Eluni musieli być znacznie chudsi, a innych narodowości żółtej rasy chwilowo nie mogła sobie przypomnieć.

– Duży poker – powiedziała. – To się nazywa royal? Niesłusznie, królewski poker, ale on się przecież zaczyna od asa. Wiem, że królewski, ale nie wiem dlaczego.

– Nikt nie wie – zgodził się znajomy. – Royal się na to mówi i tyle. No nic, nie będę przeszkadzał, ale z dublowaniem niech pani uważa.

Zostawszy sama. Elunia spełniła polecenie. Suma na kredycie pozwalała jej na rozmaite eksperymenty. Pomyślała, że przegra z tego cztery tysiące, a pięć sobie zostawi, będzie to trzymała w oddzielnej portmonetce i sprawdzi, na jak długo jej starczy. Zaczęła grać dalej po dziesięć złotych z mocnym postanowieniem dublowania wszystkiego, co jej w rękę wpadnie.

Przepowiednia znajomego okazała się trafna. W dwóch wypadkach na trzy ta pierwsza karta okazywała się większa od wszystkich pozostałych i żadne przeczucia i natchnienia nie miały na to wpływu. Zszedłszy do dziewięciu tysięcy, Elunia zaczęła grać po dwadzieścia, rozochocona kolejną whisky. Na myśl, że przy tym automacie wpadnie w alkoholizm, zachichotała sama do siebie i zuchwale zdublowała karetę.

Ktoś zajął sobie nagle automat obok niej, przechylając krzesło.

– Będę tu grał – powiedział jakiś facet. – Zechce pani przez chwilę popilnować?

Elunia kiwnęła głową, nie patrząc na niego. Po karecie automat już nie płacił, długo nie dawał nic, dostała wreszcie dwie pary i wdała się w dublowanie, powtarzając je dwukrotnie, wahała się właśnie nad trzecim razem, kiedy krzesło obok zostało ustawione jak należy i ktoś na nim usiadł. Mgliście pamiętna obietnicy pilnowania, Elunia rzuciła się z pazurami.

– Tu zajęte, proszę pana…!

– To właśnie ja zająłem – powiedział facet, lekko zaskoczony. – Dziękuję bardzo.

Teraz dopiero Elunia na niego spojrzała i jej poczucie estetyki doznało gwałtownego wstrząsu. Tuż przy niej siedział ideał mężczyzny, najpiękniejszy samiec jej gatunku, jakiego w życiu spotkała. Męska uroda rąbnęła ją niczym grom z jasnego nieba.

Przeprosiła grzecznie za pomyłkę i sama nie wiedząc, co robi, odrobinę zszokowana, prztyknęła w trzecie dublowanie. Gdzieś na marginesie oszołomionego umysłu błysnął jej nagle pomysł, żeby się pochorować na wątrobę, jedyny sposób na zżółknięcie… Pomysł ją rozśmieszył, zamknęła oczy, prztyknęła byle gdzie i trafiła na asa. Przerzucając uzyskane sto sześćdziesiąt punktów na kredyt, oprzytomniała.

Ponownie popatrzyła na nieziemsko pięknego faceta. Wrzucał do automatu złotówki, nie zwracając na nią żadnej uwagi. Eluni stanęły nagle w pamięci wyścigi, to też nie miejsce na podrywanie, każdy tam chodzi dla gry, a nie dla doznań uczuciowych. Może taka Marylin Monroe odwróciłaby uwagę graczy od toru, ale nikt poniżej… Tu zapewne istnieje to samo zjawisko, płeć się nie liczy, uroda też, niemniej, skoro facet tak jej się nadzwyczajnie spodobał, nie ma, nieszczęsny, szans na wygranie. Kto ma szczęście w kartach, nie ma szczęścia w miłości i odwrotnie, przyniosła mu pecha samą myślą, wszystko w niej nagle wybuchło do niego, powinna może, wiedziona elementarną przyzwoitością, jakoś go ostrzec…

Gdyby Elunia była stuprocentowo trzeźwa, z całą pewnością podobny pomysł nie wpadłby jej do głowy. Teraz jednak wykańczała trzecią whisky, lekki rausz nieco ją otumaniał i napełniał dodatkową odwagą, bez zastanowienia zatem podjęła męską decyzję.

– Bardzo pana przepraszam za to świństwo, które panu zrobiłam – powiedziała ze skruchą, przechylając się w kierunku faceta. – Możliwe, że nie powinien pan grać. W nic kompletnie. Nadzwyczajnie mi się pan spodobał, nieszkodliwie, mam na myśli, że nie zamierzam pana podrywać, ale jednak. Zdążyłam to pomyśleć i obawiam się, że mogę panu przynieść okropny niefart. Powinnam chyba pana o tym zawiadomić…?

– Łaskawa pani – odparł facet, nawet na nią nie spoglądając. – Ja się podobam wielu paniom. Gdybym miał to brać pod uwagę, na samą chęć gry powinienem się powiesić. Ale nie zrobię tego, bo zdarza mi się wygrywać, więc niech pani sobie nie czyni wyrzutów.

Elunia doznała szczerej ulgi.

– Dziękuję bardzo – powiedziała odruchowo i zajęła się grą.

Jej automat zmienił poglądy i znów zaczął płacić. Zejście do zaplanowanych pięciu tysięcy było zgoła w lesie, mogła sobie pozwalać na wszelkie szaleństwa. Zapomniała niemal o pięknym facecie, przypominał jej o nim tylko zwycięski rzęgot w jego automacie, ale nawet nie patrzyła, co mu wyszło. Poprosiła o czwartą whisky. Gdzieś tam mignęła jej myśl, że bawi się znacznie lepiej niż w tej dyskotece, którą odebrała jej Jola, i postanowiła Joli gorąco podziękować. Dokładnie w tym momencie do asa i dziesiątki kierowej automat dołożył resztę.

Długą chwilę Elunia wpatrywała się w dużego pokera kierowego, nie rozumiejąc, co widzi, i nie wierząc własnym oczom. Popatrzyła na świecący wyżej rezultat, dwadzieścia tysięcy, dwieście milionów starych złotych. Jezus Mario…!!!

Dźwięki wydawane przez maszynerię zwabiły ku niej licznych widzów, a także obsługę techniczną.

– Gratulacje – powiedział życzliwie znajomy z wyścigów. – Pożyczy pani cztery bańki?

Oszołomiona niepojętym sukcesem Elunia gotowa była świadczyć przysługi całemu światu.

– No pewnie. Nawet zaraz. Mam tyle przy sobie. Myśli pan, że mi to od razu wypłacą?

– A jak? Jasne, za chwilę. Kiedy pani będzie? Zwracam jutro.

– Dobrze, będę jutro – zapewniła Elunia, zgłupiawszy z tego wszystkiego doszczętnie.

Trochę musiała poczekać na załatwienie formalności kasowych, po czym dostała wielkie pieniądze. Facet na krześle obok zwrócił wreszcie na nią uwagę. Najpierw przyjrzał się dużemu pokerowi na ekranie, a potem popatrzył na Elunię i w oku mu błysnęło.

Zarumieniona lekko tak z emocji, jak i od whisky Elunia prezentowała sobą widok wart oglądania. Cała jej uroda zaświeciła własnym blaskiem. Nie robiła przy tym wrażenia osoby, która przed wygraną konała z głodu, przeciwnie, mimo wyraźnej radości wydawało się, że te dwadzieścia tysięcy nowych złotych stanowi zaledwie drobną cząstkę jej stanu posiadania. W dodatku na palcu od przeszło czterech lat, czyli od dnia ślubu, nosiła otrzymany od babci pierścionek z sześciokaratowym brylantem, który, zdaniem babci, miał przynieść jej szczęście, niezależnie zaś od zdania rzucał się w oczy i lśnił jak należy.

Oko faceta zalśniło nie gorzej.

– Powinienem chyba panią uprzedzić – rzekł łagodnie – że dopiero teraz… bardzo przepraszam… popatrzyłem na panią uważniej i stwierdzam, że pani mi się szalenie podoba. Nie jestem pewien, czy to nie wpłynie negatywnie na rezultaty pani gry. Mówię na wszelki wypadek.

– Och, nic nie szkodzi – odparła Elunia beztrosko. – Musiałabym się chyba strasznie starać, żeby przegrać to, co wygrałam. Wezmę to, oczywiście, pod uwagę i pogram delikatnie. Zamierzałam spróbować ruletki…

– Nic, jak sądzę, nie stoi na przeszkodzie. Ale z ruletką tym bardziej ostrożnie.

Czekając na dostarczenie pieniędzy przy zablokowanym chwilowo automacie. Elunia popijała po odrobinie swoją czwartą whisky i przyglądała się spod oka grającemu nieprzerwanie facetowi. Nie był chłopcem, był całkowicie dorosłym mężczyzną, chociaż wyglądał na zaledwie przekroczoną trzydziestkę. Dorosłość miał w sobie, gdzieś wewnątrz. Ciemnowłosy i ciemnooki, ostrzyżony krótko, po męsku, bez bujnych loków i warkocza… Elunia wyrosła już z upodobań podlotka, kędziory po pas u mężczyzny przestały budzić jej zachwyt. „Długie włosy, krótki rozum” – mignęło jej w głowie i cichutko do siebie zachichotała… nie miał też wąsów ani brody, miał za to regularne rysy i energiczny podbródek. Piękne brwi. grawitujące ku sobie, ale jeszcze nie zrośnięte. Barczysty, już wcześniej zdążyła zauważyć, że wysoki, promieniowała z niego jakaś potężna siła fizyczna i coś jeszcze, co napełniało ją tajemniczym wzruszeniem, chociaż nie umiała tego czegoś sprecyzować. Poczuła szaloną chęć dotknięcia go, położenia mu ręki na rękawie albo coś w tym rodzaju, pohamowała się jednak, bo akurat podeszła do niej obsługa kasyna z gotówką i gratulacjami.

Grzecznie zapytano, czy nie życzy sobie jakiejś asysty przy powrocie do domu, ochrony albo może firmowego samochodu, bo tyle pieniędzy w torebce…

– Ale ja jeszcze nie wracam do domu! – zaprotestowała Elunia namiętnie. Spojrzała na zegarek i stwierdziła, że jest dopiero dziesiąta. – Chyba że jak się wygra, to może trzeba…?

Natychmiast uspokojono ją w tej kwestii. Bez względu na wysokość wygranej nikt jej nie zabroni siedzieć tu nawet do rana. Dopiero wychodząc, podejmie decyzję, chce goryla czy nie.

– I tak pojadę taksówką – westchnęła, smętnie spoglądając na swoją napoczętą szklankę z czwartą whisky. – To czwarta, zdaje się, pewnie jeszcze wypiję i piątą, więc samochód zostawię…

Prawdziwy mężczyzna obok nie wtrącał się, grał. Elunia również pograła przez chwilę, ale jej automat osłabł po zrywie i nie dawał nic, zdecydowała się zatem przejść wreszcie do tej zaplanowanej ruletki. Pięknego faceta rzeczywiście podrywać nie zamierzała.

Ogólnie biorąc, Elunia nigdy w życiu nie była podrywaczką. Na śmierć i życie zakochała się raz, w Pawełku, poślubiła go, Pawełek okazał się niewypałem do tego stopnia, że wielka miłość przeszła jej radykalnie, a kolejne potężne uczucie na razie jeszcze nie miało do niej dostępu. To coś do Kazia to była zwyczajna sympatia, przyjaźń, łagodne upodobanie, pozbawione dzikiego ognia. Powrót Kazia do domu sprawiał jej przyjemność, ale nie powodował rozszalałego bicia serca, w jego nieobecności nie trwała w napięciu i nie gryzła nocami poduszki, do głowy by jej nie przyszło, żeby przez Kazia niszczyć sobie pościel, a zbyt młoda była, żeby docenić ten błogi spokój przy jego boku. Ponadto seks traktowała dość poważnie, wykluczając związki sporadyczne i przypadkowe, i nigdy nie zdarzyło jej się iść do łóżka z kimś przed chwilą poznanym. Być może, po rozstaniu z Pawełkiem do takiego głupstwa okazałaby się zdolna, na szczęście jednak Kazio znalazł się pod ręką…

Zostawiła zatem teraz, acz z lekkim żalem, swój ideał męskiej urody przy automacie i ruszyła odkrywać nowy rodzaj rozpusty.

Ze szklanką w dłoni i z torebką przewieszoną przez ramię, obejrzawszy wszystkie stoły, zdecydowała się na jeden, najmniej oblężony, pojęcia zielonego nie mając, iż stawka na nim wynosi dwadzieścia pięć złotych. Przy odrobinie rozmachu miała wielkie szansę stracić na nim całą swoją wygraną. Dzięki licznym lekturom, teoretycznie z urządzeniem była obeznana, na ogół jednak czytywała o ruletce francuskiej, tej z Monte Carlo. Dość mgliście przypomniało jej się, że wszyscy nowicjusze, a także desperaci, z reguły stawiali na liczbę swoich lat i albo wygrywali szalone sumy, albo strzelali sobie w łeb. Nie posiadając pistoletu, tę drugą ewentualność wykluczyła z góry. Pouczona przez życzliwy personel, położyła na stole jakieś pieniądze, nie licząc ich, dostała czterdzieści cztery żetony i dwoma z nich obstawiła własny wiek, numer dwadzieścia pięć. I dwadzieścia pięć wyszło.

Nie było w tym nic dziwnego. Dwie przyczyny złożyły się na jej sukces. Jedna, można powiedzieć, nadprzyrodzona, druga w pełni ziemska i naturalna. Faktem jest, iż z niepojętych powodów osoby grające w coś po raz pierwszy przeważnie wygrywają bez względu na idiotyzmy, jakie mogą popełnić, Elunia zaś do pechowców nie należała. Z drugiej zaś strony, zakładając możliwości techniczne krupierów, często oni sami starają się o wygraną debiutanta, dla zachęty. Razem, siła nadprzyrodzona i krupier, dali Eluni te dwadzieścia pięć.

Elunia jednakże o tym nie wiedziała i acz mogła wyobrażać sobie zjawiska metafizyczne, to krupier nie przyszedł jej do głowy. Na widok swoich dwudziestu pięciu zamarła radykalnie, a owe małe, wbite już w nią pazurki gwałtownie urosły i przeistoczyły się w porządne, twarde, drapieżne pazury.

Innych graczy przy stole chwilowo nie było, wypłata została dokonana błyskawicznie, kulka ponownie poszła w ruch. Niezdolna nawet do spojrzenia na stosy, które jej podsunięto, tym bardziej niezdolna do najmniejszego ruchu, Elunia trwała w swojej skamieniałości aż do chwili, kiedy dwadzieścia pięć wyszło po raz drugi.

Jej żetony, rzecz jasna, nadal leżały na tym samym miejscu. Znów wygrała. W tym również nie było nic dziwnego, nastąpiła sytuacja doskonale znana fachowcom. Krupier, wspomagany przez siłę wyższą, dał wygrać nowicjuszowi ten pierwszy raz, nie zamierzał jednak ograbiać macierzystego kasyna i pozwalać mu wygrywać raz za razem. Tak bardzo starał się wyrzucić cokolwiek innego, omijając jedyny obstawiony numer, że, oczywiście, na te dwadzieścia pięć trafił ponownie.

Teraz wreszcie Elunię ruszyło. Podsunięty jej stos był znacznie mniejszy, ponieważ dostała grubsze żetony, z czego znów nie zdawała sobie sprawy. Zaświtało jej jakieś gadanie o napiwkach, podsunęła krupierowi kilka sztuk czegoś, pomyślała, że należy postawić coś innego, bo niemożliwe, żeby tu przychodziło bez przerwy wyłącznie dwadzieścia pięć. Myśl miała swój sens, zdołała ją nawet zrealizować. Do stołu podeszli dwaj inni gracze, zaczęli wymieniać pieniądze i stawiać, dzięki czemu zyskała trochę czasu i odrobinę ochłonęła. Nie wiedząc, co czyni, i nie patrząc na swoje żetony, macając je ręką, postawiła po dwie sztuki na zero, na osiemnaście i na dwadzieścia. Gdyby ktoś ją spytał, dlaczego akurat tak, nie potrafiłaby odpowiedzieć. To zero jakoś tak pchało jej się w oczy, okrągłe było i zielone, mrugało do niej, a te pozostałe same wpadły jej pod rękę. Pojęcia nie miała, że owo zero obstawiła dwoma grubszymi żetonami, po sto złotych, czyli po starym milionie sztuka.

Też oczywiście nie mogła wiedzieć, że z jednym z owych świeżo przybyłych graczy krupier miał na pieńku. Nie znosił grubego, skąpego, agresywnego gbura i z mściwą satysfakcją uniemożliwiał mu wygraną. Z wirtuozerią prawdziwego rutyniarza ominął jego stawki i osiągnął zero, obstawione wyłącznie przez Elunię.

I znów Elunia nie zorientowała się w wysokości swojej wygranej. Cztery whisky z wodą i lodem nie upoiły jej wprawdzie, ale obdarzyły leciutkim oszołomieniem i znakomitą beztroską. Zamianą dyskoteki na kasyno była już zachwycona, Jolę wprost kochała. Postanowiła kupić jej prezent, perfumy na przykład, najdroższe, jakie znajdzie, albo może złoty znak zodiaku. Przygarnęła ku sobie żetony coraz bardziej urozmaicone, zaczęła już bowiem dostawać takie po tysiąc złotych, wypłacane przez krupiera z litości, widział bowiem wyraźnie, że dziewczyna nie wie, co robi, i miał nadzieję nieco ją przyhamować, podobała mu się, nie chciał, żeby wszystko przegrała, po czym zastanowiła się, co by teraz obstawić. Cały dół tablicy, wszystkie większe numery, zajęte zostały przez gbura i tego drugiego, nie wiedziała, że może im towarzyszyć, stawiać na to samo co i oni, myślała, że powinna sobie wybrać coś innego, bez chwili wahania postawiła na wolne, nie tknięte grą pięć. Jakoś tak śmiesznie tkwiło w samym środku tej pustki na górze…

Trzydziestu starych milionów nie postawiła tylko dlatego, że te droższe żetony były niewygodne, płaskie, prostokątne i w ogóle za duże. Domacała się okrągłych, chwyciła trzy.

Krupier musiał pilnować gbura, razem z nim także tego drugiego, grali grubiej niż Elunia i do niej już nie miał głowy. Chciał wyrzucić dziesiątkę, bezpieczną, nie obstawioną, ale wskoczyła mu piątka, znajdująca się tuż obok. Elunia doszła do stanu, w którym uznała to za rzecz naturalną.

– Pani ma źle w głowie – powiedział surowo znajomy z wyścigów tuż za jej plecami. – Nie jest pani przecież pijana…?

– Nie – odparła Elunia radośnie. – Jeszcze wypiję piątą whisky. A co…?

– Niech pani to schowa, do torebki, albo co. Bywa, że kradną.

– Co mam schować?

– Te keszowe. Rany boskie, bez uroku, no, no…

Zdezorientowana nieco Elunia gapiła się na kupę żetonów przed sobą.

– To znaczy, które?

Znajomy bez słowa odgarnął na bok wszystkie setki i tysiące.

– To. Schować, nie kusić losu i złodzieja. I niech się pani opamięta, przy pierwszej przegranej brać tyłek w troki i w krzaki. Widzę, że ja tu muszę pani pilnować.

Elunia była w ugodowym nastroju. Kulka poszła już w ruch. W pośpiechu obstawiła dwoma zwykłymi żetonami to, co miała najbliżej, trzynastkę, zdążyła się nawet zdziwić, że na tę trzynastkę dotychczas nie zwróciła uwagi, zgarnęła do torebki oddzielony stos i odwróciła się do kelnerki, opróżniającej popielniczki. Poprosiła o następną whisky.

– Może pan też? Chętnie panu postawię.

– Nie. dziękuję, ja jestem samochodem.

– Ja też. To znaczy byłam. Już postanowiłam wracać taksówką. Ja nie wiem, może te wszystkie urządzenia tutaj lubią whisky…

Trzynastka wyszła, znajomy z tyłu zamilkł i przestał krakać. Świadoma jego obecności za plecami, Elunia posłusznie chowała do torebki wszystkie grubsze żetony, które zaczęła już rozróżniać. Mętnie majaczyło się jej, że chyba wygrała tego dość dużo, tym bardziej zatem stosami, jakie zostały jej na stole, mogła swobodnie operować. Pijana rzeczywiście nie była, jej pamięć nie doznała żadnego szwanku, przypomniała sobie bez trudu, iż rozmaici tacy, niedowarzone głupki przeważnie, po wielkiej wygranej rozbestwiali się i tracili wszystko, i postanowiła przegrać tylko to, co ma przed sobą. Potem odejdzie i pomyśli, co dalej.

Towarzystwo przy stole zmieniło się, ktoś odszedł, ktoś dobił. Gbur trwał uparcie na swoim miejscu, przegrywając. Od czasu do czasu miał skromne zyski, które w najmniejszym stopniu nie rekompensowały strat, ale budziły nadzieję. Widać w nim było wściekłą zaciętość i grał coraz drożej.

Elunia nie miała już gdzie chować żetonów, nie starczało jej torebki. Nie przegrała jeszcze ani razu, rozzuchwaliła się bezgranicznie, pamięć i teoretyczne doświadczenie z lektur podpowiadały jej, że to już ostatnie podrygi, musi wreszcie zacząć przegrywać, ale dotychczasowy zysk i piąta whisky pchały do brawury. Stawiała już po kilka żetonów, cztery, pięć, posuwała się nawet do sześciu i wciąż coś trafiała. Zważywszy jednak, iż uparty gbur grał maksymalnymi stawkami, obok niego zaś szalał jakiś fartowny Chińczyk, nie zwracano na nią przesadnej uwagi i nie na nią krupier się czaił.

Kiedy wreszcie zdołała przegrać wszystkie stawki, coś w niej sklęsło. Pamiętna ostrzeżenia znajomego: „Przy pierwszej przegranej tyłek w troki i w krzaki”, zdecydowała się zakończyć zabawę i odejść od stołu. O wysokości swoich zysków nie miała najmniejszego pojęcia.

I dopiero przy kasie wyszło na jaw jej prywatne zwycięstwo. Wygrała przy tej ruletce dwieście osiemdziesiąt milionów starych złotych, razem z automatem zbliżyła się do pół miliarda i z trudem zmieściła to wszystko w torebce.

Przy okienku, kiedy odbierała pieniądze, pojawił się nagle ów piękny facet od automatu.

– Bez względu na to, kiedy pani będzie wychodziła, ja panią odwiozę – powiedział stanowczo. – Wszyscy mnie tu znają, pani pozwoli, że się przedstawię, Stefan Barnicz. Nie pojedzie pani sama z tą forsą, strzeżonego i tak dalej.

W obliczu ostatnich hazardowych osiągnięć mężczyzna jako taki wyleciał Eluni z głowy. Nie była przesadnie chciwa ani skąpa, przeciwnie, skąpstwo Pawełka radykalnie obrzydziło jej tę cechę, niemniej walące się na nią zgoła Niagarą bogactwo uczyniło stosowne wrażenie. Trochę się nim przejęła, oczyma duszy zdążyła ujrzeć możliwości, jakie sobą stwarzało. Podróż po Europie, futro, wykończenie mieszkania, może początek własnej willi… Swobodę finansową z pewnością, luz i beztroskę. Wprawiło ją w promienny nastrój, a tak interesujący mężczyzna doskonale do tego nastroju pasował. Jeden sukces miała za sobą, możliwe, że teraz czaił się na nią drugi.

Wciąż jeszcze była dostatecznie trzeźwa, żeby popatrzeć na zegarek.

– Wpół do dwunastej? – zdziwiła się. – Myślałam, że jest później. Zamierzam wyjść o pierwszej i nie mam nic przeciwko opiece. Ktoś mi powinien odebrać kluczyki, gdybym się uparła jechać samochodem.

– Odbiorę, przyrzekam solennie. Powiedziano mi, że pani tu jest pierwszy raz, stąd chyba ten fart. Przegrać wszystkiego pani nie zdoła, niech pani robi, co się pani podoba. Będę pani pilnował.

Przy szóstej whisky i automacie pięciozłotowym Elunia poczuła się wreszcie zmęczona emocjami. Zachciało jej się spać. Do świadomości wygranej zdążyła się już przyzwyczaić, teraz powolutku na pierwszy plan zaczynał wychodzić facet. Nie dość, że był piękny, to jeszcze zachował się jak mężczyzna, robił wrażenie dżentelmena, grał spokojnie, zatem nie był skąpy. Już samo to wystarczało, żeby go aprobować. Odwiezie ją do domu, bardzo dobrze, niech diabli biorą samochód, nic mu się nie stanie, jeśli postoi tu do jutra, jutro zaś Elunia ma tu przyjść znowu, zapomniała wprawdzie dlaczego, ale konieczności była pewna. Przyjdzie nieskalanie trzeźwa, ta cała whisky to eksces, zrobiła sobie wieczór bez ograniczeń…

Wieziona ku domowi srebrnym mercedesem, przestawiona już całkowicie z hazardu na uczucia, które dostarczały nie mniejszych emocji, Elunia zastanawiała się, co z tego powinno wyniknąć. Pora nie jest znowu taka strasznie późna, czy on zaproponuje, żeby go zaprosić na herbatę? Zaprosić go czy nie? Byłby to pierwszy taki wypadek w jej życiu, a on…? Jak się zachowa…?

Stefan Barnicz rozstrzygnął kwestię bez jej udziału. Podwiózł ją pod dom, Elunia na szczęście nie zapomniała, gdzie mieszka, wjechał razem z nią windą na górę, zaczekał, aż trafiła kluczem w zamek i otworzyła drzwi, po czym skłonił się elegancko i poszedł precz, nie zostawiając nawet odrobiny czasu na jakiekolwiek propozycje i zaproszenia. Mocno zaskoczona Elunia z jednej strony ucieszyła się, że ma z głowy, z drugiej zaś poczuła jakby rozczarowanie i odrobinę żalu. Nie spodobała mu się jednak, odwiózł ją ze zwyczajnej litości…

Długą chwilę siedziała na wannie, rozpamiętując ostatnie przeżycia i napawając się doznaniami. Zakochała się chyba czy co…? Jednym kopem. Jak idiotka. Zakochała się od pierwszego wejrzenia…

I co gorsza, zdaje się, że bez wzajemności…


* * *

Dopiero nazajutrz przed południem Elunia przesłuchała mrugającą sekretarkę. Dowiedziała się od niej, że dzwonił Kazio, zapowiadając przedłużoną nieobecność. Wyjeżdża dalej, musi objechać Skandynawię, nie będzie go co najmniej dwa tygodnie, ale zadzwoni znów za parę dni.

Przyjęła tę informację nie tylko spokojnie, ale nawet jakby z lekkim roztargnieniem. Nieobecność Kazia nie wydała jej się żadnym nieszczęściem, przeciwnie, była jej nawet na rękę. W zaistniałej sytuacji nie wiedziałaby właściwie, co z nim zrobić, do kasynowych zwierzeń odniósłby się wprawdzie przychylnie i z pełnym zrozumieniem, to nie ulegało wątpliwości, ale ten dalszy ciąg…? Nie zdołałaby chyba ominąć faceta, co wypadłoby raczej głupio. Niech sobie zatem odwala swoją podróż służbową, doskonały zbieg okoliczności.

Kaca nie miała najmniejszego, whisky spłynęła po niej jak woda po tłustej gęsi. Zaparzyła herbatę, przygotowała sobie skromne śniadanko w postaci chrupkiego chlebka z pasztetem i ogórkiem, zjadła je spokojnie, po czym, z dreszczem przyjemności, wyszarpnęła z torebki wszystkie pieniądze. Przeliczyła je i zastanowiła się, co z tym majątkiem zrobić.

Po bardzo krótkim namyśle zadzwoniła do Pawełka.

Mogła sobie na to pozwolić najzupełniej swobodnie, po rozwodzie bowiem pozostali w przyjaźni. Przez jakiś czas nawet Elunia korzystała z jego, niegdyś wspólnego, komputera, ku wielkiemu niezadowoleniu swojej następczyni, i przestała korzystać, kupiwszy własny, co pozwoliło uniknąć zadrażnień i za co Pawełek był jej wdzięczny.

– Cześć – powiedziała teraz. – Słuchaj, co byś zrobił, gdybyś nagle dostał w prezencie, tak całkiem w prezencie, za nic, pięćdziesiąt tysięcy złotych?

Dla Pawełka wszelkie pieniądze były elementem tak interesującym, że nic go nie przebijało.

– Starych czy nowych? – spytał rzeczowo.

– Nowych.

– Znaczy dawne pół miliarda? Jedno z dwojga. Kupiłbym albo parcelę budowlaną, albo dolary. I to i to idzie w górę. Dolary bym umieścił na karcie kredytowej, żeby mi były wszędzie i w każdej chwili dostępne. Na wszelki wypadek.

Elunia pomyślała w podziwie, że co jak co, ale tę kwestię jej eks-mąż ma w pełni opanowaną. Odpowiedział bez sekundy wahania.

– Dziękuję ci bardzo… – zaczęła.

– A co? – przerwał Pawełek z nagłym zainteresowaniem. – Dostałaś w prezencie pół miliarda?

– Nie – odparła Elunia stanowczo w obawie, iż pod wpływem takiej sumy Pawełek mogły zechcieć ponownie się z nią ożenić. – Ale chyba mam szansę zarobić. Tak się pytam, awansem, na wszelki wypadek. Wszystkie inne osoby, poza tobą, są pod tym względem głupie i lekkomyślne. Dziękuję ci bardzo.

Pomysł jej się spodobał, postanowiła załatwić to jeszcze dziś, przed tą przymusową wizytą w kasynie i odebraniem samochodu, co się nawet doskonale składało, bo przed bankiem nie było gdzie parkować. Wolała jechać taksówką.

W promiennym nastroju, z miłym i delikatnym pikaniem w sercu, usiadła do roboty.

Pierwszą osobą, jaka rzuciła jej się w oko w kasynie, był Stefan Barnicz, siedzący przy automacie.

Serce zatrzymało się w niej na moment, a potem ruszyło do ostrego galopu. Coś w nim było, w tym człowieku. Męskość stuprocentowa. Stanowczość, energia, zdecydowanie, pewność siebie… I ta opieka, którą ją wczoraj obdarzył… No i uroda, doskonała, wręcz nieskazitelna, taka trochę południowa… Elunia miała wysoko rozwinięte poczucie estetyki i aż nią szarpnęło, Boże drogi, zdobyć takiego mężczyznę, nie, nie tak, zostać zdobytą przez takiego mężczyznę…

Niepewna wcześniej, w co też zacznie grać, zdecydowała się błyskawicznie. Automaty pokerowe były zajęte, jedyny wolny znajdował się tuż obok niego, ale był to ten droższy, ze stawką pięć złotych. Nic to Eluni w tej chwili nie szkodziło.

– Dzień dobry – powiedziała nieśmiało, przechylając krzesło. – Będę tu siedziała, zajmie mi pan?

Stefan Barnicz odwrócił się ku niej natychmiast, z uśmiechem, od którego niemal zabrakło jej tchu.

– Miło mi panią widzieć. Witam. Jak się pani czuje?

– Doskonale. A co? Wczoraj byłam taka strasznie pijana?

– Skąd, wcale pani nie była pijana! Najwyżej na lekkim rauszu. Ale na wielkie emocje różnie się reaguje. Proszę bardzo, zajmę, oczywiście.

Po drodze do kasy i z powrotem Elunia spróbowała odzyskać równowagę. Z niepokojem stwierdziła, że on jej się podoba jeszcze bardziej, niż sądziła wczoraj. Pewnie ma żonę. Albo też wszystkie baby lecą na niego tak, że już mu obrzydły. Wobec tego ona lecieć nie może, bo zacznie jej unikać i straci, nieszczęsna, szansę bodaj przyglądania się mu, przebywania w pobliżu…

Usiadła na swoim krześle, świadoma męskości obok, przejęta i podniecona.

Automat był okropny. Elunia grała tanio, po jednym żetonie, zysków z tego mając tyle co kot napłakał, aż wreszcie zorientowała się, że w życiu na tej maszynie nie wygra, jeśli nie zacznie dublować. Spróbowała, nie wyszło. Obok niej pojawił się nagle znajomy z wyścigów.

– Nie co dzień świętego Jana – rzekł ostrzegawczo i podał jej dyskretnie czterysta złotych. – Dziękuję bardzo, zwracam w terminie.

W tym momencie Elunia przypomniała sobie, dlaczego miała tu przyjść dzisiaj. Po zwrot długu, oczywiście. Pomijając już to, że również po samochód. Zapewne przyszłaby także bez tego wszystkiego, wyłącznie dla faceta, ale to i lepiej, że znalazł się pretekst. Sama o sobie może myśleć mniej źle.

Znajomy nie zawracał jej głowy, poszedł sobie. Automat zlitował się i dał karetę. Elunia nabrała śmiałości i zaczęła wrzucać po dwie złotówki, zysk się nieco zwiększył. Nie obchodziło jej to specjalnie, obecność faceta obok wciąż zajmowała jej całe wnętrze.

– Widzę, że obydwojgu nam dziś idzie jak krew z nosa – powiedział znienacka Stefan Barnicz, spoglądając na jej kredyt. – Teraz ja poproszę, żeby mi pani tu zajęła, wrócę za parę minut.

Elunia kiwnęła głową. Jego nieobecność, a zarazem pewność, że wróci, skoro zostawił papierosy, zapalniczkę i drink, pozwoliła jej wreszcie zainteresować się grą. Jakimś kawałkiem świadomości pomyślała, że gdyby nawet nie wrócił, zaopiekuje się jego zapalniczką i będzie miała pretekst do szukania go i łapania, po czym wrzuciła do automatu hurtem ostatnie pięć złotówek ze swojego garnka. Dostała dwie pary, zdublowała je szczęśliwie i zaczęła grać z kredytu.

Automat zachowywał się złośliwie, płacąc tylko przy mniejszych stawkach. Przy większych nie dawał nic, aż robiło się to nudne. W chwili kiedy zagrała za jedną złotówkę, ni z tego, ni z owego ustawił małego pokera. Prawie słychać z niego było jadowity chichot.

– Do diabła…! – wyrwało się Eluni.

– To reguła – powiedział życzliwie Stefan Barnicz tuż za jej ramieniem i zajął swoje krzesło. – Jeżeli gra się drogo i nagle zejdzie się na niską stawkę, one wszystkie natychmiast coś dają, przeważnie karetę albo pokera. Niech się pani cieszy, że nie dostała pani piątki, jeszcze ma pani na nią szansę.

– Nie widziałam tej piątki ani razu – zauważyła Elunia, z przyjemnością podtrzymując rozmowę.

– Jakoś wczoraj nie było, pokery chodziły. Ale wie pani chyba, co to jest kareta z dżokerem. Prawie nie ma dnia, żeby na którymś jej nie było.

– Rozumiem, że pan tu często bywa…?

– Różnie. Czasem raz na miesiąc, a czasem codziennie. Lubię te automaty. W ogóle lubię pokera, ale ten tutaj, karaibski, jest do niczego, nie wymienia się kart i nie można przebijać. To nie poker, to parodia.

Elunia złożyła sobie w duchu gratulacje za umiejętność gry w karty. Obejrzała się na stoły pokerowe.

– Toteż wydaje mi się, że on nie ma wielkiego powodzenia?

– Różnie bywa. Niech pani dzisiaj będzie ostrożna, po wielkiej wygranej zazwyczaj się przegrywa, a pani wczoraj bez mała rozbiła bank.

– Wiem, ja znam te rzeczy. Za pierwszym razem się wygrywa, a potem już bywa rozmaicie. To samo miałam na wyścigach. A tak na marginesie, to ja właściwie nie piję, czasem wino, jeśli wódkę, to wyłącznie do śledzia. Whisky mniej więcej raz do roku, wczoraj mnie coś napadło. A, wiem co! Miałam zmartwienie. Zalewałam robaka, nie wiedząc jeszcze, że doznam pociechy.

Stefan Barnicz roześmiał się.

– Boże, jak to zachwycająco brzmi, kobieta, która zalewa robaka! Pani jest urocza.

Równocześnie patrzył wcale nie na Elunię, tylko na ekran automatu. Z odrobiną rozgoryczenia Elunia pomyślała, że znacznie bardziej urocza wydałaby mu się ta cholerna piątka, gdyby teraz nagle wyskoczyła. W ocenie własnych poglądów zawahała się na moment, a potem uczciwie przyznała w głębi duszy, że jednak nie, ona sama osobiście wolałaby chyba tego faceta niż duże pokery na wszystkich automatach pod rząd…

– Ja jestem człowiek pracy – oznajmiła surowo, Barnicz znów się roześmiał.

– Jedno drugiemu nie przeszkadza. Bywa pani na wyścigach?

– Bywam. Ale teraz jest przerwa.

– W loży dyrekcji?

– Tak. Mam wejściówkę.

– Omija pani zatem czysty folklor. Przyznaję, że trudny do zniesienia. Jak pani wychodzi?

– Na plus – pochwaliła się Elunia dumnie. – Niedużo, ale jednak do przodu.

– Gratulacje – mruknął na to i zamilkł, nie zostawiając jej już żadnej możliwości rozwijania tematu.

Kredyt Eluni wreszcie się skończył. Jak dotąd, przegrała pięćset złotych. Jednakże zwrócono jej czterysta, o których w ogóle nie pamiętała, postanowiła je poświęcić. Przechyliła krzesło i udała się do kasy.

Stefan Barnicz dostał ową osławioną piątkę, cztery dwójki i dżoker. Grał za maksymalną stawkę i nie krył satysfakcji. Elunia z ciekawością przyjrzała się układowi, który zrobił na niej doskonałe wrażenie, też by chciała coś takiego dostać. Porzuciła wszelką myśl o umiarze i oszczędnościach, zaczęła grać stawką po pięć i w pół godziny przegrała wszystko.

– Idę sobie stąd – oznajmiła smętnie. – On mnie nie lubi, ten automat, a whisky mu nie dam, bo muszę zabrać samochód. Spróbuję pograć w ruletkę. Albo w oko.

Barnicz odwrócił się nagle i popatrzył na nią.

– Jeśli można pani radzić… – rzekł z wahaniem.

– Można, oczywiście – podchwyciła żywo Elunia.

– Niech pani nie gra przy tym stole co wczoraj. To najdroższy stół. Niech pani wybierze tańszy, po pięć złotych, albo nawet po dwa i pół.

Elunia przyglądała mu się przez moment. Opanowała dziką chęć objęcia go za szyję i przytulenia się do męskiej piersi i przeraziła się niemal siłą swojego pragnienia. Nawet przy Pawełku w pierwszej fazie uczuć nie wybuchało równie potężnie, nie wspominając nawet o Kaziu. Ani jedno słowo nie wydobyło się jej z ust, kiwnęła głową i zsunęła się z krzesła.

Do żadnej gry nie przystąpiła od razu, musiała najpierw odzyskać odrobinę równowagi. Na dalekim horyzoncie umysłu mignął jej błysk rozsądku, powinna dać sobie spokój z tą rozrywką na dzisiaj, odebrała pożyczkę, przegrała ją, wygrać nie ma prawa, trzeźwa jest jak dzika świnia, może wsiąść w samochód i wrócić do domu, wpół do ósmej, akurat czas na malutką kolację, kąpiel, lekturę i sen. Wstać wcześnie i usiąść do pracy… Błysk zgasł równie szybko, jak się pojawił, akurat, pójdzie precz, a tego upragnionego bezgranicznie faceta zostawi odłogiem i może w życiu go więcej nie zobaczy…

Na Stefana Barnicza Elunia zapadła w szaleńczym tempie.

Siedząc przy najtańszym stole ruletki i obstawiając delikatnie numery, z których żaden nie wychodził, ze zwiększonym nieco rozgoryczeniem zastanawiała się, dlaczego upragniony mężczyzna musi być dla niej taki kosztowny. Kosztowna ma prawo być biżuteria, odzież, kaprysy, podróże, ale, na litość boską, przecież nie chłop! W jej wieku…?! A już Pawełek, w pierwszej fazie małżeństwa, kiedy nie zdawała sobie jeszcze sprawy z jego skąpstwa, wybuchami rozczulenia witał nowe koszule, nowe krawaty, nowe swetry, nowe kurtki, nowe piżamy… Kazio… Nie, bez przesady, Kazio nie kosztował jej nic, ale teraz…? Leci na faceta i dla samego pozostawania z nim pod jednym dachem, już przegrała, chwalić Boga, piętnaście milionów starych złotych…

No nie, całych piętnastu milionów jeszcze nie przegrała. Jakieś żetony przed nią się plączą…

Na obracającym się kole błysnęło jej nagle osiem. Spojrzała na tablicę, osiem było nie obstawione kompletnie. Spojrzała na koło. Znów osiem. Jakby tych ósemek było tam piętnaście albo dwadzieścia. Osiem…

– No more bet – powiedziała wdzięcznie krupierka. – Koniec obstawiania.

W ostatnim ułamku sekundy Elunia chwyciła kupkę swoich żetonów i postawiła je na osiem. Postawiwszy dopiero, policzyła. Sześć. Skąd jej przyszło to osiem, a, niech diabli wezmą…

Nie patrzyła nawet na kulkę, mogła sobie ta idiotka zatrzymywać się gdziekolwiek, gdzie jej się podobało. Pewnie wyjdzie dwadzieścia trzy albo siedemnaście.

– Osiem, czarne – powiedziała krupierka i na żetonach Eluni ustawiła szklany pionek, zwany dolką lub też krajowo, laleczką.

Elunia nawet nie drgnęła. Zabrakło jej wszystkiego, w tym tchu. Tak była nastawiona na przegraną, że ta ósemka objawiła się niczym grom z jasnego nieba. Rzecz oczywista, unieruchomiła ja radykalnie.

Sześć żetonów to było przeszło pięćset złotych, jedna trzecia jej kosztów. Zdumiewające i niepojęte, wynikałoby z tego, że jakoś ten mężczyzna taniej jej wypada…

I, jasna sprawa, nieruchomość Eluni przetrwała wszystko, wypłatę, obstawianie i nowy obrót koła. Także ponowne wyjście ósemki. Dopiero po otrzymaniu kolejnej wygranej Elunia przyszła do siebie.

Ochłonąwszy nieco, uznała, że metoda jest całkiem niezła. Błysk natchnienia niejednemu już w dziejach przysporzył sukcesów. A co to ona, od macochy…?

Bazując na owym błysku, Elunia bardzo długo grała tanio i delikatnie, czekając chwili natchnienia i stawiając przez ten czas na byle co. Dzięki czemu, przez złośliwość losu, trafiała raz za razem. Zirytowało ją to do tego stopnia, że po pierwsze, zaczęła grać drożej, a po drugie, zapomniała o Stefanie Barniczu. Wszystko wskazywało na to, że Elunia zamienia się w rzetelną, prawdziwą hazardzistkę.

Że jednak istotnie świętego Jana nie co dzień wypada, sukces odniosła mierny. W ostatecznym rozrachunku udało jej się wygrać zaledwie sto złotych, co w obliczu wczorajszego złotego deszczu stanowiło drobiazg, niegodzien uwagi. Poczuła się w końcu głodna, zmęczyła ją walka z kulką i natchnieniem, dała spokój grze i podniosła się od stołu.

Wówczas oczywiście przypomniał się jej mężczyzna. Rozejrzała się. Stefan Barnicz nie siedział już przy automacie, stał obok stołu ruletki po dziesięć złotych i od czasu do czasu, bez pośpiechu, obstawiał coś stuzłotowymi żetonami. Zawahała się, podejść czy nie, najchętniej uczepiłaby się jego ramienia, ale to byłoby już przesadnym natręctwem, nawet sama asysta przy grze mogłaby wydać się nachalna. Elunia nie chciała być nachalna, w ogóle nie zamierzała ujawniać swoich uczuć do niego, stanowczo postanawiała je ukryć. Realizacja tych postanowień wychodziła jej średnio, Stefan Barnicz był jedynym facetem, na którego zwracała uwagę i z którym zamieniała więcej niż jedno zdanie, cała reszta umykała jej uwadze, nie potrafiłaby powiedzieć, kto tam w ogóle był. W maleńkim stopniu, ale jednak dawało się to zauważyć.

Stojąc przy stole sąsiednim i łypiąc okiem w jego kierunku, w chwili kiedy akurat coś trafił i krupier podsuwał mu żetony, zdobyła się nagle, nie wiadomo jakim cudem, na rozsądną myśl. Umysł kobiety jest niezbadany i posiada właściwości przedziwne. Przypomniało jej się, jak komisarz Bieżan dowiadywał się o jej obecność na wyścigach, poczuła wręcz podziw dla pana Jurka, dla kasjerki i bufetowych, że zdołali ją zapamiętać, wyobraziła sobie własne kłopoty, gdyby zaprezentowali równie świetną spostrzegawczość, jak ona w tej chwili, i poczuła irracjonalną skruchę. Jak też wyglądałby nieszczęśnik, który powołałby ją na świadka, że dziś znajdował się w kasynie? Jak Filip z konopi, przecież nawet nie miała pojęcia, kto grał razem z nią przy tym samym stole! Mogłaby przysiąc, że w tym całym tłumie przebywał tylko jeden, jedyny człowiek… A nie, przepraszam, dwóch, ten drugi oddał jej dług, był tu zatem z pewnością, możliwe jednak, że najwyżej przez chwilę…

Bezrozumnie zawstydzona swoim zaniedbaniem, Elunia oderwała wzrok od wpatrzonego w wirujące koło Stefana i z wielką uwagą rozejrzała się po sali. No tak, oczywiście, dwóch wyścigowców, znanych jej z twarzy… Jakiś taki duży i prawie łysy, z jednym kędziorkiem na środku ciemienia, wpadł jej w oko, widziała go wczoraj, wcale nie grał, ani wczoraj, ani dziś, gawędził z kimś przy nieczynnym stole. Szczupły, siwy, ale bardzo przystojny, przy bufecie, też nie widziała, żeby grał. O, i ten gbur, gruby, potężny i agresywny, który wczoraj obstawiał duże numery, znów gra przy tej samej ruletce… No, mnóstwo Chińczyków, ale tych, rzecz jasna, w żaden sposób nie rozpozna z twarzy, może zapamiętać najwyżej tuszę, chociaż wydają się jednakowi nawet i pod tym względem…

Dając spokój Chińczykom, Elunia jeszcze raz dokonała przeglądu obecnego w kasynie społeczeństwa, niejasno czując, że powinna odwdzięczyć się za zauważenie jej samej. Nie zakładała świadczenia przed sądem, żadne konkretne przewidywanie nie przyszło jej do głowy, chciała po prostu być uczciwa i przyzwoita.

Stefan Barnicz, acz zajęty swoją ruletką, widział ją doskonale. Przestała grać, niegłupia dziewczyna. Czemu jednak z tak wielkim natężeniem wpatrywała się w powszechnie znanego głównego mafioza podwarszawskiej mafii, rządzącego nawet mafią ruską…?

Zaintrygował go ten fakt niezmiernie.

Ukończywszy dokładny przegląd kasynowych gości, Elunia zastanowiła się, co teraz. Nie podejdzie przecież do faceta, choćby nawet był najpiękniejszy w świecie, nie zaproponuje spotkania, głupio byłoby, może on jej wcale nie chce. I nie będzie jej przecież co wieczór odwoził, poza wszystkim, ile czasu jej samochód ma spędzić na hotelowym parkingu?! Co powinna zrobić? Podrywać go jakoś inaczej? Jak? W podrywaniu wprawy nie miała…

Z niepokojem w sercu, ciężkim westchnieniem i mocnym postanowieniem przybycia do tej jaskini rozpusty nazajutrz, zdecydowała się iść do domu.


* * *

– No i nic mi z tego nie przyszło, że cię nie było – powiedziała w telefon o poranku smętna i zniechęcona Jola. – Z dwojga złego już bym wolała, żebyś była.

– A co się stało? – zaciekawiła się Elunia i odłożyła pisak, którym robiła sobie schematyczne szkice.

– A tam. Przyszła ta małpa, Anusia, wróciła z Paryża i przyleciała z marszu, wcale nie wiedziałam, że wróciła, w ogóle jeszcze nie miała prawa wrócić, raszpla głupia. Znasz ją, nie? Suka parszywa.

– I co ci zrobiła?

– No jak to co, rzuciła się na Tadzia. A ten głupek zaskoczył w jednej sekundzie i dał się otumanić. Jakbyś była, może by go rozproszyło i mniej by się do niej przyssał. Już wczoraj wieczorem dzwoniłam, nie było cię, nie chciało mi się klekotać do sekretarki. Bardzo cię przepraszam, że ci spaskudziłam balangę.

– A gdzież tam! – odparła Elunia żywo. – Zamierzałam ci właśnie podziękować i nawet dzwoniłam wczoraj, ale też cię nie było. Masz u mnie prezent. Znalazłam sobie takie coś, że kicham i charczę na dyskotekę.

– Jezus Mario, a cóż to może być takiego? – zdziwiła się Jola.

Elunia zawahała się.

– No… wiesz… sama nie wiem, czy ci powiedzieć, bo jeszcze zauroczę. Dwie rzeczy, ale nie mów nikomu.

Dziko zaintrygowana Jola poprzysięgła zachować tajemnicę.

– Kasyno. Poszłam popatrzeć i pograłam. I wygrałam górę forsy.

– Nie żartuj! Poważnie? Ile?

– Na nieduży samochód by starczyło. To jedno.

– O rany… A drugie?

– Jeszcze gorsze. Poznałam faceta. I ruszyłam do niego ze strasznym szwungiem, a on do mnie niespecjalnie, więc jestem przejęta.

– Głupia jesteś, a nie przejęta – zgorszyła się Jola. – Akurat wierzę, że on nie, na ciebie lecą. Pewno udaje albo jakiej baby się boi. I co?

– I nic. Wszystko jest w trakcie. Bym go poderwała, ale nie bardzo umiem, wiesz, Paweł… Potem Kazio… Co ja miałam podrywać i kiedy? Żadnej wprawy nie mam.

– No nie masz, fakt – zgodziła się Jola. – Może zastosuj metody prababek?

Obie doskonale wiedziały, co to jest takiego, te metody prababek. Upuszczanie wachlarza wprawdzie odpadało, bo wachlarze wyszły z użycia, ale pozostawało wszystko inne. Potykanie się wzorem Marleny Dietrich, słabość niewieścia, omdlałość w zasięgu męskich ramion, podziw dla męskiej siły, słodka głupota przy byle okazji, tajemniczość, łzy w oczkach… Ilość środków była zgoła nieograniczona.

Elunia jednakże zakłopotała się nieco.

– Trudne to trochę. Rozumiesz, ja go widuję tylko tam, a to jest między ludźmi, nie będę przecież robić publicznego spektaklu. Jeszcze mi się na ratunek rzuci jakiś inny. Poza tym, no, chyba ci się przyznam… Mnie się tam bardzo podoba, ta gra mnie zajmuje, ona różna, a spróbuj tak, na dwa fronty, człowiek się gubi…

– Baba tam się jaka przy nim plącze? – spytała Jola surowo.

– No coś ty! Baby tam w ogóle stanowią mniejszość, a możliwe nawet, że opozycję.

– I tobie jeszcze źle?! Zgłupiałaś chyba, idealne warunki! No nie, jeśli nie poderwiesz chłopaka, za oślicę cię będę miała i przestanę z tobą rozmawiać!

Elunia ze skruchą przyznała Joli słuszność. Rzeczywiście, konkurencji w tym kasynie nią miała żadnej, wygrała w dodatku, dla wygrywających wszyscy tam żywili szacunek, o tyle pozbawiony sensu, że więcej w tym było szczęścia niż rozumu, i podbudowany zawiścią, ale Stefan Barnicz przy swojej ruletce też wygrał dość ostro, więc zawiść nie powinna nim szarpać. Płeć żeńska prezentowała się rozmaicie, urodą jaśniały głównie panienki z obsługi, krupierki i kelnerki, tak zaganiane, że podrywki im były nie w głowie, a oprócz nich jedna piękna kobieta, pilnowana przez męża i wyraźnie starsza od Eluni. Nieliczna reszta nie przedstawiała sobą niebezpieczeństwa, o ile można to było stwierdzić w ciągu dwóch zaledwie dni.

Odłożywszy słuchawkę i biorąc znów do ręki pisak, Elunia postanowiła wykorzystać sytuację i zdobyć się na dyplomatyczne wysiłki.

Przeznaczenie zadecydowało odrobinę inaczej.

Najpierw, zaabsorbowana kłębowiskiem uczuć własnych, Elunia zapomniała, co robi. Zlecono jej reklamę utensyliów praktycznych, służących zarazem do dekoracji wnętrz. Pojęcia nie mając, jakie właściwie utensylia wchodzą w grę, myśląc o czym innym i kreśląc jak popadło, Elunia stworzyła arcydzieło. Oprzytomniawszy, sama zdziwiła się efektem, jakieś kuchenki, czajniki, żyrandole, pojemniczki na przyprawy, suszarki do naczyń, pralki, wieszaki i rozmaite inne bzdety nabrały cech niemal dzieł sztuki. Aż kusiło, żeby je posiadać. Ucieszona niezmiernie, Elunia przystąpiła do komputerowego uporządkowania osiągnięcia i w połowie jej pracy zaczęły się telefony. Wszystkie służbowe, sypały się z nich zlecenia, propozycje, terminy spotkań i w ciągu tego jednego dnia Elunia dostała robotę co najmniej na pół roku. Taki idiotyzm, jak odmowa, nie wpadł jej na szczęście do głowy, zapomniała bowiem o zdobytym w kasynie bogactwie i pracę zawodową z przyzwyczajenia uznała za źródło egzystencji. Przyjęła wszystko.

Bezpośrednim skutkiem przyjęcia stały się spotkania natychmiastowe, z których ostatnie zakończyło się o wpół do jedenastej wieczorem. O kasynie mowy nie było, świadoma terminów, obowiązkowa i pracowita Elunia wiedziała już, iż jej dzień pracy musi zacząć się o świcie i zarywanie nocy odpada w przedbiegach.

Ze ściśniętym nieco sercem, równocześnie zadowolona, rozgoryczona, pełna satysfakcji i rozproszona uczuciowo, usiadła do pracy o wschodzie słońca, które o tej porze roku, chwalić Boga, nie przesadzało, pojawiając się na nieboskłonie dopiero o wpół do ósmej. I nie pojechałaby do kasyna z pewnością, gdyby nie to, że wczorajszą robotę musiała zawieźć do firmy. Wyszedłszy z domu o wpół do szóstej, o siódmej była już wolna i znalazła się akurat w pobliżu Mariotta.

Rzecz jasna, nie wytrzymała.

Upragnionego dżentelmena nie było. Automatom Elunia tym razem dała spokój, bo siedząc przy nich, nie widziała sali. Chciała czatować z nadzieją, że on jeszcze przyjdzie, i móc spoglądać na drzwi. Wybrała sobie miejsce twarzą do nich, przy ruletce po dziesięć złotych i przystąpiła do obstawiania.

Fortuna sprzyjała jej w kratkę. Wygrywała i przegrywała na zmianę, a kiedy wreszcie udało jej się trafić upatrzony numer drożej, pogrążona już była w tej walce z losem całkowicie. Przez drzwi mogło wejść stado słoni, nie zwróciłaby na to żadnej uwagi. O jedenastej pozbyła się do końca leżących przed nią żetonów, przegrała pięćset złotych i opadła z sił.

Faceta ciągle nie było, oprzytomniawszy po emocjach, Elunia pomyślała, że o tej porze już chyba nie przyjdzie, ona sama zaś prawdopodobnie zgłupiała do reszty. Powinna siedzieć w domu i odwalać robotę, a nie miotać się tutaj. Zarabiać pieniądze, nie zaś tracić. Dobrze chociaż, że traci wygrane…

Niezadowolona z siebie i z życia, pojechała do domu.

Stefan Barnicz nie wychodził jej z głowy. Siedząc przy pracy, nie przestawała o nim myśleć. Nie było to może myślenie w pełnym tego słowa znaczeniu, tkwił raczej w jej uczuciach. Chciała go chociaż zobaczyć, widziała go wprawdzie oczyma duszy, ale wolała w naturze. Bezgranicznie i szaleńczo pragnęła go dotknąć, bodaj jednym palcem, delikatnie, znów spojrzeć na tę piękną twarz i żeby się do niej uśmiechnął! Zamienić z nim kilka słów… Co za idiotka, że nie spytała, czy ma żonę, nie musiała przecież wprost, mogła dyplomatycznie, miał na palcu obrączkę, no i co z tego, ona też nosi obrączkę po Pawełku. Obrączka o niczym nie świadczy.

Kim on w ogóle jest i co robi? A, co tam, niech robi, co chce, żona ważniejsza. Jakąś babę ma z pewnością…

Z burzą w sercu przepracowawszy uczciwie dziesięć godzin, o szóstej po południu postanowiła zrobić sobie fajerant. W głębi duszy doskonale wiedziała, jak ten fajerant będzie wyglądał. Pojedzie do kasyna i może go tam spotka. Po drodze, dla usprawiedliwienia samej siebie we własnych oczach, kupi te perfumy dla Joli.

Po perfumy pojechała do Panoramy, uznawszy, że tam najłatwiej dostanie coś potwornie drogiego, a dla Joli nie zamierzała żałować, wciąż kwitła w niej wdzięczność. Wybrała Mitsouko Guerlaina, zapłaciła i już wychodziła, kiedy naprzeciwko, w salonie z butami, rozległ się krzyk. Jakaś facetka rozpaczała nad swoją torbą, ogłaszając, że zginął jej portfel, ukradziono go, nie, nie tu, wcześniej, była w sklepie elektrotechnicznym i jakiś taki tłok się koło niej zrobił, ordynus się na nią pchał, bez powodu, to musiało nastąpić wtedy. Pieniądze…? Nie, skąd, wcale tam pieniędzy nie miała, pieniądze trzyma w kosmetyczce, ale, o Boże drogi, wszystkie dokumenty! Dowód osobisty, prawo jazdy, kartę rejestracyjną, karty kredytowe, paszport, legitymację służbową, coś tam jeszcze… Po co, kretynka, nosiła przy sobie paszport…?!

Ekspedientka usiłowała ją pocieszyć, przypominając, że przynajmniej nie poniosła strat finansowych, co sprawiło, że w roztrzęsioną facetkę jakby grom trafił.

– Jezus Mario, karty kredytowe…! Samochód…! Do banku…! Unieważnić…! Mój mąż wyjdzie…! Zamkną mi…! Niech mi ktoś pomoże…!

Robiła wrażenie, jakby sama próbowała rozerwać się na sztuki i popędzić w kilku kierunkach równocześnie. Oko jej padło na Elunię, stojącą przed wejściem do salonu obuwniczego niczym słup wkopany w ziemię. Nikogo więcej tam nie było, nieliczni klienci, słysząc rozdzierające okrzyki, spoglądali z daleka i nie biegli z pomocą, w bliskości znajdowały się tylko dwie ekspedientki, jedna w perfumach, druga wśród butów, oraz Elunia, po swojemu znieruchomiała, wstrząśnięta i pełna współczucia.

– Pani zadzwoni do mojego męża! – krzyknęła do niej rozpaczliwie ofiara dokumentów. – Tu gdzieś musi być telefon! Remiaszko Józef, pani zapisze! Ja do banku muszę! Pani mu powie, co mi się stało, samochód stoi na ulicy przed domem, na karcie jest adres! Niech go schowa, niech zabezpieczy! Błagam panią!

Znieruchomienie Eluni tym razem miało charakter łagodny, zdołała je przemóc. Zapisała nazwisko męża i numer telefonu na otrzymanym przed chwilą paragonie, facetka rzuciła się ku schodom i znikła jej z oczu. Elunia ruszyła na poszukiwanie telefonu.

Aparat udostępniono jej grzecznie w sąsiednim salonie odzieżowym. Z długości numeru i rodzaju zawartych w nim cyfr odgadła, iż mąż ma przy sobie komórkowy. Dodzwoniła się od razu.

– Czy pan Józef Remiaszko? Dzwonię z polecenia pańskiej żony, ukradziono jej wszystkie dokumenty, w tym kartę rejestracyjną samochodu. I ona prosi, żeby pan zabezpieczył samochód, który stoi przed domem, a złodziej na karcie ma adres.

– Co? – powiedział pan Remiaszko. Elunia powtórzyła całą wypowiedź.

– Kto pani jest? – spytał podejrzliwie pan Remiaszko.

– Eleonora Burska… Ale to przecież nie ma znaczenia, ja tu akurat jestem przypadkiem!

– Gdzie pani jest?

– W Panoramie.

– I to w Panoramie tę krowę okradli?

Elunia pomyślała, że nie chciałaby pana Remiaszki za męża.

– Nie, mówiła, że w sklepie elektrotechnicznym.

– A co ona robiła w sklepie elektrotechnicznym?

Elunia nagle pojęła, dlaczego pani Remiaszko nie zadzwoniła do męża sama, co. zdawałoby się, powinno jej zająć krótką chwilę, tylko zwaliła to na nią.

– Nie wiem, co robiła w sklepie elektrotechnicznym – powiedziała cierpliwie. – Nie mówiła. Pewnie coś kupowała.

– Znów nie to co trzeba i do niczego się nie nada!

– Na to, proszę pana, to ja już nic nie poradzę. Pańska żona prosi, żeby pan zabezpieczył samochód. Żeby go nie ukradli – dodała na wszelki wypadek, bo pan Remiaszko mógł spytać „po co?”

– A ona sama nie może?

– Nie, ona musiała lecieć do banku ze względu na karty kredytowe.

– Jakie karty kredytowe?

– Te, które jej ukradli.

– To karty jej też podpieprzyli? Cholera. Ja się stąd teraz nie ruszę. Pani tam pojedzie, do tej gabloty.

– Co…?

– Pani, mówię. I poczeka pani, aż ta pularda przyjedzie. Albo ja. Zna pani adres?

– Nie, skąd. Ale, proszę pana…

– Piłkarska sześć. Willa. Pięć baniek płacę.

Elunię nagle ta cała rozmowa rozśmieszyła. Równocześnie pomyślała, że pięć milionów to jest akurat to, co wczoraj straciła w kasynie, pan Remiaszko zamierza wyrównać jej stratę, bardzo to ładnie z jego strony. Przypadkiem wiedziała, gdzie znajduje się ulica Piłkarska, jadąc do Marriotta, miała ją po drodze. A czasu to chyba dużo nie zajmie, bo pani Remiaszkowa. o ile zna swojego męża, będzie się śpieszyła do domu. Możliwe także, że i mąż się ruszy, a chętnie by zobaczyła, jak też on wygląda.

– Dobrze – powiedziała. – Zaraz tam jadę. Jaki to samochód?

– Mercedes zielony metalic. Pani weźmie taksówkę na mój koszt.

– Nie chcę taksówki, jestem samochodem.

– Za benzynę zwracam. Burska Eleonora, ja pamiętam.

Zabrzmiało to tak, że Elunia się prawie zaniepokoiła. Przyszło jej na myśl, że gdyby nie pojechała teraz pilnować tego ich samochodu, pan Remiaszko wytoczyłby jej sprawę sądową. Obarczyłby ją winą za ewentualną kradzież. Rozłączył się już. Na wszelki wypadek postanowiła się pośpieszyć.

Zielony mercedes stał na ulicy przed willą numer sześć, nikt go jeszcze nie ukradł. Elunia odetchnęła z ulgą i ustawiła się za nim.

Po trzech kwadransach zmarzła, włączyła zatem silnik, żeby trochę ogrzać wnętrze. Gdzie mogli się podziać państwo Remiaszkowie i dlaczego w tak dramatycznych okolicznościach nie wracali do domu, nie umiała sobie wyobrazić. Przeszła już kolejno fazy zwykłego oczekiwania, zniecierpliwienia i wściekłości, teraz zaczęła się niepokoić. Jeśli każde z nich myśli, że do domu wróciło to drugie, w rezultacie może nie wrócić żadne. Co ona wtedy ma zrobić? Spędzić na pilnowaniu ich samochodu całą noc czy zgoła resztę życia…?

Willa pod numerem sześć stała ciemna i cicha, najwidoczniej państwo Remiaszkowie nie mieli ani dzieci, ani gosposi. Chociaż dzieci może, przypuszczalny wiek okradzionej damy wskazywał na możliwość posiadania dzieci już dorosłych, które mogły mieszkać gdzie indziej albo zażywać rozrywek do białego poranka. W sąsiedniej willi jaśniały okna, poza tym jednak na tej małej, bocznej uliczce panowała cisza i spokój. Tylko Wiktorską czasem coś przejeżdżało.

Po dwóch godzinach Elunia zaczęła marzyć o radiowozie policyjnym. Komenda policji na Malczewskiego znajdowała się blisko, mogłaby tam dojechać w ciągu minuty, zawiadomić o sytuacji, zwalić na nich tę opiekę i zejść z posterunku, ale niezła już znajomość życia kazała jej się przed tym rozwiązaniem zawahać. Wiadomo było przecież, że może tu tkwić rok i nic się nie będzie działo, odjedzie na dwie minuty i właśnie wtedy ktoś to pudło ukradnie. Nie, ruszyć się nie może, ale gdyby tak dopaść radiowozu…

Albo może tego sąsiedniego domu…?

Godzina była jeszcze ze wszech miar przyzwoita, dochodziło wpół do dziewiątej. Elunia obmyśliła sobie plan, wysiadła, zamknęła swoją toyotę, włączyła alarm i podeszła do furtki numer cztery.

Dzwoniła trzeci raz, kiedy wreszcie brzęknęło i odezwał się głośnik.

– Kto tam?

– Ja w sprawie samochodu – powiedziała żałośnie. – Burska jestem.

Przypadkowo, nieświadoma doskonałości pomysłu, wybrała najwłaściwsze słowa ze wszystkich możliwych. Sprawa samochodu intryguje każdego, a dodatkowe podanie całkowicie obcego nazwiska z jednej strony budzi zaufanie, a z drugiej zaś aż się prosi o rozwiązanie zagadki. Ni przypiął, ni wypiął, tajemnicza postać przychodzi w sprawie samochodu, co też to może oznaczać…?

– Moment – powiedział głos z wnętrza. W głośniku coś szemrało i jakby z pewnej odległości dobiegły Elunię słowa:

– …nie w główkę, cóż znowu. Staw kolanowy…

Głośnik prztyknął i rozległ się brzęczyk u furtki. Elunia pchnęła ją, uczyniła kilka kroków i weszła na schodki. Drzwi otworzyły się, zanim do nich dotarła, w progu stanął jakiś facet.

– Bardzo przepraszam – powiedziała Elunia pośpiesznie, oglądając się za siebie i sprawdzając, czy ma jeszcze czego pilnować. – Czy pan mógłby przez pięć minut popatrzeć na tego mercedesa, który tam stoi, przed szóstką…

– Remiaszków?

– No właśnie, pani Remiaszkowej ukradli kartę rejestracyjną i jest obawa, że samochód też ukradną, ja tu pilnuję, bo mnie proszono, ale już nie mogę dłużej i chciałam szybko pojechać na policję, żeby teraz oni popilnowali, ale boję się go tak zostawić, bo może już się tu ktoś czai. To potrwa chwilę, gdyby pan przez ten czas popatrzył…

Mimo, iż facet stał w mroku, a światło miał za plecami, widać było, jak się rozpromienił. Z niewiadomych powodów zagrożenie samochodu państwa Remiaszków napełniło go żywą radością.

Zgodził się skwapliwie.

– A dobrze! Proszę bardzo! Oczywiście! Popatrzę, dopilnuję, niech pani spokojnie jedzie! Proszę bardzo! Proszę bardzo!

– Dziękuję, ja tu jeszcze wrócę…

Na Malczewskiego Elunia dojechała rzeczywiście w ciągu minuty i nawet nie musiała wchodzić do komendy, bo radiowozy stały przed nią. Nie wdając się w rozważanie podziału funkcji, dopadła pierwszego. Przez całą tę minutę jazdy powtarzała sobie, co powinna powiedzieć, żeby wypadło to krótko i rzeczowo, złożyła zatem relację wyjątkowo sensowną. Starszy sierżant wysłuchał i rzekł:

– Dowód pani pozwoli.

Spisał jej dane, po czym wypowiedział kilka słów w radiotelefon. Następnie zażądał pilotowania, aczkolwiek z pewnością doskonale wiedział, gdzie znajduje się ulica Piłkarska. Elunia przystała chętnie, bo i tak nie odczepiłaby się od niego, dopóki trzymał w ręku jej dowód osobisty. Nie miała najmniejszej ochoty na wyrabianie sobie kolejnego.

Mercedes nadal stał przed willą, nietknięty.

Radiowóz i toyota zatrzymały się za nim. Starszy sierżant poprosił Elunię do siebie.

– Teraz niech pani powie to wszystko jeszcze raz, bo ja muszę sporządzić notatkę. Owszem, karta rejestracyjna to ułatwienie dla złodziei, możliwe, że przy okazji uda się ich złapać, chociaż zysku z tego tyle co kot napłakał. Ale nic, niech pani mówi.

Pełna nadziei, że wreszcie uda się jej pozbyć tych uciążliwych i wysoce ziębiących obowiązków, rezygnując już nawet z odzysku strat kasynowych, Elunia opowiedziała wszystko jeszcze raz, bardzo porządnie i dokładnie. Nie kryła nawet swoich poglądów na charakter pana Remiaszki.

– Czegóż, do żółtej febry, ci ludzie nie wracają do domu? – zastanowił się starszy sierżant – To już będzie… zaraz… przeszło trzy godziny. Na ich miejscu ja bym wrócił.

– Ja myślę, że on myśli, że ona wróciła – odparła Elunia. – A ona myśli, że on wrócił.

– No tak. On pracuje albo przepycha interesy przez bufet, a ona siedzi u jakiej przyjaciółki i płacze jej w mankiet. A my tu musimy pilnować. Tam nikogo nie ma, w tym domu?

– Chyba nie, przez cały czas ciemno.

– Ale pięćset złotych to pani powinna od niego dostać. Zimno jak diabli. Nie zmarzła pani?

– Zmarzłam okropnie, ale potem już siedziałam na włączonym silniku. No, nie bez przerwy. Ale on dobrze grzeje, ten mój samochód. Jeśli pan uważa, że powinnam dostać, to ja do niego jutro zadzwonię i się upomnę. O ile, oczywiście, panowie nie stracą cierpliwości i ten mercedes mu ocaleje, ale gdyby go w końcu jednak ukradli, ja się bardzo boję, że będzie na mnie. On się de mnie przyczepi.

– Żadne takie. Jest notatka służbowa, już my sobie z nim pogadamy. Proszę, pani dowód.

– I mogę już stąd odjechać?

– Owszem, może pani.

Dojeżdżając do domu, Elunia nabrała nagle wątpliwości. Niemożliwe przecież, żeby radiowóz policyjny, z pewnością obarczony rozmaitymi obowiązkami, wiekował na ulicy Piłkarskiej, niezbyt chyba przestępczej już chociażby z racji niewielkich rozmiarów. Wezwą go gdzie indziej, gdzie się coś stanie, złodziej taką chwilę wykorzysta, tego mercedesa rąbną, a pan Remiaszko życie jej zatruje. Po co ona się w ogóle wdała w ten cały idiotyzm…? A, prawda, w obliczu nieszczęścia pani Remiaszkowej stała jak głupia, zamiast uciec… A należało, pani Remiaszkowa sama zadzwoniłaby do męża i uzgodniliby między sobą… Jednakże stała, przepadło, obiecała pomoc, teraz nie ma prawa tak się całkiem wypiąć… Zawróciła i ponownie ruszyła w kierunku Piłkarskiej. Podjeżdżała powolutku, zakłopotana kolejnym problemem. Policja, jeśli ciągle tam stoi i pilnuje, pomyśli jeszcze, że ona nie ma do nich zaufania. Nieładnie. I nietaktownie. No dobrze, podjedzie od Racławickiej i popatrzy z daleka, podejdzie na piechotę…

Już z końca ulicy dostrzegła, że mercedes stoi, a policji rzeczywiście nie ma. Z willi obok wyszło dwóch facetów, którzy szybkim krokiem udali się ku Wiktorskiej. Przelotnie Elunia pomyślała, że ten sąsiad, który tak radośnie zgodził się spoglądać na mercedesa, miał gości, goście mówili coś o główkach i kolankach… Może policja też go skłoniła do spoglądania…?

W tym momencie ujrzała radiowóz, powoli wjeżdżający w Piłkarską i zatrzymujący się obok willi numer sześć. Ulgi doznała niebotycznej. Równocześnie z willi numer cztery wyszedł jeszcze jeden osobnik, całe przyjęcie tam było albo może grali w brydża… Na moment jakby się zawahał, przystanął, zapalił papierosa i ruszył w kierunku Racławickiej. Po drodze minął Elunię, która znieruchomiała z ulgi.

Radiowóz jeszcze stał, kiedy nastąpiły dwa wydarzenia. Elunia odzyskała zdolność ruchu, a pod willę numer sześć podjechała limuzyna, mogąca obudzić zawiść całej młodzieży męskiej Warszawy oraz krajów sąsiednich. Wysiadł z niej istny bałwan, ogromny i potężny, i podszedł do mercedesa.

Dusza, instynkt, a nawet rozum powiedziały Eluni wyraźnie, że jest to pan Remiaszko. Zważywszy, iż była już uruchomiona, biegiem rzuciła się w jego kierunku. Z radiowozu wysiedli starszy sierżant z kierowcą i razem wziąwszy, pod willą zrobił się tłok.

Elunia dobiła ostatnia, pierwszych słów nie dosłyszała, dopadł jej dopiero dalszy ciąg.

– …dobra, a gdzie jest ta, jak jej tam… – mówił pan Remiaszko.

– Tutaj – powiedziała, nie czekając nawet na swoje nazwisko. – Ja bym chciała wiedzieć, gdzie jest pańska żona, która miała zaraz przyjechać. Zmarzłam tu prawie do grypy!

– Ejże! – warknął pan Remiaszko podejrzliwie. – Miała pani być samochodem? Elunia się nagle rozzłościła.

– A gdybym przyjechała na koniu, to co? Robi to panu różnicę?

– Pewnie, że robi, cen owsa akurat nie znam. Dobra, pudło stoi. Panowie, żadnych zeznań, pojęcia nie mam, co ta moja narozrabiała, jutro do was poleci z propelerem. Jakby co, ta pani była przy tym, a nie ja, nic nie wiem. Eleonora Burska powinna się nazywać. Dobra, za robotę się płaci…

Wyciągnął z kieszeni kilka setek, odliczył pięć i wręczył Eluni, która przyjęła je bardzo chętnie. Po czym odesłał ją do domu.

– A teraz wykruszaj się stąd, moja panno, fruń do chaty, aspirynę i kielicha, taka jest moja rada. Za szpital nie płacę, już cię tu nie ma.

Z oburzenia Elunia omal nie znieruchomiała ponownie. Ciężka uraza jednakże jakoś sama obróciła ją tyłem do przodu i pchnęła w stronę Racławickiej. Odmaszerowała bez słowa, zapomniawszy nawet, że miała usprawiedliwić jakoś przed policją swoją ponowną obecność tutaj, żeby o niej źle nie pomyśleli.

Rzecz jasna, nie pojechała już do kasyna.


* * *

Stefana Barnicza nie widziała już od trzech dni, mimo najszczerszych chęci nie mogła jakoś dobić do kasyna, ustawicznie coś jej wchodziło w paradę. Siedząc przy stole i odwalając robotę, postanawiała granitowe, że dziś już stanowczo tam pojedzie, bez względu na wszelkie przeszkody. O szóstej. A może nawet o piątej. Z pracą zdąży, da sobie radę, w ostateczności popracuje w nocy.

Kwadrans po piątej, kiedy gotowa już do wyjścia Elunia wiązała sobie na szyi dekoracyjną apaszkę, zadzwonił dzwonek u drzwi. Nie pytała „kto tam”, tylko wyjrzała przez wizjer i ujrzała znajomą twarz. A, ten policjant, zaraz, jak mu tam… Komisarz Bieżan!

Edzio Bieżan wszedł do wnętrza i z miejsca poraził go widok salonu Eluni.

– O, urządziła się pani! – wykrzyknął mimo woli. – No, pięknie! Istny pałac! A mówiła pani, że nie ma pani pieniędzy…?

Elunia nie zwróciła uwagi na cień podejrzliwości, jaki pojawił się w jego głosie. Była dumna z siebie.

– Otóż, niech pan sobie wyobrazi, oszukałam pana. Ale bezwiednie. Zupełnie zapomniałam, że mam, wygrałam na wyścigach. Z tym że na koncie rzeczywiście miałam dwadzieścia cztery złote i szesnaście groszy, a te z wyścigów były w domu, od razu zaczęłam robić zakupy. No a teraz oczywiście już mi przybyło, przelewy przyszły jeszcze przed końcem roku. I jest na czym usiąść, proszę bardzo.

Edzio Bieżan skorzystał z zaproszenia. Eluni mignęła w głowie propozycja kawy albo innego poczęstunku, ale przypomniała sobie, że śpieszy się do kasyna, a napoje mogłyby przedłużyć wizytę i ugryzła się w język. Komisarz Bieżan rozglądał się dookoła i robił wrażenie człowieka, który dysponuje mnóstwem czasu.

– Wczoraj, zdaje się, miała pani jakieś dziwne przygody – zaczął bez zbytniego nacisku. – Mogłaby mi pani o nich opowiedzieć?

Elunia westchnęła z rezygnacją i usiadła w fotelu, przysuwając sobie popielniczkę.

– Zgadza się. Przeżyłam kompletne kretyństwo i dziwię się, że nie mam dziś co najmniej kataru. Rozumiem, że ona, ta Remiaszkowa, złożyła swoje zeznanie, uważam, że prawdziwe, bo pewnie o to panu chodzi. Byłam w tej Panoramie i widziałam ją akurat, jak odkryła kradzież. Jest zupełnie niemożliwe, żeby udawała, zdenerwowała się potwornie i miała autentyczne łzy w oczach, gdyby symulowała, byłaby najlepszą aktorką świata. Nie wierzę w taki ukryty talent.

– A potem co?

– A potem, jak głupia, z dobrego serca, zgodziłam się dzwonić do tego jej potwornego męża i pilnować ich samochodu. No dobrze, przyznam się, nie tylko z dobrego serca, rozśmieszyło mnie, że Remiaszko chce pokrywać moje straty…

Edzio Bieżan siedział na przecudownie miękkiej kanapie, patrzył na ścienną dekorację z suchych roślin i czuł się jak w niebie. Wokół niego znajdowały się same piękne rzeczy, a świadek, na nowo przeistoczony w podejrzaną, sam z siebie, dobrowolnie, wyjawiał mu wszystkie szczegóły z okolicznościami towarzyszącymi włącznie. Elunia, żywo dotknięta wczorajszą sytuację, zwierzała mu się bez żadnych ograniczeń.

– Zaraz – powiedział, kiedy właściwie dojechała już do końca. – Niech pani jeszcze wróci. Jak to było, jak pani poszła do domu obok, każdy najmniejszy drobiazg jest dla mnie ważny. Każdy szczególik. Bardzo proszę, niech pani sobie wszystko przypomni.

– Zadzwoniłam do furtki trzy razy – zaczęła posłusznie Elunia i nagle zreflektowała się. – Ejże, chwileczkę! I znów pan mnie tak zostawi?!

– Jak?

– Już poprzednim razem powiedziałam panu wszystko, a pan mnie nic! Do tej pory nie wiem, o co to chodziło, co za jakiś idiotyzm mnie spotkał, o co w ogóle byłam podejrzana! Ja się tak nie zgadzam, też coś chcę wiedzieć! Czy coś się dzieje? Niech mam przynajmniej o tym jakieś pojęcie, niech pan nie będzie taki obrzydliwy!

– Nie nie, cóż znowu, wcale nie zamierzam być obrzydliwy – zapewnił Bieżan pośpiesznie. – Myślałem, że pani to nie interesuje, ale skoro tak, oczywiście, wszystko pani powiem. Ale nie teraz, na końcu, nie chcę pani niczym sugerować. Proszę, pani pierwsza.

– Ale powie pan…?

– Powiem, jak Boga kocham!

Elunia uwierzyła mu i złagodniała.

– No dobrze. Zadzwoniłam trzy razy i dopiero po trzecim razie głośnik przy furtce się odezwał. Powiedziałam o samochodzie i przedstawiłam się, tam byli goście, przez ten włączony głośnik było ich słychać…

– Co mówili? – przerwał Bieżan chciwie.

– Jakąś głupotę. Parę słów usłyszałam. Nie główka, tylko kolanko, tak ktoś powiedział, nie, nie tak, główka owszem, ale to kolanko… A, wiem, staw kolanowy!

– Tak powiedzieli? Nie główka, tylko staw kolanowy?

– No właśnie, tak.

Bieżan poczuł w sobie dreszcz szczęścia.

– Pani jest po prostu cudowna – rzekł po chwili milczenia. – I co?

Elunia zdziwiła się nieco swoją znakomitą jakością, ale posłusznie mówiła dalej.

– Nic. Zgasili głośnik i zamek zabrzęczał, więc weszłam. I potem, skoro chce pan szczegóły, mogłabym przysiąc, że ten facet w progu okropnie się ucieszył. Może nie lubi Remiaszków i miał nadzieję, że naprawdę ukradną im samochód. Wprost zachęcał mnie, żebym sobie pojechała.

– Zachęcał, rozumiem. A ci goście… Skąd pani wie, że goście, a nie na przykład telewizja gadała…

– Bo ich widziałam. Jak wychodzili. Wtedy kiedy wróciłam, mówiłam panu, akurat wyszli, dwóch razem, a zaraz potem trzeci i nawet pomyślałam, że pewnie grali w brydża.

– Która to była godzina, dokładnie?

– Pięć po dziesiątej. Ciągle patrzyłam na zegarek. A sześć po dziesiątej przyjechał Remiaszko.

– I jak oni wyglądali, ci goście, którzy wyszli?

– Nie wiem.

– O Boże, widziała ich pani przecież!

– Dwóch tylko z daleka, a ciemno przecież było. Z daleka wyglądali jednakowo, tego samego wzrostu, podobne sylwetki, kapelusze mieli na głowach i tyle. A ten jeden, który mnie minął…

Elunia urwała i zastanowiła się, Bieżan patrzył na nią z zachłanną nadzieją, chciała mu zrobić przyjemność.

– Minął mnie – podjęła z namysłem. – Nic mnie nie obchodził, ale spojrzałam. Chyba trochę niższy od tamtych dwóch, mógł mieć… mniej niż metr osiemdziesiąt i więcej niż metr siedemdziesiąt pięć. Może metr siedemdziesiąt osiem…

– Zdołała pani tak dokładnie ocenić?

– Ja wzrost umiem. Przyrównuję do siebie. Odrobinę szczuplejszy, taki, powiedziałabym, zręczny, to było widać, jak szedł. Palił papierosa. Młody dosyć, koło trzydziestki, żadnych kudłów, ogolony. I nos musiał mieć długi i wyraźny, bo mu jakoś tak wystawał spod kapelusza, zaświecił się pod latarnią, kobieta by się spaliła ze wstydu, gdyby tak się jej nos świecił… Więcej, bardzo mi przykro, nie zauważyłam. A, miał wypchaną prawą kieszeń w jesionce i wystawała z niej odrobina czegoś czarnego, nie wiem, co to było.

Zamilkła. Bieżan też milczał, porządkując swoją wiedzę.

– No, to teraz pan – zażądała nagle Elunia z wielką stanowczością.

– Co ja… A! Dobrze, zaraz…

Elunia znów przestała być podejrzana. Jej opis sytuacji i jednostek ludzkich pasował idealnie do zeznań ofiar, a do tego jeszcze dostarczał nowych elementów. Bruździły pieniądze, ale tu sprawę mogły wyjaśnić zwyczajne zawiadomienia bankowe. Ponadto na wyścigach wygrała w jego oczach…

Podjął decyzję.

– Żeby już skończyć z niepewnością co do pani, bo przyznaję, że bywa pani podejrzana w kratkę, okoliczności tak się układają… Czy mógłbym zobaczyć pani zawiadomienia bankowe?

Elunia żywo zerwała się z fotela.

– Proszę bardzo. Ja ich, na szczęście, nie wyrzucam i teraz już mam szuflady, proszę, niech pan sam popatrzy.

Bieżan umiał czytać, a oblicze zawiadomień bankowych było mu doskonale znane. Obejrzał tego cały stos, obejmowały okres prawie roku i wymownie świadczyły o doskonałej prawdomówności Eluni. Wszystko się zgadzało, miała pieniądze, nie miała pieniędzy, wpłynęły jej, zostały podjęte i niewątpliwie wydane, ostatnio znów wpłynęły… Właściwie na żadnym kłamstwie nie złapał jej ani razu.

– No dobrze – zgodził się, odsuwając od siebie papierowy śmietnik. – Powiem pani ogólnie, w czym rzecz…

Elunia uznała nagle, że tak interesującą chwilę jednakże należy uczcić. Kasyno nie zając. Przerwała mu.

– Zaraz. Napijemy się czegoś. Co pan woli, kawę, herbatę, piwo, wino…? Koniak może? Skoro już kupiłam barek, musiałam go czymś zapchać, mam tam pełno wszystkiego.

Bieżan po krótkiej walce wewnętrznej wybrał kawę z koniaczkiem. Elunia błyskawicznie zastawiła stół. Kawę przyniosła w termosie, przy czym w pośpiechu udało jej się zaparzyć rekordową, co najmniej potrójną.

– No, teraz słucham!

– Ogólnie – zastrzegł się Bieżan. – Szczegółowo nie mogę, sama pani rozumie. Otóż istnieje afera, ktoś ograbia ludzi z pieniędzy, posiadanych w banku na kontach. Podejmuje na czeki, wystawiane na okaziciela… czasem nawet na nazwisko. Odbierają te pieniądze co najmniej dwie osoby różnej płci, na różne dowody osobista, widać już, że kradzione. Poprzednim razem, jak tu byłem, właśnie pani podjęła…

Elunia zamarła z kieliszkiem przy ustach.

– Nie, nie – uspokoił ją szybko Bieżan. – Już wiadomo, że nie pani, to na ten pani ukradziony dowód osobisty. W środę właśnie, a ja porządnie sprawdziłem, że pani ten czas spędziła na wyścigach, gdyby to było bliżej, mógłbym jeszcze mieć jakieś wątpliwości, ale z wyścigów do banku i z powrotem, razem z poczekaniem, to by było najmarniej półtorej godziny, odpada. Więc nie pani.

Elunia zdołała przełknąć odrobinę ożywczego napoju, ostrożnie odstawiła kieliszek, po czym chwyciła go ponownie i chlupnęła sobie więcej. Bieżan ze zrozumieniem kiwnął głową i ciągnął dalej.

– Tak to ogólnie wygląda. A przy tym nikt niczego nie fałszuje, ofiary są zwyczajnie terroryzowane i same podpisują swoje czeki. Ostatnio ruszyli także karty kredytowe. A co do wczorajszego wieczoru, to trudno się dziwić, że tego sąsiada tak ucieszył pomysł sprowadzenia policji, skoro właśnie siedzieli u niego terroryści. Nabrał złudzeń, że się uda ich od razu przypudłować, ale nic z tego, byli dla niego za mądrzy. Ci brydżowi goście, których pani widziała, to akurat byli przestępcy. Wyszli sobie spokojnie i nikt na nich nie zwrócił uwagi, pani jest jedyną osobą, która jednego widziała z bliska.

Elunia zdążyła już oswoić się z tematem i nieruchomość jej nie napadała. Do myślenia także była zdolna.

– Niemożliwe! – zaprotestowała z energią. – Wykluczone, żebym tylko ja, a te ofiary? Przecież też ich musieli widzieć z bliska!

– Przestępcy występują w maskach. Grube, czarne worki na łbach, szparki na oczy i tyle. Ani włosów, ani ucha, ani kształtu głowy, nic. To czarne w kieszeni, to zapewne był worek. Po wyjściu od ofiar zdzierają to z głowy i wyglądają jak normalni ludzie, nikt na nich nie zwraca uwagi.

– Idiotyzm. A te ofiary, to co? Nie wyskakują za nimi z krzykiem, nie lecą do sąsiadów, nie dzwonią do banku z ostrzeżeniem? Tak siedzą w kącie i płaczą?

– Niech pani nie wymaga ode mnie za wiele… No dobrze, powiem. Po pierwsze, oni im siedzą na karku ze spluwą w ręku aż do końca, to znaczy do chwili, kiedy wspólnik odbierze forsę. Wychodzą dopiero, jak się okaże, że wszystko gra. Po drugie, zazwyczaj ich związują, bardzo lekko i humanitarnie, tak, żeby się sami mogli uwolnić w ciągu godziny czy dwóch, ale ta godzina im wystarczy…

– Jak uwolnić? – zaciekawiła się Elunia.

– Na ogół metodą pana Zagłoby. To muszą być oczytani ludzie… Doczołgać się na przykład do noża, który im kładą specjalnie w wyliczonej odległości, albo coś w tym guście. A po trzecie, to już najgorsze, mają doskonałe rozeznanie i przeważnie dopadają takich, którzy wolą straty niż policję. Żadnego szumu koło siebie nie robić…

– I każdy im tak ulega?

Bieżan sam sobie dolał kawy i odrobinę koniaku, bo Elunia z przejęcia straciła z oczu własny stół.

– Mówiłem o terroryzmie, nie? Żadnej broni maszynowej ze sobą nie noszą, mały pistolet z tłumikiem i brzytwa. Nikogo nie chcą zabijać i dzięki pani właśnie zrozumiałem to do końca. Tylko uszkodzić. Dokładnie to, co pani usłyszała, przestrzelić staw kolanowy, to duża nieprzyjemność. I wybierają sobie do tego żonę albo dziecko, a był już wypadek, że jedna żona straciła rękę, to znaczy nie amputowali jej, ale już wiadomo, że na resztę życia ma niedowład. Mąż okazał się przesadnie stanowczy… No i brzytwa. Babie przeważnie obiecują piękną twarz, dla dzieci też nie mają litości. No co? Wystarczy pani?

Dla doznania wstrząsu Eluni wystarczyło najzupełniej, szczególnie dzieci ją poruszyły. Przypomniała sobie tajemnicze rozmowy telefoniczne sprzed kilku tygodni. Nagle je zrozumiała.

– Aaaa…! Brudne pieniądze! Ten jakiś, ten od krowy niebiańskiej, miał uprane…!

– No więc właśnie – przyświadczył Bieżan i z wielkim zadowoleniem napił się koniaku.

Przez długą chwilę Elunia przyswajała sobie zdobytą wiedzę. Wciąż jeszcze udawało się jej myśleć.

– I na mnie padło… O mój Boże… Ale przecież… zaraz… tej Remiaszkowej ukradli wszystko, przecież chyba wystarczy popilnować, zawiadomić bank, wprowadzić do komputera… Jeśli na jej dowód ktoś będzie coś odbierał…

– Mogę pani powiedzieć, że już odebrał. Ta idiotka… zdaje się, że jej mąż miał trochę racji… Nosiła przy sobie karty kredytowe, dwie ściśle biorąc, a przy nich te tajne numery. Nie zdążyła zablokować, podjęli wszystko w bankomatach. Co do dowodu natomiast, to go nawet nie dotkną, nie wyobraża pani sobie nawet, ile dowodów ludziom ginie, kradną im, gubią je, mnóstwo osób pojęcia nie ma, że już im dowód diabli wzięli, ma pani przykład na sobie. Ostatnio zrealizowano czek na dowód osobisty faceta, który od pół roku siedzi w Kalifornii. Z dowodem poczekają, aż kradzież przyschnie, teoretycznie to się sprawdza, ale w praktyce, po pewnym czasie, już uwaga słabnie i te informacje umykają.

– Ale na zdjęciu w dowodzie jest inna osoba!

– Wcale nie trudno upodobnić się do zdjęcia. Byle płeć się zgadzała, no i nie może kudłaty gówniarz przyjść ze zdjęciem łysego starego pryka, bo coś takiego da się zauważyć i podpadnie. Oni postępują inteligentnie, ta jakaś szajka, co ja tu będę panią pouczał… No, w każdym razie już pani wie, o co chodzi.

– A ten dziennikarz na wyścigach…?

– Jeszcze go nie wykorzystali. Odżałować nie mogę, że wtedy nie wypytałem pani dokładnie, jak wyglądał ten drugi, ten, co mu portfel wyciągnął, ale myślałem, że mi go pani pokaże. Teraz już pani nie pamięta…?

Z wielkim żalem Elunia pokręciła głową.

– Nie. Prawie nie spojrzałam. W dodatku pochylał się nad stolikiem i włosy mu na twarz opadały. Nawet nie wiem, czy miał wąsy. Nie poznałabym go, gdyby stanął przede mną, najwyżej wydałoby mi się, że już go kiedyś widziałam, przelotnie, aleja widuję przelotnie mnóstwo ludzi. Przy następnej okazji popatrzę porządnie.

– Lepiej niech pani unika następnej okazji – poradził Bieżan ostrzegawczo. – Już im się pani naraziła, a tacy nie lubią niepotrzebnych świadków. Widziała pani z bliska dwóch… Chyba że to był ten sam, co wczoraj, na ulicy…?

– Nie wiem. Mam wrażenie, że nie.

– Też myślę, że nie. Kto inny kradnie, a kto inny to wykorzystuje. Za dowody złodziejom nieźle płacą, a transakcje tak się odbywają, że też ciężko do czegoś dojść. Właściwie największym ułatwieniem dla nich i utrudnieniem dla nas jest to, że ludzie nie zgłaszają zaginięcia dowodu osobistego od razu, tylko z opóźnieniem. Chyba że podnoszą taki krzyk, jak ta Remiaszkowa, ale tu też, jak się okazuje, przeciwnik był szybszy…

Niezmiernie przejęta, zainteresowana aferą i usatysfakcjonowana w dużym stopniu Elunia prawie nie zauważyła upływu czasu. Kiedy Bieżan pożegnał ją wreszcie, było wpół do ósmej. Zastanowiła się, zawahała i postanowiła jednak pojechać do kasyna. Chociaż na dwie albo trzy godziny, zależy jak jej tam wyjdzie…

Stefan Barnicz siedział przy automacie i wszystkie maszynerie wokół niego były zajęte. Na ten widok Elunia znieruchomiała, odstała swoje i zyskała czas na podjęcie jakiejś' decyzji. Wszelka myśl o przestępstwie, które emocjonowało ją przez pół wieczoru i które całą drogę rozważała i wałkowała, teraz wyleciała jej z głowy, ustępując miejsca doznaniom sercowym.

– Dobry wieczór – powiedziała smętnie za plecami upragnionego mężczyzny, przy czym już same plecy ciągnęły ją nieprzeparcie. – Widzę, że wszystko zajęte i nie wiem, na czym grać, bo chciałam zacząć od automatów. Chyba zamienię je na ruletkę.

Stefan Barnicz najwyraźniej w świecie był dżentelmenem. Wstał z krzesła i przywitał się z nią.

– Dawno pani nie widziałem. Jeśli chce pani automat, to proszę bardzo, bo ja zaraz będę musiał wyjść. Zajmę go dla pani.

Eluni zupełnie nie o to chodziło. Mimo rosnącego zamiłowania do hazardu, wolała faceta i tylko dla niego tu przyszła. Jeszcze się nie rozegrała, na razie wypełniał ją inny rodzaj uczuć. Z całej siły postarała się nie okazać rozczarowania.

– Dziękuję bardzo, nie chcę pana wypędzać…

– To nie pani mnie wypędza, tylko życiowe konieczności. Właściwie już mnie tu powinno nie być. Wypuszczę ten kredyt i proszę, ma pani miejsce.

Puknął w odpowiedni guzik i wysypywane złotówki zaczął od razu zbierać do garnka. Na kredycie miał więcej niż czterysta punktów, musiał zatem jeszcze zaczekać na wypłatę gotówkową. Elunia mogła przez ten czas iść do kasy po złotówki dla siebie, ale nie oddaliłaby się teraz za nic w świecie, za wszelką cenę chciała wykorzystać każdą sekundę jego obecności. Bodaj tę chwilę oczekiwania na obsługę. Stała obok i nic nie mówiła, bo w hałasie, jaki czynił automat, i tak ludzkiego głosu nie było słychać.

Automat skończył nareszcie wysypywać wygraną i brzęczeć, powarczał jeszcze trochę i zamilkł. Stefan Barnicz pochylił się ku Eluni.

– Ale muszę panią ostrzec, że tu obok gra jedna pani, bardzo sympatyczna, tylko niemiłosiernie gadatliwa. Nie wiem, czy pani ją wytrzyma, bo ja już nie. Komentuje wszystko, swoje i cudze, bardzo nerwowo. Niech się pani z góry nastawi.

Elunia miała większe zmartwienia niż gadatliwa baba. Usilnie i w pośpiechu zastanawiała się, jak by tu się z nim umówić, dowiedzieć się chociaż, kiedy będzie, o której przychodzi, jak często w ogóle bywa, mówił, że codziennie albo raz na miesiąc, a tu jej wychodzi ani jedno, ani drugie, jak ona ma na niego trafiać? Jego trafianie na nią, najwyraźniej w świecie, nieszczególnie go interesuje…

W tym momencie od drugiej strony podszedł jakiś osobnik, którego Elunia natychmiast gorąco polubiła. Znajoma twarz, urocza postać.

– Zwracam pojutrze, po szesnastej – powiedział w przelocie do Barnicza, rozwiązując jej problem.

– Będę – odparł krótko Barnicz.

Eluni błogość spłynęła na serce. Nie musi już się wygłupiać i popadać w natręctwo, bez żadnych pytań też będzie. Dwie noce przesiedzi, żeby podgonić robotę i zyskać czas. Instynkt podpowiedział jej, że umawiają się tutaj i w grę wchodzi zwrot pożyczki, jakoś podobnie to wyglądało, kiedy znajomy jej był winien…

– Zajmie mi pan? – poprosiła. – Pójdę do kasy…

– Ja też idę do kasy, tam odbiorę. Bardzo pechowo mi się składa, że muszę wyjść akurat, kiedy pani przyszła. Szkoda.

„No to umów się ze mną, ty głupcze” – pomyślała Elunia gniewnie, ale nie powiedziała ani słowa.

Patrzył jej w oczy, całując dłoń na pożegnanie, uśmiechnął się i znów w niej serce stopniało. Nie przyszło jej nawet do głowy, że właściwie teraz, kiedy Stefan poszedł, ona już nie ma tu co robić i również mogłaby pójść. Z błogością w duszy zabrała swój garnek ze złotówkami i wróciła do automatu.

Panią, która także wróciła do swojego zajętego krzesła obok, zauważyła tylko dzięki temu, że pani nie wróciła w milczeniu.

– Jak to? – zwróciła się do Eluni od razu. – A gdzie pan Stefan? Tu pan Stefan gra, czy on już poszedł? Mówił, że wychodzi, o mój Boże, nie zdążyłam, a tak liczyłam na niego! Niech pani sama powie, przegrywa tu człowiek i przegrywa, coś okropnego, one tak specjalnie, te automaty, pani Joanna też mówiła, że na naszą przegraną są ustawione, ja nie mam szczęścia, osiem milionów już w to włożyłam… Proszę pana, tu jest zajęte, ja tu gram, czy pan tego nie widzi? Na kredycie jest sto złotych!

Ostatnie słowa nie do Eluni zostały skierowane, tylko do jakiegoś osobnika, który podszedł i usiłował wrzucić złotówkę do automatu o jeden dalej. Ogłuszona nieco Elunia zorientowała się, iż dama gra na dwóch automatach równocześnie, były to te jakieś inne, nie karciane, średnio urozmaicone, zauważyła je, ale nie nabrała do nich serca. W każdym razie, zważywszy nagłą zmianę rozmówcy, nie musiała nic odpowiadać.

– Ale pani gra na tamtym… – zaprotestował nieśmiało napadnięty osobnik.

– Na tamtym i na tym! Kredyt widać, prawda? Chce pan grać za cudze pieniądze?! Proszę, tam dalej ma pan wolne, a dopóki są wolne, ja mogę grać na dwóch! I gram! Co za ludzie, oczu nie mają, a czyja byłaby wygrana? Ja gram po pięć, a on mi tu jeden wrzuca, przecież w ten sposób główną wygraną można zmarnować! O! No proszę! No proszę! Pani popatrzy, złote, o mało co…!

W trakcie gadania pani zaczęła grać, coś jej się ustawiło złośliwego, Elunia popatrzyła pod presją, nie zrozumiała, co widzi, ale domyśliła się po chwili, dwie złote siódemki ustawiły się na linii środkowej, trzecia zaś o jedną linię wyżej. Otumaniona coraz lepiej tym gadaniem, Elunia dopiero po chwili zorientowała się, że dalszy ciąg skierowany jest do niej bezpośrednio.

– To co pan Stefan, szło mu dzisiaj, a mnie już wychodzi, resztki mi ledwie zostały, tak na niego liczyłam, że mi pożyczy, czy on już całkiem poszedł? Pan Stefan poszedł?

– Poszedł – odparła Elunia.

– No proszę, spóźniłam się! Może on jeszcze co da…? Nic nie da! Pani to daje, o…!

Elunia dostała karetę i poczuła się wręcz nieswojo, drgnęły w niej jakby wyrzuty sumienia. Rzeczywiście, jej automat płaci, a ten obok nie chce. To co powinna zrobić? Nic chyba… Albo może z grzeczności wszystko tracić, dublować pechowo i będzie z głowy…

Facetka nie ustawała w gadaniu.

– Nie daje. Nic nie daje. Za ostatnie gram, żeby chociaż trochę! To tak nie można tego zostawiać, w końcu musi zapłacić! Nie starczy mi… o, u pani znów, co dał? Kolor! No proszę! I patrzyłam, nikogo znajomego nie ma, nawet lichwiarza, u kogo ja mogę pożyczyć, na pana Stefana liczyłam, tu mi proponują, ale czyja wiem… No daj coś, kochany, czerwone chociaż, jak nie złote, no daj coś, no, jest…! Mało. A u pani sypie i sypie…

Do reszty już zgłupiawszy, usiłując przegrywać z uprzejmości, Elunia jęła dublować co popadło i wszystkie dublowania wychodziły jej szczęśliwie, jak na złość. Rzeczywiście, jej automat sypał. Sama już nie wiedziała, co robić, kiedy ten obok nagle też sypnął, przerywając babie w pół słowa, tysiąc punktów poleciało jej na kredyt wśród licznych brzęków. Ucieszyła się tak szaleńczo, że rzuciła się Eluni na szyję, omal nie spychając jej z krzesła, ucałowała ją, bliska była ucałowania automatu, z nowym zapałem przystąpiła do gry i gadania.

I znów zaczęła przegrywać. W żaden sposób nie mogąc przegrać jej do towarzystwa, Elunia poczuła się zobowiązana przynajmniej do zwiększonej uprzejmości. Stefana Barnicza zrozumiała już dawno, chociaż może on był odporniejszy, ona nie, presja gniotła ją nieznośnie, pod przymusem spoglądała na ekran obok, wyrażała współczucie, usiłowała nawet odpowiadać na pytania. Przyznała się, że bywa tu od niedawna, wyjawiła zawód, przyświadczyła, iż pochodzi z Warszawy. Wyznała, że od dzieciństwa potrafi grać w karty. Więcej informacji o sobie udało się jej nie udzielić, pani bowiem przeważnie po zadaniu pytania nie zostawiała czasu na odpowiedź. Wrażenia przepełniały ją tak, że musiała dawać im ujście i najwyraźniej w świecie mówiła cokolwiek z emocji i zdenerwowania.

Kiedy wreszcie przegrała wszystko i na każdym z dwóch automatów zostało jej po dziesięć złotych, Elunia doznała ulgi niebotycznej, obok niej bowiem zapanowała cisza. Pani nie zamilkła, cóż znowu, zajęła sobie oba urządzenia i odeszła. Elunia miała niejasne wrażenie, iż poszła gdzieś pożyczać pieniądze. Odetchnąwszy głęboko, zajęła się wreszcie w spokoju własną grą.

Dziesięć minut trwała ta ulga. Pani wróciła, jeszcze bardziej rozgorączkowana niż poprzednio.

– No i ma pani, zgodziłam się, bo inaczej się nie dało, wyraźnie mi powiedzieli, zastawiłam dowód. Zastaw tysiąc złotych, jak nie wykupię do jutra, to mi przepadnie i co ja wtedy zrobię… Powiem, że mi ukradli. Na co im ten dowód, no tak, liczą na to, że każdy wykupi, oczywiście z procentem, ale jak nie, to ja nie wiem…

Elunia nagle zaczęła słuchać uważnie.

– …za sprzedaż dają nawet tysiąc dwieście, nic nie rozumiem, do czego to komu, ale dla mnie dzisiaj akurat jedyna szansa, no trudno, ostatecznie sprzedam i dołożą mi dwieście… No, nareszcie! Jest! Jest! Kochany, złoto moje…!

Ustawiły jej się owe upragnione złote siódemki i na kredyt przeleciało pięć tysięcy. Nie była to jeszcze najwyższa wygrana, Elunia nie mogła się zorientować, jaki układ właściwie daje owego jackpota, dziesięć czy dwadzieścia tysięcy złotych, ale rozgadanej pani już i te pięć wystarczyło do euforii. Wypuściła je z automatu wśród okrzyków i objawów sympatii do otoczenia.

– No widzi pani? Widzi pani? Mówiłam, że tego tak zostawiać nie można, w końcu musi coś dać! Odegrałam się, jeszcze tu, na tamtym będę grała, ten dowód mi szczęście przyniósł, wykupię od razu, chociaż to też z procentem, albo może tam pójdę, do tamtych, na jajkach niedużo, czternaście tysięcy, ale tam one częściej chodzą, zajmę sobie… Tu też zajmę, pani popilnuje, o, pani też coś dał…! Zaraz tam pójdę do tego lichwiarza, no, zapłać coś…! Zapłać!

Wykorzystując chwilę, kiedy pani zamknęła gębę i wygarniała z korytka wysypane złotówki, Elunia zdołała się odezwać.

– Jak to, dowód? – spytała. – Jaki dowód? Osobisty?

– No tak, na dowód osobisty pożyczają, to jakaś nowa moda, jest tu jeden taki, pokazali mi go, to taka ostateczność. Lombard owszem, naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, ale tam strasznie marnie płacą. Ten pierścionek chciałam zastawić, o, proszę, brylant, trzy karaty, wie pani, ile mi zaproponowali? Trzysta złotych! A to warte co najmniej trzy tysiące, nie zgodziłam się, już wolę dowód…

– I tak każdemu pożyczają na dowód?

– Nie wiem, chyba każdemu. Albo może niektórym. Mnie znają, ja tu bywam. No, gdzież oni są, z tymi pieniędzmi…?!

Nie wiedząc, o co dalej pytać, Elunia zamilkła, ale zrobiło się jej gorąco. Wróciło nagle zainteresowanie aferą, w którą została wplątana. Dowód osobisty, z tego co mówił komisarz Bieżan, całe przestępstwo oparte było na dowodach osobistych, ktoś tu musiał chyba zgłupieć doszczętnie, jeśli aż tak jawnie pchał się do nich i tak drogo za nie płacił. Wystarczyłoby przecież złapać go i przesłuchać…

Pani obok odebrała swoją gotówkę, uszczęśliwiona, włączono automat na nowo. Elunia popadła w rozterkę, z jednej strony chciała sobie wreszcie pograć spokojnie, miała już za co, bo przez to grzecznościowe dublowanie wzbogaciła się zupełnie nieźle, z drugiej zaś nabrała ogromnej chęci, żeby się czegoś więcej dowiedzieć. Pani obok była niewyczerpanym źródłem informacji. Z trzeciej strony jednakże wyglądało na to, że powiedziała wszystko, co wie, i żadnego dalszego ciągu już się z niej nie wydusi. Chyba że pokaże palcem tego faceta od dowodów…

Panią skusił optymizm i na nowo zaczęła grać na obu automatach. Elunia zdobyła się na brutalność i przerwała jej gadanie.

– Czy nie powinna pani tego dowodu odebrać od razu? Ten ktoś, ten lichwiarz, pójdzie sobie, a kto wie, co będzie jutro…

– Ale tak, o tak, zaraz tam pójdę do niego. To znaczy, on tu jest. Zaraz…

Niewątpliwie pani mówiła coś jeszcze, ale Eluni nie udało się tego usłyszeć, bo odwróciła się i nawet kawałek odeszła, wpatrując się w salę. Wróciła po chwili.

– …tam stoi, przy bufecie. Zaraz go…

– Który to? – przerwała Elunia, nie kryjąc ciekawości. – Pokaże mi go pani? Na wszelki wypadek, bo to nigdy nie wiadomo, może się przydać.

Zsunęła się z krzesła, pani bez namysłu powlokła ją za rękę i wyjrzała zza sąsiedniej grupy automatów.

– A o, ten! Ten, który rozmawia z panem Januszkiem, z tym siwym. To bardzo przystojny facet, pan Janusz, prawda? Sama bym na niego poleciała. Ten za nim, na drugim stołku.

Elunia energicznie odebrała jej ramię i przeszła kilka kroków dalej. Nieznacznie przyjrzała się facetowi na drugim stołku. Nie znała go, dotychczas nigdy nie wpadł jej w oko. Pamiętna złożonej Bieżanówi obietnicy postarała się obejrzeć go porządnie i zapamiętać, zatem podejść bliżej… Zamówić coś w bufecie! Wprawdzie kelnerki chodziły po sali, ale co to szkodziło, mogła je przeoczyć.

Zamówiła ziołową herbatkę, zaczekała na nią, zamierzała od razu zapłacić, ale uświadomiła sobie, że nie ma czym. Torebkę z portmonetką zostawiła przy automacie. Mimo to herbatkę jej oddano, a kelnerka miała za chwilę podejść i odebrać zapłatę. Wszystko razem trwało tyle czasu, że Elunia zdołała nauczyć się faceta na pamięć.

Rozgadana pani wiernie pilnowała jej dóbr.

– Zaczekałam, żeby tu pani nikt nie wlazł, ale zaraz tam idę. Tu zajmę, pani spojrzy, dobrze? Na tym już nie gram, przestał dawać, a tu kredyt zostawiam…

O jedenastej wieczorem Elunia wciąż była średnio wygrana i niewątpliwie grałaby dalej, z nadzieją na dużego pokera, taką nadzieję bowiem mieli wszyscy i działała zaraźliwie, gdyby nie to, że pani wróciła i na nowo zaczął się terkot. Tam, na tamtych z jajkami, przegrała okropnie, może na tym tutaj się odegra, a w dodatku ten od dowodów poszedł sobie i już dziś dokumentu nie wykupi, chyba że on jeszcze przyjdzie, ale czy jej nie zabraknie w końcu pieniędzy, to już trudno, Wykupi jutro…

Terkot sprawił, że Elunia zreflektowała się. Poczuła się ciężko zmęczona, straciła nawet ochotę na ruletkę, poza tym przypomniała sobie, że nie dla gry przyszła. Tej pani nie wytrzyma ani przez jedną chwilę dłużej, iść stąd i pogrążyć się w ciszy i niech nikt do niej nic nie mówi, nawet przez telefon! Jutro nie przyjdzie za skarby świata, ale pojutrze bezwzględnie tak!

Zanim położyła się spać, wpisała jeszcze w swój komputer dość nietypową treść.

„Około 40. Wzrost 175. Blondyn, niebieskie oczy, włosy krótkie. Bezbarwny, brwi gęste, ale bardzo jasne. Duże uszy. Nos trochę wypukły, cienki. Chudy, żylasty. Spokojny, ale żywy, szybkie ruchy. Elegancko ubrany. Na palcu prawej ręki złoty sygnet z arabskim wzorkiem. Buty numer 8. Wystająca grdyka. Długa szyja”.

Po czym uprzytomniła sobie, że nie ma żadnych szans uszczęśliwić tym opisem Bieżana, ponieważ nie zostawił jej numeru telefonu…


* * *

Kazio zadzwonił o poranku ze Sztokholmu z informacją, że jeszcze przez jakiś czas go nie będzie. Ze dwa tygodnie, a może nawet odrobinę dłużej, objeżdża całą Skandynawię, panuje tu zima i swobodna komunikacja sprawia mu drobne kłopoty. Stęsknił się już nieznośnie.

Elunia przyjęła ten komunikat z najdoskonalszym spokojem i nawet lekką ulgą. Kazio akurat był jej potrzebny jak dziura w moście, zajęta kim innym, wolała go mieć w pewnym oddaleniu, aczkolwiek w pierwszej chwili błysnęła w niej chęć podzielenia się z nim ostatnimi, sensacyjnymi doznaniami. Jakoś chyba przywykła do rozmów z nim. Zrozumiałby, może nawet doradził, miałby jakieś interesujące pomysły, a już z pewnością słuchałby z szalonym zainteresowaniem. Jednakże w grę wchodził Stefan, z Kaziem zdecydowanie kolidujący, upragniony i niepewny, nie umiałaby go-ominąć, więc lepiej, że Kazia nie ma, i niech go jeszcze trochę nie będzie. Z nadzieją pomyślała o śnieżycach, gołoledziach i sztormach, które mogłyby przedłużyć jego pobyty w każdym miejscu, do jakiego dotrze, powiadomiła go, że ma mnóstwo roboty i odłożyła słuchawkę.

Interesowało ją owo pojutrze, które dziś już zrobiło się jutrem. Stanowczo zamierzając poświęcić większość dnia rozrywkom nagannym, usiadła do pracy i w pierwszej kolejności trafiła w komputerze na swoją wczorajszą notatkę. Już sięgała po słuchawkę, żeby zażądać od policji odszukania Bieżana, kiedy nagle zastanowiła się, co robi. Jasne jest przecież, że odszukany i zainteresowany tematem Bieżan przyleci do niej akurat w chwili jej wychodzenia z domu i znów ją zatrzyma, i znów się okaże, że Stefan Barnicz właśnie wychodzi…

O nie, żadne takie!

Praca szła jej w kratkę, to znakomicie, to jak z kamienia. Tym jutrem czuła się przejęta i zdenerwowania. Jutro, jutro, jutro… W co się ubrać…?

Oderwała się nagle od roboty i poszła do łazienki umyć głowę, potrzebne jej wszak było twarzowe uczesanie. Z mokrymi i doskonale ułożonymi włosami wróciła do stołu, suszyć ich nie miała zamiaru, szkoda czasu, mogły wyschnąć same. Obmyśliła sobie strój, co sprawiło, że opakowanie nowego proszku do prania wyszło jej zgoła wystrzałowo. Odmówiła spotkania z przyjaciółmi na zwyczajnej kawce, odmówiła wizyty u rodziców, usprawiedliwiając się głową, i omal nie odmówiła udziału w weselu Andrzejka, kumpla ze studiów, który żenił się właśnie jakoś wspaniale, wesele zaś miało się odbyć za półtora tygodnia i z upragnionym jutrem nie miało nic wspólnego. Wypadało w sobotę.

– Oczywiście dostaniesz uroczyste zaproszenie – powiedział Andrzejek przez telefon. – Będzie cała finansjera i świat interesu, bo w takie sfery wchodzę, Bożenka, znasz ją przecież…

– Słabo…

– Nie szkodzi, mnie znasz silniej. Bożenka robi za jedynaczkę, teściowie urządzają, apartamenty pałacowe, szał w ogóle i balanga w elicie. Upiór w operze. Ja też chcę mieć swoich ważnych gości!

– Ja jestem ważna? – zdziwiła się Elunia.

– Kotka masz czy doisz ze mnie komplementy? W fachu mówi się o tobie z dużą zawiścią, a skunksy różne zastanawiają się, z kim sypiasz…

– Z Kaziem – przerwała Elunia, od razu rozzłoszczona.

– To ja wiem i wiem, że Kazia nie będzie, nie zdąży chyba wrócić ze służbowych wojaży. Między nami mówiąc, trafiło mu się jak ślepej kurze. Ale na tobie mi zależy, co ci będę kit wciskał, dlatego dzwonię zawczasu, żebyś wiedziała. Nie zrób mi parcha jakiego!

Elunia solennie obiecała bytność na ekskluzywnym weselu, odłożyła słuchawkę i natychmiast chwyciła ją ponownie. Znała numer Andrzejka w pracy.

– Stroje jakie? – spytała bez wstępów.

– Jakbyś miała, to gronostaje. Niech mnie pluskwa podepcze, jak tam się nie objawią baby w diademach brylantowych. Wieczorowe cholernie, a ja, nie śmiej się, będę we fraku.

– Rozumiem – powiedziała Elunia z przejęciem i znów odłożyła słuchawkę.

Na myśl o wielkiej gali zrobiło jej się przyjemnie i dalszy ciąg pracy wręcz strzelił iskrami. Andrzejek miał rację, o Eluni zaczynało się mówić, do reklam przejawiała nosa i szczęśliwą rękę. Nikt nie wiedział, że najlepiej wychodziły jej przy równoczesnym wymyślaniu dekoracji dla siebie. Teraz też ta weselna suknia przysporzyła jej szaleńczego natchnienia.

Zrodzone z pojutrza jutro wreszcie nadeszło.

Odwaliwszy potężną robotę, z czystym sumieniem Elunia znalazła się w kasynie już o trzeciej po południu. W domu od pierwszej przezornie nie podnosiła słuchawki, wysłuchując tylko sekretarki. Zapisała numer telefonu nowego zleceniodawcy, bezlitośnie zostawiła odłogiem zdenerwowaną Jolę, zlekceważyła propozycję spotkania w telewizji i poważnie potraktowała tylko Agatę, której ciągle była winna sto złotych. Umówiła się z nią na następny dzień.

Stefan Barnicz przyszedł w kwadrans później i zajął miejsce obok niej.

– Miło mi panią widzieć – rzekł przy powitaniu. – Jak pani wytrzymała przedwczoraj? Dokopało pani tak, że zrobiła pani dzień przerwy?

Z wielkim wysiłkiem Elunia zdołała wydobyć z siebie głos.

– Miał pan rację, to było okropne. Czy ta pani tak zawsze?

– Zawsze. Miejsce w pobliżu to istne tortury. Dzisiaj chyba nie przyjdzie, bo wczoraj mocno przegrała i będzie musiała odetchnąć.

– Pan wczoraj był?

– Byłem. Miałem nadzieję, że pani też będzie. Elunia rozpaczliwie zdusiła w sobie żal i pretensję do samej siebie.

– Nie, ja tak często nie mogę, brakuje mi czasu. Akurat mam dużo roboty, ale wyszłam do przodu i postanowiłam odpocząć.

– A co pani robi?

– Reklamy. Jestem grafikiem. Nawaliło mi się zleceń i nie mam kiedy odetchnąć.

– Ale ma pani nienormowany czas pracy?

– No pewnie, mogę pracować w nocy albo o świcie, albo w święto. Ale muszę dotrzymać terminów. A pan?

– Co ja?

– Co pan robi?

– Interesy. Rozmaite. Też mam nienormowany czas pracy i też muszę dotrzymywać różnych terminów. No dobrze, idę po pieniądze. Zajmie mi pani…?

Własnym ciałem Elunia gotowa była bronić automatu obok siebie. Stefan Barnicz okazywał jej wyraźną sympatię i patrzył na nią z upodobaniem, ale ciągle to nie było to! Ona się zakochała, nie było tu co ukrywać, a on ledwo drgnął. Niemniej, parę godzin obok siebie, w obłoku wspólnej namiętności, mogło coś dać…

Wspólna namiętność doprowadziła Elunię niemal do bankructwa. Absolutnie zbulwersowana obecnością upragnionego już rzetelnie mężczyzny tuż obok, grała najdoskonalej idiotycznie. Podnosiła i obniżała stawkę w niewłaściwych momentach, dublowała bez natchnienia, zatrzymywała nie to co trzeba, udało jej się nawet przeoczyć karetę i wyłącznie miłosierdzie sił wyższych pozwoliło jej na tę karetę wygrać. Zmarnowała dwa fule, kolor i nieprzeliczoną ilość trójek. Czwarty raz poszła po pieniądze, z niepokojem stwierdzając, że lada chwila zabraknie jej posiadanej przy sobie gotówki i zastanawiając się, co jej zostało na karcie kredytowej. Przypomnienie, iż zasiliła ją prawie całą pierwszą wygraną, sprawiło jej niejaką pociechę.

Następnie przypomniała sobie whisky.

– Otóż wygląda na to – powiedziała smętnie, siadając na swoim krześle – że będę zmuszona wpaść w alkoholizm. Te automaty chyba lubią whisky, nie wiem jeszcze, czy mają wymagania co do gatunku. Trudno, znów zostawię samochód…

– A jaki gatunek pani sobie życzy? – spytał natychmiast Stefan Barnicz, wyraźnie rozweselony.

– Jacka Danielsa. To ja, nie wiem jak on…

Wskazała palcem automat, który na wspomnienie Jacka Danielsa chyba się ucieszył, bo natychmiast ustawił jej strita. Stefan Barnicz obejrzał się na kelnerkę, zamówił napój dla pani.

– Ja tu mam wolny drink, więc niech pani nie zawraca głowy – rzekł stanowczo. – Nie będę się wtrącał, ale on powinien zacząć płacić lada chwila. Chyba że ma pani wyjątkowego pecha, ale dotychczas tego nie stwierdziłem.

– Nie mam wyjątkowego pecha – odparła Elunia ze skrywanym rozgoryczeniem, myśląc równocześnie, że prawdziwy, porządny pech w grze świadczyłby może o jego rosnącym upodobaniu do niej. Trochę tego pecha widać, ale cóż to jest…

Równocześnie dostała whisky i karetę. Pomyślała sobie, że raz kozie śmierć, zdubluje, albo to dublowanie wyjdzie i wtedy trochę się wzbogaci, albo kareta przepadnie i wtedy nabierze nadziei na niego. I tak dobrze, i tak dobrze, rzadka sytuacja, kiedy każdy rezultat ją ucieszy. Chlupnęła sobie whisky i puknęła w dublowanie.

Dublowanie wyszło. Grała za dziesięć i uzyskała rezultat taki, jakby grała po dwadzieścia. Wciąż z nadzieją na szczęście raczej w miłości, puknęła w dublowanie ponownie i dublowanie znów wyszło.

– Czy pani jest chora na wątrobę? – spytał sucho za jej plecami znajomy z wyścigów. – Od wątroby się żółknie. Niech się pani opamięta.

Zaskoczona i wytrącona ze swoich marzeń Elunia zrezygnowała z kolejnej wróżby i przerzuciła osiemset punktów na kredyt. Nie było siły, na miłość nie miała szans.

Kiedy ilość punktów na jej kredycie doszła do czterech tysięcy, Stefan Barnicz nagle się nią zainteresował. Elunia wciąż grała idiotycznie, tyle że teraz najwyższą stawką. Dublowała co popadło i dublowanie wychodziło jej niczym Chińczykowi. Zajęło ją to w końcu porządnie, powolutku przestawiała się z uczuć na hazard, dostała następną whisky, czego nawet nie zauważyła. Ton głosu współtowarzysza gry lekko nią wstrząsnął.

– Podziwiam pani odwagę i wyczucie – powiedział jakoś tak, że niemal ogarnął ją płomień. – Fantastyczne. Czy w życiu postępuje pani podobnie? Z takim samym rezultatem?

Wybita nagle z uderzenia Elunia opanowała swoje szaleństwo. Spojrzała na kredyt, cztery tysiące osiemset, Jezus Mario, przecież to są żywe pieniądze! Przestać się wygłupiać, facet facetem, a forsa forsą, brać co swoje i w krzaki. No dobrze, weźmie, ale nie odejdzie stąd przecież, nadzieja, jak wiadomo, umiera ostatnia…

Nadzieja Eluni miała twarde życie. Stefan Barnicz podłożył do ognia, chociaż uparcie nie usiłował się umówić. Gdyby Elunię wychowano inaczej, bardziej współcześnie, gdyby miała inny charakter, zachowałaby się bez wątpienia agresywniej, sama zaproponowałaby jakieś spotkanie na innym terenie, postąpiłaby jak większość dziewczyn, zuchwale i zdobywczo, ale gdzieś w jej duszy tkwiła uparta staroświeckość, która kazała oczekiwać inicjatywy od mężczyzny. Zapewne był to wpływ babci, po której odziedziczyła różne cechy, w tym upodobanie do hazardu…

Wzrokiem wdzięcznej, łagodnej i bezradnej łani spojrzała na mężczyznę obok. Okropne i cudowne zadławienie w całym jestestwie zdołała przed nim ukryć.

– Nie mam pojęcia – powiedziała niepewnie. – Ogólnie biorąc, na rezultaty nie narzekam, ale one pochodzą z uczciwej pracy. Za to spotykają mnie rozczarowania, w tym jedno zasadnicze… Wyczucie może owszem, ale odwagą nie mam co się chwalić, bałam się śmiertelnie miliony razy.

– Czego?

– Buhaja – odparła konfidencjonalnie Elunia, którą opadły nagle wspomnienia z dzieciństwa. – Rozpędzonego. Egzaminów. Pociągu. Publicznych występów. Okropnego potwora, który nic mi nie zrobił. O Boże, wszystkiego. Nawet ślubu.

– Pani ma męża?

– Już nie, rozwiedliśmy się – powiedziała z westchnieniem wyraźnej ulgi i nagle coś w niej błysnęło. – A pan ma żonę?

– Nie, też się rozwiodłem. W takim razie ma pani zdecydowane szczęście do gry. Należy to wykorzystać.

– Jak?

Stefan Barnicz prztyknął w maksymalną stawkę swojego automatu, dostał dwie pary, zdublował je z powodzeniem i znów odwrócił się do niej. Było na co patrzeć, Elunia wyglądała czarująco. Nadawała się doskonale do chwytania w ramiona, okoliczności jednak stanowiły zdecydowaną po temu przeszkodę. Opanował się od razu, i to nawet bez wielkiego wysiłku, ponieważ zasadniczo nęciły go drobne, chude, wydrowate brunetki, a nie okazałe i łagodne blondyny. Elunia była nie w jego typie, o czym, na szczęście czy nieszczęście, nie wiedziała. Widok jednakże stanowiła przyjemny i właściwie można by ją było zużytkować sporadycznie, dla zwyczajnej odmiany. Ciągnęło go ku niej wbrew upodobaniom ogólnym.

– Powinna pani możliwie często bywać w kasynach. Po wygraniu w jednym powinna pani iść do innego, Pałac Kultury, Grand Hotel, Victoria… Nigdy nie należy od razu grać tam, gdzie się wygrało poprzednio, trzeba to mieszać. Przy takim farcie ma pani wielkie szansę wzbogacić się dodatkowo, a to jeszcze nikomu nie zaszkodziło…

Elunia była tego samego zdania.

– A pan tam bywa?

– Niekiedy. Grand Hotel, uprzedzam panią, to są wyłącznie automaty, jako kasyno dość jednostronny…

Znów przystąpił do gry i przestał się nią zajmować. Elunia zabrała swoją wygraną i ponownie zaczęła od zera. Zaliczała się niewątpliwie do szczęśliwców, bo automat nagle ruszył, zaczął płacić, pozwalał dublować, następne dwa tysiące punktów Elunia osiągnęła z łatwością i rozpłomieniona grą napoczęła trzecią whisky. Zauważyła, co pije, i odwróciła się do Barnicza.

– Czy pan ma źle w głowie? Ja naprawdę mam wpaść w alkoholizm?

– Skoro przychodzi pani tu rzadko, a w domu, jak sądzę, zachowuje pani umiar, alkoholizm pani nie grozi. Za to wyraźnie widzę, że przy whisky pani wygrywa. Nie mam już dziś obowiązków, chętnie panią odwiozę.

Na taką deklarację Elunia gotowa była urżnąć się w drzazgi i w czarnoziem. Kiwnęła głową bez słowa i oddała się odziedziczonej po babci namiętności.

Duży poker wzbudził średnią sensację i ogromny szacunek dla niej. Zważywszy iż pojawił się na samym początku czwartej whisky, Elunia była całkowicie trzeźwa. Na ekran patrzyła z żalem i rozgoryczeniem, w obliczu takiego zwycięstwa mężczyzna był dla niej stracony. Niemożliwe jest wygrywać na wszystkich frontach, dostała kolejne dwieście starych milionów, niechby je szlag trafił, nie chciała tych pieniędzy, chciała Stefana Barnicza więcej niż czegokolwiek innego na świecie.

Odwiózł ją oczywiście, o drugiej w nocy, po następnej wygranej w ruletkę, od której Eluni o mało szlag nie trafił. Nadzieja, mimo odporności, zdychała. Radykalnie upić się nie zdołała, zapewne zbyt wolno tę whisky piła, wciąż była trzeźwa i wciąż miała swoje opory.

I znów ją pożegnał przed drzwiami, a zaproszenie na herbatę przez gardło jej nie przeszło. Chciała go wszystkim, skórą, sercem, paznokciami! Gotowa była te idiotyczne pieniądze wyrzucać oknami z nocnego tramwaju, z ostatniego piętra Pałacu Kultury…!

Poszła spać nieszczęśliwa, zdenerwowana, wściekła, pełna żalu i pretensji do siebie, do niego i do całego świata. Pazury namiętności zaczynały ją już szarpać dwustronnie. Mimo to, ku własnemu zdumieniu, spała doskonale, aczkolwiek przez całą noc śnił jej się wcale nie upragniony mężczyzna, tylko ekran automatu…


* * *

Agata, w celu odzyskania swoich stu złotych, wymyśliła miejsce spotkania w barku na ulicy Kruczej, naprzeciwko Grand Hotelu. Przepełniona była chęcią zwierzeń.

– I powiem ci, nie wiem, co zrobić – mówiła nerwowo. – Jeden bogaty jak diabli, a drugi mi się cholerycznie podoba. Ja nie Justynka, ona poszła na całość, za kurtyzanę robi, trzech sobie znalazła, jakim cudem ich separuje, to ja nie wiem, ale przysięgam Bogu, sześć karatów na jej palcu widziałam, że nie z zębów, to pewne, chociaż własny gabinet otworzyła. Co ja mam woleć, sześć karatów czy chłopa…?

– Chłopa – mruknęła Elunia na bazie ostatnich doświadczeń uczuciowych.

– Głupiaś. To się tak łatwo mówi. Dziecko mam.

– Tatuś dziecku potrzebny…

– Żarcie i buty też, nie? Ten mój, co mi na nim zależy, gówno posiada. Co ja mam zrobić?

– Sama nieźle zarabiasz…

– Ty się puknij gdzie popadnie. Na chłopa, dziecko i siebie nie starczy mi, cobym się skichała na śmierć. A on nie zarobi, bo głupi. Co ja mam zrobić…?

Propozycji, żeby Agata zaczęła grać w kasynie, Elunia nie ośmieliła się wygłosić. Zwróciwszy sto złotych, pożyczyła jej pięćset i przysięgła uroczyście, iż ta suma nie będzie jej potrzebna co najmniej przez rok. Gnębiły ją wyrzuty sumienia, że nie potrafi udzielić sensownej rady, a sama posiada pieniądze. Najchętniej oddałaby Agacie ostatnią wygraną, pod warunkiem otrzymania w zamian Stefana Barnicza.

Po okrzyku Agaty „o rany, on już jest!” pozostała sama. Przez długą chwilę wpatrywała się w budynek po drugiej stronie ulicy, aż nagle dotarło do niej, co widzi. Grand Hotel. Bardzo dobrze, tam jest to kasyno z automatami, w Marriotcie wygrała, powinna grać gdzie indziej, skoro nie może zaspokoić swoich uczuć, niech przynajmniej zyska pieniądze i niech to wszystko szlag trafi…

W ciągu dziesięciu minut zorientowała się, jak ta impreza w Grand Hotelu wygląda. Jakieś osobliwe automaty zainteresowały ją, do niczego nie były podobne, zapragnęła je wypróbować. Sprawdziła, ile ma przy sobie pieniędzy, po udzieleniu Agacie pożyczki zostało jej niewiele. W kasynie jednakże istniał bankomat, niedawno zainstalowany, mogła podjąć, co chciała, z karty kredytowej…

Mniej więcej w czwartej godzinie znakomitej rozrywki grającej tanio Eluni zabrakło pieniędzy. Z ciekawości, co z tego wyniknie, udała się do bankomatu. Bez najmniejszego trudu uzyskała pięćset złotych, po czym, wciąż z ciekawości, podjęła następne pięćset złotych. Trzeciej próby nie dokonała, pochwaliła urządzenie i zajęła się grą.

W jakimś momencie oczekiwania na manipulacje automatu, który z cichym terkotem przerzucał grubszą wygraną na kredyt, za plecami usłyszała rozmowę. Obejrzała się z niesmakiem, przekonana, że kibice stoją jej nad głową, ale okazało się, że nie. Owszem, stali, nie nad nią jednak, tylko nad innym graczem, do niej odwróceni tyłem, tak zajęci sobą, że nawet na jej ekran nie spojrzeli. Uwagi czynili głośno.

– …trzeci raz? Widziałeś? Co to za jakiś?

– No właśnie nie wiem. Obca gęba…

– I co, przyleciał i od razu tam się rzucił, do tej szafy? Dała mu?

– Przecież wam mówię, blisko usiadł, czterdzieści żetonów wziął, za stówę, prawie nie gra i co pięć minut szmal z pudła wyciąga. Po trzy razy, czterdzieści pięć baniek już zachapał, a teraz, czekajcie, spojrzę… o, znowu. To już będzie miał sześćdziesiąt. Zna go kto?

– Czekaj, popatrzę…

Trzej kibice poruszyli się, jeden wyszedł na środek sali i Elunia stwierdziła, że był to pracownik kasyna, członek obsługi technicznej. Spojrzał w kierunku bankomatu, przyglądał się przez chwilę i wrócił do swoich znajomych.

– Fakt, bierze. Nie znam człowieka, pierwszy raz go widzę. Ciekawa rzecz. Po pieniądze tu przyszedł? Pozostali zaczęli się śmiać.

– Jeden, co wie na pewno, że wyjdzie bogatszy, niż był…

Eluni zabrakło napoju, który tu stanowił niewinny sok grapefruitowy. Alkoholu wolała nie ryzykować. Podniosła się z krzesła i podeszła do bufetu, przy okazji również spoglądając w stronę bankomatu. Zrozumiała rozmowę, ktoś jak szaleniec co chwila podejmował z bankomatu pieniądze, właściwie trudno mu się było dziwić, o tej porze wszystkie banki były już zamknięte, a mógł nie znać innych miejsc usytuowania owych skarbców…

Akurat kiedy na niego patrzyła odwrócił się i podszedł do najbliższego automatu. Przez chwilę widziała z daleka jego twarz i doznała wrażenia, że jest w niej coś znajomego. Musiała się już kiedyś na niego natknąć, może mignął jej w Marriotcie, skoro odwiedza kasyna…

Nic ją to nie obchodziło, zabrała swój sok i wróciła na miejsce.

Panowie za jej plecami nadal rozmawiali.

– Paweł mówi, że już raz tak było, dopiero co, niedawno. Też przyleciał jakiś, nie ten, inny, też się rzucił do bankomatu i nawet nie udawał, że gra. Po gotówkę przyszedł. Potem musieli dzwonić do banku i na nowo to pudło napełniać, bo zabrakło w nim pieniędzy.

– To i teraz pewnie zabraknie.

– No to co cię to obchodzi? To na kartę kredytową się bierze. Masz kartę?

– Mieć mam, tylko pieniędzy tam nie ma…

Odbiwszy swoje straty i osiągnąwszy całkiem niezłą wygraną, Elunia zmieniła automat na inny, który też ją ciekawił. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, że postępuje bardzo rozsądnie. Na tym innym najpierw przegrała prawie cały zysk, potem zaś wygrała dwa razy więcej. Zastanawiając się, czy nie zmienić automatu ponownie, siedziała przez chwilę bez gry i bezwiednie zmieniła nie automat, tylko tok myślenia. Wpadł człowiek i wcale nie zażywał rozrywki, ciągnął forsę z bankomatu w okropnym pośpiechu. Na kartę kredytową. Co to ona słyszała ostatnio o kartach kredytowych i ograbianiu…? Ktoś zdążył podjąć cudze…

Nagle przypomniało się jej. Oczywiście, ta, jak jej tam, Remiaszkowa, komisarz Bieżan mówił…

I równocześnie przypomniała sobie, skąd zna twarz owego podejmującego pieniądze faceta. Skojarzenie z Remiaszkami nastąpiło błyskawicznie. To jego właśnie widziała na Piłkarskiej, w ciemnościach, niewyraźnie, w kapeluszu, tu go ujrzała z daleka i bez kapelusza, ale identycznie błyszczał mu nos. Nos rozpoznała, a nie rysy twarzy, poza tym zgadzała się reszta, wzrost, sylwetka, ruchy… Boże drogi, gdyby ten Bieżan był dostępny, już by go mógł złapać! Co tu zrobić, coś przecież trzeba…

Zapominając o automatach, zerwała się z krzesła i wybiegła na środek sali. Facet z nosem właśnie wychodził, znikał w przedsionku. Bez chwili namysłu Elunia popędziła za nim, pojęcia nie mając, po co to czyni. Jej pośpiech nie obudził niczyjego zdziwienia, mogła wszak śpieszyć się do toalety, znajdującej się niejako na tym samym kierunku. Dogoniła osobnika tylko dzięki temu, że zaraz za drzwiami zatrzymał się, wyjął z kieszeni telefon komórkowy i wypukał numer, Elunia widziała to przez szybę, bo jakaś resztka rozsądku powstrzymała ją od wypadnięcia z impetem na ulicę. Ze słuchawką przy uchu facet ruszył dalej, ku Kruczej, Elunia wyszła na zewnątrz i popatrzyła za nim. Pomyślała, że zapewne wsiądzie do samochodu, powinna zrobić to samo, uczepić się go, pośledzić, sprawdzić, dokąd pojedzie, gdzie mieszka, zapisać numer jego samochodu…

I wreszcie w tym momencie znieruchomiała rzetelnie i na kamień, ponieważ uprzytomniła sobie, że torebkę z pieniędzmi, z dokumentami, z kluczami od mieszkania, zostawiła na pastwę losu przy automacie, w kieszeni kurtki zaś ma tylko kluczyki od samochodu. Powinna była wrócić jeszcze prędzej, niż wybiegła. Nic z tego, stała jak pień, niezdolna nawet do mrugania, wpatrzona w oddalającego się faceta.

Dzięki czemu zobaczyła przynajmniej, do czego wsiadł. Do wiśniowego jaguara, zaparkowanego po drugiej stronie ulicy, prawie przed barkiem, tuż obok jej toyoty. Kiedy wnętrze otwieranego samochodu zapłonęło światłem, dało się zauważyć, że w środku już ktoś siedzi, najwidoczniej na kierowcę czekał pasażer. Numeru z tej odległości nie zdołała odczytać, ale wiśniowy jaguar to już było coś. Zawsze lepsze niż na przykład mały fiat…

Odblokowana po bardzo długiej chwili, wróciła do kasyna spokojnym krokiem, bo już jej było wszystko jedno. Torebkę z pewnością diabli wzięli, a jeśli nawet nie całą, to w każdym razie jej zawartość, nie ma się do czego śpieszyć. I kart nie zablokuje, bo banki zamknięte, wypisz wymaluj jak pani Remiaszkowa…

Torebka leżała na swoim miejscu, a obok jej automatu stał pracownik kasyna.

– Niech pani tak nie zostawia rzeczy – rzekł ostrzegawczo. – Tu się różnie może zdarzyć, co prawda zawsze się pilnuje, ale lepiej zabierać ze sobą. Albo chociaż uprzedzić, że pani na chwilę odchodzi.

Ze wzruszenia Elunia znieruchomiała ponownie. Brak odpowiedzi na życzliwe słowa wypadłby bez wątpienia nader niegrzecznie, na szczęście jednak jej wyraz twarzy mówił sam za siebie. Wdzięczność i zachwyt zastygły na niej tak samo jak i cała reszta i pracownik kasyna przyglądał się jej z przyjemnością aż do chwili, kiedy zdołała wreszcie uruchomić organizm.

– Bardzo panu dziękuję – powiedziała głosem jeszcze nieco zdławionym. – Oczywiście, to głupota z mojej strony, ale zobaczyłam nagle przez okno znajomą osobę i nawet nie zdążyłam pomyśleć. Bardzo przepraszam.

– Nie ma za co. Od tego tu jesteśmy.

Ochłonąwszy po tym podwójnym przeżyciu Elunia najpierw sprawdziła zawartość torebki pod pozorem szukania chusteczek higienicznych, bo jawne sprawdzanie wydawało się jej w najwyższym stopniu nieprzyzwoite, stwierdziła, że jest wszystko z dowodem osobistym włącznie, następnie zaś postanowiła stracić swoją wygraną. Takie porządne kasyno miało prawo do jakiegoś rewanżu z jej strony, nie mogła przyczyniać mu strat.

Wysiłki Eluni, żeby przegrać, doprowadziły do tego, że o wpół do czwartej nad ranem opuściła lokal bogatsza o cztery tysiące nowych złotych, pełna szalonych wyrzutów sumienia i pozbawiona sił do dalszej gry. Przeznaczenie nie pozwoliło jej okazać przyzwoitości.

W dodatku okropnie zaniedbała pracę i Marriot razem ze Stefanem Barniczem na tę noc z pewnością jej odpadł…


* * *

Późnym popołudniem, spożywając akurat skromny posiłek w barze, Edzio Bieżan dowiedział się przez telefon komórkowy, że poszukuje go jakaś facetka. Podała nazwisko, Eleonora Burska. Nie chce powiedzieć, o co chodzi, ale ma dla niego pilne i bardzo ważne informacje odnośnie sprawy, w której była podejrzana. Musi je przekazać jeszcze dzisiaj, bo jutro nie wiadomo co będzie.

Zaniepokoił się trochę, bo diabli wiedzą, co tę Burską mogło spotkać, a dziwny jakiś niefart miała do tej całej afery, i postanowił jechać do niej od razu. Skoro go szuka i upiera się przy pośpiechu, zapewne jest w domu.

Elunia oczywiście była w domu. Odrabiała zaległości, przy pośpiechu zaś upierała się, ponieważ nazajutrz zamierzała zyskać pełnię swobody. Stefan Barnicz tkwił jej nie tylko w sercu, ale nawet w trzustce i wątrobie, nie wspominając o umyśle, który litery S i B umieszczał we wszystkich projektach jako elementy dekoracyjne.

Komisarza Bieżana przyjęła okrzykiem radości.

– Pan mi powinien zostawić swój telefon – powiedziała na wstępie tonem wyrzutu. – Mnie ciągle coś spotyka na tle tego idiotycznego okropieństwa i nie mam jak pana zawiadomić, a już wczoraj była szansa, żeby pan złapał chociaż jednego. Odjechał wiśniowym jaguarem i na własne oczy widziałam rabowanie pieniędzy.

Edzio Bieżan jęknął i nieśmiało poprosił o coś pożywnego. Z eks-podejrzaną zaczynał już być zaprzyjaźniony, wbrew obowiązkom i wysiłkom.

Elunia natychmiast wymyśliła kawę z koniakiem, głównie z tej przyczyny, że kawę miała gotową, przed chwilą zaparzyła cały dzbanek. Usadziła Bieżana na kanapie i nie zwlekając, przystąpiła do zwierzeń, trzymając się porządku chronologicznego.

Już w jednej czwartej Edzio jej przerwał.

– Zaraz, chwileczkę. Będę pani zadawał pytania na bieżąco. Nie straci pani wątku, mam nadzieję?

– Nie, co znowu. Proszę bardzo, niech pan zadaje.

– Jak się nazywa ta gadatliwa facetka?

– Nie mam pojęcia. I nawet nie wiem, jak jej na imię, ale wszyscy inni ją znają, a już z pewnością recepcja kasyna. Mogę zapytać. Jutro.

– Potrafi pani zapytać jakoś dyplomatycznie, żeby nie podpadło?

– No pewnie. Powiem, że chciała ode mnie pożyczyć pieniędzy, więc wolę znać jej nazwisko, a jej samej pytać nie wypada. Nikt się nie zdziwi, ona ciągle pożycza.

– Bardzo dobrze. Tego dowodu od razu nie odebrała?

– Nie, bo facet sobie poszedł. Odebrała go chyba następnego dnia.

– Jak on wyglądał?

Z wielkim triumfem Elunia rzuciła się do komputera i odnalazła swoją notatkę. Miała zamiar wydrukować ją wcześniej, ale zapomniała, uczyniła to teraz i Bieżan dostał odpowiedź na piśmie. Pomyślał, że gdyby wszyscy podejrzani tak zeznawali, życie stałoby się rajem.

– A o jego nazwisko też pani zdoła zapytać dyplomatycznie?

– Nie wiem. W jego chęć pożyczania pieniędzy ode mnie nikt nie uwierzy…

– Dobra, nie wymagajmy za wiele. Niech pani jedzie dalej.

Elunia ruszyła dalej, a Edziowi przyszło na myśl, że dzięki niej zwiedzanie wszystkich jaskiń rozpusty ma już jak w banku. Nie mógł sobie na poczekaniu przypomnieć, kto od nich tam bywa służbowo, ale i tak wolał sam powęszyć. Tamtych stałych geszefciarze mogli znać…

Opowieści o Grandzie wysłuchał do końca.

– Tego technika pani rozpozna? Zapamiętała go pani?

– Oczywiście! To on pilnował mojej torebki.

– Aten jakiś Paweł…

– Nie, nie wiem który to. Oni mówili, że on mówił, że widział ten poprzedni wypadek i też mogę zapytać o pana Pawła, ale jutro nie zdążę. Musiałabym się znaleźć w dwóch miejscach naraz.

– Nie trzeba. W końcu to nie pani pracuje w policji, tylko ja…

– Aaaa…! – przerwała mu nagle Elunia. – A ten mój, ten co z nimi rozmawiał i pilnował, ma na imię Adam. Wołali „Adam” i on przychodził, stąd wiem.

– A to dobrze, nie musi mi go pani palcem pokazywać. Moment, niech ja pomyślę… I wsiadł, mówi pani, do wiśniowego jaguara…

– Z całą pewnością.

– I wychodząc, zadzwonił. No tak, to ich normalna procedura. Jedno pytanie, prywatne. Dużo ma pani pieniędzy?

– Po tej ostatniej wygranej raczej dosyć dużo. A co? Pożyczyć panu?

– Niech ręka boska broni! Na koncie to pani trzyma?

– Nie, na dwóch kartach kredytowych. Dolarowej i złotówkowej.

Edzio Bieżan zawahał się i zakłopotał.

– Czy ja wiem… Może byłoby lepiej gdyby to pani odebrała i trzymała w gotówce, w dolarach najlepiej, nie w domu, tylko u jakiej rodziny. Ma pani rodzinę?

– Mam, oczywiście. Dlaczego?

– Bo ja się boję o panią. Już im się pani nieźle przysłużyła, może jeszcze o tym nie wiedzą, ale jakoś to się koło pani plącze i jakby, nie daj Boże, wyszło na jaw, dopadną pani. Dla samej zemsty. Po co ma pani jeszcze i pieniądze tracić…

– Jeśli mi łeb ukręcą, to na co mi pieniądze? – powiedziała Elunia nawet dość logicznie. – Na pogrzeb mojej rodzinie wystarczy, najwyżej skromny zrobią. Może lepiej powinnam się postarać o zezwolenie na broń palną?

– A umie pani w ogóle strzelać?

– Umiem. Mój dziadek mnie nauczył, jeszcze w dzieciństwie. To znaczy, w moim dzieciństwie. Dziadek polował, a oprócz tego, teraz to już nieważne, bo dawno umarł, ale miał pistolet z czasów wojny, schował sobie nielegalnie na pamiątkę i pokazywał mi, co się z tym robi, a ja zapamiętałam. Naboje też miał.

– I co się z tym pistoletem stało?

– Kazał sobie włożyć do trumny i babcia włożyła.

– Ani jednego słowa z tego, co pani mówiła, nie usłyszałem – zakomunikował Bieżan po chwili sucho i stanowczo. – Akurat się zamyśliłem. Dobrze, zostawię pani mój telefon, dwa nawet, przez komórkowy zawsze mnie pani znajdzie. To jedno. A drugie, niech się pani nie waży z kimkolwiek na ten temat rozmawiać, nigdy człowiek nie wie, kto go może usłyszeć. I ten mój komórkowy numer, to też wyłącznie dla pani i dla nikogo więcej. Niech pani to sobie zapamięta lepiej niż cokolwiek innego, bo inaczej będę musiał panią zamknąć dla samego bezpieczeństwa. I jakby co, w porządku, niech pani dzwoni nawet w środku nocy…

Perspektywą zamknięcia Elunia nie przejęła się zbytnio. Szczęśliwa, że udało jej się spełnić obowiązki obywatelskie, po wyjściu Bieżana na nowo usiadła do roboty. Ten luz na jutro już się przed nią rysował.

Stefan Barnicz zachowywał się ciągle tak samo. Patrzył na nią z wyraźnym upodobaniem, chętnie nawiązywał rozmowę, stawiał jej drinki, ale nic poza tym. Wciąż nie próbował przenieść znajomości na teren neutralny, Eluni zaś na sam jego widok łomotało serce. Wystarczało, że oddalił się na chwilę, po czym wracał, a jej niemal robiło się słabo. Omal nie zapomniała o dobrowolnie przyjętym obowiązku sprawdzenia personaliów rozgadanej pani.

– A, właśnie! – powiedziała w chwili, kiedy Barnicz, przegrawszy jeden garnek złotówek, wybierał się po następny. – Ta pani… Ta gadatliwa. Może to nietakt z mojej strony…

Przerwała grę i popatrzyła na niego swoimi gwiaździstymi oczami. O tym, że Barnicz w tym momencie podjął męską decyzję, nie miała zielonego pojęcia.

– Tak? – spytał uprzejmie. Elunia była autentycznie zakłopotana.

– Ona chciała ode mnie pożyczyć pieniędzy, akurat nie miałam, ale w razie gdyby… Ja nie bardzo umiem odmawiać… Ale może pan przypadkiem wie, jak ona się nazywa?

– Jak ona się… zaraz. Pani Ola, to pewne, Aleksandra, zdaje się, że słyszałem jej nazwisko… Jakieś takie… nietypowe. Pan Janusz będzie chyba wiedział, mogę go spytać, jeśli pani sobie życzy.

– Och, bardzo proszę! Byłoby mi strasznie głupio pytać ją bezpośrednio.

– Strężyk – powiedział Barnicz po chwili, siadając znów obok niej. – Aleksandra Strężyk. Przy okazji mogę panią zapewnić, że ona oddaje, dziwne, ale prawdziwe. To tak na wszelki wypadek…

W ciągu kolejnych dwóch dni uczucia Eluni nie doznały najmniejszej pociechy, kontakty z upragnionym mężczyzną pozostawały bez zmian. Co gorsza, zaczynała być niewyspana, bo dla zyskania swobody na całe popołudnia i wieczory, robotę odwalała nocą. Przed nią widniała perspektywa jeszcze większych obciążeń, nie pracowała w końcu sobie a muzom, gotowe projekty musiała dostarczać zleceniodawcom, a to zawsze było połączone ze stratą czasu i dodatkowymi wysiłkami. Zleceniodawcy miewali głupkowate kaprysy i niekiedy domagali się zmian, lada chwila miały przyjść dni, w których własny czas przestanie do niej należeć. Potem, oczywiście, znów zyska wolność, ale po drodze ileż straci…!

Trzeciego wieczora owszem, pojawiła się zmiana, niestety jednak, in minus. Stefana Barnicza nie było, a za to automat, obok którego Elunia usiadła z konieczności, bo wszystko inne było gęsto obsadzone, okazał się być zajęty przez panią Olę. Pani Ola zamiast Barnicza, ironia losu!

Rzuciła się na Elunię od razu.

– Dobry wieczór, kochana, nie było mnie, wreszcie dzisiaj, nawet wygrana jestem, ale grosze, nie mogłam przyjść, czy pani sobie wyobraża, co mnie spotkało, potworne, to są niedopuszczalne rzeczy, posądzili mnie o jakieś oszustwo, policja się mnie czepiała, oni chyba zwariowali, o…! Świnia. Znów nie dał. Cudze pieniądze podobno ukradłam, idiotyzm, całe godziny mi zmarnowali na te jakieś przesłuchania, rozdwoiłam się według nich, coś okropnego! No, dał trochę…

Elunię monolog zainteresował od środka. Nie była kretynką i mniej więcej wiedziała, czego się może spodziewać. Pani Ola wygłupiła się z tym swoim dowodem osobistym, nie odebrała go od razu i złodzieje prawdopodobnie skorzystali z okazji. To chyba jednak jakaś okropna nieostrożność z ich strony, przecież wiadomo, kto tym dowodem w owym czasie dysponował, nawet gdyby zaprzeczał i łgał w żywe oczy, już się robi podejrzany. Można go śledzić albo co. Pogrzebać w jego znajomościach i kontaktach. Złapać go na gorącym uczynku…

Przestała grać, odwróciła się ku pani Oli i przerwała jej gadanie.

– To okropne, co pani mówi. O co właściwie panią posądzili? Że co pani zrobiła?

– Tak naprawdę to nie wiem, ale na jakiś fałszywy czek wzięłam z banku pieniądze czy coś podobnego, a jeszcze z własnym dowodem poszłam, musiałabym być chyba nienormalna, żeby popełniać oszustwo i dowód pokazywać, głupota. Tego dowodu w ogóle nie miałam, bo to było akurat wtedy, kiedy pożyczałam pieniądze, o, pani przecież była przy tym! Pamięta pani? Wcale im o tym nie powiedziałam, a jak się do mnie przyczepili, to już go miałam z powrotem… No…! Dwie… a gdzie trzecia? O tują widać, wystaje, och, jak to źle płaci! Nic nie płaci… Ale na całe szczęście tego dnia, kiedy miałam popełniać te bankowe oszustwa, krokiem się nie ruszyłam z firmy aż do czwartej godziny i wszyscy mnie widzieli, a już nawet policja nie powie, że człowiek może być w dwóch miejscach naraz. Ja w ogóle tego nie rozumiem, a ile czasu przez nich straciłam…!

Eluni ta opowieść wystarczyła, najwyraźniej w świecie panią Olę spotkało to samo co i ją i też miała ślepy fart, spędziwszy czas krytyczny między ludźmi. O pożyczce pod zastaw dowodu nie wspomniała, jasne, straciłaby przecież wszelkie szansę na przyszłość, żaden lichwiarz już by jej złamanego grosza nie pożyczył. Ale komisarz Bieżan powinien… Zaraz, co powinien? No, coś powinien koniecznie! Dyplomatycznie, w miarę możności…

Numery jego telefonów miała przy sobie, zapisane w notesie. Mogłaby do niego zadzwonić, tylko skąd? Nie z kasyna przecież, bo musiałaby rozmawiać szyfrem. A w ogóle po co ona tu siedzi, przy pani Oli można zwariować, Stefana nie ma, tylko Bieżan temu siedzeniu nadałby jakiś sens, gdyby przyszedł i gdyby mu pokazała owego faceta od dowodów. Pytanie, czy facet od dowodów jest obecny…?

Porzucając chwilowo swój automat i panią Olę, która nie zwróciła najmniejszej uwagi na fakt utraty rozmówcy i gadała dalej, Elunia dwa razy obeszła całą salę dookoła, pilnie przyglądając się gościom. Faceta od dowodów nie było. Pomyślała, że może go już zamknęli, myśl ją ucieszyła, postanowiła dać sobie spokój z grą na dzisiaj, wrócić wcześniej do domu i od siebie zadzwonić do komisarza.

Idąc do kasy w celu zamiany ocalałych złotówek na grubsze pieniądze, zatrzymała się na chwilę przy najdroższej ruletce, tej po dwadzieścia pięć złotych. Szalało na niej trzech graczy, wśród nich zaś ów duży, łysy, z kędziorkiem na ciemieniu, którego dotychczas ani razu Elunia przy grze nie widziała. Popatrzyła z ciekawością. Z ponurą determinacją stawiał jakieś szalone sumy i wygrywał w kratkę. Na policzku miał opatrunek z gazy przylepionej plastrem i Eluni zaświtało idiotyczne przypuszczenie, że grywa tylko wtedy, kiedy się skaleczy przy goleniu. Może uważa to za jakiś omen.

Przy kasie stał kolejny znajomy z wyścigów.

– Atmosfera tu dzisiaj panuje – rzekł ze złośliwą uciechą. – Nie zauważyła pani?

– Jaka atmosfera? – zaciekawiła się Elunia.

– Grobowa. Nosił wilk razy kilka albo to ucho od dzbana, co tam pani woli. Naszego mafioza okradli i nic mu nie pomogło całe stado goryli. Wreszcie trafił swój na swego, odbija teraz swoje straty, ale wątpię, czy odbije, bo musiałby chyba kasyno zrujnować. Na twarzy ma dowód rzeczowy, widziała pani?

Elunia z zainteresowaniem rzuciła okiem w kierunku opuszczonej przed chwilą ruletki.

– Myślałam, że się skaleczył przy goleniu?

– Akurat. Zły jak diabli. Nic nie mówi, nie przyznaje się w ogóle, ale coś tam musiało mu się w zdenerwowaniu wyrwać, bo już wszyscy wiedzą. Ograbili go jakoś bardzo kunsztownie, i to z brudnych pieniędzy, więc nawet oficjalnie dochodzić tego nie może. Czysty ubaw.

Eluni ta historia spodobała się ogromnie. Ograbianie mafiozów uważała za działalność godną najwyższej pochwały.

– Ciekawa jestem, jak on się nazywa…

– A co, nie wie pani? Przecież to jest ten Olszewski z Zielonki, to znaczy teraz to on ma parę domów i mieszka, gdzie mu się spodoba, ale tam zaczął. Ruska mafia żre mu z ręki.

– A, tak, to wiem. W prasie nawet czytałam, ale nie wiedziałam, jak on wygląda. Dopiero teraz…

– Niech mu się pani zbytnio nie przygląda, bo on tego nie lubi, a już dzisiaj szczególnie.

– Znam piękniejsze widoki – oznajmiła krytycznie Elunia i oddała w kasie swój garnek.

Na Bieżanie zależało jej coraz bardziej, widziała bowiem przed sobą jakby dwustronną szansę. Albo ona udzieli mu użytecznych informacji, albo on zaspokoi jej ciekawość, jedno i drugie przyjemne. O dramacie mafioza policja może nawet nie wiedzieć…

Edzio Bieżan znajdował się właśnie w drodze do domu. Jechał swoim fiatem z Zacisza, gdzie przez ostatnie dwie godziny przesłuchiwał rozhisteryzowaną kompletnie rodzinę prezesa firmy handlowej, nie wiadomo dokładnie, czym handlującej, ale za to bardzo bogatej. Dokonano na nich osobliwego napadu i wydarto im wszystkie pieniądze, prezes w pierwszym odruchu rzucił się w objęcia policji, później zaś, kiedy przyszło na niego opamiętanie, usiłował zbagatelizować wydarzenie i o stratach napomykać mętnie i ogólnie, dzięki czemu przesłuchanie szło jak po grudzie. Bieżan bez trudu odgadł, że firma jedzie na potężnych machlojach i zastanawiał się teraz, co ma z tym fantem zrobić. Obowiązkiem jego było ściganie przestępców jawnych, nie zaś ukrytych, w dodatku znał życie i doskonale wiedział, że tym ukrytym nikt nic złego nie zrobi. Chyba że grabieżcy… Na dobrą sprawę ten ostatni rabunek nawet go dość ucieszył i wracał do domu w doskonałym humorze.

Telefon Eluni dopadł go na Marszałkowskiej.

– Ja bym do pani wpadł od razu, jeszcze nie jest bardzo późno, a mieszkam niedaleko – rzekł szczerze. – Ale powiem pani prawdę, jestem okropnie głodny. Więc jeśli ma pani kawałek chleba…

– Mam coś lepszego – zapewniła Elunia z zapałem. – To znaczy chleb również, owszem, ale oprócz tego flaki. Od razu zacznę podgrzewać. I też będę jadła, bo dopiero teraz widzę, że zapomniałam o kolacji. I jakoś nie pamiętam obiadu.

Kiedy Bieżan dotarł na Służew, stół w kuchni był już zastawiony, a przejęta Elunia prawie czatowała pod drzwiami. Swoją relację zaczęła od razu, co dla Bieżana okazało się bardzo wygodne, zadawała bowiem pytania, na które mógł nie odpowiadać, zapchawszy sobie gębę flakami. Tym sposobem usłyszał wszystko i mógł się zastanowić.

– Gdyby nie to, że jestem żonaty, chyba bym się z panią ożenił – oświadczył wreszcie, niekoniecznie na temat, siedząc już w salonie przy kawie, bo w Eluni wciąż jeszcze pokutowały naleciałości z Pawełka, który w życiu nie piłby poobiedniej kawy w tym samym miejscu, w którym spożywał posiłek zasadniczy. – Jako prywatna pomoc śledcza jest pani wprost bezcenna. Nie wiem, czy to tak zawsze, ale w tej aferze wszystko się jakoś o panią obija.

– Do tej pory nic się nie obijało, więc to chyba jakiś wyjątek. Mam nadzieję, że ma pan dobrą żonę?

– Mam anioła, a nie żonę. Jest pielęgniarką, miewa dyżury rozmaicie i doskonale się rozumiemy, chociaż widujemy dosyć rzadko. Teraz też jej nie ma, jest w swoim szpitalu. Czytałem kiedyś jakiś stary kryminał o milicjancie, któremu żona po dwudziestoczterogodzinnej służbie kazała trzepać dywany. Mojej by to do głowy nie wpadło. No dobra, wracamy do sprawy.

– .Chyba już panu wszystko powiedziałam? – zastanowiła się Elunia. – Czy pan nie chce obejrzeć w Marriotcie tego faceta od dowodów osobistych? Dzisiaj go nie było. A, właśnie, nie odpowiedział mi pan, czy on nie siedzi po tym przypadku pani Oli?

Wielce usatysfakcjonowany flakami Bieżan poczuł się trochę na luzie.

– Nie, cóż znowu! Takich się nie zamyka, oni są tą nitką, prowadzącą do kłębka. Owszem, chcę go zobaczyć i zamierzam się z panią umówić, bo zdaje się, że nikt inny mi go nie pokaże. Olszewski do rabunku się nie przyzna, to gwarantowane. O Grand pani pytała, to już załatwione, byłem tam osobiście. A w ogóle to wyznam pani, że ta złodziejska strona interesu jest mniej ważna, złodziei się łapie i już widać, że o swoich klientach pojęcia nie mają. Ktoś to sobie pierwszorzędnie zorganizował, istnieje pośrednik…

Ugryzł się w język, bo omal nie zaczął wprowadzać osoby postronnej w tajemnice dochodzenia. Elunia słuchała chciwie i z wielkim zainteresowaniem.

– Jaki pośrednik? Od czego? Bieżan się trochę zakłopotał.

– Najpierw niech ja się dowiem, z kim pani na ten temat rozmawia. I bardzo liczę na to, że mi pani powie prawdę.

Elunia też się nieco zakłopotała i zaczęła sobie uczciwie przypominać.

– A wie pan, że z nikim – rzekła z niejakim zdziwieniem. – Ale to nie moja zasługa, bo chociaż wiem, że gadać o tym nie należy, to jednak zawsze człowiekowi coś tam się wyrwie. Tyle że ja akurat nie miałam okazji, dopiero teraz widzę szalone zaniedbania towarzyskie. Z nikim się nie widuję i nie spotykam, nawet przez telefon nie ględzę. Śmieszna sytuacja… Nie mam czasu. Albo siedzę przy robocie, albo w kasynie, dopiero w następną sobotę spotkam się z ludźmi. Więc dotychczas słowa o tym nikomu nie powiedziałam.

– I tak trzymać – pochwalił Bieżan. – No dobrze, powiem pani. Istnieje pośrednik, skupujący te dowody, i nikt go nie zna, nawet złodzieje. Wtyczki, tajniacy… No nie jest pani przecież niedorozwinięta i rozumie pani, że wtyczki trzeba mieć wszędzie, mam na myśli środowiska przestępcze. Kapusie, donosiciele… to się zawsze znajdzie. I nikt nic nie wie. Rzadka rzecz. Osobiście jestem przekonany, że nawet złapanie pośrednika też by nic nie dało, bo on nie zna grupy zasadniczej, ale próbować trzeba. Ktoś wściekle bystry to sobie zorganizował. W dodatku muszę się śpieszyć, bo gdyby nagle zakończyli proceder, żadna siła już za nimi nie trafi, ale bardzo liczę na ludzką chciwość…

– A ta metoda… Ja czytuję kryminały… Sprawdzania, kto się nagle wzbogacił…

– W tej chwili to jest cholernie mylące, bo ludzie bogacą się nagle na rozmaitych szwindlach, niekoniecznie na tym. W ogóle w różny sposób, chociażby pani…

Elunię zatchnęło.

– …mieszkanie, meble, samochód – ciągnął Bieżan przyjaźnie i beztrosko. – No dobrze, teraz już wiem, że pani mi odpada, ale z innymi może być podobnie. O tych nagłych bogaceniach nawet nie warto mówić. Tak naprawdę, to ja najbardziej liczę na głupi przypadek, zdarza się. Trafić na akcję, to zawsze trwa parę godzin, jakiś zbieg okoliczności, niefartowny dla nich, i już ich mam. Aby tylko nie przestali.

– Ja bym sobie wytypowała najbogatszych hochsztaplerów – powiedziała Elunia z nagłą energią, pozbywszy się oburzenia. – I pilnowałabym ich, jak oka w głowie.

– A pani myśli, że ja co? Półgłówek? Już ich mam całą listę, tylko mi tej obstawy brakuje. Ludzi nie ma. Całe glinowo mam zaangażować do ochrony szwindlarzy…? Powiem pani szczerze, że się ograniczam z konieczności i próbuję popilnować chociaż tych uczciwych, bo i tacy istnieją. Pani sama jest potencjalną ofiarą, ale mam nadzieję, że o swoje karty kredytowe potrafi pani zadbać, skoro zna pani sytuację. O tym to już naprawdę niech pani nikomu nie mówi, zwierzyłem się pani prywatnie…

Niemal do północy przejęta niezmiernie Elunia usiłowała prowadzić swoje osobiste śledztwo, podsuwając Bieżanowi najprzedziwniejsze pomysły. Niektóre z nich rozweseliły go zgoła do wypęku i odjechał wreszcie do domu, podniesiony na duchu chwilą pożytecznego relaksu. I odprężył się, i wiedzę uzyskał, i nawet przyszło mu coś nowego do głowy…


* * *

Kiedy nazajutrz przed południem zadzwonił Kazio, Elunia była akurat w doskonałym nastroju. Kolejny projekt jej wyszedł, opakowanie rodzimych czekoladek, tak smakowite, że sama nabrała chęci, żeby lecieć je kupować. Równocześnie obmyśliła do końca strój na wesele Andrzejka i wyrobiła sobie czas na wizytę w kasynie. Razem wziąwszy, poczuła się zadowolona z życia.

– W Kopenhadze jestem – oznajmił Kazio – ale jeszcze będę musiał podskoczyć do Szwecji. Co u ciebie?

– Mnóstwo – odparła Elunia radośnie. – Nie mam chwili czasu, a w kasynie, zapomniałam ci przedtem powiedzieć, wygrałam. I nadal wygrywam, tyle że trochę mniej. To piękne miejsce!

– O rany boskie, nie rozpędzaj się. Kłopotów nie masz?

– Jakich kłopotów?

– Głupawych. Tych, wiesz, telefonicznych…

W tym momencie Elunia przypomniała sobie, że Kazio jest jedynym człowiekiem, mającym jakieś pojęcie o wplątaniu jej w tajemniczą aferę. Wyjeżdżając, obawiał się o nią, a sedno rzeczy odgadł doskonale.

– Nie – odparła uspokajająco. – Nikt się mnie nie czepia, zostało wyjaśnione. I ty już nic nie musisz, żadni świadkowie niepotrzebni, to znaczy owszem, bardzo potrzebni, ale inaczej.

– Żebym ja rozumiał, co ty mówisz, byłoby pierwszorzędnie. No nic, wrócę, to się dowiem. Co w ogóle robisz?

Elunia z detalami opisała mu swój aktualny tryb życia, omijając tylko starannie wizyty komisarza. Z Kaziem wciąż czuła jakąś przyjemną wspólnotę, powiedziałaby mu o nich, ale przecież nie przez telefon. Ponadto Kazio stanowił wyraźną pociechę duchową i rodzaj antidotum na to emocjonujące nieszczęście ze Stefanem Barniczem, co nadal nie oznaczało, rzecz jasna, że w tej kwestii miałaby mu się zwierzać. Jeszcze go wszak nie zdradziła…? Dusza kobiety jest to urządzenie skomplikowane i niespecjalnie logiczne i Elunia w tym momencie prezentowała sobą wręcz kliniczny przykład owych komplikacji.

Na wieść o weselu Andrzejka Kazio skrzywił się tak, że widać to było przez słuchawkę.

– Cholera. Jeszcze cię tam kto poderwie. Nie daj się, ja cię proszę!

Przeciwko nowym podrywkom Elunia czuła się opancerzona podwójnie.

– W ogóle mowy nie ma. Ale chociaż parę osób zobaczę, bo tak na co dzień ostatnio żyję na pustyni i wiem dlaczego. Jola mi powiedziała…

Kończąc relację, zaniepokoiła się, że Kazio tam zbankrutuje. Kazio od razu uśmierzył jej obawy.

– A, coś ty, za głupiego mnie masz? Na koszt firmy dzwonię, a firma wytrzyma. Będę dzwonił jeszcze przy każdej okazji, a wracam za dziesięć dni mniej więcej…

Zaraz po Kaziu zadzwonił Bieżan.

– Ja się wczoraj z panią nie umówiłem co do tego gościa od dowodów w kasynie, bo jeszcze nie wiedziałem, co będzie. Teraz już wiem. Dzisiaj wieczorem mógłbym tam wpaść, o ile da się go zobaczyć. Pani ma tam skąd zadzwonić?

– Otóż w tym rzecz, że nie mam – zmartwiła się Elunia. – Gdyby nie to, już poprzednio bym pana łapała.

– Szkoda. Ale i tak wpadnę. Będzie, dobrze, a jak nie, spróbuję coś wykombinować. Tylko jedna rzecz, bardzo ważna. Nie znamy się. Żadnych rozmów, żadnych przywitań, pójdzie pani gdzie trzeba i stanie obok niego. Na chwilę. I cześć, reszta pani nie obchodzi.

Udając się po południu do kasyna, Elunia stwierdziła nagle, że na tablicy rozdzielczej mruga jej rezerwa. Zdenerwowała się, nie lubiła jeździć na resztkach benzyny. Zastanowiła się, gdzie ma po drodze jakąś pompę, jedną miała bardzo blisko domu, ale już ją zostawiła za sobą i nie chciało jej się wracać, a przed nią co…? Malczewskiego też minęła, co tam jest jeszcze… Dolna! Zjedzie na Dolną, malutki kawałek, będzie z głowy…

Podjazd do stacji benzynowej na Dolnej wymagał zrobienia podwójnej pętli, przez Sobieskiego i Gierymskiego. Zbliżając się do skrzyżowania, Elunia z obawą popatrzyła, czy nie ma tłoku. Nie było, tankowały zaledwie dwa samochody.

Kazio, od tego telefonu, musiał jej chyba tkwić w głowie, a może interesowała się nim jej podświadomość, bo nagle ujrzała go przy pompie. Wychodził i wsiadał do samochodu. Zatrzymanie się w tym momencie nie wchodziło w rachubę, jadąc dalej i skręcając, Elunia usiłowała popatrzeć za siebie, widok zasłonili jej przechodzący ludzie. Oczywiście nie mógł to być Kazio, który o dwunastej w południe znajdował się w Kopenhadze, aczkolwiek z Kopenhagi do Warszawy można dotrzeć w ciągu dwóch godzin, a teraz dochodziła piąta. Ale przecież powiedziałby, że wraca! Był to, rzecz jasna, ktoś inny, ale tak podobny… Gdyby nie siedziała w jadącym samochodzie, z pewnością podbiegłaby do niego, a potem przepraszała obcego człowieka za pomyłkę.

Podobieństwo faceta do Kazia było jednakże tak uderzające, że Elunia odruchowo przyśpieszyła i zawinęła pętlę z poślizgiem. Podjechała do pompy, ale już go nie było, nie umiała sobie nawet przypomnieć, do jakiego samochodu wsiadł. Głupie złudzenie, które Kazia zapewne bardzo ucieszy i rozśmieszy…

Sytuacja w kasynie okazała się nie zmieniona. Elunia przegrywała sobie powolutku i spokojnie aż do chwili, kiedy przyszedł upragniony mężczyzna. Usiadł również przy automacie, tyle że o dwa miejsca dalej. Przywitał się przedtem, oczywiście, ucałował jej dłoń i obdarzył ją swoim uwodzicielskim uśmiechem, ale poza tym zachowywał się tak samo jak zawsze. W Eluni serce zatrzepotało, tym razem jednak na krótko, ponieważ nie traciła z pamięci przyjętych na siebie obowiązków. Od czasu do czasu przerywała grę i obchodziła lokal dookoła, czyhając na podejrzanego osobnika, zmartwiona, że ciągle go nie ma.

Od przybycia Stefana Barnicza nastąpiła zmiana o tyle, że Elunia zaczęła wygrywać. Podejrzany osobnik mocno jej przybladł, zaczęła się bowiem zastanawiać, czy Barnicz nie żywi przypadkiem wstrętu do niej, tak potężnego, że aż wpływa to na powodzenie w grze. Jeśli szczęście w miłości odbiera szczęście w kartach, być może obrzydzenie dokłada dzikiego fartu…? Ale nie, to chyba niemożliwe, animozja takiego rozmiaru nie pozwoliłaby mu odwozić jej do domu, a przyszedłszy tutaj, mógłby udawać, że jej nie zauważył, nie podchodzić, nie witać się… Nie wszyscy tam się ze sobą wzajemnie witali, nawet osoby znajome mówiły zwyczajnie „dobry wieczór” i nie zawracały głowy uprzejmościami towarzyskimi. Więc co właściwie o tym myśleć…?

A może zachodzi tu ten drugi wypadek, „jak nie idzie, to nie idzie”? Zatem, skoro idzie, powinno, do licha, iść wszechstronnie!

Idiotyczny automat płacił jak obłąkany i Eluni prawie udało się zapomnieć o umowie z Bieżanem. Pamięć przywrócił jej nagle głos pani Oli, dobiegający z pewnego oddalenia, od innej grupy automatów. Spłoszona zaniedbaniem, czym prędzej przerwała grę, zsunęła się z krzesła i ruszyła w kierunku bufetu.

Facet od dowodów osobistych siedział na wysokim stołku, pił sok pomarańczowy i gawędził z obrabowanym przed dwoma dniami mafiozem z Zielonki. Na ten widok Elunia skamieniała zaledwie na ułamek sekundy, ponieważ na plecy wpadł jej Chińczyk, zmierzający do toalety. Kolizja spowodowała lekkie zamieszanie, ale za to uniemożliwiła Eluni wrośnięcie w posadzkę, rozmawiający panowie zaś zaledwie rzucili roztargnionym okiem. Chińczyk kłaniał się i przepraszał w kilku różnych językach.

Nie musząc już penetrować sali, Elunia wróciła na swoje miejsce przy rozszalałym automacie.

Do Stefana Barnicza nie ośmieliła się podejść. Jeszcze by odgadł, że się w nim kocha, głupio strasznie. Później może podejdzie, znajdzie pretekst, najlepiej po drodze do kasy…

Na żadne wycieczki do kasy nie miała szans, jej suma na kredycie ciągle rosła. Czekała na Bieżana, pełna obaw, że podejrzany sobie pójdzie. Gra zaczynała znów ją wciągać, dublowanie wychodziło, automaty za plecami zasłaniały bar. Przez moment rozważała, czyby nie przenieść się do ruletki, od której miałaby lepszy widok na salę i drzwi, w razie gdyby wypłowiały podlec wychodził, zdołałaby go zatrzymać… Jak…?! Rzucić się w progu, niczym Rejtan i szarpać na sobie bluzkę z krzykiem „po moim trupie!”? Nie wpuściliby jej do tego kasyna nigdy więcej!

Denerwowała się coraz bardziej. Na całe szczęście, zanim zdążyła popaść w kompletną paranoję, pojawił się Bieżan.

Jak normalny gość kasynowy obszedł całą salę, przyglądając się grze, odnalazł Elunię bez wielkiego trudu i stanął za jej plecami w charakterze kibica. Już po minucie tego stania niechętna kibicom Elunia wyczuła natrętny wzrok, obejrzała się wrogo i nieżyczliwie i doznała ulgi olbrzymiej.

Nie odezwała się ani słowem. Puknęła w automat jeszcze raz, przegrała, zeszła z krzesła, zabrała torebkę i powoli ruszyła w głąb sali. Obserwujący ją z daleka kątem oka Barnicz nie zdziwił się tym wcale, z reguły tak właśnie postępowała, jeśli ugrzązł za nią jakiś nachał. Nie znosiła kibiców, to się rychło dało zauważyć, nie chcąc się z nimi kłócić, przestawała grać i oddalała się dokądkolwiek. Po czym z ukrycia podglądała, czy nachał już poszedł.

Ten akurat nachał nie był uparty, odszedł dość szybko. Zapewne tego nie zauważyła, bo nie skorzystała od razu, przeszła pół sali, postała chwilę przy barze, zamówiła coś do picia i dopiero potem wróciła znów do swojego automatu. Nachał zaczął się gapić na black-jacka.

W Elunię wstąpiła wręcz euforia, bo i wygrana była potężnie, i obowiązek śledczy spełniła, postała obok tamtego zbuka dostatecznie długo, żeby Bieżan nie miał żadnych wątpliwości, i Barnicz odwrócił się i obdarzył ją wysoce interesującym spojrzeniem. Usiadła przy maszynerii i natychmiast zaczęła przegrywać.

– Zdaje się, że jednak bez whisky się nie obejdzie – powiedział nagle tuż za nią Stefan Barnicz, którego na chwilę zaniedbała. – Nie napoiła go pani…

– Ach, nie – odparła Elunia z żalem, szybko opanowawszy błogość w sercu. – Samochód jest mi jutro potrzebny, muszę zostać na soku.

– W takim razie niech pani zmieni grę. To przyjacielska rada. Ja też wygrałem i zmieniam.

– Bardzo dobry pomysł. Pójdę do ruletki…

Edzio Bieżan, rzecz jasna, miał w kasynie kolegę po fachu. Pozornie nie znali się kompletnie, w życiu się na oczy nie widzieli, ale jednym mrugnięciem umówili spotkanie, bo de facto współpracowali ze sobą już niejeden raz. Oddzielnie opuścili lokal, dwiema różnymi windami wjechali na szóste piętro, gdzie akurat na korytarzach nie było żywego ducha, i zamienili kilka słów.

– Tego zgreda chcę – powiedział Bieżan. – Znasz go?

– A jak? Karol Szupiec, rencista, Piastów, własna willa, lichwiarz, pożycza tu na procent, ostatnio w zastaw bierze dowody osobiste.

– I co dalej?

– Nic. Nawet i tego mu nie udowodnisz, bo wszystko leci bezszmerowo.

– Nie mogłeś i ty od niego pożyczyć?

– Mogłem. Pożyczyłem, dlaczego nie. Za dwa dni oddałem, on mi zwrócił dowód i cześć, na tym koniec. Dziesięć procent. Co masz zamiar z tym zrobić?

– Nie wiem. Kiedy to było?

– Miesiąc temu.

Bieżan wiedział doskonale, że ani miesiąc temu, ani w ogóle nigdy dowód osobisty gliniarza nie został przez szajkę wykorzystany. Albo mieli nosa i podejrzewali, kim jest, albo w ciągu tych dwóch dni nie mieli okazji. Dziesięć procent poszło na zmarnowanie.

– Trzeba za nim pochodzić – zadecydował smętnie. – Czekaj, nie bez przerwy, jak będzie miał w ręku czyjś dowód. Oka nie oderwać. Załatwimy to tak…

Uzgodnili szczegóły i rozstali się, znów użytkując różne windy. Bieżan uchwycił kolejne małe ogniwko łańcucha i postanowił go nie wypuszczać z ręki. Posiedział w kasynie jeszcze z pół godziny, wygrał w ruletkę siedemdziesiąt siedem złotych i pięćdziesiąt groszy i wyszedł.

Elunia na sąsiednim stole podwoiła swoją wygraną z automatu, nie wiadomo jakim sposobem, bo nie zwracała żadnej uwagi na grę, zajęta siedzącym obok Stefanem Barniczem. Od czasu do czasu, przesuwając żetony na dalsze numery, opierała się nawet o jego ramię i dotykała jego ręki, co wprawiało ją w stan upojenia. Barnicz nadal trzymał się twardo, mając po temu swoje powody.

A potem, niestety, znikł jej z oczu, wyszedł zapewne bez pożegnania, gdzieś się zagubił i przepadł, co sprawiło, że ocaliła swoją wygraną. Euforia w niej sklęsła, odrobina rozsądku wróciła, Elunia pomyślała o pracy i dniu jutrzejszym, z ciężkim westchnieniem zgarnęła żetony, porzuciła rozrywkę i wyszła również.

Na parterze zaklęła pod nosem, bo wpadła wprost na Barnicza, który akurat wracał na górę.

– Już pani wychodzi? – zmartwił się. – Szkoda, tak mi się dobrze grało w pani towarzystwie. Ze znajomym byłem umówiony i wyskoczyłem na chwilę, myślałem, że pani jeszcze posiedzi.

Eluni omal nie zadławiło. Nie mogła przecież powiedzieć, że wychodzi, ponieważ on wyszedł i nie mogła teraz z krzykiem radości zawrócić, chociaż to właśnie najchętniej by uczyniła. W okazywaniu uczuć wciąż trzymała się granic staroświeckiego umiaru. Niejakiego ukojenia doznała na myśl, że jednak nie poszedł bez pożegnania.

– Okropnie późno się zrobiło – stwierdziła z westchnieniem żalu. – A ja mam obowiązki od rana i muszę się trochę przespać. Ale przyjdę jutro.

– A ja, niestety, nie. Dopiero w przyszłym tygodniu.

Niewiele brakowało, a Elunia jednak by zawróciła. Zdołała się opanować, ale przyglądający się jej z uwagą Barnicz znów nabrał nadziei, że rychło uda mu się pozbyć głupich ciągot.

Tych nadziei nabierał w kratkę. Elunia pojęcia nie miała, że ów staroświecki umiar, wpojony przez babcię, obdarzał ją wielkim zewnętrznym opanowaniem. Wybuchające w jej sercu dzikie emocje ujawniały się tylko chwilami blaskiem w oczach i rumieńcem na twarzy, później zaś, starannie tłumione, ginęły w jej wnętrzu. Patrzącemu na nią mężczyźnie raz wydawało się, że dziewczyna poleci na niego z ognistym entuzjazmem, drugi zaś raz, że góra lodowa byłaby przystępniejsza. Droga do jej łóżka prowadzi przez ołtarz. Względnie przez urząd stanu cywilnego. Ewentualnie przez długie i skomplikowane zabiegi podrywcze, to już właściwie bez różnicy. Jeśli spróbuje śmielszego gestu, dostanie po pysku, zostanie uznany za skończonego chama i słowa więcej z nią nie zamieni, a o wdzięcznej chwili zapomnienia w ogóle nie ma mowy. Ewentualnie trwały związek…

Na żadne trwałe związki Stefan Barnicz nie zamierzał sobie pozwalać, natomiast sporadyczny eksces z Elunią pociągał go coraz bardziej. Długie i czasochłonne zabiegi podrywcze nie wchodziły w rachubę, a brutalna szczerość nie dawała szans, co było widać wyraźnie. Wahał się, trochę zły, bo nie Elunią powinien być zajęty, tylko zupełnie czym innym. Zastosował metodę powściągliwości, dobrze wiedząc, iż jest osobnikiem atrakcyjnym, na którego baby lecą, a im dłużej sam nie wykazuje inicjatywy, tym bardziej one się pchają. Ta panienka z dobrego domu też się powinna zacząć pchać.

O tym, że Elunią popędziłaby z nim do łóżka z okrzykami radości i nieprzystojnym pośpiechem, ponieważ pierwszy raz w życiu opętała ją dzika namiętność, nie miał najmniejszego pojęcia, tak samo jak Elunią o jego wrażeniach i poglądach. Nieporozumienie było obopólne.

Zła na siebie, zgnębiona kilkoma najbliższymi dniami, które zapowiadały się uciążliwie, pocieszona odrobinę tym pożegnalnym spotkaniem, z obrazem supermana przed oczami, pojechała do domu. Wszystko to razem jednakże było tak denerwujące i absorbujące, że w windzie pomyliła się i przycisnęła niewłaściwy guzik.

Wysiadła i podeszła do swoich drzwi, które znajdowały się blisko. Nie patrząc na nie, wygrzebała z torebki klucze. Uczyniła ruch zmierzający do otwarcia zamka i zamarła na amen.

Drzwi były uchylone.

W jednej chwili uczuciowe turbulencje wyleciały jej z głowy. Jak to, Jezus Mario, nie zamknęła mieszkania…?! Jak krowa, ten jakiś facet miał rację, istna krowa… Czy to może ktoś się włamał…?! Włamywacz jest w środku i, nie daj Boże, zaskoczony jej powrotem, rąbnie ją… Co ona tam w ogóle ma, pierścionek na palcu, ale przecież zostawiła pieniądze… Komputera chyba nie ukradł, ciężar potworny, futro…? Bzdura, futro ma na sobie, mebli złodzieje nie wynoszą, telewizor może, aparat fotograficzny, a, prawda, koniak i whisky, jedno i drugie napoczęte, opłacało mu się włamywać po te dwie butelki…? A może, zdenerwowany brakiem solidnego łupu, zdewastował mieszkanie…?

Wszystko to Elunia swobodnie zdążyła pomyśleć, bo tkwiła pod drzwiami, niezdolna do ruchu. Mózg pracował poniekąd stabilnie, nie musiał biegać, żeby odwalać robotę. Po pierwszych sekundach nerwowych drgawek zmobilizował się, wysłał sygnał racjonalny, szpara w drzwiach jest ciemna, światło się w środku nie pali, zatem włamywacza już chyba nie ma…?

Być może Elunia do świtu ozdabiałaby owe uchylone drzwi, prezentując cechy rzeźby, gdyby nie to, że winda zjechała na parter, po czym wróciła i wysiadł z niej sąsiad. Znali się z twarzy. Sąsiad ukłonił się grzecznie i coś go tknęło. Straszliwa nieruchomość Eluni biła w oczy.

– Czy coś się stało? – spytał z lekkim niepokojem. – Pani się źle czuje?

Elunia uczyniła potężny wysiłek, odetchnęła głęboko i zdołała wydobyć z siebie głos.

– Nie. To znaczy tak. To znaczy nie, dobrze się czuję, ale nie wiem, co się stało. Drzwi zastałam otwarte. Nie wiem, co się dzieje w środku.

– Jak to… Ależ to trzeba sprawdzić! Boi się pani wejść? Może ja wejdę…?

W pierwszej chwili Elunia chętnie przyjęła propozycję, ale zaraz w następnej ruszyła ją przyzwoitość.

– O Boże, ale jeśli panu się coś stanie, zadręczą mnie wyrzuty sumienia! Jeśli on tam jeszcze jest…

Sąsiad posiadał normalne męskie cechy. W obliczu młodej i pięknej kobiety musiał wykazać się odwagą, bodaj nawet bezrozumną. Delikatnie odsunął Elunię na bok, wkroczył do przedpokoju, wymacał kontakt i zapalił światło. Elunia zajrzała mu przez ramię.

W przedpokoju nie działo się nic, było pusto, żaden podstępny bandzior nie czaił się w kącie. Mimo to Elunia znieruchomiała ponownie.

– Tu chyba wszystko w porządku? – powiedział sąsiad, przechodząc dalej. – Pozwoli pani, że rzucę okiem, a pani sprawdzi, czy nic nie zginęło.

Do żadnego sprawdzania Elunia nie była zdolna. Trwała w osłupieniu na progu przedpokoju, nie pojmując, co widzi. Skąd się wziął na wieszaku płaszcz w jaskrawą kratę i skąd się w ogóle wziął wieszak, jakiego nigdy nie miała? Gdzie się podziało lustro i stoliczek pod nim? I to coś brezentowe… wiszący pojemnik na buty, w życiu czegoś takiego nie posiadała! Na litość boską, co się stało z jej przedpokojem?!

– O, cholera…! – krzyknął nagle zdławionym głosem sąsiad, zaglądający do sypialni.

Elunia pojęła, że taryfy ulgowej nie będzie. Coś tu się przytrafiło przerażającego i nie do pojęcia, musi się ruszyć, nie może sobie pozwalać na długotrwałą skamieniałość, mijającą łagodnie. Później się zastanowi nad osobliwą metamorfozą przedpokoju, teraz trzeba koniecznie zajrzeć do sypialni, gdzie zapewne objawił się jakiś kataklizm. Zmobilizowała się z całej siły i uczyniła kilka kroków.

W sypialni sąsiad klęczał nad czymś zupełnie potwornym. Elunia doznała wrażenia, że na podłodze leży strzęp człowieka, jednostka ludzka poszarpana na drobne kawałki i zakrwawiona straszliwie. Kobieta, widać było jasne włosy…

– Ona żyje – powiedział sąsiad, podnosząc się pośpiesznie. – Rany boskie, co tu się działo…?! Pogotowie, gdzie pani ma telefon?!

Tym razem Elunia musiała dodatkowo przemóc omdlałość wewnętrzną. Zrobiło jej się trochę niedobrze.

– Nie wiem – odparła niewyraźnie i z szalonym wysiłkiem. – Ja w ogóle nic nie rozumiem, to nie jest moje mieszkanie. Ktoś tu wszystko przemeblował.

– To się później sprawdzi. Telefon! Jeśli u pani nie ma, zadzwonię od siebie! Tę dziewczynę trzeba ratować, może jeszcze się uda! To jest pani Gulster, ona tu mieszka…

Nagle umilkł i wpatrzył się w Elunię. Dość gwałtownie dotarło do niego, że coś tu jest okropnie nie w porządku, skąd tu Elunia, znajdują się wszak w mieszkaniu pani Gulster, którą z widzenia zna doskonale, trochę nawet osobiście, mieszkają na tym samym piętrze i często spotykają się przelotnie, Elunia zaś, też mu znana… Rany boskie, przecież ona mieszka piętro niżej!

Od tego odkrycia nieco zbaraniał i miał trudności z zamknięciem ust po ostatnich słowach. Na szczęście jednak w tym samym momencie Elunia odzyskała ludzkie właściwości.

– To nie jest moje mieszkanie – oznajmiła z rozpaczliwą determinacją. – Nie rozumiem, jak tu trafiłam, ale to już wszystko jedno. Chyba jestem na szóstym piętrze. Telefon… zaraz, gdzie ona może… W salonie…?

Z dzikim przypływem energii zostawiła oniemiałego sąsiada w sypialni i runęła do oświetlonego już salonu. Telefon z miejsca wpadł jej w oko. Wypukując numer pogotowia, wezwała chwilowego sprzymierzeńca.

– Panie sąsiedzie, niech pan im powie, bo ja nie wiem, co jej jest…

– Policję trzeba… – zawyrokował niemrawo sąsiad i wziął od niej słuchawkę. – Tak, ciężko pobita, ale żyje, wyczułem puls. Bardzo krwawi, twarz uszkodzona. Podaję adres…

Po odłożeniu słuchawki obydwoje z Elunia przez chwilę odzyskiwali równowagę. Sąsiad z zawodu był prawnikiem, pracował w notariacie, od razu pojawiły mu się przed oczami komplikacje prawne, bo skąd właściwie wzięli się razem w cudzym mieszkaniu i o co, na litość boską, mogą zostać posądzeni? Elunia już zrozumiała, że udało jej się pomylić piętra i czystym przypadkiem trafić na nieszczęście sąsiadki. Też ją znała z widzenia, była to młoda, piękna kobieta, tym w jej pamięci zapisana, że często zmieniała kolor włosów. Ostatnio, już dość długo, była blondynką, w zeszłym roku miała rude…

– Co do policji, ma pan rację – powiedziała z troską. – Znam jednego policjanta i mam przy sobie jego numer. Zadzwonić od razu?

Jej gorliwa skłonność do kontaktu z władzą sąsiadowi sprawiła wielką ulgę. Najwidoczniej ten dziwoląg, który im się przytrafił, nie miał podłoża przestępczego, uczciwe zeznania nie groziły okropnymi konsekwencjami i nie musieli ich między sobą uzgadniać. Z uwagą wysłuchał krótkiego komunikatu, jakim Elunia uszczęśliwiła Bieżana i miejsce niepokoju zajęła w nim ciekawość.

Siedem minut oczekiwania na pogotowie wystarczyło, żeby sprawa została wyjaśniona. Ze skruchą Elunia wyznała, iż wróciła do domu bardzo zamyślona i zaabsorbowana różnymi kłopotami i z pewnością w windzie przycisnęła niewłaściwy guzik. Jej mieszkanie znajduje się niżej, w tym samym pionie i drzwi umieszczone są dokładnie jedne nad drugimi, była święcie przekonana, że trafiła do siebie i na widok szpary ogarnęła ją zgroza. Nie wiedziała, co zrobić, i na tę chwilę akurat pan sąsiad nadjechał…

Gdyby obie, poszkodowana pani Gulster i Elunia, nie były takie ładne, sąsiad zapewne przekląłby się w żywe kamienie za głupi wybór chwili powrotu do domu. Miał jednakże do czynienia z wysoce atrakcyjnymi kobietami, chociaż jedną w nie najlepszym stanie, uspokoił się zatem ostatecznie i z zapałem wyraził zgodę na rozmowę z gliniarzem, który tu lada chwila przybędzie.

Pogotowie przyjechało i zabrało ofiarę, udzielając skąpych informacji. Fakt, pani Gulster wygląda na ciężko pobitą, twarz pocięto jej brzytwą, bez chirurga plastycznego tu się nie obejdzie, ale żyje i wyjdzie z tego. Odzyskawszy przytomność, zapewne powie, kto ją tak pięknie urządził.

Przybyły w dziesięć minut później Bieżan miał na tę kwestię własne poglądy, ponieważ działał w nim tak zwany instynkt śledczy. Węszył tu jakąś podejrzaną nieprawidłowość. Elunia była dla niego cennym świadkiem w aktualnym dochodzeniu, afera rozwijała się dynamicznie, aferzyści mogli się orientować w sytuacji i wiedzieć, kto im zagraża, gdyby zatem pobito Elunię, nie zdziwiłby się wcale. Tymczasem pobito dziewczynę podobną do niej w typie i zamieszkałą w analogicznym mieszkaniu, tyle że na innym piętrze. Czy ktoś przypadkiem nie popełnił pomyłki…?

Podejrzenie zakłopotało go nad wyraz, ponieważ przyszło mu na myśl, że Eluni należałoby pilnować. Złoczyńcy się połapią i nieszczęście gotowe. Jak pilnować, skąd ma brać ludzi…?! Obstawić ją gorylami, świetny pomysł, a ci goryle to co, sami mu się ulegną?

Niepewny słuszności własnych poglądów, nie chciał jej straszyć niepotrzebnie. Zalecił tylko zachowanie ostrożności, co w uszach Eluni zabrzmiało niezrozumiale i głupio. Obawy o siebie nie przychodziły jej do głowy, pobito sąsiadkę, a ona ma uważać, gdzie sens, gdzie logika i co ma piernik do wiatraka?

Na wszelki wypadek jednakże przyobiecała posłuszeństwo i wreszcie mogła zająć się sobą.


* * *

Kiecka na wesele Andrzejka wyszła wystrzałowo, co znacznie złagodziło niezadowolenie Eluni z owych kilku uciążliwych dni. Zleceniodawcy przyjęli projekty bez żadnych zgrzytów. Kazio zadzwonił tym razem z Oslo, przy czym Elunia zapomniała rozśmieszyć go informacją o sobowtórze pod stacją benzynową. Jola wymogła na niej wizytę, żądając pomocy w wyborze stroju dla siebie, i Elunia od razu postanowiła spędzić u niej krótki wczesny wieczór, zaś w drodze powrotnej z Żoliborza wstąpić do kasyna. Bieżan się nie odzywał, dając sobie zapewne radę bez jej pomocy.

Grzebanie w ciuchach z reguły koi duszę każdej kobiety i Elunia nie stanowiła wyjątku. Na widok góry tekstyliów w mieszkaniu Joli od razu wpadła w lepszy humor. Joli było dobrze w czerwonym, obie z miejsca zaczęły wydłubywać z bałaganu wszystkie czerwone kawałki.

– Takie kupiłam w hinduskim sklepie – powiedziała Jola, prezentując wielką przejrzystą chustę, czerwoną i przetykaną złotą nicią. – Nie wiem, jak to na siebie nasadzić. Muszę jakoś wystrzelić superbombowo, bo z tym moim cholery można dostać. Łypie okiem na każdą pstrokatą dziewuchę, ja nie wiem, może papugę kupić. Będzie łypał w domu.

Elunia przyjrzała się z uwagą chuście, przyjaciółce i wywleczonej ze stosu spódnicy z czerwonego aksamitu.

– Góra z tej ścierki – zaproponowała. – Dół taki – potrząsnęła spódnicą, z której przy tej okazji wyleciała zupka pieczarkowa w zamkniętej torebce. – I goły brzuch.

– O cholera – powiedziała z rozczuleniem Jola i podniosła zupkę. – A nie wiedziałam, gdzie mi przepadła, bo powinna być i nie było. Miałam ją ugotować, ale ten mój palant ukochany szarpał mnie w celach erotycznych, wróciliśmy skądś, uległam mu, rzecz jasna, i jakoś ten obiad przepadł. W tej spódnicy wtedy byłam. Ty, to pamiątka chyba, nie? Nie wypada jej zjeść?

– A dawno to było?

– Coś ty, ledwo zaraz po świętach.

– Ma datę ważności?

Jola podsunęła zupkę pod lampę i obróciła torebkę.

– Ma. Czekaj… Siódmy… dziesiąty… październik znaczy… o rany, z zeszłego roku!

– W takim razie pamiątka. Pewne przynajmniej, że sraczki nie dostaniesz, patrzenie, nawet we łzach, jeszcze nikomu na żołądek nie zaszkodziło. To jak…? Stanik tylko…

– Czekaj, zaraz, goły brzuch akceptuję. Ale w spódnicy już byłam, wolałabym spodniuma. Gdzieś tu takie powinno być, biodrówki, jedwabne i ze szlaczkiem…

– Jeśli czerwone, to nawet lepsze, konsekwentnie hinduskie… O! Góra! Doskonała!

Jola spojrzała na łach w ręku Eluni i zawahała się.

– Między nami mówiąc, to jest mój stary kostium kąpielowy…

– No to co? Pasuje świetnie!

– I chyba nie ma zapięcia…

– Przyszyje się. Najlepiej złoty guzik, masz chyba w domu jakiś złoty guzik? Szukaj tych portek, zrobimy próbę.

Obracając się przed lustrem w czerwonych, rozkloszowanych spodniach, w przejrzystej, czerwonej chmurze w okolicy ramion, z gołym żołądkiem, ze złotym łańcuszkiem w talii, Jola zaczynała być zadowolona z siebie. Elunia wiązała chmurę w kokardy i pętle, złoty guzik na plecach na razie zastępowała agrafka. Całość jednakże robiła wystrzałowe wrażenie.

– A włosy? – zatroskała się Jola, unosząc ku górze obfite, czarne pukle. – Jak one noszą, bo zapomniałam? Może puścić luzem…?

– Upiąć i to na czoło – zadecydowała Elunia, znalazłszy właśnie wśród biżuterii odpowiednią ozdobę. Przyłożyła ją przyjaciółce do głowy.

– Bomba! – ucieszyła się Jola. – Super! Świecę jak dzika świnia! No, spokojniejsza trochę pójdę na te salony. Ale i tak diabli wiedzą, na co ta moja łajza poleci, dobrze chociaż, że ciebie nie muszę się bać, skoro będziesz z Kaziem. Rajstopy, jak myślisz, czarne czy czerwone? Mam i złote…

W obliczu problemu tak potężnego jak rajstopy słowa Joli dotarły do Eluni z pewnym opóźnieniem.

– Przyłóż, niech popatrzę… Co…? Dlaczego z Kaziem, wcale nie będę z Kaziem, Kazio jest w Oslo, wczoraj dzwonił. Nie, czarne do bani…

– Też uważam, że te albo te… Jak to, przecież wrócił?

– Kto?

– Kazio.

– Nonsens, wcale nie wrócił. Jeszcze miał skoczyć do Sztokholmu. Wraca w przyszłym tygodniu. Jola odwróciła się tyłem do lustra.

– Co mi tu za plastelinę wciskasz, jak to nie wrócił, przecież go widziałam na własne oczy!

– Kogo? – zdumiała się Elunia.

– Kazia, do cholery, a kogo niby? Dalaj Lamę?

– Kiedy?!

– Wczoraj.

– Gdzie…?!!!

– Na Marymoncie, pod halą – powiedziała Jola ostrożnie i przyjrzała się Eluni. – Ejże, co za bigos? Ty nic o tym nie wiesz? Co jest grane?

Elunia przez chwilę czuła oszołomienie. Kazio na Marymoncie, jakiś idiotyzm. Nagle przypomniała sobie.

– E tam, Kazio… Pomyliłaś się, tak samo jak ja. Też mi się wydawało, że to Kazio, pod stacją benzynową na Dolnej, ale zaraz potem… nie, odwrotnie, tuż przedtem, dzwonił z Kopenhagi. Jego sobowtór tu się plącze.

– Sobowtór… – powtórzyła Jola jeszcze bardziej ostrożnie i z powrotem odwróciła się do lustra. – Sobowtór… Akurat…

– A co? – zainteresowała się Elunia, zaskoczona, ale tak pewna miłości Kazia, że najmniejsze podejrzenie nie zaświtało jej w głowie.

Joli najwidoczniej płyta się zacięła.

– Sobowtór… Cha, cha… Sobowtór…

– A co…?

– Sobowtór…

– Uspokój się już z tym sobowtórem, o co chodzi, mów jak człowiek!

Jola znów odwróciła się do Ełuni.

– Brata bliźniaka, o ile wiem, on nie ma. Za to ja mam oczy w głowie. Nie chcę cię niszczyć, broń Boże, ale… Bardzo ci na nim zależy?

W jednym mgnieniu oka w Eluni wybuchły skomplikowane uczucia. Czy jej zależy na Kaziu… Już chciała powiedzieć, że nie, niespecjalnie, ponieważ Stefan Barnicz ogarnął nagle jej całe jestestwo tak, że na nic więcej nie zostało miejsca, ale równocześnie błysnął w niej żal. Kazio, Boże drogi, zdążyła do niego przywyknąć, napawał ją jakimś takim poczuciem bezpieczeństwa, pewnością siebie… Miała Kazia na mur, beton i granit. I właściwie nie chciałaby przestać go mieć, doznała wrażenia, że bez Kazia zrobiłoby się zimno. Chyba że Stefan, ale jakież to niepewne…! Przecudowne, eksplozywne, rozpaczliwe, dławiące szczęściem, beznadziejne, upragnione i oczekiwane… No tak, ale Kazio…?

Niepewnie patrzyła na Jolę, nagle spochmurniałą.

– No, czy ja wiem… Zależy mi… Pojęcia nie mam… A co…?

– A to, że ja głowę na pniu położę. Kazia widziałam, a nie jakieś tam aptrapy!

– Rozmawiałaś z nim…?

– No coś ty, skąd, z wejścia patrzyłam, jak do samochodu wsiada. Kazio, jak w mordę strzelił! Ty, słuchaj, ja cię nie buntuję, ani nic z tych rzeczy, ale ty się zastanów. Żadnemu chłopu na świecie wierzyć nie można, oni łżą, aż ziemia jęczy. Wrócił cholernik, a ciebie kantuje Sztokholmami i Osiami, proszę bardzo, zaraz do ciebie zadzwonię i powiem, że z Kalifornii. Automatyczne połączenia, idiotko!

Elunia poczuła się wstrząśnięta. Oszukujący ją Kazio, przebywający w Warszawie, prezentujący wytrwałe uczucia wyłącznie przez telefon, unikający kontaktu bezpośredniego, to było coś nie do wiary. Wszak to Kazio bez niej żyć nie mógł, a nie ona bez niego. Cóż to miało oznaczać? Nie, niemożliwe, Jola musiała się pomylić albo może wpadł na chwilę, nie zastał jej w domu i zaraz następnym samolotem musiał odlecieć… Nie, to też głupie, przecież by jej powiedział…

– Niemożliwe – oświadczyła stanowczo. – Nie pasuje do niego. Po co by mu to w ogóle było…

– No dobrze – przerwała Jola. – Poderwał sobie coś na boku, małpiego rozumu dostał, ale ciebie trzyma pazurami i za Chiny razem z Japonią nie chce, żebyś się dowiedziała. Wolał się zmyć. Powiedzmy, że takie coś nastąpiło. Co ty na to?

Eluni znów błysnął Stefan Barnicz i supozycję uznała za prawdopodobną. Jednakże, mimo wstrząsu, myślała logicznie.

– No to przecież w takiej sielance nie dzwoniłby co drugi dzień i nie mówił, że się stęsknił jak dziki!

– Dla zmyłki dzwoni. Dziopa się pluska w łazience, a on za słuchawkę łapie. Słuchaj, ja nie twierdzę, że to pewne, ale niewykluczone. A w ogóle, skoro dzwoni, możesz sprawdzić. Niech ci poda numer i ty zadzwoń do niego, połapiesz się przecież, co to jest, Łomianki czy Paryż!

Pomysł się Eluni spodobał, nie lubiła niepewności. Samym przypuszczeniem, że Kazio ją kantuje, czuła się urażona. Sposób załatwienia sprawy zalągł się jej od razu, a równocześnie na samym skraju umysłu coś ją zaniepokoiło. Jakaś drobnostka, z Kaziem związana, na razie mętna i nie do rozwikłania, coś jej się już plątało po głowie, co też to było…?

– Stanowczo tak zrobię – zapowiedziała energicznie. – Zaraz przy najbliższym telefonie. A jakby się okazało, że owszem, jest tu, a nie tam, zdenerwuję się i nie chcę go znać. Mam tego nowego na oku, więc jakoś to przeżyję, a teraz szukaj złotego guzika!


* * *

Dyplomatyczna rozmowa z Kaziem odbyła się w piątek rano. Zważywszy, iż Stefan Barnicz nie pokazywał się w kasynie i od pięciu dni był niewidoczny, Elunia odczuwała lekkie zdenerwowanie i pamięć o dziwactwach Kazia mocno w niej tkwiła. Dręczyła ją niepewność, nie druzgocząca, ale nieprzyjemna.

Kiedy Kazio odezwał się w słuchawce, Elunia z miejsca, z nadzwyczajną przytomnością umysłu, zrealizowała swój pomysł.

– Nic nie słychać! – krzyknęła w telefon. – Kaziu, czy to ty? Słuchaj, nic nie mów, coś się stało z moim telefonem, od wczoraj tak. Jak się do mnie dzwoni, nic nie słychać, a jak ja dzwonię, wszystko jest w porządku. Daj mi swój numer, ja zadzwonię do ciebie!

– Rany boskie, nie krzycz tak! – odkrzyknął Kazio z drugiej strony. – O mało nie ogłuchłem. Będę mówił głośniej.

– Co? – wrzasnęła Elunia. – Nic nie słyszę! Zarazem szybko odsunęła słuchawkę od ucha, bo potężny ryk Kazia zagrzmiał w całym mieszkaniu.

– Ja cię słyszę doskonale…!

– Co?! Nie słyszę! Tu coś skrzypi! Gdzie ty jesteś?! Daj mi twój numer!

– W Kopenhadze jestem, czekaj, już ci daję…

– Nic nie słyszę!

Kazio wrzeszczał do ochrypnięcia, Elunia jednak uparcie nic nie słyszała. Żądała jego numeru telefonu, każdej cyfry oddzielnie, wyraźnie i głośno. Uległ dość szybko.

– Zero! – jął ryczeć przeraźliwie. – Zero! Cztery! Pięć!…

Odłożywszy słuchawkę na stolik, bo ogłuszające dźwięki z niej rozlegały się chyba nawet za oknem i na klatce schodowej, Elunia skrupulatnie zapisała podany numer. Powtórzyła go normalnym głosem,

– Wyłącz się teraz. Ja zadzwonię. Właściwie nie musiała już dzwonić, gdyby Kazio nie znajdował się w Danii, nie podałby swojego numeru telefonu, po którym łatwo można było sprawdzić, do jakiego kraju i miasta należy. Jednakże pozory musiała zachować. Postanowiła później, po jego powrocie, wyznać mu całą prawdę.

Kazio zaś błogosławił się za wybór chwili na ten telefon. Mógł się przecież wygłupić i zadzwonić w innym momencie i z innego miejsca, co byłoby ze wszech miar kompromitujące…

– No, teraz dobrze – powiedziała Elunia, bez trudu uzyskawszy połączenie. – Ty mnie słyszysz?

– Cały czas cię słyszałem, niepotrzebnie krzyczałaś. Co to za uszkodzenie? Zgłoś w biurze napraw.

– Już zgłosiłam, powiedzieli, że do wieczora przejdzie. Kiedy wracasz?

– W przyszły piątek, za tydzień. Nie masz pojęcia, jak mnie już ciągnie do ciebie. Jeszcze raz robię rundę po Szwecji i Norwegii, stąd odjeżdżam jutro rano. Co u ciebie?

– Nic, wesele Andrzejka. Kieckę już mam, obie z Jolą jesteśmy bardzo zajęte…

Przyjąwszy jeszcze płomienne wyrazy uczuć Kazia, odłożyła słuchawkę i natychmiast zadzwoniła do Joli, która o tej porze również znajdowała się w domu.

– Kazio jest w Kopenhadze – oznajmiła z triumfem. – Udawałam, że nic nie słyszę, podał mi numer i zadzwoniłam do niego. Wszystko się zgadza, wyjście na Danię i tak dalej. Więc jednak siedzi tam, a nie tu.

– No no… – zdziwiła się Jola. – Zacznę wierzyć w tego sobowtóra, chyba że mi się w oczach mieni.

– To i mnie się mieni. Oszukałam go i teraz mi głupio. Powiem mu prawdę, jak wróci.

– Kretynka. Na co ci to? Kto chłopu mówi prawdę?!

– Ja. Nie lubię łgać. Prawda jest wygodniejsza, nie trzeba sobie przypominać, co się zełgało poprzednim razem.

– Może i jest w tym trochę racji – zgodziła się Jola. – W każdym razie, jak jeszcze raz się nadzieję na tego sobowtóra, polecę, złapię go za klapy i zajrzę w zęby. A ty rób, jak uważasz.

Stosując się do tej rady, Elunia jeszcze tego samego wieczoru odwiedziła kasyno, Barnicza tam nie znalazła, wróciła wcześnie i nazajutrz od rana rozpoczęła zabiegi toaletowe.

Trochę smętnie się czuła, oglądając w lustrze własną urodę, przyrządzoną już na wielki dzwon. Szafirowa suknia podkreślała kolor jej oczu, włosy lśniły złociście, przez wymyślne rozcięcia dołu mogła kusząco pokazywać nogi i po co jej było to wszystko? Kto miał ją oglądać i komu się miała podobać? Niechby przynajmniej Kazio…

Chociaż nie, Kazio by nie wystarczył. Ze straszliwą mocą, która ją samą przestraszyła, Elunia wyraźnie poczuła, że cały świat składa się z jednego osobnika płci męskiej jej gatunku. Reszta się nie liczy. Nie istnieje. Tylko temu jednemu chciałaby się pokazać, tylko jego zachwyt chciałaby obudzić, tylko dla niego wyglądać. Skoro go nie ma, po diabła ma się stroić jak stróż na Boże Ciało, nabierać nadziei i przeżywać rozczarowania…

Niewiele brakowało, a Elunia zdarłaby z siebie lśniącą kiecę i rozczochrała włosy, włożyła dżinsy i może nawet posunęła się do zmycia makijażu. Nie uczyniła tego wyłącznie z lojalności w stosunku do Andrzejka, który tak okropnie chciał mieć własnych, eleganckich gości.

To osobliwe pragnienie Elunia zrozumiała dopiero znalazłszy się w weselnym domu. Już w kościele dało się zauważyć coś niecoś, tam jednakże stroje gości kryły się pod zimowymi okryciami, nie mając szans rozbłysnąć. Willa na Zaciszu stworzyła znacznie szerszy wachlarz możliwości.

Nie była to w ogóle willa, tylko istna kobyła potężnych rozmiarów, trzypiętrowa i rozczłonkowana. Cały parter przeznaczony został na pomieszczenia reprezentacyjne, hol, salon i jadalnię, z doczepioną zapewne gdzieś w zakamarkach kuchnią. Razem miało to powierzchnię trzystu metrów kwadratowych i Elunia od razu pomyślała, że sto par mogłoby tam swobodnie tańczyć mazura.

Z wielkim zainteresowaniem obejrzała gości, z których znała osobiście zaledwie małą cząstkę, roztkliwiła się widokiem panów we frakach, bo panie w wieczorowych strojach stanowiły mniejsze dziwo, po czym stwierdziła, że ani Jola, ani ona sama nie przynoszą Andrzejkowi wstydu, nawet mimo braku prawdziwych diamentów. Miała zresztą na palcu swój brylant od babci, a Jola dysponowała rubinem, odziedziczonym po przodkach, i obie prezentowały się koncertowo. Reszta Andrzejkowego towarzystwa również stanęła na wysokości zadania.

Stwierdziwszy doskonałą jakość znajomego grona, dokonała następnych spostrzeżeń. Zauważyła jakby osobliwość. Przytłaczającą większość gości stanowiło starsze pokolenie, najwyraźniej w świecie nie było to wesele dla młodzieży, raczej przyjęcie bardzo retro. Panie i panowie w wieku co najmniej średnim, ci, którzy bawili się beztrosko w zamierzchłych latach sześćdziesiątych, pod pozorem żenienia dzieci urządzili rozrywkę dla siebie. Orkiestra przystosowała się w pełni, krótki i nieoficjalny konkurs tańca bezapelacyjnie wygrała świeżo wykreowana teściowa panny młodej, zadziwiająca kondycją mamusia Andrzejka. Elunia najpierw pomyślała, że sama chciałaby w tym wieku tak się czuć i tak wyglądać, a potem dotarł do niej urok staroświeckich tang, walców i charlestonów. Nagle dowiedziała się, jak może wyglądać zwykła polka…

Oszołomiona nieco, złapała Andrzejka, wydzierając go z objęć panny młodej.

– Rany boskie, co to…? – spytała ze zdumieniem, czyniąc dyskretny, ale bardzo wszechstronny gest.

– Nic. Dziaduś w czterdziestym piątym szabrował, tatuś miał chody w sile wiodącej, a to była przedwojenna ruina do remontu. No to po osiemdziesiątym wyremontowali, a teraz nastąpił rozkwit interesów. Jeśli chcesz wiedzieć, ten tam, to jest wiceminister finansów, dwóch się tu pałęta, ten pod lustrem to prezes banku, tam w kącie jeden z wiceprezesów Westinghouse, właścicieli rozmaitych firm już przestałem rozróżniać, hinduski ambasador żre, dziwne, że też derwiszów nie wspomni, a generalny prokurator obszczypuje ulubioną przyjaciółkę mojej żony, to córka centrum komputerowego…

– A te tańce…?

– No więc właśnie, robiłem, co mogłem, żeby nie samo wapno tu szalało, ale, jak widzisz, nie bardzo mi wyszło. Poza tym cała obsługa wynajęta, żarcie dowiezione, rządzi szef sali…

– Elunia, nie zaczynaj mi go dziś podrywać – przerwała ten wykład Bożenka, w tiulach i koronkach bardziej podobna do cumulusa niż do ludzkiej istoty. – Chociaż ze trzy dni poczekaj, cholera z tym twoim Kaziem, mógłby tu być i trzymać cię przy orderach!

– Zgłupiałaś – zgorszyła się Elunia. – Jakbym go chciała podrywać, miałam dziesięć lat czasu! Nie chcę go wcale!

– Jak to miło na własnym weselu usłyszeć komplement! – westchnął Andrzejek.

– Ale jemu jakaś głupota może wpaść do głowy – powiedziała Bożenka. – Zobacz, co Baśka robi, ona ma rozum, wszystkie siły poświęca, żeby swojego chłopa odwracać tyłem do ciebie.

– A tak myślałam, żeby przyjść w dżinsach – wyznała Elunia.

– I trzeba było. Zresztą, rób, co chcesz, ale Jędrusia chwilowo zostaw. Na ucho ci powiem, że jesteś ładniejsza ode mnie i nie daj Boże, on to mógłby zauważyć. Na razie ślepawy trochę, niech mu ta ślepota potrwa.

Elunię i tak już pośpieszne informacje Andrzejka nieco ogłuszyły, zrozumiała dosyć, chętnie zwróciła go pannie młodej. Atmosfera jej się nawet spodobała, bawiła się znakomicie, do tańca była proszona ustawicznie i nie miała kiedy złapać tchu. Zmęczyła się wreszcie tak, że musiała chwilę odpocząć. Jola zniknęła jej w tłoku, przemknęła się do jadalni i wzięła od kelnera kieliszek szampana.

„Do licha, całkiem jak na filmach z życia wyższych sfer” – pomyślała z uciechą i nagle drgnęła tak silnie, że omal tego szampana nie wylała na siebie.

Po drugiej stronie stołu stał Stefan Barnicz i jadł sałatkę z krewetek.

We fraku wyglądał tak, że Eluni zaparło dech. Skamieniała dokładnie i trwała niczym posąg z przechylonym kieliszkiem szampana w ręku, wpatrzona w swoje wybrakowane szczęście. Stefan Barnicz podniósł wzrok, dostrzegł ją i wyraźnie się rozpromienił. Odstawił sałatkę i podszedł.

– Jak się cieszę, że panią widzę! Cudownie pani wygląda. Nie chciało mi się przyjeżdżać na to wesele, spóźniłem się i teraz żałuję. Można panią poprosić do tańca?

Niczego Elunia nie pragnęła bardziej, niestety jednak, znieruchomienie trwało. Nie była w stanie otworzyć ust i wydać z siebie głosu. Barnicz spojrzał na jej kieliszek, wyprostował go i obejrzał się za kelnerem.

– Słusznie, należy wypić zdrowie państwa młodych – rzekł, sięgając również po szampana. – Potem idziemy tańczyć, dopóki grają tańce romantyczne, a nie rąbankę gimnastyczną.

Elunię uruchomiło o tyle, że dokończyła swojego szampana. Potem została delikatnie ujęta pod ramię i pociągnięta do salonu, dzięki czemu pracę podjęły także jej nogi. Automatycznie ruszyły we właściwym rytmie i ogarnęła ją błogość nadziemska.

Stefan Barnicz tańczył świetnie. Elunia również. O takim szczęściu nie przyszło jej do głowy nawet marzyć. Otworzyła wreszcie półprzymknięte oczy, w ogromnym ściennym lustrze ujrzała sylwetki tańczącej pary, dopasowanej do siebie wręcz idealnie, tuż blisko miała tę piękną, męską twarz, owionął ją zapach znakomitej wody kolońskiej, wokół kibici czuła pewne, silne, twarde ramię, pod dłonią wytrenowane mięśnie i z samej głębi trzewi wyrwał jej się jęk, który zawierał w sobie WSZYSTKO.

Stefan Barnicz usłyszał jęk i bezbłędnie zrozumiał jego źródło. Poczuł się uszczęśliwiony nie mniej niż Elunia, acz zupełnie inaczej. Nareszcie zyskał szansę zaspokojenia swoich pragnień bez przesadnych zachodów i starań, nareszcie spadnie mu z głowy głupia namiętność do pięknej dziewczyny, która przeszkadza mu myśleć i finezyjnie prowadzić interesy, nareszcie odczepi się od idiotycznych wyobrażeń, może i atrakcyjnych, ale godnych rozparzonego szczeniaka, a nie dorosłego, doświadczonego mężczyzny. Słusznie nie wdawał się w podrywcze podchody i nie tracił niepotrzebnie czasu, oto sama mu wpadła w ręce.

Przeciwko wpadnięciu mu w ręce Elunia nie zaprotestowała najmniejszym drgnięciem. Dawno chciała wpaść mu w ręce. Barnicz nie stosował głupawych metod, polegających na zamykaniu się w którejś sypialni gościnnego domu, lub też w łazience, wolał własny teren i swobodę, zaryzykował przejazd. Spóźniony na wesele i transport mikrobusami, przyjechał własnym samochodem, teraz mógł odjechać dyskretnie, kiedy mu się podobało. Absolutnie oszołomiona Elunia cudem zgoła odnalazła swoje futro, nie zauważyła Joli, która przyjrzała jej się z wielkim zainteresowaniem, pozwoliła się wyprowadzić na zewnątrz i było jej najzupełniej obojętne, dokąd jest wieziona. Superman siedział obok, trzymał kierownicę i decydował o jej życiu.

Mimo małżeństwa, rozwodu i sukcesów w pracy, konserwatywnie wychowana Elunia wciąż jeszcze była zbyt młoda i niedoświadczona, żeby wiedzieć, iż decydowania o życiu przenigdy nie należy składać w ręce mężczyzny.

Rozsądne jest raczej udawać, że się składa…

Od rozsądku Elunia była bardzo daleka. O poranku nie czuła się rozczarowana, wręcz przeciwnie, superman spełnił wszystkie jej nadzieje i oczekiwania, nawet może nieco przesadnie. Przeżyła chwile doznań seksualnych, jakie dotychczas znała tylko z lektur i, aczkolwiek nie wszystkie ją zachwyciły, a niektóre nawet rozczarowały, w upojeniu myślała sobie, że taka jedna noc na upartego mogłaby wystarczyć na całe życie. Zakłopotał ją natomiast fakt, iż w biały dzień znajduje się w dość dużej odległości od własnego domu, w wieczorowej sukni i balowych sandałkach, w zimie, pozbawiona podstawowych kosmetyków i właściwie bez pieniędzy, bo wydawało jej się, że na weselu Andrzejka nie będą jej potrzebne. Pociechę stanowiła niedziela, w niedzielę z nikim nie była umówiona i żaden zleceniodawca się jej nie czepiał. Zleceniodawcy to też ludzie, czasem odpoczywają.

Stefan Barnicz zrobił, co tylko zdołał, żeby tę cholerną dziewczynę wykorzystać i mieć z głowy. Okazała się urocza i wdzięczna, ale stanowczo zbyt naturalna. Nie tyle może niedoświadczona, ile nieskłonna do uciech wymyślnych i nietypowych. Zdecydowanie wolał damy innego autoramentu, pozbawione zahamowań, pełne inwencji i rozmachu. Z przyjemnością stwierdził, że ten ciąg do niej prawie mu minął, mógł się już uspokoić. W żadnym wypadku natomiast nie mógł sobie pozwolić na to, żeby zostawić ją u siebie na następną dobę, przeszkadzałaby mu straszliwie, musiał się jej pozbyć. Z radością przyjął jej nieśmiałe i niepewne życzenie.

– Jakoś bym wróciła do domu – powiedziała Elunia, owinięta w wielki ręcznik kąpielowy, przy czymś w rodzaju śniadania. – Nie wiem jak. Co najmniej powinnam się przebrać. Co ty na to?

– Odwiozę cię oczywiście i mam nadzieję, że nie spotkasz w windzie wszystkich sąsiadów. Zresztą, dlaczego nie miałabyś wracać z balu? Normalna sprawa, piękne kobiety mają prawo wracać do domu rano z rozmaitych rozrywek i mogą wyglądać, jak im się podoba. Nikt się nie zdziwi.

– No dobrze, to jedźmy. Wolałabym od razu. Nie mam w tej dziedzinie doświadczenia.

W swoim niebiańskim upojeniu nie pomyślała nawet, że teraz już on się powinien jakoś z nią umówić, powiedzieć coś o sobie, dać jej bodaj numer telefonu. Spytać o jej numer. Zadeklarować chęć utrzymania świeżo nawiązanego kontaktu, o ile miłosne szały jednej nocy można tym mianem określić. Sprecyzować swój stosunek do niej i wyjawić plany na przyszłość.

Niczego takiego nie uczynił. Z wielką galanterią i wśród objawów czułości odwiózł ją do domu, w windzie Elunia spotkała tylko dziewczynkę z piątego piętra z psem, dziewczynka przyglądała się jej z wyraźną zazdrością, ale nic nie mówiła, Elunia dotarła do siebie i nareszcie mogła nieco ochłonąć.

Na dobrą sprawę oprzytomniała porządnie dopiero w poniedziałek i pojawił się przed nią problem.

Zdradziła Kazia. Nie było siły, fakt stał się faktem. Najpierw go oszukała, a potem zdradziła, rzetelnie, dobrowolnie i z całego serca. Nie dając mu wcześniej nic do zrozumienia, utrzymując go w przekonaniu, że ją ma, zdradzając niejako z zaskoczenia. Na takie świństwo Kazio nie zasługiwał.

Musi teraz Kazia porzucić, chociażby z samej przyzwoitości i uczynić to jakoś delikatnie, taktownie, w miarę możności bezboleśnie. Jak to zrobić? Nie przez telefon przecież, nie należy udeptywać człowieka na obczyźnie, Kazio mógłby się zdenerwować przesadnie. W kontakcie osobistym łatwiej okazać chłód i rezerwę, łatwiej nie łatwiej, ale można zachować się tak, żeby to wyszło samo, dzięki czemu wydarzenie straci cechy gromu z jasnego nieba i Kazio będzie na nie przygotowany.

Czuła się winna, co mąciło nieco jej szczęście. Dopiero wczesnym popołudniem, jadąc z gotową robotą do firmy, doznała drgnięcia niepokoju i szczęście zmętniało bardziej. Jak właściwie spotka się teraz ze Stefanem? Nie umówili się wcale, nie zadzwonił nawet, jeśli nie wczoraj wieczorem, to chociażby dziś rano, zaraz, ale przecież nie zna jej numeru telefonu! W książce telefonicznej jej chyba jeszcze nie ma… no to co, istnieje informacja! Ona jego numeru też nie zna i mogłaby…

Nagle uświadomiła sobie, że nie zna również jego adresu. Pojęcia nie ma, gdzie się znalazła ubiegłej nocy, na Żoliborzu chyba, tak, oczywiście, ale gdzie na Żoliborzu…? Jakoś daleko, może to był już Marymont…? Nie zwracała żadnej uwagi na drogę, miała tylko wrażenie, że do siebie jest wieziona przez całe miasto, no dobrze, ale o numer telefonu można spytać także i bez adresu, niechby nawet istniało trzech Stefanów Barniczów, nie wszyscy chyba muszą mieszkać na Żoliborzu…?

Pogawędka służbowa oderwała ją nieco od tematu, który po dwóch godzinach wrócił z całą siłą. Nawet jakby nabrał rozpędu. Jej niepokój wzrósł, jakże to, miałaby sama starać się o jego numer telefonu…?! A nawet gdyby go zdobyła, to co? Zadzwonić…? Ona do niego…?! Ależ ręka by jej uschła i palec odpadł, natręctwo skandaliczne, narzucanie się, kamień u szyi i kula u nogi dla faceta, a może on się zraził do niej i wcale jej nie chce, może potraktował ją jak wesołą panienkę, korzystającą z każdej okazji, rozwiedzioną, a zatem spragnioną chłopa, o mój Boże, a cóż by to była za klęska! W oczy sobie nie spojrzeć i ręki nie podać! Nie, za nic…!

We wzburzeniu Elunia omal nie wjechała w Nowy Świat w miejscu zakazanym prywatnym samochodom, zdołała jakoś opanować się i zakręcić, ale objechała rondo dwa razy, zanim zdecydowała się na Aleje Jerozolimskie. Przed sobą miała kasyno, do kasyna wolno jej pójść, chodziła tam już wtedy, kiedy go nie znała, a może on je w ogóle uważa za ich punkt kontaktowy i czeka na nią niecierpliwie…

Nie ma na świecie kobiety, której nadzieja nie byłaby nieśmiertelna. Na rozszalałe fale zdenerwowania spłynął balsam ukojenia. Kiedy wjeżdżała ruchomymi schodami na drugie piętro, kwitła w niej już pewność, że za chwilę go zobaczy i wszystkie głupie obawy i wątpliwości padną trupem na miejscu.

Stefan siedział przy automacie. Na jej widok podniósł się, przywitał odrobinę czulej niż poprzednio i wskazał przechylone krzesło obok.

– Wiedziałem, że przyjdziesz – powiedział cicho i radośnie. – Byłem tak pewien, że zająłem ci miejsce.

W Eluni rozpromieniła się jasność świetlista i w mgnieniu oka niepokojom wystawiła elegancki nagrobek. Stefan Barnicz umiał postępować z kobietami, nie miała zatem najmniejszych podejrzeń, że łże koncertowo. Z całej jego wypowiedzi prawdziwe były tylko słowa „zająłem” i „miejsce”. Istotnie zajął, bo zamierzał tam grać, co do Eluni natomiast, miał nadzieję, że właśnie nie przyjdzie. Chciał się uwolnić ostatecznie od tego głupiego upodobania do niej, powinien był właściwie sam nie przyjść, żeby ją łagodnie obrazić, ale lubił grać na automatach, umiał na nich wygrywać, poza tym miał tu dodatkowe interesy i nie przywykł do rezygnacji z przyjemności i lekceważenia potrzeb przez jakiekolwiek kobiety.

Mężczyźni jednakże też niekiedy popadają w rozterki, nawet ci najbardziej samolubni i bezwzględni. Na Elunię sobie zwyczajnie pozwolił, wybryk taki, podobała mu się, stanowiła odmianę i kusiła. Żadnych związków uczuciowych nie miał w planach i nawet nie miał na nie ochoty, przy swoich zajęciach musiał swobodnie dysponować czasem i nie zawracać sobie głowy kobietami, bo nie kobiety stanowiły jego najdzikszą namiętność. Poza wszystkim, były wścibskie i nachalne, za dużo chciały wiedzieć, na dłuższą metę szkodziły nieopisanie i należało używać ich po prostu, ogólnie trzymając na daleki dystans.

Wahał się zatem, co zrobić z Elunią. Na sporadyczną podrywkę nie nadawała się wcale, proste i brutalne odstawienie jej od piersi mogło okazać się szkodliwe. Mogła jakoś zareagować i zepsuć mu doskonałą opinię. Jak zareagować, nie miał pojęcia, bo od wieków już unikał tego rodzaju dziewczyn, bał się scen i gadania, bał się także ewentualnej zemsty. Ponadto nie był pewien, czy jeszcze raz nie nabierze na nią chęci, wolał zatem robić dobre wrażenie. Miał nadzieję, że zdoła ją jakoś delikatnie do siebie zniechęcić i bez wielkich dramatów przenieść do kategorii miłych wspomnień.

Elunia przeżywała euforię podwójną, bo i automat jej płacił, i ukochany superman siedział obok. Prawdę mówiąc, na ogół miała szczęście w grze, czystym przypadkiem trafiała na właściwe chwile, w przeciwieństwie do pechowców, którzy z reguły trafiają na niewłaściwe. W ostatnich dniach ze współczuciem przyglądała się niefartownej pani, tracącej na automatach olbrzymie pieniądze, które natychmiast po niej wygrywał kto inny. Pani męczyła się upiorne, robiła rozmaite sztuki, niekorzystne dla siebie, poddawała się w końcu, odchodziła i następna grająca po niej osoba bogaciła się z miejsca. Miała zwyczajny niefart, a Elunia, tajemniczym zrządzeniem losu, stanowiła jej przeciwieństwo.

Stefan Barnicz, nie mogąc już teraz zmienić automatu, zdecydował się przejść do ruletki. Był wygrany, coś mu mówiło, że ma swój wieczór. Elunia, mimo wszystko, prawie nie zwróciła na to uwagi, hazard chwycił ją w pazury, po dwóch godzinach dopiero, zyskawszy skromny majątek, obejrzała się na niego, dostrzegła go przy najdroższym stole i zrobiła sobie drobną przerwę. Zostawiła automat i poszła popatrzeć.

Gdyby sama nie była w głębi duszy hazardzistką, zapewne przeraziłoby ją to, co ujrzała. Stefan nie grał tym razem z niedbałym wdziękiem, przeciwnie, grał drapieżnie i zażarcie, błyskawicznie zmieniając decyzje, stawiając w ostatniej chwili, skupiony, zacięty, płonący jakimś natchnieniem, stracony dla świata. I wygrywał, wygrywał, wygrywał. Zafascynowana Elunia oczu od niego nie mogła oderwać, mętnie jawił jej się w charakterze rycerza z mieczem w dłoni, pokonującego zastępy wrogów, kładącego ich pokotem. Wrogami był chyba samotny krupier, bo nikogo innego na horyzoncie nie było widać.

Każdy sukces ukochanego mężczyzny budzi w kobiecie uwielbienie. Elunia doszła w tym momencie do szczytu uczuć.

Stefan Barnicz, rasowy i doświadczony hazardzista, wiedział, kiedy przerwać. Z olbrzymią wygraną odszedł od stołu. Opanował się, zdobyte pieniądze schował niedbale, zręcznie ukrył swój stosunek do nich. Jednakże w nim również tkwiły, potężnie wbite, już nawet nie pazury, ale wręcz szpony namiętności wciąż jeszcze głodnej, zachłannej, niezaspokojonej, nagle i przemocą oderwanej od żeru. Napięcie było zbyt silne, musiał je rozładować, Elunia znajdowała się pod ręką. Wiedział, że źle robi, ale nie zdołał jej sobie odmówić.

– Skończ tę grę – szepnął. – Jedziemy. Szkoda czasu.

Elunię szpony ciągle szarpały podwójnie, teraz akurat eksplodowała strona uczuciowa. Bez słowa, bez wahania, bez jednego prztyknięcia w guzik automatu, spełniła jego polecenie.

– Pojedziemy do ciebie – rozkazał już na dole. – Do mnie się nie da…

W jakimś momencie upojnej nocy, której ekscesy niemal ją przeraziły, Elunia dowiedziała się, że ukochany wcale nie mieszka sam, tylko z ciotką, prowadzącą mu gospodarstwo. Ostatnio wyjechała na trzy dni, ale już wróciła i ogromnie bruździ. Nie ma sposobu spotykać się u niego, co jest niezmiernie uciążliwe, ale i tak te chwile wyrwane dla niej to jest wyjątkowa okazja, bo przy jego pracy…

Co to za rodzaj pracy, Elunia się nie dowiedziała.


* * *

Sekretarkę przesłuchała dopiero nazajutrz, we wtorek. Pierwsza była Jola.

– Ty, zadzwoń, jak rany, bo nie mogę cię złapać. Chłopak super, razem z nim wyszłaś, mam nadzieję, że skutecznie. Powiedz, co jest, bo z ciekawości czegoś dostanę, chociaż wszystko rozumiem. Biedny Kazio.

Kaziem Elunia od razu została wytrącona z równowagi. Z roztargnieniem wysłuchała dalszego ciągu. Jako drugi wystąpił Bieżan.

– Ma pani mój numer, proszę o telefon, znów się posłużono pani dowodem osobistym, tym ukradzionym, i muszę panią przesłuchać. Pilne.

To w zupełności wystarczyło, żeby Elunia przestała rozumieć propozycje natury zawodowej. Na szczęście, taśmę mogła cofnąć i wysłuchać ich drugi raz.

Jolę, ze względu na Kazia, odsunęła na później, zaczęła od Bieżana.

– O, dobrze, że pani już jest – powiedział z troską. – Co pani robiła w sobotę o jedenastej?

– Myłam głowę – odparła Elunia bez namysłu, bo każda chwila owej soboty pozostała jej żywo w pamięci. – Ale jeśli chodzi panu o alibi, to dzwoniły do mnie dwie przyjaciółki, akurat wtedy, wyleciałam z łazienki okręcona ręcznikiem. Wszystkie wybierałyśmy się wieczorem na wystrzałowe wesele i trzeba było uzgadniać rozmaite szczegóły. Mogę panu podać ich nazwiska i telefony. A, i jeszcze sąsiadka przyszła i pytała, czy nie mam jednej cebuli. Nie miałam, ale widziała mnie dokładnie. A co zrobiłam?

– Podjęła pani kolejną sumę, tym razem w dolarach. W banku na Czackiego. Sprawdzę, bo muszę, ale następnym razem kasjer będzie odpowiadał. Co za ludzie, jak rany…

Po długim wahaniu, wypełnionym pustką myślową, Elunia zadzwoniła do Joli.

– No, wreszcie! – wykrzyknęła Jola. – No i jak? Nie wychodziłaś z łóżka od soboty do tej pory?

– Wychodziłam – odparła Elunia, zarazem niebotycznie szczęśliwa i beznadziejnie zatroskana. – Chwilami. Nie znęcaj się nade mną, nie wiem, co zrobić z Kaziem…

– A ta nowość jak? Zapowiada się? Mów jak człowiek, niech ja nie muszę doić z ciebie!

W tym momencie Elunia uprzytomniła sobie, że sytuacja pozostała bez zmian. Nadal nie wie, gdzie on mieszka, numery telefonów nie zostały wymienione, nie jest konkretnie umówiona i gdyby nie pojawił się w kasynie…

– Różnie – powiedziała ostrożnie. – No owszem, poleciał na mnie. Mam wrażenie, że energicznie…

– A dalej?

– Co dalej?

– No, zdeklarował się jakoś? Kocha cię czy jak? Kto to w ogóle jest?

– Biznesmen. I hazardzista. Wygląda, jakby mnie kochał, ale nie powiedział tego.

– Oni takich rzeczy mówić nie lubią…

– Ale Kazio mnie gryzie. Błogosławieństwo, że go nie ma, może się zdążę zastanowić. A Stefan…

– Stefan mu?

– Stefan. No dobrze, ogniem pała, tak mi wyszło. Ja też pałam. Ale konkretów jeszcze nie było i teraz akurat, jak z tobą rozmawiam, tak myślę, że coś tu wygląda nietypowo. Chyba że z miłości do mnie całkiem zgłupiał, ale jakoś mi się nie wydaje. Czegoś brakuje.

– Ejże? – zmartwiła się Jola. – Wiesz już, czego?

– Nie. Muszę pomyśleć.

– Długo?

– Nie wiem, ale chyba parę dni. I muszę się zastanowić, co zrobić z Kaziem.

– Nic. Z serca ci radzę. Nic na razie. Zostaw go na chwilę odłogiem, chyba żeby wyskoczyła jaka ostra zadyma. Wtedy zrobisz, jak ci wyjdzie.

– Znaczy, myślisz, na żywioł…?

– Na żywioł. Żywioły są od nas mądrzejsze i wiedzą, co robią.

Elunia nie była pewna, czy zburzenie całego miasta przez trąbę powietrzną, która niewątpliwie zaliczała się do żywiołów, można nazwać szalenie rozumnym czynem, ale nie sprzeczała się z Jolą. Miała co innego do roboty.

Zleceniodawcy zostali wreszcie porządnie wysłuchani i zanotowani. Jednym z nich okazał się facet Agaty, która była winna Eluni pięćset złotych i najwidoczniej zdecydowała się wybrać bogatszego. Elunia od razu zadzwoniła do niej i złapała ją w miejscu pracy.

– No więc mnie samej to się nie bardzo podoba – powiedziała Agata z westchnieniem. – Ale chyba się przestawiam, Romeczek się zrobił jakiś niedobry, a Tomasz wręcz przeciwnie…

– Czekaj – przerwała Elunia, żywo zainteresowana problemem. – Który jest który? Mówiłaś, ale zapomniałam, bardzo cię przepraszam.

– Nie szkodzi. Romeczka więcej kocham, a Tomasz siedzi na forsie. No i możliwe, że z tej przyczyny zaczyna stroić jakieś grymasy, Romeczek znaczy, frustracje sobie na mnie odbija, wywinął mi taki numer, że nie wiem, co o tym myśleć. Jak mam z miłości dostawać w tyłek, to nie chcę. A Tomasz, może i nie piękny, pół kwintala nadwagi, za to dla mnie dobry. Taki zwyczajnie dobry.

– Może się odchudzić.

– No może. Fakt, byłby estetyczniejszy. Chciałabym się ciebie poradzić, ty czasem całkiem rozumnie myślisz, on tam się nagrał do ciebie, chce plakacik i prospekty, sama mu ciebie naraiłam, umów się z nim w domu, to ja też tam będę. Wieczorem, po pracy. I dzieci.

– Co dzieci?

– Dzieci będą. On też ma, po rozwodzie chłopak został przy nim, a żona zabrała córkę, tak sobie wykombinowali. Trochę starszy od mojego i nawet się lubią. Przywiozę bachora, załatwisz interesy i pogadamy. Powiem ci prawdę, zależy mi, mam na gardle może nie taki całkiem nóż, ale średni scyzoryk.

Elunia spełniła życzenie przyjaciółki, chociaż umawianie się wieczorem było jej bardzo nie na rękę. Wieczorem chciała być w kasynie, coś z tym Stefanem wreszcie ustalić, bodaj te telefony…

Dobre serce jednakże zmusiło ją do umówienia wizyty na dzisiejszy wieczór, na szóstą. Przyszły zleceniodawca podał jej adres willi w Konstancinie i obiecał, że zawiadomi Agatę. Może sam ją przywiezie. Elunia zaś łatwo trafi, bo tuż obok jest rozbebeszona budowa, rzucająca się w oczy.

Dzień się ułożył pracowicie, ale jakoś ze wszystkim zdążyła i o wpół do szóstej ruszyła do Konstancina. Była bardzo głodna, miała nadzieję, że Agata da jej coś do zjedzenia. Jeśli ten jej fatygant jest gruby, z pewnością dobrze jada i ma w domu zapasy.

Podjechała, jak się okazało, od niewłaściwej strony, od tej rozbebeszonej budowy i dalszą drogę zatarasowały jej ogromne kupy piasku i ściętych gałęzi drzew. Do sąsiedniej posiadłości było blisko, dała zatem spokój przedzieraniu się przez te przeszkody, zawróciła, ustawiła samochód z boku, wysiadła i udała się dalej piechotą.

Podeszła do bramy i przycisnęła dzwonek furtki. Była za pięć szósta.

Na dzwonek nikt nie odpowiedział, chociaż jego terkot dobiegał aż do niej. Elunia zdziwiła się nieco, dom za ogrodzeniem żył, światło świeciło się w oknach, w osiatkowanym dużym boksie szczekały dwa psy, niemożliwe, żeby ludzie tego nie usłyszeli. Była przecież umówiona, powinni na nią czekać. Może źle trafiła…?

Obejrzała bramę i furtkę, numer się zgadzał, na skrzynce listowej widniało właściwe nazwisko. Przycisnęła dzwonek ponownie. Zaterkotało i szczęknęło.

– Kto tam? – spytał jakiś głos.

– Burska. Czy pan Parkowicz? Byłam umówiona.

– Pana Parkowicza jeszcze nie ma. Proszę przyjść później.

– Jak to, później… Zaraz, czy jest Agata? Widzę samochód, musi być…

– Agata się urżnęła w opiłki metalowe i śpi. Do jutra nikt się z nią nie dogada. Parkowicz wróci za trzy kwadranse, proszę przyjść później.

Ze zdumienia i oburzenia Elunia znieruchomiała i odjęło jej mowę, przy czym przyczyna zaskoczenia była podwójna. Agata nie piła w ogóle, nie lubiła alkoholu i szkodził jej, komunikat, że leży pijana, wprawił Elunię w osłupienie. Równocześnie, zanim zdążyła pojąć, że wcale w to nie wierzy, rąbnęła ją ciężka uraza za sprowadzenie jej tu niepotrzebnie. Zamiast iść do kasyna i upajać się własnym, niepewnym szczęściem, poświęciła się, marnuje wieczór, a tam Stefan czeka…

– Halo, mówię! Przyjść później! Słyszy pani? – niecierpliwił się głos w domofonie. – Parkowicz będzie czekał. Ogłuchła pani czy co? Tu zaraz blisko jest knajpa, może pani tam posiedzieć, słyszy pani?

Elunia, rzecz jasna, do udzielenia odpowiedzi nie była zdolna. Tak długo stała w bezruchu z dłonią opartą o mur obok dzwonka, milcząc kamiennie, aż wszystko ucichło. Nawet psy przestały szczekać.

Po pięciu minutach nareszcie ją odblokowało. Odetchnęła głęboko, uruchomiła także i umysł i poczuła, że ogarnia ją wściekłość. Ten Parkowicz chyba zwariował, jak Agata może uważać go za dobrego człowieka?! To jakiś gbur bez wychowania, nieprawda, że go nie ma, w domofonie słyszała jego głos, poznała go, pamiętała po rozmowie telefonicznej! Co za kretyństwo ją tu spotyka, co to za jakaś idiotyczna informacja o pijanej Agacie, co za głupawa propozycja, żeby siedziała w knajpie, czy ona nie ma co robić?! Żywiła cichą nadzieję, że po rozmowie tutaj zdąży jeszcze skoczyć na chwilę do kasyna, w tej sytuacji może swoją nadzieję pod tramwaj podłożyć, wypchać się nią! Co oni sobie właściwie wyobrażają, do wszystkich diabłów…?!

Elunia dość rzadko wpadała we wściekłość i była to wściekłość na ogół nieszkodliwa, tym razem jednak wybuchła z wyjątkową siłą. Niewątpliwie miał na to wpływ jej stan uczuciowy. Wizja Stefana, czekającego na nią bezskutecznie, pozbawiła ją całkowicie zdrowego rozsądku.

Panująca wokół ciemność nabrała w jej oczach zdecydowanie czerwonego zabarwienia, kiedy ruszyła przez kupy piasku do swojego samochodu. Rozbabrana budowa była nieźle oświetlona. W blasku lamp Elunia ujrzała nie domkniętą bramę i duże ubytki siatki między dwiema posiadłościami, bez sekundy namysłu przelazła przez jedno i drugie i znalazła się na terenie tego głupiego chama, Parkowicza. Nie miała żadnych konkretnych zamiarów, czuła tylko nieprzepartą potrzebę powiedzenia mu natychmiast, co o nim myśli. Także gwałtowne pragnienie obsobaczenia Agaty.

Psy znów zaczęły szczekać.

– Cicho! – rozkazała im Elunia gniewnie. – Nie miauczeć! Dobre pieski.

Dobre pieski w zasadzie spełniły polecenie. Elunia miała w sobie coś, co cieszyło się sympatią zwierząt, może woń, którą lubiły konie, koty i psy. Te zaś psy generalnie były nastawione przyjacielsko do ludzi, nie gryzły, wyglądały tylko groźnie i uwielbiały skakać gościom na pierś, niektórych czasem przewracając, dlatego niekiedy zamykano je w boksie. Elunię wywęszyły i natychmiast zamieniły szczekanie na radosne popiskiwania.

Elunia popiskiwań się nie czepiała. Energicznie przeszła przez ogród, składający się z wielkiego trawnika, licznych krzewów i kilku drzew, rzucających czarne cienie, i dotarła pod drzwi tarasu, prowadzące wprost do oświetlonego salonu. Drzwi osłonięte były przezroczystą firanką, rozchyloną na środku i nie domknięte. Można było zapewne wejść przez nie do wnętrza i niewątpliwie Elunia wdarłaby się tędy do niegościnnego domu, gdyby nie to, że przed wkroczeniem na taras ujrzała widok w środku.

Znieruchomiała na amen.

W oświetlonym i przez firankę niedokładnie widocznym salonie siedzieli wszyscy. Agata, jakiś gruby facet, zapewne Parkowicz, oraz dwóch śmiertelnie wystraszonych chłopców w wieku mniej więcej pięciu i dziesięciu lat. Całe to towarzystwo przywiązane było do krzeseł i zakneblowane plastrami na ustach. Na ramieniu Agaty widniał opatrunek, przez który przesiąkała krew, pozostałe osoby wydawały się nie uszkodzone. Oprócz nich znajdował się tam jeszcze ktoś, ulokowany z boku, a dostrzec dawało się tylko jego ręce, trzymające pistolet, przytknięty do kolana starszego chłopca.

Każda normalna osoba na ten widok jakoś by zareagowała, rzucając się głupio na pomoc lub też wycofując się rozsądnie i pędząc na policję. Nie Elunia jednakże.

Zamarła w swoim ulubionym bezruchu w cieniu wierzby płaczącej, rosnącej tuż przy tarasie i odjęło jej radykalnie wszystkie przyrodzone zdolności. Piorun, walący w wierzbę w środku zimy i przy pogodnym niebie, nie zdołałby jej przywrócić do życia. Poniechała mrugania. Równie dobrze mógłby tam stać posąg Diany łowczyni i tyleżby z niego było pożytku.

Przez szparę w uchylonych drzwiach mogły dobiegać dźwięki, ale w salonie panowała cisza. Żywy obraz trwał. Być może Elunia przemieniłaby się z powrotem w ludzką istotę, gdyby nie to, że zmiana konfiguracji zaskoczyła ją na nowo. W jej polu widzenia pojawiła się nowa postać, facet w czarnym worku na głowie, który podał szklankę z jakimś płynem temu niewidocznemu, trzymającemu pistolet. Pistolet cofnął się, oddalając od kolana dziecka, druga ręka ujęła szklankę.

– …da chwila – dotarło do Eluni -…dziemy na stole. Odrobina wysiłku i mo… cząć żywą akcję… Należy wziąć pod uwagę odległość… miasta.

Był to właściwie szmer, a nie wyraźne słowa. W nadal skamieniałej i ledwo oddychającej Eluni jako pierwszy zaczął działać umysł i wtedy dodatkowo unieruchomiło ją przerażenie. Pojęła, iż jest świadkiem napadu, dokładnie takiego, o jakim mówił Bieżan, nie w główkę, tylko w kolanko, ten pistolet miał rurę na lufie, to pewno tłumik, Agata dostała w ramię, Jezus Mario, coś się powinno zrobić, dlaczego ona, kretynka, nie ma telefonu komórkowego, zadzwonić, złapać ich, nie teraz, bo ich zabiją, zaraz potem, na co oni czekają, pan Zagłoba, do cholery z literaturą, ten Parkowicz straci wszystko i Agata zyska swobodę wyboru, Boże jedyny, powinna się ruszyć i coś zrobić…

Ruszyła się. Udało jej się oderwać rękę od gałązki, którą cały czas kurczowo ściskała. W tym momencie w domu zadzwonił telefon.

Odebrał go tamten facet w worku.

– Słucham, Parkowicz – powiedział głośno, wyraźnie i kłamliwie.

Coś zapewne usłyszał, ale nie powiedział nic więcej i odłożył słuchawkę. Znikł Eluni z oczu. Obaj znikli, ten z pistoletem również. Gdyby zdołała odwrócić głowę, ujrzałaby, jak normalnie wyglądający facet, bez żadnych worków nigdzie, idzie do furtki, jak ją otwiera, czeka przy niej na drugiego, biegnącego ku niemu, po czym obaj znikają na drodze po przeciwnej stronie góry piasku. Zaszemrał cicho samochód.

Tuż przed tą chwilą Elunię uruchomiło o tyle, że zdążyła zauważyć samo zniknięcie facetów za furtką. Jak oszalała rzuciła się do salonu i zdarła plaster z ust Parkowicza, którego miała najbliżej. Wiedziała doskonale, że należy go odczepić od krzesła, ale nie miała czym przeciąć sznurów.

Parkowicz okazał przytomność umysłu.

– Nóż na stole! – krzyknął. – W kuchni ostrzejszy! Prędzej!

Nie znając topografii budynku, Elunia kuchni dała spokój i chwyciła nóż ze stołu. Był to zwykły obiadowy nóż z drobnymi ząbkami, które dawały szansę przepiłowania sznura, zaczęła dydolić nim więzy na rękach Parkowicza, mętnie myśląc, że jako pierwszy swobodę powinien zyskać pan domu. Agata spoza plastra wydawała jakieś chrypienie, młodszy chłopiec muczał jak osamotnione cielę, Parkowicz wykrzykiwał urywane zdania, które miały zapewne brzmieć uspokajająco i pocieszająco, ale tego zadania nie spełniały. Elunia stękała z wysiłku.

Sznur wreszcie puścił, Parkowicz wyrwał jej nóż i sam zaczął uwalniać nogi, Elunia rzuciła się do Agaty, jej również zdarła z twarzy plaster, rzuciła się ku dzieciom.

– Do kuchni!!! – wrzasnęła strasznie Agata. – Drugi nóż, w szufladzie, ostry!!!

Gest brodą uczyniła jednoznaczny, Elunia zgadła, gdzie kuchnia, wpadła tam, ujrzała mnóstwo szuflad, trafiła na właściwą, wiedziona instynktem. W chwili kiedy przecięła więzy Agaty, Parkowicz odczepił się od krzesła i runął w kierunku telefonu.

– Dzieci!!! – krzyknęła z furią Agata, wciąż jeszcze pozbawiona władzy nad nogami.

Elunia miotała się we wszystkie strony naraz. Zdarła plastry z ust dzieci, czym wzmogła hałas, bo młodszy chłopiec wybuchł ogłuszającym rykiem, zaś starszy jął domagać się gromko pierwszeństwa w uwalnianiu, Agata klęła, szarpiąc sznur na nogach, Parkowicz wrzeszczał do słuchawki w gabinecie obok salonu. Elunia oswobodziła ręce starszego chłopca, wetknęła mu nóż i zmieniła kierunek działań, pozostawiając młodsze pokolenie Agacie, bliskiej całkowitego wyzwolenia. Chwyciła swoją torebkę, porzuconą w drzwiach na taras i wytrząsnęła na podłogę całą jej zawartość w poszukiwaniu notesu. W głowie grzmiała jej tylko jedna myśl: natychmiast dzwonić do Bieżana!!!

Uczyniła to, trzęsąc się z niecierpliwości, zaledwie pan domu zakończył wzywanie policji. Wszyscy, z dziećmi włącznie, usiłowali wyjaśnić jej, co tu się stało, nie słuchała, odpędzając od siebie ręką Parkowicza, wypukiwała komórkowy numer. Bieżan odezwał się od razu i Elunia zatkała sobie drugie ucho.

– Przed chwilą uciekli – powiedziała nerwowo. – Pięć minut. To Konstancin, stąd są tylko dwie możliwe drogi, niech pan coś zrobi! Dwóch było, jeden ten sam!

Bieżan zrozumiał bezbłędnie. W ciągu dziesięciu sekund wydarł z Eluni konkretne dane, w tym nazwisko i adres poszkodowanych. Zapowiedział przyjazd ł rozłączył się.

Teraz dopiero można było rozpocząć wracanie do równowagi.

– Ja panią bardzo przepraszam za to gadanie do furtki – powiedział przygnębiony Parkowicz, wtykając Eluni do ręki kieliszek koniaku. – Zmusili mnie do tego, wyraźnie powiedzieli, co mam powiedzieć, potraktować panią jak ostatni cham. Tu mi dziecko pod lufą trzymają… Pani rozumie…

– Rozumiem. Bardzo dobrze panu wyszło.

– Dzieci, na górę! – rozkazała Agata. – Możecie zeżreć cały tort, najwyżej was zemdli. Możecie się bawić albo podsłuchiwać, tylko zejdźcie mi z oczu. Nic wam się, chwalić Boga, nie stało…

– Ale tobie się stało, Boże drogi, ty jesteś ranna!

– Szczerze mówiąc nic takiego, boli trochę i cholera… Przecieka. No nic, zaraz sobie poprawię. Elunia, łaska boska, że tu wlazłaś, myślałam, że odjechałaś naprawdę, i aż mi się coś zrobiło. Którędy weszłaś?

– Przez tę budowę obok. A oni jak? Też tak samo?

– A skąd! Sami ich wpuściliśmy! Jeden zadzwonił do furtki i powiedział, że paczki z dehaelu, wiesz, ta firma przesyłkowa, kilka paczek, Tomasz poszedł do niego, a ja zamknęłam psy…

– Pan może sobie być odważny, tak mi powiedział od razu, a spluwę w ręku trzymał – podjął ponuro pan Parkowicz. – Ale jak tu się pana uszkodzi, to tam są jeszcze żona i dzieci, powiedział, a ten drugi już stał obok, nikt nic nie widział, bo tam ciemno przy furtce, drzewo lampę zasłania, ta wielka choina, gdzie sens, gdzie logika, trzeba ją ściąć…

– Nie choinę ściąć, tylko lampę przesunąć – wtrąciła gniewnie Agata.

– Dobrze, lampę przesunąć. A jak po dobroci, tak powiedział, to się nikomu nic nie stanie. Po dobroci…! Skurwysyny! Bardzo przepraszam…

– Nic nie szkodzi – zapewniła Elunia. – I tak pan się delikatnie wyraził.

Nagle przyszło jej na myśl, że po raz pierwszy ma okazję uzyskać bezpośrednią i dokładną relację z napadu, usłyszeć, jak to się właściwie odbywa, z tą główką i kolankiem, jedyna korzyść. Co prawda jej prywatna i niewielka, ale zawsze coś…

– Ja się wyrażałam gorzej, zanim mi gębę zatkali – wyznała ze skruchą Agata. – Zapomniałam, że dzieci słuchają.

– No! Agata bluzgnęła, że hej! – rozległ się na górze szept, przenikliwy i pełen uznania.

– I co było dalej? – spytała chciwie Elunia. – Czego chcieli?

Agata i pan Tomasz we wzburzeniu zaczęli odpowiadać razem. Z góry dobiegały przeraźliwie szeptane uzupełnienia.

– Obaj mieli pistolety z tłumikami. Tu mnie wepchnęli…

– Akurat weszłam z tarasu…

– Jeden złapał Grzesia, mierzył do niego, a drugi nas powiązał, sznury mieli ze sobą…

– Zakneblowali wszystkich tymi plastrami, tylko Tomasza zostawili…

– I zażądali, żebym im podpisał czeki na okaziciela, na wszystko co mam na kontach. Nie chciałem, wtedy rąbnęli do Agaty, z bliska, z zimną krwią, a potem obiecali, że okulawią dzieci. Każdemu strzelą w kolano…

– A Agacie, że jeszcze w łokieć…

– A ja sobie myślałam, że on zgłupiał chyba, Tomasz znaczy, niech podpisuje, byle wyszli, zadzwoni do banku i zablokuje konta…

– Też tak pomyślałem, idiota, podpisałem, a oni byli mądrzejsi. Wpuścili trzeciego, wcale go nie widziałem, oddali mu czeki i dopiero wtedy nas pocieszyli, że nie wyjdą, dopóki kolega pieniędzy nie odbierze. Jak się okaże, że coś nie tak i na przykład podpis zmieniłem, kawałek rodziny już mam z głowy. Szczęście jeszcze, że w zdenerwowaniu to mi na myśl nie przyszło i wypełniłem prawidłowo…

– Ładne szczęście…

– A te wory, co mieli na głowach, to w kuchni zdejmowali, jak żarli, podejrzałem…

– Agacie zaraz potem zrobili opatrunek, powiedzieli, że sam widzę, jak będziemy w zgodzie, nikt krzywdy nie dozna…

– I tak siedzieli na zmianę, jeden tutaj, z tym kopytem, a drugi w kuchni gospodarował, że też nie miałam tam żadnej trucizny…! Prawie nic nie mówili, trwało to i trwało, Adaś płakał…

– A ja nie!

– Dopiero jak zadzwoniłaś do furtki, odkneblowali Tomasza i kazali mu nagadać głupot…

– Zapowiedzieli, że i panią włączą do towarzystwa, jeśli pani nie przegonię, to oni się tak wyrazili, a nie ja…

– A ja tu drętwiałam, że naprawdę pójdziesz i zostaniemy z tymi bandziorami na łasce losu…

– Specjalnie powiedziałem, że ona leży pijana, bo pani ją przecież zna i wie pani, że ona nie pije, miałem nadzieję, że to się pani wyda podejrzane…

– I znów bałam się, że coś zrobisz, a oni cię postrzelą…

– Ten z czekami wreszcie zadzwonił i chyba powiedział, że wszystko w porządku, bo na stole położyli nóż…

– I widelec…

– Grzesiu, przestań się wtrącać! Podsłuchiwać możesz, ale gębę zamknij! Ten nóż to chyba na kpiny, widziałaś jaki, rzeczywiście tylko widelca brakowało…

– … i powiedzieli, że możemy się uwolnić sami, a oni odjeżdżają. Jak się uwolnimy i kiedy, nasza sprawa, gimnastyka jest zdrowa…

– A ja to widziałam przez okno – wtrąciła wreszcie Elunia – Te ostatnie chwile. I chyba kupię telefon komórkowy, bo gdybym go miała przy sobie, od razu bym dzwoniła na policję…

Policja właśnie przyjechała, została wpuszczona i całe przedstawienie zaczęło się na nowo. W dziesięć minut później przybył Edzio Bieżan we własnej osobie, ucieszył się ogromnie obecnością Eluni i objął prowadzenie.


* * *

– No i masz – powiedziała z rozgoryczeniem Agata, opatrzona fachowo przez przybyłą wraz z policją pielęgniarkę. – Teraz już cześć pieśni, nie mogę go porzucić. Stracił majątek, leżącego się nie kopie. Wychodzę na tym jak Piekarski na mydle. Nie, to był Zabłocki…

Obie z Elunia siedziały w kuchni, przygotowując poczęstunek dla urzędującej w salonie, ograniczonej już nieco ekipy, przy czym Agata udzielała tylko instrukcji, zaś wysiłki fizyczne w całości wzięła na siebie Elunia. Też była zdania, że elementarna przyzwoitość nakazuje Agacie pozostać przy zubożałym nagle Parkowiczu, bogatego, ostatecznie, można wyślizgać, ubogiego nie należy. Agata może sobie być interesowna, ale wszystko ma swoje granice.

– No, dom mu został – powiedziała pocieszająco. – Zawsze to coś…

– Na benzynę nie starczy, żeby jeździć do miasta! Cholera, ale się wrąbałam…

– Dobrze, ale mówiłaś, że Romeczek też, coś nie tak…?

Agata lewą ręką sięgnęła po pieprz na półeczce, podsunęła przyprawę Eluni i ciężko westchnęła.

– Popieprz trochę to mazidło, bo chyba mdłe wyszło, a miało być na ostro. Myślałam, że zjemy później porządną kolację, Tomasz lubi i zamroziłam gotowe zrazy nadziewane, kwadransa potrzebują, ale teraz mi się nie chce. Nie, to nie dlatego, że on zbiedniał, tylko ta ręka mi przeszkadza. No więc właśnie, Romeczek mi do pracy przyszedł, pijany jak bydlę, i zrobił taką scenę, że go chcieli siłą wyrzucić. A przedtem też, jakieś takie numery zaczął urządzać, to milczy przez pół dnia z gębą jak Piotrowin, to złośliwości jakieś, to awantury… Czepiał się. Do łóżka, słowo ci daję; zrobił się niezdatny, chyba że udawał, no owszem, w dużym stopniu udawał, ale na plaster mi takie kwiaty? Teraz jeszcze bardziej udaje, a jak mi przylazł ostatnio, rozumiesz, ja na wielki dzwon w czarnych koronkach, świece na stole, burgund, dziecko u babci, bo to miał być wieczór pojednawczy, a on burgunda o ścianę, pieczoną kaczkę za okno, dobrze chociaż, że w nikogo nie trafił, kwiaty połamał i do śmieci, mnie od rupieci wyzywa… wywaliłam go z domu na zbitą mordę. Ale, znasz życie, myślałam, że to z zazdrości i że się opamięta. A skąd! I tak mnie jakoś zaczęło słabiej ciągnąć do niego…

Wykańczając frymuśne kanapki, Elunia słuchała ze zgrozą. Pawełek jaki był, taki był, ale naczyniami nie rzucał i obelg w stosunku do niej używał wytwornych. Rupieciem nie nazwał jej nigdy, najwyżej wybiegła mu z ust idiotka. Kaziowi mogła skakać po głowie, a Stefan… dżentelmen absolutny! Jak w ogóle można znosić takie zachowanie…?

– Nie – powiedziała stanowczo. – Daj ty sobie z nim spokój. Nawet gdyby cię teraz na klęczkach przepraszał, to i tak już z niego wyszło, ciężkie życie byś miała.

– A do tego jest mi winien prawie czterdzieści milionów – dołożyła Agata posępnie. – Cztery tysiące znaczy. Ja bym nawet na niego pracowała, bo głupia jestem, ale Adasiowi od gęby nie odejmę. Co ja mam zrobić?

– Nic. Rzeczywiście głupia jesteś. Co ty w nim w ogóle widzisz?

– O mój Boże, zakochałam się i do łóżka był świetny…

– Ale już nie jest. I mnie się wydaje, że nie będzie, tobie na złość. Jestem za Tomaszem, tym tutaj, jakby trochę… no, trochę więcej… schudł, byłby całkiem do rzeczy. I kocha cię. Widziałam, jak na tę twoją rękę patrzył, jeszcze jak siedział zakneblowany. Nie na własne dziecko, tylko na ciebie. – Że mnie kocha, to ja wiem. Odchudzić go, przy odrobinie uporu, potrafię. Ale przy nim wszystko jest takie, rozumiesz, cholernie zwyczajne, takie umiarkowane, takie… no… po bożemu. Ech, kochana, Romeczek miał pomysły… A przecież zdradzać go nie będę, mówiłam ci, ja nie Justyna, mogę lecieć na forsę, ale chociaż jako tako uczciwie.

– Jednakże Romeczek mi się nie widzi…

– No to i tak te bandziory załatwiły sprawę. Przepadło, teraz go nie rzucę, a Romeczka, może masz rację, odstawię od piersi. Niesiemy im to? Mogę coś wziąć w lewą rękę…

Edzio Bieżan potraktował salon pana Parkowicza jak swoje własne stanowisko dowodzenia. Wiedział już wszystko, przesłuchał także dzieci, które potraktowały to niczym najwspanialszą rozrywkę świata i czekał na informacje od kolegów po fachu. W dwadzieścia sekund po telefonie Eluni zablokował drogi wylotowe z właściwego rejonu Konstancina, zatem informacje musiały napłynąć. Ktokolwiek w tym czasie stamtąd wyjeżdżał, stawał się podejrzany.

Czas, znając adres Parkowicza, wyliczył porządnie. Wyjazd od niego, obojętne, na Przyczółkową czy na Puławską, musiał zająć co najmniej pięć i pół minuty przy szaleńczym pośpiechu, z racji krętych i pełnych wądołów dróg gruntowych, które wyprowadzały na przelotową ulicę Skolimowską-Chyliczkowską-Wschodnią. Przy jeździe nieco ostrożniejszej nawet sześć i pół. Radiowozy, czystym przypadkiem, znajdowały się akurat we właściwych miejscach i numery wszystkich przejeżdżających obok nich samochodów musiały zostać zanotowane, co wystarczało dla natychmiastowego uzyskania nazwisk i adresów właścicieli. W ciągu jednej czy dwóch decydujących minut nie mogło ich być dużo, a wiadomość przyszła w cztery i pół minuty po odjeździe złoczyńców. Prawie osiągnął to, o czym marzył.

Elunia z Agatą wniosły kanapki i napoje. Konstanciński sierżant, pozostały do pomocy, popatrzył na Bieżana pytająco.

– Wszystko w porządku – uspokoił go Edzio. – Podejrzanych tu nie ma, a pani Burska jest cennym świadkiem. Tu nam doniosą, co przejechało, a do tego jeszcze pan Parkowicz może znać ludzi, skoro tu mieszka. Poczekamy. Jeśli państwo pozwolą.

Pan Parkowicz patrzył na stół i na niego wzrokiem pełnym filozoficznej zadumy.

– Muszę przyznać, że widzę w tym wszystkim elementy pocieszające – rzekł z westchnieniem. – Nie zniszczyli zamków. Nie wytłukli szyb. Nie zdewastowali mi samochodu. Nie przestrzelili kości mojej… żonie. Nie pozabijali psów. Nie ukradli niczego z domu…

– Tego raczej żałuję, bo po ukradzionym przedmiocie często dochodzi się do złodzieja – przerwał grzecznie Edzio Bieżan.

– Nawet błota specjalnie nie nanieśli – ciągnął smętnie Parkowicz. – Bardzo kulturalni. Zabrali pieniądze i tyle. Pieniądze rzecz nabyta, a ja przy tej okazji straciłem apetyt. Wiem, że planowałaś jakieś zrazy, kochana – zwrócił się tkliwie do Agaty – i nawet chciałem cię prosić, żebyś je zostawiła na inną okazję, ale nie miałem kiedy, widzę z radością, że sama zgadłaś. Jesteś najcudowniejszą kobietą na świecie.

– Wcale nie jestem, tylko ręka mnie boli – wyznała uczciwie Agata, jednakże rumieniec przyjemności okrył jej twarz.

Edzio Bieżan miał wielką ochotę powiedzieć, że jego żona jest jeszcze cudowniejsza, ale akurat jęły napływać informacje i musiał się nimi zająć. Dał spokój towarzystwu, odsunął nieco krzesło od stołu, słuchał w skupieniu i czasem notował.

– Toyota Carina – zaczęła ekipa od strony Puławskiej. – Numer WXF 3132, baba w środku, własność niejakiej Kwiatkowskiej Barbary, Kwiatkowski Andrzej mieszka w Konstancinie, sądząc z wieku, raczej matka niż żona. Toyota Camry, WXG 1126, facet i baba, własność Jerzy Drupski…

– Drupski czy Drubski? – spytał Bieżan.

– Drupski – odpowiedział mu odruchowo pan Parkowicz. – Tu blisko mieszka, prezes wydawnictwa.

– Dobra, dalej…

Jeden duży fiat, trzy małe fiaty, jeden Fiat Punto, jedno volvo, jeden peugeot, dwie Toyoty Starlet, jedna wywrotka, autobus komunikacji miejskiej, dwie taksówki Radio-Taxi, jeden mercedes, dwie Skody Favorite, to było wszystko, co przejechało w krytycznym czasie dwóch minut. Osiemnaście samochodów, szaleńczy ruch nie panował. Wszystkie, z wyjątkiem mercedesa, należącego do ogrodnika spod Tarczyna, udały się w kierunku Warszawy.

Bieżan nie dyskryminował nikogo, ogrodnik spod Tarczyna, jadący samotnie, interesował go również, nie wspominając o pozostałych. Gdzie byli, co robili i jaki mieli interes w Konstancinie. Ledwo skończyła Puławska, zaczęło się od drugiej strony, na Przyczółkową, w tym miejscu Warszawską, wyjechały dwadzieścia dwa samochody i też wszystkie należało sprawdzić. Nazwiska i adresy właścicieli stanowiły punkt wyjścia.

Mieszkańców Konstancina, Chyliczek i Piaseczna Bieżan postanowił załatwić osobiście i od razu, korzystając ze swojej obecności na miejscu. Tego Parkowicza mógł zostawić odłogiem, posterunków na obu końcach przelotowej ulicy jednakże nie zdjął, istniała bowiem możliwość, iż złoczyńcy przyczaili się gdzieś i czekają, aż się wszystko uspokoi. Numery samochodów zatem nadal zapisywano.

Tym sposobem w rejestrach służb drogowych znalazł się on sam, a następnie odjeżdżająca jeszcze później Elunia.

Elunia pozostała u pana Parkowicza nie tylko ze względu na Agatę, której niewieścia pomoc bardzo się przydała, ale też i dla załatwienia spraw zawodowych. Wyraziła co prawda wątpliwość, czy w zaistniałej sytuacji finansowej jej usługi będą potrzebne, ale pan Tomasz stanowczo temu zaprzeczył.

– Przeciwnie – rzekł, wciąż z dużą dozą melancholii. – Teraz dla mnie reklama to jak manna niebieska. Muszę odbić te straty, nie? Chodźmy do gabinetu, pokażę pani, o co mi chodzi.

Z dobrego serca, przyzwoitości i ogólnego współczucia Elunia definitywnie machnęła ręką na własne potrzeby, rezygnując z kasyna i Stafana Barnicza. Rzecz oczywista, tylko chwilowo…


* * *

Edzio Bieżan odpracował na poczekaniu czternaście rozmów, tyleż bowiem z czterdziestu, razem wziąwszy, samochodów, opuszczających miejscowość, mieszkało w najbliższej okolicy. Piętnastej rozmowy nie odbył, bo w domu nikogo nie było. Równocześnie podobne rozmowy zaczęto przeprowadzać w Warszawie i już o jedenastej wieczorem ujrzał jakiś rezultat.

Trzydzieści dziewięć osób bez najmniejszego trudu udowodniło swoją obecność o godzinie osiemnastej w rozmaitych miejscach, z których żadne nie było domem pana Parkowicza. Z Konstancina odjeżdżał personel kilku zakładów leczniczych, pracownicy serwisu samochodowego Hyundai, para w średnim wieku, która jadła tam obiad w restauracji, parę osób, podążających na zakupy do centrum handlowego przy Puławskiej, zwanego wdzięcznie Oszołomem, jeden mąż, który wybrał się do Chyliczek łapać żonę na gorącym uczynku i lać po mordzie rywala, jedna babcia, pilnująca dzieci i psów aż do powrotu rodziców, jedna wnuczka, składająca wizytę dziadkowi w Domu Aktora, jedna suka, zawieziona do narzeczonego u weterynarza, trzech różnych i obcych sobie facetów, oglądających ruderę do nabycia, jeden malarz, który zawiózł klientowi obraz, trzy małżeństwa i cztery osoby pojedyncze, jadące do Warszawy w celach rozrywkowych, dentysta, wiozący córkę na prywatkę, jeden ksiądz, mający interes do biskupa, dwóch przedsiębiorców, parających się sprzedażą materiałów budowlanych, jeden inżynier sanitarny, wezwany dla przeprojektowania łazienek, jeden kapitan żeglugi wielkiej, wracający do pracy po urlopie, jedna matka, udająca się z dzieckiem do lekarza, jeden różdżkarz, jedna bibliotekarka oraz dwie panie bez zawodu, składające wizytę znajomym, rzecz jasna, każda oddzielnie.

Wszystkie te osoby przed godziną osiemnastą znajdowały się w licznym towarzystwie i były powszechnie widoczne. Chętnie wyjawiły swoje poczynania. Lekki opór stawił tylko mąż, aczkolwiek żony u rywala nie zastał i mordobicia nie dokonał, zastał za to teściową rywala, która bezwiednie i z dużą wściekłością wystawiła mu alibi doskonałe.

Sprawa przedstawiała się zatem beznadziejnie, bo nawet w domu, gdzie nikogo nie było, sąsiedzi zaświadczyli, iż ów dom opustoszał dopiero około szóstej, wcześniej zaś przebywała w nim cała rodzina. Widać ich było i słychać.

Ostatnią nadzieją stał się wyjątek.

Niejaka pani Ewa Kapadowska, posiadaczka czerwonej Skody Favorite, jedyna z całego indagowanego grona kierowców zaparła się zadnimi łapami, że dzisiejszego popołudnia w ogóle nie opuszczała domu. Uzyskawszy tę informację, Bieżan popędził do niej, nie bacząc na późną porę.

Pani Kapadowska mieszkała w środku miasta, naprzeciwko Ogrodu Saskiego, a wokół jej budynku parkowało mnóstwo samochodów. Czerwona skoda też tam stała. Bieżan wjechał na piąte piętro, zapukał do drzwi, bo dzwonek nie działał, i został wpuszczony natychmiast bez żadnych pytań w rodzaju „kto tam” i „w jakiej sprawie”. Pani Kapadowska, jedną ręką otwierając drzwi, drugą wygarniała spod wieszaka dużego żółwia.

– Proszę, proszę, niech pan wejdzie – powiedziała zachęcająco. – Tylko ostrożnie, niech pan nie nadepnie na coś, niech pan uważa na królika.

Bieżan, otworzywszy usta dla przedstawienia się i zadania pytania, żadnego głosu z siebie nie wydał. Mieszkanie było niewielkie i prawie w całości widoczne. Poza normalnym wyposażeniem znajdowała się w nim potężna osiatkowana klatka, w której siedziały dwa średnie psy i widać było, że jest im raczej ciasno, pod pięknym, zabytkowym stołem kicał majestatycznie królik rozmiarów wręcz nadprzyrodzonych, na stole stało akwarium z jedną, wyjątkowo dużą złotą rybką, w rybkę wpatrywały się bez mrugnięcia dwa koty, jeden pers, którego mamusia popełniła w życiu jakiś mezalians, i jeden zwykły dachowiec w trzech kolorach, szaro-biało-rudy. Jakby mało było tej menażerii, na telewizorze tkwiła klatka z kanarkiem.

Nic jeszcze nie powiedziawszy, Bieżan pomyślał, że pani Kapadowska musi być nienormalna, i zdążył się zdziwić, że u niej nie śmierdzi. A powinno.

Pani Kapadowska ostrożnie postawiła wygrzebanego żółwia na podłodze.

– Nie znam się na królikach – oznajmiła z zakłopotaniem. – Ale wydawało mi się, że powinien zażyć trochę ruchu, więc wypuściłam go i zamknęłam psy, bo drugiego już kiedyś zeżarły.

– Królicze mięso jest zdrowe – odparł Bieżan bezmyślnie i poczuł, jak mu się robi gorąco. Chyba też zwariował na poczekaniu, atmosfera musiała tu być zaraźliwa.

– Widocznie one o tym wiedzą – zgodziła się pani Kapadowska, z uwagą obserwując poczynania żółwia. – Nie wiem, gdzie on chce nocować… Proszę, niech pan usiądzie, będę spokojniejsza, jak pan przestanie deptać. Pan w ogóle do mnie? Słucham.

Bieżan posłusznie usiadł przy zabytkowym stole, była to bowiem jedyna możliwość. Złotą rybkę miał przed nosem. Zasłaniał ją nieco puszysty koci ogon.

– Pani Ewa Kapadowska? – powiedział z wysiłkiem. – Policja. Komisarz Edward Bieżan, proszę, moja legitymacja…

– Coś zrobiłam? – zainteresowała się pani Kapadowska, z roztargnieniem spoglądając na dokument. – A, prawda, już tu był pański kolega. Jeśli ktoś kogoś przejechał, to nie byłam ja, tu mam świadków.

Kanarek, jakby dla potwierdzenia, zaćwierkał i przygotował się do śpiewu, pani Kapadowska przypomniała sobie, że na noc należy go przykryć, i zaczęła szukać odpowiedniej szmaty. Bieżan skupił wszystkie siły.

– Otóż to – rzekł, starając się o ton energiczny i sam oceniając go jako raczej rozpaczliwy. – Pani samochód o godzinie osiemnastej szesnaście wyjechał z szosy na Konstancin-Jeziorną i pojechał w kierunku Warszawy. To jest fakt stwierdzony. Zeznała pani, że nie opuszczała pani domu. Jak pani to wyjaśni?

– Nijak – odparła pani Kapadowska. Przykryła kanarka i również usiadła przy stole, odsuwając sobie sprzed twarzy kota. – W ogóle nie rozumiem, co pan mówi. Mój samochód sam nie jeździ, a jeśli nawet, to nie najlepiej mu to wychodzi. Raz spróbował, bo nie zaciągnęłam hamulca i od razu trafił w drzewo. Teraz już mogę panu porządnie opowiedzieć, co robiłam, bo jak pański kolega tu był, jeszcze się organizowałam i źle mi się rozmawiało. Proszę bardzo. Chce pan?

Bieżan chciał. Miał wielką nadzieję, że w trakcie opowieści podejrzanej zdoła odzyskać pełnię równowagi. Cofnął nieco nogi, czując na nich żółwia, łypnął okiem na królika i skupił się służbowo.

– O drugiej – powiedziała pani Kapadowska – wracałam z Żoliborza i wstąpiłam do znajomych. Na swoje nieszczęście. Znajomi wyjechali do Austrii na narty, mamusia znajomych, też ją znam, w dwie minuty po moim przyjściu dostała ataku serca. Pogotowie zabrało ją o czternastej trzydzieści pięć, stąd wiem, że pogotowie zapisało godzinę. Te wszystkie zwierzęta to nie moje, chociaż też znajome, tylko ich. To co miałam zrobić? Nie mogłam zamieszkać u nich, wygarnęłam całą menażerię i przywiozłam do siebie i jeszcze po drodze wysypało mi się pożywienie dla rybki, nie wiem, co ona jada. Ukopać jej robaków…? Złota, nie złota, ale jednak ryba…? Tu w domu byłam za dwadzieścia czwarta, to wiem od sąsiadki, spotkałam ją na dole i pomogła mi, patrzyła na zegarek, bo o czwartej miała gościa i śpieszyła się, żeby zdążyć. Jeszcze w windzie mówiła, że chyba wcześniej nie przyszedł i pod drzwiami nie stoi. A potem już byłam tutaj bardzo zajęta, wszyscy mi pomagali, ale godzin nie zapisywałam. Tamta sąsiadka przyniosła sałatę, dla królika i dla żółwia, on rzeczywiście jada sałatę, ten żółw, sama widziałam. Dostałam kości dla psów, a moja przyjaciółka przywiozła dwie puszki kociego jedzenia. Smakuje im. I jeszcze druga sąsiadka kupiła mi dodatkowe mleko. Telefonów miałam tysiąc. I pan uważa, że w tej sytuacji mogłam wyjść z domu i jechać gdzieś tam?

Bieżan sam się poczuł skołowany zoologicznymi problemami, ale przekonanie o obłędzie pani Kapadowskiej zdecydowanie w nim zbladło. Co do rybki, wiedział z pewnością, iż spożywa dafnie, obrzydlistwo, sprzedawane w sklepach zoologicznych…

– Rybce dałam tartą bułkę – dołożyła jeszcze smętnie pani Kapadowska. – Jak zgłodnieje, to zeżre.

– Rosówek o tej porze roku pani nie uświadczy – powiedział Bieżan całkowicie wbrew sobie. – Poproszę panią o nazwiska tych wszystkich osób, które pani wymieniała, wierzę pani w stu procentach, ale formalności muszę dopełnić. No i co do samochodu…

Pani Kapadowska żadnych nazwisk nie zamierzała ukrywać. Co do samochodu natomiast, wyznała bez oporu, iż alarmu nie posiada.

– Moja przyjaciółka ma alarm i wyło jej strasznie w nieodpowiednich miejscach. Na cmentarzu, kompromitacja okropna, o mało się nie spaliła ze wstydu. To ja nie chcę.

– Pożyczała pani komuś kluczyki?

– Nikomu niczego nie pożyczałam. Ona nie bardzo nowa, ta skoda, i nikt się na nią nie łaszczy. Albo nią jeżdżę, albo stoi pod domem.

– Strzeżony ten parking…?

– Ten nie. Tamten, z drugiej strony, owszem. Nie korzystam.

– Z tego wynika – rzekł Bieżan powoli, zaczynając wreszcie rozsądnie myśleć – że gdyby ktoś ten pani samochód wypożyczył sobie, pojechał gdzieś i wrócił, pani by w ogóle o tym nie wiedziała?

– Raczej nie, bo nawet nie wiem, co mam na liczniku. Chyba żeby coś tam zmienił…

Jeden z kotów, ten trójkolorowy, zdecydował się wreszcie na dokonanie próby. Wsparł się przednimi łapami na szklanej płytce, przykrywającej akwarium, i przesunął ją kawałek, tak, że sam narożnik zrobił się wolny. Drugi kot zainteresował się tym gwałtownie, wspiął się na akwarium i zajrzał do otworu. Spróbował łapką przepchnąć szybę dalej, poruszyła się odrobinę i dostęp do rybki objawił się jakby w zaraniu.

– No i widzi pan? – powiedziała melancholijnie pani Kapadowska. – Ja w ogóle nie pójdę spać. Albo przywalę to jakimś kamieniem, bo ja nie wiem, złota rybka może im zaszkodzić. Chyba nie mam kamienia…

Bieżan znów musiał zdobyć się na wysiłek.

– Chciałbym panią poprosić o zejście na dół i sprawdzenie, czy w tym pani samochodzie nie ma żadnych zmian. Z całą pewnością został dostrzeżony na ulicy Puławskiej…

Pani Kapadowska okazała się nagle zaskakująco inteligentna.

– Ktoś mógł przyczepić na innej skodzie moje numery, co? Jakieś przestępstwo nią popełnił i pan musi sprawdzić, podwędził moją czy nie? Nie mam teraz głowy do przestępstw, ale dobrze, zejdziemy, tylko tu muszę wszystko zabezpieczyć. Cholerne koty, co by tu… Psy wypuszczę później i zamienię na królika, moment… Z rybką najgorzej. Zaraz, czymś to trzeba przycisnąć…

Zdaniem Bieżana pani Kapadowska przeceniała możliwości kotów, ale w końcu znała je lepiej. Pomógł jej przygnieść szklaną płytę walizką, wypełnioną książkami. Rybce taki dach nad głową mógł się nie podobać, niemniej zabezpieczał ją przed zakusami drapieżników.

– Gdzie on jest, ten mój samochód? – spytała zdziwiona pani Kapadowska już na dole. – Tu go postawiłam, słowo daję… A, tam stoi. No, może się mylę, ale zdawało mi się, że akurat tu miałam miejsce. Popatrzmy…

W pięć minut później Bieżan zyskał pewność, iż tajemnicze osoby posłużyły się nielegalnie samochodem pani Kapadowskiej, która wręcz granitowe pamiętała jedno. Wiozła z Żoliborza całą menażerię i żółw napaskudził jej na siedzenie pasażera obok kierowcy. Nie miała czasu tego usuwać, a teraz siedzenie było czyste.

– Powiem panu prawdę – rzekła do Bieżana jakoś zupełnie innym tonem. – Skoro pan mnie tu znalazł, pewnie pan wie, że ja jestem z zawodu doktorem medycyny. Naukowcem, nie praktykiem. Ale takie rzeczy jak higiena mam w sobie. Może mi się pomylić wszystko inne, czas, na przykład, ale brud do usunięcia zostaje. Położyłam go na fotelu, bo się bałam, że mi wejdzie pod któryś pedał. Na te żółwie bobki mogę przysięgać, ile się panu podoba.

Żółwie bobki przesądziły sprawę…

Świecił się jeszcze domowy kiosk, czynny do północy, z którego był widok na parking. Świeciły okna na pierwszym piętrze. Bieżan, na ile mógł, przeprowadził błyskawiczne śledztwo. Nie ulegało wątpliwości, że samochód pani Kapadowskiej został wypożyczony, najprawdopodobniej bez wiedzy właścicielki.

Kiosk zaświadczył, iż czerwona skoda wjechała tu, gdzie stoi, pomiędzy godziną szóstą dziesięć, a siódmą. O szóstej jeszcze jej nie było, o siódmej zaś już stała, co zostało dostrzeżone i stwierdzone przypadkiem, bez najmniejszego zainteresowania.

W mieszkaniu na pierwszym piętrze znajdowała się szalenie zdenerwowana żona, która od powrotu z pracy, to znaczy od szesnastej piętnaście, tkwiła w oknie, czekając na męża, wracającego z Rzeszowa. Dawno powinien już być, miał przyjechać wczesnym popołudniem, bo na piątą byli zaproszeni na parapetówę u znajomych. Wyglądała na niego bez przerwy z nadzieją, że jeszcze zdążą, potem zaczęte być zła, potem zdenerwowana, a teraz już w ogóle nie wie, co myśleć, i niemal przytomność traci, bo Jezus Mario, jakiś wypadek albo co, to wschodnie tereny, może ruska mafia, on oplem jedzie! Nie wie, gdzie dzwonić, żeby zapytać, a w ogóle nie ma telefonu…

Bieżan zrobił jej grzeczność, widząc wyraźnie, że inaczej się z nią nie dogada. Posłużył się własnym telefonem komórkowym i w pięć minut uzyskał informację, że owszem, wypadek pod Rzeszowem był, ściśle biorąc nastąpił bliżej Tarnobrzegu, niezła kraksa, ale żaden Biernacki nie został w niej poszkodowany. Nigdzie na tej trasie nie padł ofiarą niczego.

– To gdzie ten łobuz się plącze? – rozzłościła się pani Biernacka, od razu mniej zdenerwowana, a bardziej rozwścieczona. – Ja przez niego rozstroju dostanę! No dobrze, dziękuję bardzo, to czego pan chce?

Bieżan poprosił o widoki z okna od tej godziny szesnastej piętnaście.

– Mam mówić, jak leci? – zaniepokoiła się pani Biernacka. – Nie wszystko pamiętam i kolejność mogę pomylić. Tu o takiej porze jest duży ruch.

– Nie szkodzi. Kolejność, w razie potrzeby, ustalimy potem.

– No dobrze. Wszyscy wracali z pracy, ale jeszcze miejsca były…

– Jakie miejsca?

– Na parkingu. Ja na parking patrzyłam, czy on nie wjeżdża. Ludzie z psami wyszli, jamnik cholerny jazgotał na takiego wielkiego, kudłatego, nie wiem, jaka to rasa, ale łagodny jak dziecko, czego ten jamnik od niego chce, pojęcia nie mam, ale ciągle się czepia. Szczeka tak piskliwie, że w uszach wierci…

Bieżan grzecznie poprosił, żeby raczej skoncentrowała się na ludziach.

– No dobrze. Większość to się zna z twarzy. Zaraz. Patrzyłam na nich chwilami, żeby chociaż czymś oko zająć, bo mnie rozpacz ogarniała. Ale jeden obcy tu spacerował, jakoś tak zaraz po tym jamniku. I na zegarek patrzyłam, więc to było… Moment. Jeszcze miałam nadzieję, że on przyjedzie i zdążymy, a to była ostatnia chwila, wpół do piątej, pięć po… A może za pięć… Tak, tyle pamiętam, nawet nic nie zjadłam, wodę nastawiłam i w okno… No i ten jamnik. Zaraz go sąsiad zabrał, a tego, co spacerował, zauważyłam od razu, bo nawet przez moment myślałam, że to mój mąż, kurtkę miał taką samą i z figury podobny, czego się tam pęta, oszalał czy co, pomyślałam, ale on się odwrócił i zobaczyłam, że obcy człowiek. Koło tej czerwonej skody stał, woda mi się zagotowała, poleciałam zrobić sobie herbatę i z tą herbatą wróciłam, akurat czerwona skoda wyjeżdżała z parkingu. Tego obcego już więcej nie było, nic nie pomyślałam, bo co mnie obchodzi, zaraz ten biały polonez jej miejsce zajął, to sąsiad z drugiego, akurat nad nami mieszka, sąsiadka wyszła, ona ma dwa pudelki, stali koło poloneza i rozmawiali, a ja sobie pomyślałam, że gdyby teraz nadjechał, to miejsce złapie, ale na co nam to, skoro do znajomych jedziemy…

– Chwileczkę – przerwał Bieżan, myśląc równocześnie, że ostatnio ma osobliwe szczęście do gadatliwych świadków. – Jak on wyglądał?

Panią Biernacką zastopowało.

– Kto?

– Ten obcy, co spacerował.

– A, ten. Całkiem jak mój mąż, tylko na twarzy inny.

– No tak. A jak wygląda pani mąż? „Odpowiedzi na to pytanie udzielił pan Biernacki we własnej osobie, wkraczając w tym momencie do mieszkania. Bieżan pomyślał, że ów spacerowicz musiał jednak wyglądać nieco inaczej. Pan Biernacki miał błoto na twarzy, we włosach i na całej odzieży, jedna poła kurtki, oderwana, majtała mu się poniżej kolan, nogawkę spodni miał rozdartą, a w rękach trzymał duży wiklinowy koszyk. Stanowił widok, który nie mógłby umknąć niczyjej uwadze.

Pani Biernacka zareagowała bezzwłocznie, rzuciła się ku niemu z wyraźnym zamiarem chwycenia zguby w objęcia i w ostatniej chwili stanęła jak wryta.

– Jezus Mario, jak ty wyglądasz?! Co się stało?!

Pan Biernacki otworzył usta, zamknął, otworzył je ponownie i wykonał machnięcie koszykiem w kierunku Bieżana.

– Co to ma znaczyć? – spytał surowo. – Północ dochodzi.

Dopiero teraz Bieżan zdał sobie sprawę, że pani Biernacka jest młoda i ładna i być może tylko krępującemu ruchy koszykowi zawdzięcza fakt, że nie dostał po pysku od razu. Pośpiesznie wyrwał z kieszeni legitymację.

– Policja. Nic sienie stało. Pańska żona jest świadkiem, skorzystałem, że jeszcze nie spała…

– A jakże ja mogłam spać, skoro tu czekam na ciebie, mało wariactwa nie dostanę, gdzieś ty się podziewał, co to ma znaczyć, dlaczego tak wyglądasz, ten pan mówi, że w katastrofie cię nie było…

– Byłem, byłem – przerwał żonie pan Biernacki. Odstawił koszyk na krzesło, równocześnie oglądając dokument. – Rozumiem, bardzo pana przepraszam, myślałem, że tego… No, wie pan. Nie szarp mnie, zaraz wszystko powiem, tu są jajka od ciotki. O co w ogóle chodzi?

Pani Biernacka, pełna uczuć mieszanych, zdenerwowania i ulgi, usiłowała zrobić wszystko naraz. Zedrzeć z męża zdewastowaną odzież, paść mu na szyję, wyjaśnić własne świadkowanie i poznać przyczyny spóźnienia, oraz obejrzeć jajka. Niczego nie udawało jej się dokonać w pełni. Bieżan uznał za słuszne przejąć prowadzenie.

– Zaraz, chwileczkę. Rzeczywiście, dziwnie pan wygląda. Niech się pan rozbierze, chociaż z kurtki. Wplątał się pan w tę kraksę?

– No wplątałem, na swoje nieszczęście. Rzuć to, Krysiu, do wanny… Nic mi się nie stało, wyhamowałem. Spóźniony jechałem, to fakt, nie wyrobiłem się wcześniej, bo tam jeszcze wujek na śniadanie przylazł… Na szosie piekło na ziemi, cztery wozy i traktor, dwa trupy na miejscu, rany boskie. No to zacząłem pomagać, razem tych ofiar czternaście, pogotowia zabrakło…

– I przy tym pomaganiu tak się w błocie tarzałeś?

– E tam, żeby…! Już się zdawało, że prawie dadzą radę, odjechali z jednymi, ktoś tam zabrał tych lżej rannych, ja tam jeszcze byłem, jak facetka rodzić zaczęła. No i na mnie padło, do szpitala do Tarnobrzegu, musiałem ją zawieźć, nie? Człowiek nie bydlę. Jeszcze bym wcześniej przyjechał, ale ona na klęczkach błagała, żeby rodzinę zawiadomić, z mężem jechała, mąż poszkodowany, dziecko wyszło jako tako, małe, ze trzy lata, więc rodzinę. Matkę, niech przyjedzie, zabierze dzieciaka. A tam głucha wieś bez telefonu, no i tu właśnie tak mi się poszczęściło. Ciemno, jak u Murzyna w grobie, znalazłem chałupę, ale jakoś nie od tej strony, psy mnie opadły i do rowu wleciałem, bo na piechotę obchodziłem. Jeszcze musiałem na tę całą mamusię poczekać, żeby babę podrzucić do szpitala, ubaw miałem po pachy. Rolakowie się nazywają.

– Kto?!

– Ta rodzina, której szukałem. Ale psy nie ich, tylko sąsiada. Nawet o niego nie spytałem.

Bieżan zrozumiał z tego, że pan Biernacki odszkodowania za poszarpaną garderobę domagać się nie zamierza. Przyjrzał mu się porządnie, widząc w tym swoją podstawową korzyść, pani Biernacka dopomogła.

– O, widzi pan, taki on był, ten obcy facet, jak mój mąż, dokładnie, tylko brody nie miał. Ani wąsów, ogolony, z pierwszego piętra dobrze widać, a jeszcze całkiem ciemno nie było. I kurtkę miał taką samą…

Obcy facet mógł być jednostką najdoskonalej niewinną, czekać tu na kogoś, oddalić się potem w dowolnym kierunku, czerwonej skody nie dotykając nawet palcem, równie dobrze jednak mógł się okazać przestępcą, który ją zręcznie wypożyczył. Poprosiwszy jeszcze pana Biernackiego, żeby się przespacerował po mieszkaniu i parę razy obrócił, Bieżan już chciał wyjść, kiedy do drzwi zadzwoniła pani Kapadowska.

– Bardzo przepraszam – rzekła z zakłopotaniem – ale słyszę, że państwo jeszcze nie śpią, a wiedziałam, że pan tu idzie, wiec pozwoliłam sobie… Chciałam pana złapać, bo mnie gryzą wyrzuty sumienia. Nie powiedziałam panu…

– Ale może zostawmy już państwa w spokoju – przerwał Bieżan. – Porozmawiajmy gdzie indziej, państwo mieli dzisiaj dosyć rozrywek. Może u pani… – urwał, przypomniawszy sobie ogród zoologiczny pani Kapadowskiej. – Albo może w holu – dokończył pośpiesznie.

Pani Biernacka gości nie zatrzymywała, pan Biernacki drobnym kroczkiem przesuwał się ku łazience. Bieżan z panią Kapadowska wyszli i zatrzymali się w holu przy windach.

– Powinnam panu powiedzieć, że ja jestem czasem roztargniona – wyznała pani Kapadowska ze skruchą. – Zdarza mi się nie zamknąć samochodu i tym razem, jak się tak zastanawiam, chyba też nie zamknęłam. Strasznie dużo miałam w rękach, chociaż mi pomógł syn sąsiadów, i tego gestu z kluczykiem wcale sobie nie przypominam. Nawet przeciwnie, przypominam sobie, że go w ogóle nie zrobiłam. Więc jeśli ktoś chciał go ukraść, połowa roboty mu odpadła. I cham na mnie patrzył.

Zabrzmiało to jakoś dziwnie.

– Jaki cham?

– Jakiś. Obcy. Stał i gapił się jak wół na stodołę. Chciałam go poprosić, żeby mi pomógł, nawet coś zawołałam do niego, a on na to odwrócił się tyłem. Na szczęście akurat przechodził ten chłopak i pomógł mi…

– Jak ten cham wyglądał?

– Bez brody. W kurtce. O, tak ogólnie podobny był do tego sąsiada, jak oni się… Biernaccy. Do Biernackiego, przed chwilą go pan widział, ten sam wzrost, tusza, taka sama sylwetka, tylko twarz inna, Biernacki ma bardziej okrągłą i jest brodaty…

W Bieżanie zalęgła się granitowa pewność, że uzyskał opis jednego z przestępców. Jeśli facet stał tu i gapił się, niewątpliwie dostrzegł, iż samochód pozostał nie zamknięty. Może na taką okazję czyhał… Poza tym, to jest typowy parking lokalny, użytkowany przez mieszkańców, jeśli człowiek wraca z pracy do domu, zazwyczaj spożywa obiad i nie od razu wyjeżdża ponownie. On sam, gdyby chciał kraść samochód na krótko, też by sobie takie miejsce znalazł…

Z drugiej strony z poznania sylwetki złoczyńcy przyszło mu tyle, co kot napłakał. Pasował wprawdzie doskonale do osobnika oglądanego przez Elunię, ale średnio szczupłych, średniego wzrostu, wysportowanych i o zręcznych ruchach istniało zatrzęsienie. Co do zarostu, można go zapuścić, ogolić, przyprawić sztucznie, więc też wskazówka raczej żałosna.

Z trzeciej strony wszystko razem mogło być ukartowane. Pani Kapadowska, należąc do szajki, odbiera pieniądze na damskie dowody osobiste, perukę włoży na przykład i już przeistoczy się w blondynkę, samochodem zaś służy w chwilach, kiedy jej alibi jest nie do zbicia. Kradzież upozorowana, poza tym, skąd przestępcy mieli wiedzieć, że akurat dzisiaj będą sprawdzani…

Z czwartej strony pani Kapadowska potwierdziła opis faceta, a nie musiała. I w dodatku dusza mówiła Bieżanowi, że ona jest niewinna. Dusza mogła mieć słuszność, niemniej jednak do sprawdzania miał cholernie dużo…


* * *

Telefon u Eluni zadzwonił nazajutrz koło południa i odezwała się w nim Agata.

– No i popatrz, jak pan Bóg wynagradza szlachetność – powiedziała z westchnieniem. – Sama widziałaś, że już trudno, postawiłam na ubogiego Tomasza, zwyczajnie, z przyzwoitości. Okazuje się, że tak on zubożał, jak ja mchem porosłam.

– A co? – zaciekawiła się Elunia natychmiast. – Nie podjęli tych jego pieniędzy?

– Podjęli, dlaczego nie. Ale tylko z dwóch kont. A on sobie dopiero co otworzył trzecie i tam mu napłynęło najwięcej pieniędzy. Nie dość na tym, sam tydzień temu wziął forsę i przerzucił na dolary, na konto, a nie kartę kredytową, i do tego już nie mieli dostępu. Powiada, że stracił tak ze dwadzieścia procent majątku i głowa go od tego bolała nie będzie, a mnie kupi futro, żeby mieć jakąś przyjemność.

Elunia wzruszyła się tą łaską opatrzności.

– W takim razie musisz go odchudzić. Nie możesz się na niego otrząsać z zaciśniętymi zębami. To byłoby nieładnie.

– Byłoby – zgodziła się Agata. – Widziałam go na zdjęciach, odchudzony wygląda całkiem całkiem. Nawet mi się spodobał. Mam zwolnienie lekarskie na tę rękę, chociaż prawie nic mi nie jest, posiedzę tutaj, w Konstancinie, i zajmę się posiłkami. Najważniejsze, że on się na odchudzanie zgadza, więc to już pół biedy.

– No popatrz, jaki to jednak naprawdę dobry człowiek! Słuchaj, on cię kocha. Tego się nie powinno lekceważyć.

– Toteż właśnie – przyznała Agata i rozłączyła się.

Nie wiadomo, dlaczego Eluni zamajaczył jakoś na horyzoncie Kazio. Z lekkim wysiłkiem wypchnęła go z myśli, przeszkadzał jej bowiem podwójnie. Strzępił to szczęście ze Stefanem i wyrzutami sumienia odrywał od pracy, a robiła właśnie prospekty dla obrabowanego Parkowicza, wetknięte siłą między wcześniejsze zlecenia. Lojalność w stosunku do przyjaciółki kazała jej zadbać o stan finansowy przyszłego męża. Nie ulegało wątpliwości, że Agata Parkowicza poślubi, chociażby ze względu na dzieci, które, Elunia widziała to na własne oczy, były ze sobą zaprzyjaźnione bardziej niż prawdziwe rodzeństwo.

Rezultaty zawodowe osiągnęła niezłe, umówiła się na dzień następny i przed wieczorem pojechała do kasyna, całkowicie zdecydowana coś z tym Stefanem wreszcie ustalić.

W tym postanowieniu uparcie bruździło jej wychowanie i charakter, a także dotychczasowe życie, które nigdy nie postawiło jej w obliczu konieczności walki o mężczyznę. Nie musiała podrywać, sama była podrywana i mogła poprzestawać na dokonywaniu wyboru. Wybrała Pawełka, potem chętnie przystała na Kazia, teraz szczęście z Barniczem spadło na nią samo. I samo powinno się rozwinąć i zakwitnąć. Pozbawiona agresywności, daleka od natręctwa, najgłębiej przekonana, iż stronę czynną z natury reprezentuje płeć męska, Elunia zupełnie nie umiała ciągnąć chłopa ku sobie. Zdobywać go aktywnie. Rzucać się na niego. Czepiać się nachalnie, przypinać jak pijawka. Poza wszystkim babcia wmówiła w nią bez trudu, iż wyraźne latanie za mężczyzną to dyshonor, a nawet zgoła hańba, i latająca kobieta wszelką godność traci. Latać niewyraźnie w ostateczności można, ale należy czynić to tak, żeby nikt się nie połapał, a już najmniej zainteresowany. Obarczona ciężarem takich poglądów Elunia nie potrafiła znaleźć skutecznych sposobów działania i pozostawała w tyle za swoimi rówieśnicami co najmniej o całą epokę. Poza subtelną aluzję nie umiała się posunąć i efekty jej stanowczych decyzji były wysoce problematyczne.

Stefan Barnicz pojawił się dopiero o dziesiątej wieczorem, kiedy rozczarowana, zniechęcona i nieszczęśliwa Elunia zamierzała już iść do domu. Szczęście w grze jakoś ją odbiegło, przegrywała stopniowo i zaczynało to być nudne. Jego głos za plecami dziabnął ją niczym ostrogą i sprawił, że nagle rozkwitła urodą.

– Jak idzie? – spytał z lekkim roztargnieniem. – Miło cię widzieć.

Nie były to słowa, wyrażające miłość ognistą, ale Eluni wystarczył sam dźwięk. Odwróciła się żywo ku niemu, tuż blisko ujrzała upragnioną twarz, włosami musnęła lekko jego ramię. Zaleciała ją woń wody kolońskiej i na moment zamarła ze wzruszenia.

Stefan Barnicz tej cechy Eluni jeszcze nie znał. Oderwał wzrok od ekranu automatu i dostrzegł nieruchomość czarującej i kłopotliwej kobiety. Nie zrozumiał jej.

– Jaka szkoda, że mam tak mało czasu – powiedział na wszelki wypadek, bo, jak wiadomo, brak czasu jest argumentem nie do odparcia, powszechnie używanym we wszystkich trudnych sytuacjach. – Chyba nawet przez parę dni nie zdołam cię zobaczyć. Miałem nadzieję na wczoraj, ale nie przyszłaś.

Elunię odblokowało szybko, na jego obecność była bowiem, w gruncie rzeczy, nastawiona. Najbardziej radykalnie załatwiało ją zaskoczenie.

– Wczoraj miałam okropne przeżycia. Ale czy musimy widywać się tylko w kasynie? – spytała żarliwie, z wyraźnym cieniem delikatnej nadziei. – Możemy chyba…

– Osobiście mam wrażenie, że spotykamy się także gdzie indziej – przerwał Barnicz, nie dopuszczając do precyzji wypowiedzi. – Chyba że ja miewam niezwykle realistyczne sny. Zachwycające zresztą. Widzę, że tu wszystko zajęte, pójdę do ruletki, możliwe, że to moja ostatnia szansa na jakiś czas. Mam się tu spotkać z kimś…

Odszedł nagle, a Elunia została, teraz już zaskoczona straszliwie, niezdolna do uniesienia ręki. Odsiedziała tak co najmniej trzy minuty. Mając głowę odwróconą, ujrzała, że on podchodzi do tej najdroższej ruletki, stawia coś i zgarnia wygraną.

Szyja zdrętwiała jej doszczętnie, prawie skurcz ją złapał, poruszyła zatem głową i odzyskała swobodę. Prztyknęła w guzik automatu, dostała fula, przez pomyłkę prztyknęła w dublowanie, dublowanie jej wyszło, prztyknęła w nie ponownie, wciąż bezmyślnie, wyszło jeszcze raz. Wówczas oprzytomniała, bo jednak hazard w niej tkwił. Nagle, jednym rzutem, odbiła prawie wszystko, co do tej pory straciła. Przerzuciła to na kredyt, rezygnując z dalszych, ryzykownych czynów.

I wtedy przyszło jej na myśl, że coś w tym jest. Jak wszyscy gracze świata Elunia była przesądna, w niewielkim stopniu, ale jednak. Nie obchodziły jej czarne koty, przebiegające drogę, nie przejmowała się piątkami trzynastego, zakonnic, kominiarzy i bab z pustymi wiadrami w ogóle nie dostrzegała, pomijając już to, że w dużym mieście baby z wiadrami po ulicach nie chodzą, obojętne jej było przeciskanie się pod drabiną. Gra jednakże to było coś innego. Z reguły zaczynała wygrywać, kiedy on przychodził, cóż to mogło oznaczać? Albo szczęście w grze, albo szczęście w miłości. Ta druga zasada, jak nie idzie, to nie idzie, jakoś nie miała odwrotności, nikt nigdy nie mówił, że jak idzie, to idzie. Zatem co…?

Nie była końcu idiotką, do tego stopnia naiwną, żeby sobie wyobrażać, iż jeden pocałunek wiąże ze sobą dwie osoby różnej płci na całe życie i do grobu. Ten pogląd byłby dla niej nawet istną okropnością, pocałował ją bowiem w wieku lat czternastu, z zaskoczenia, zupełnie ohydny facet, brat koleżanki, równie krostowaty jak antypatyczny i szorowała się po nim do zdarcia skóry. Tylko by tego brakowało, żeby ją związał, wolałaby grób od razu. Tak samo dwie noce z tym supermanem nie stanowiły stabilizacji, mógł ją przecież potraktować przygodowo…

Wygrywa, jeśli on przychodzi… Czy ma to oznaczać, że miłość należy sobie wybić z głowy…?

No dobrze, nie kocha jej, a tylko leci na nią seksualnie. Zdarza się. To co, zdać się na przypadek? Od czasu do czasu, wtedy kiedy on ma chęć na nią, poddać się, podporządkować, w pozostałych chwilach czekać beznadziejnie jak niewolnica w haremie? A z kim on sypia w tak zwanym międzyczasie…? Gdyby chociaż nie sypiał z nikim innym, no dobrze, załóżmy, że ona stanowi dla niego jakąś wyjątkowość, tylko ona i nikt inny, chociaż rzadko i z zaskoczenia, niechby nawet… Przynajmniej, do licha, powinna o tym wiedzieć! Może mu być wierna do obrzydliwości, usunąć z powierzchni ziemi wszystkich innych mężczyzn, zająć się, poza nim, wyłącznie pracą, ale przecież nie bez powodu! Niech on to jakoś wyjaśni!

Wszystko to Elunia wymyśliła, grając bez przerwy i podwyższając swój stan posiadania. Gdyby była o dwadzieścia lat starsza i miała już odchowane dzieci, bez wątpienia hazard przebiłby wszelkie inne uczucia, liczyła sobie jednakże zaledwie dwadzieścia pięć lat, w planach wciąż majaczyło jej założenie rodziny, potrzeb fizjologicznych doznawała w normie i dziwaczne postępowanie Stefana, który obdarzał ją to wulkanicznym płomieniem, to całkowitą obojętnością, rychło mogło ją doprowadzić do rozstroju nerwowego. Jej zdrowy instynkt protestował.

Nagle, ni z tego, ni z owego, postanowiła to wyjaśnić.

Obejrzała się, przy najdroższej ruletce Stefana już nie było. Zsunęła się z krzesła i poszła penetrować salę. Grał na tańszej, takiej po dziesięć złotych, przegrywał i wygrywał w kratkę, Eluni znienacka przyszło na myśl, że jeśli ona w jego obecności wygrywa, z nim powinno być to samo, zbliżyła się, prawie wsparła o jego plecy, co sprawiło jej upojną przyjemność, spojrzała na stół…

– Dwadzieścia trzy – powiedziała mu do ucha, wiedziona jakąś tajemniczą siłą nie do odparcia, natchnieniem wręcz nadprzyrodzonym. – Dwadzieścia trzy. Dwadzieścia trzy…

Barnicz odwrócił głowę, ale nawet na nią nie spojrzał. Zawahał się, nagle obstawił dwadzieścia trzy maksymalną stawką, w ostatniej chwili podsunął jeszcze jakąś potworną sumę na czerwone…

Dwadzieścia trzy wyszło. Czerwone, rzecz jasna, również.

Ani Elunia, ani Barnicz nie odezwali się nawet jednym słowem. On odwrócił głowę, uśmiechnął się, popatrzyli na siebie. Elunia poczuła zawrót głowy.

Barnicz natomiast zachował pełną trzeźwość umysłu i praktyczny rozsądek. Dziewczyna była z takich więcej uduchowionych, najwyraźniej w świecie miewała jasnowidzenia. Jednakże do jego życiowych celów nie mogła się nadawać, za dużo byłoby z nią kłopotów, coś w niej tkwiło takiego, nie do zwalczenia, co zwaliłoby na niego nadludzkie wysiłki. Żadnych przesadnych wysiłków sobie nie życzył, był w końcu starszy od niej o dwanaście lat i wyobrażał sobie, że to ostatnia chwila na urządzenie życia na właściwym poziomie. Ona młoda, ma czas. A w ogóle on bezwzględnie woli chude i ogniste brunetki o zwyrodniałych upodobaniach seksualnych i nie będzie się zajmował kształtowaniem niewinnych i opornych panienek…

– Idź sobie stąd teraz – powiedział półgłosem. – Cud zdarza się raz…

Szczęście, przepełniające Elunię, kiedy wracała do swojego automatu, miało oblicze nadziemskie…


* * *

Od czasu do czasu musiała kupować sobie coś do jedzenia. Wielki magazyn BILLI na Mokotowie pasował jej doskonale, miała niezbyt daleko, podjeżdżała samochodem, robiła zakupy na zapas i udawała się w dalszą drogę. Okres zimowy sprzyjał zachowaniu świeżości produktów, wożonych w bagażniku.

Podjechała i teraz, nazajutrz po wydarzeniach w kasynie, po dwóch godzinach spędzonych z zachwyconym nią mężczyzną i na samym początku umówionych służbowych spotkań. Dokonawszy zakupów, wyjechała wózkiem sklepowym na zewnątrz i zbliżyła się do swojego bagażnika.

W tym momencie ujrzała Kazia.

Wyglądało na to, że również robił zakupy, bo odebrał właśnie swoją złotówkę z wózka sklepowego i podszedł do samochodu. Stał na samym skraju parkujących, przodem do wyjazdu. Otworzył drzwiczki i wsiadł bez pośpiechu.

Gdyby na miejscu Eluni znajdowała się Jola, zgodnie z zapowiedzią rzuciłaby się ku niemu i rozstrzygnęła sprawę, sprawdzając tożsamość osobnika. Zdążyłaby pięć razy. Raz wreszcie byłoby wiadomo, gdzie się ten piekielny Kazio znajduje, oszukuje Elunię czy nie.

W wykonaniu Eluni taka akcja nie wchodziła w rachubę. Nie dalej jak przed trzema kwadransami rozmawiała z Kaziem przez telefon i usłyszała, że jest w Oslo, dzwoni z lotniska, zaraz leci do Kopenhagi, a pojutrze wraca do Warszawy. W ciągu trzech kwadransów nie zdołałby się przemieścić stamtąd tu, chyba że przeniosłaby go siła nadprzyrodzona. Na jego widok oczywiście skamieniała i nawet nie drgnęła, patrząc, jak Kazio zapala światła i odjeżdża.

Dawno znikł jego samochód, kiedy Elunia się wreszcie ruszyła, oszołomiona, zdumiona i oburzona. Niewątpliwie był to Kazio, rozpoznała nawet jego kurtkę, samochód również należał do niego, chociaż owszem, podobnych kurtek i toyot w mieście było dużo. Należało popatrzeć na numer rejestracyjny, ale nie była zdolna do przeniesienia wzroku z faceta w środku na tablice na zewnątrz i ostatecznego dowodu nie uzyskała. Jednakże był to Kazio…

Co, na litość boską, właściwie wyprawiał? Dlaczego wmawiał w nią Norwegię, skoro siedział w Warszawie? Po telefonie do Kopenhagi uwierzyła już, że istotnie plącze się po Skandynawii, i więcej nie sprawdzała, teraz na nowo nabrała wątpliwości. Gdybyż przynajmniej miał brata, ale nie, miał tylko siostrę, nawet nieco podobną, niemniej jednak bez zarostu. Siostra nie musiała się golić, broda jej nie rosła, jako sobowtór odpadała w przedbiegach.

Znalazłszy się u swoich zleceniodawców, musiała wyrzucić Kazia z umysłu, chociaż zaintrygował ją szaleńczo i zająć się zawodem. Na końcu miała Parkowicza, umówiła się z nim, a zarazem z Agatą, znów w Konstancinie, bo Agata też chciała obejrzeć projekty reklamy. Ukojona nieco wczorajszym wieczorem, mogła się wyrzec Stefana aż do jutra i wizyty w kasynie nie planowała.

Od właściciela firmy budowlanej wyszła o wpół do czwartej i w chwili kiedy wychodziła, chwytał słuchawkę dzwoniącego telefonu. Zamykając za sobą drzwi, usłyszała jeszcze jego zdenerwowany okrzyk.

– Co…?! Rany boskie! Zaraz przyjeżdżam!

Prawie zepchnął ją sobie z drogi, wypadając na zewnątrz z kurtką w ręku, krzyknął do sekretarki, że ma katastrofę w domu, i runął do samochodu. Zanim wyjechał z ciasnego kąta parkingu, stojąca z boku Elunia też była gotowa do jazdy. Ruszyła za nim.

Nie miała najmniejszego zamiaru towarzyszyć mu do owego dotkniętego katastrofą domu, wcale nie chciała śledzić go ani pilnować. Drgnęło w niej współczucie, ale na tym koniec, zajęta była w tle Stefanem, na wierzchu irytującym Kaziem, a dodatkowo zakupami, które należało dowieźć do domu i umieścić w lodówce. Do Konstancina wybierała się dopiero po piątej. Jednakże biała mazda ciągle była przed nią, tłok na jezdni nie pozwalał jej przyśpieszyć i Elunia, jadąc w kierunku własnego mieszkania, wciąż miała przed sobą pana Zielińskiego, swojego zleceniodawcę.

Pan Zieliński wyplątał się wreszcie z korka na Czerniakowskiej i jak szaleniec popędził przez Stegny i Dolinę Służewiecka. w stronę Puławskiej. Elunia jechała identycznie, tyle że nieco wolniej. Kiedy skręcała do siebie, przed jedną z mijanych willi ujrzała białą mazdę, zaparkowaną byle jak, i bez wielkiego zainteresowania pomyślała, że pan Zieliński mieszka blisko niej. Bez sensu było zatem umawiać się na Bartyckiej, następnym razem zaproponuje mu spotkanie w domu.

Kiedy po półtorej godzinie przejeżdżała ponownie, ruszając do Konstancina, biała mazda stała nadal w nie zmienionej pozycji. Przeszkadzała przejeżdżającym. Dzielnica willowa w okolicy alei Lotników w ogóle nie życzyła sobie parkowania na jezdni, stały znaki zakazu, obok mazdy pana Zielińskiego zaś kręciło się jakichś dwóch facetów, robiących złe wrażenie. Elunia pomyślała, że ten Zieliński ma pecha, nie dość, że spadła na niego jakaś domowa klęska, to jeszcze zablokują mu samochód, może nawet zabiorą, i zyska na tym dodatkowe kłopoty. Współczucie drgnęło w niej silniej, poza tym dobry stan Zielińskiego ściśle wiązał się z jej pracą i zarobkami, przyhamowała zatem. Miała jeszcze czas, postanowiła wkroczyć z pomocą, może weźmie od niego kluczyki i sama mu ten samochód przestawi.

Zaparkowała bezpiecznie i wróciła piechotą. Ogrodzenia wokół willi nie było, zadzwoniła do drzwi. Nikt nie otwierał, zadzwoniła ponownie, po trzecim dzwonku zaniepokoiła się, Zieliński musiał znajdować się w domu, skoro mazda stała na ulicy, do katastrofy jechał, może im tam gaz wybuchł i wszyscy padli trupem, może inne jakieś nieszczęście, może powinna sprowadzić policję i pogotowie…?

Dała spokój dzwonieniu, zeszła z trzech schodków, zbliżyła się do okna i spróbowała zajrzeć do wnętrza. Gęsta firanka zasłaniała widok, ale wydało jej się, że ktoś tam w środku jest, trafiła chyba na okno salonowe. Zapukała w szybę.

W tym momencie otworzyły się drzwi i wyjrzał z nich Zieliński we własnej osobie.

– A, to pani – powiedział. – Jak pani mnie tu znalazła? Proszę, niech pani wejdzie.

Równocześnie Elunia uświadomiła sobie, że on robi jakieś dziwne miny. Krzywi się, gwałtownie mruga oczami i najwyraźniej w świecie kręci nosem. Nie zamierzała składać mu wizyty, chciała tylko powiedzieć o samochodzie i spytać, czy nie potrzeba mu jakiejś pomocy. Wróciła na schodki, znacznie bardziej zaniepokojona grymasami oblicza niż pojazdem. Może spotkało go nieszczęście tak potężne, że od niego dostał jakichś konwulsji…?

– Nie – powiedziała niepewnie. – Ja tu mieszkam niedaleko, przejeżdżałam i pański samochód źle stoi. Słyszałam, jak od pana wychodziłam, że przytrafiło się coś złego. Czy nie mogłabym pomóc?

– Tak – odparł pan Zieliński ze straszliwym naciskiem i jakby rozpaczliwie. – Tak, koniecznie. Potrzebuję pomocy. Niech pani wejdzie.

– Mam mało czasu…

– Niech pani wejdzie, do ciężkiej cholery!

Presja tego eleganckiego zaproszenia była tak silna, że Elunia się ugięła. Weszła. Pan Zieliński się cofnął jakoś tak, jakby został szarpnięty do tyłu.

Natychmiast za drzwiami chwyciły ją dwie bardzo silne ręce, unieruchomiły i pociągnęły dalej. Z unieruchamianiem mogły się nie fatygować, śmiertelnie zaskoczona Elunia znieruchomiała sama z siebie. Bez najmniejszego fizycznego protestu pozwoliła się powlec do salonu, gdzie ujrzała scenę doskonale znajomą. Na jednym krześle siedziała związana i zakneblowana pani Zielińska, na drugim związany i zakneblowany dwunastoletni chłopiec, niewątpliwie syn państwa Zielińskich, a pana Zielińskiego sadowiono właśnie i związywano na trzecim. Eluni przeznaczono czwarte. Całą robotę odwalało bardzo zręcznie dwóch facetów.

Pani Zielińskiej krew płynęła z łydki, a łzy z oczu. Siąkała nosem, którego nie miała szans wytrzeć. Pan Zieliński skorzystał z chwili, kiedy jeszcze dysponował własną gębą.

– Pani Elu, przepraszam z całej siły, że panią tak wrąbałem, ale oni zagrozili, że mi uszkodzą dziecko. Pani się połapała, że coś nie gra, to było widać, a ja, jak idiota, powiedziałem, że pani była u mnie w pracy. Kazali panią tu ściągnąć, niech mi pani przebaczy…

Dalszy ciąg został ucięty przy pomocy plastra, pan Zieliński stracił mowę. Elunia ją właśnie zaczynała odzyskiwać.

– Nic nie szkodzi – powiedziała grzecznie. – Chociaż trochę się śpieszę. Czy panowie tu rabują?

Odpowiedzią było prychnięcie jednego z panów, tego, który wiązał jej ręce z tyłu. Drugi siedział na kanapie ze spluwą w dłoni, wycelowaną w kolano chłopca. Obaj mieli na sobie najpospolitszą odzież, zwykłe dżinsy, obszerne i bezkształtne kurtki i czarne wory na głowach, opadające aż na ramiona. Worów, co prawda, nie spotykało się na ulicy zbyt często, ale wiadomo było, że je zdejmą, a reszta nie rzuci się w oczy.

Przywiązawszy Elunię porządnie, ale niezbyt ciasno, napastnik zawahał się z plastrem w dłoni.

– Kto ty jesteś? – spytał przenikliwym szeptem.

Elunia przez moment zastanawiała się, czy nie powinna zignorować takiego marginesu. Babcia z pewnością nie odezwałaby się ani jednym słowem. Potem spojrzała na kolano chłopca i postanowiła ich nie drażnić. „Nie główka, tylko kolanko” – przemknęło jej przez myśl.

– Nie królowa angielska, to pewne – odparła, pozwalając sobie chociaż na sarkazm. – I nie córka Onassisa. Nawet nie wiem, czy on ma córkę.

– Chcesz dostać?

– Co dostać?

– W ząbki, kochana. W nereczki. W uszko.

– Nie, dziękuję. Nie chcę.

– To odpowiadaj bez wygłupów.

– No dobrze. Nie jestem nikim ważnym. Tylko graficzką, która robi reklamy. Dla pana Zielińskiego też.

– Masz konto w banku?

– Mam.

– Książeczki czekowe przy sobie? Karty kredytowe?

Nareszcie Elunia zyskała powód do uciechy. Rozpromieniła się.

– No właśnie, czeki mi się akurat skończyły, nie mam ani jednego, proszę bardzo, może pan sprawdzić w torebce. Na karcie kredytowej zostało mi dwadzieścia osiem złotych. A na koncie też byle co, bo kupiłam parę drobiazgów. Pieniądze dopiero zamierzam zarobić, a co zarobię, to wydam, bo jestem na dorobku. Jako ofiara panów, sądzę, że nie nadaję się do niczego.

Do karty kredytowej dolarowej postanowiła się nie przyznawać. Nie na nią ci złoczyńcy napadli, tylko na Zielińskiego, co do niej zatem, rozpoznania nie przeprowadzili, była osobą przypadkową. Ponadto dolarowej karty kredytowej wcale przy sobie nie miała, zostawiła ją w domu, zamierzając używać w jakiejkolwiek zagranicznej podróży, a nie w kraju. Brak czeków był prawdą, właśnie jej wyszły, zamówiła już nowe, ale jeszcze nie odebrała. Własną sytuację oceniła jako ogromnie korzystną i skupiła się na obserwacji. Wiedziała doskonale, w czym uczestniczy i już sobie wyobrażała, jak uszczęśliwi Bieżana.

Złoczyńca zrezygnował z dalszej pogawędki z nią i przystąpił do zaklejania jej ust plastrem. Potraktował sprawę trochę lekceważąco. Znajdował się po drugiej stronie niskiego stolika, na którym stała pełna popielniczka, przechylił się przez ten stolik…

W tym momencie Elunia kichnęła. Z całą mocą, potężnie, bez żadnych szans na stłumienie kichnięcia, kichnęła wprost w ową popielniczkę. Nie tylko popiół buchnął gęstą chmurą, poleciały także niedopałki. Całość trafiła wprost w oblicze napastnika, osłonięte wprawdzie worem, ale z dość dużymi otworami na oczy.

– Krowo…! – krzyknął strasznie złoczyńca. Elunia doznała błyskawicznego skojarzenia.

– Niebiańska…? – podsunęła żywiutko. Zbir jakby na moment zbaraniał. Oderwał ręce od oczu i usiłował na nią spojrzeć. Elunia kichnęła ponownie.

– Najmocniej przepraszam – powiedziała ze skruchą.

Młody Zieliński, mimo knebla, zachichotał, a bandzior z pistoletem wydał z siebie jakiś dziwny dźwięk. Z popielniczki prawie nie miało już co lecieć, ale poprzednia porcja wystarczyła. Przylepiając plaster do siebie, gwałtownie odwracając się tyłem do ofiar i gulgocząc jakieś słowa, poszkodowany złoczyńca zerwał wór z głowy i zaczął przecierać oczy. Plaster przylepił mu się także do wora. Miotał się, zapewne płacząc i nie dając sobie rady z prószywem, dzięki czemu Elunia ujrzała kawałek jego twarzy i profil w całej okazałości. I nos.

Rzecz jasna, znów zamarła. Ależ tak, to był on, ten sam, znajomy nos, długi i na końcu prawie bulwiasty, czerwony, lśniący, rzucający się w oczy! Rozpoznała go! Niezdolna spojrzeć gdzie indziej, zarejestrowała w pamięci resztę szczegółów, niskie, wypukłe czoło, kartoflowatą brodę, małe, szczeciniaste wąsiki. Także kształt głowy, doskonale okrągłej.

Trzecie kichniecie uruchomiło Elunię niejako automatycznie, ale przerwało jej obserwacje. Zaprószony złoczyńca zrezygnował z walki, usiłując osłonić się worem od tyłu, wybiegł do kuchni. Jego towarzysz zerwał się z miejsca, rzucił spluwę na stolik, pomamrotał coś pod nosem, uciął nowy kawał plastra i wreszcie Elunię zakneblował. Po czym w pośpiechu zajął swoje poprzednie miejsce.

Zaprószony pojawił się dopiero po paru minutach. Doprowadził się już do porządku i zapewne zdążył nawet przygotować jakieś pożywienie i napoje, bo puknął w ramię kolegę i zamienili się rolami. Najwidoczniej pokrzepiali się kolejno i przybycie Eluni przerwało jednemu posiłek. Zachęcona przypadkowym sukcesem, nie kichając już więcej, pilnie wpatrywała się w pozostałe dostrzegalne szczegóły ich anatomii, z których na dobrą sprawę obejrzeć można było tylko nogi. Buty. Sposób stawiania stóp. Nie było to wiele, stwierdziła, że jeden ma chyba lekkiego platfusa, a drugi, ten jej, ten z nosem, nosi wyjątkowo małe buty. Nie cisną go, to widać, zatem rozmiar obuwia do pozazdroszczenia nawet dla kobiety.

Nie był jednakże kobietą, w żadnym wypadku, to odpadało. Nos miał prawdziwy, a do tego wąsiki. Pod worem nie musiał się charakteryzować, jej kichnięcie zaś z pewnością nie zostało przewidziane. Głosów zapamiętać nie mogła, odzywał się tylko jeden, ten który ją wiązał, drugi wydawał z siebie wyłącznie niewyraźne mamrotanie. Co gorsza, dżinsy mieli bardzo luźne i nie mogła rozpoznać, jakie mają na przykład kolana, względnie uda. Jedyne, co zdołała stwierdzić, to fakt, iż ten z nosem i z małymi nogami ma wystające kostki, wypychały mu obuwie. Z żalem pomyślała, że są to wyjątkowo inteligentni przestępcy.

Mimo wysoce dla nich szkodliwej dystrakcji nie próbowali się mścić na Eluni i nie zmienili sposobów postępowania, zapewne mieli w tej kwestii bardzo stanowcze instrukcje. Zachowywali się nad wyraz humanitarnie, jeden wprawdzie bez przerwy mierzył w kolano chłopca, drugi jednak włączył telewizor i pozwolił jeńcom oglądać program. Sam też patrzył, zapewne się nudził. Niekiedy tylko odwracał głowę i przez dziury w worze łypał okiem na Elunię, mamrocząc coś do siebie. Kilka głośniejszych słów udało jej się usłyszeć, a brzmiało w nich rozgoryczenie i głęboki wstręt.

– Niebiańska, rzeczywiście… Anielska może, kurrr…

Dźwięk telefonu wdarł się w tę sielankę okropnym dysonansem. Ruchliwszy bandyta, ten z nosem, poniechał zainteresowania Elunią, spojrzał na zegarek, zawahał się, po czym podniósł słuchawkę.

– Słucham, Bierczak – powiedział cicho. – Tak, pomyłka.

Elunią miała dość zdrowego rozsądku, żeby odgadnąć, iż jakkolwiek on się nazywa, z pewnością nie Bierczak. Telefon zadzwonił ponownie i dzwonił do uśmiechniętej śmierci. Złoczyńca nie wytrzymał.

– Na moje oko i wyczucie dzwoni pańska teściowa – rzekł jadowitym szeptem do pana Zielińskiego. – Albo jaka ciotka. Nic z tego, nie ma państwa w domu, wzięli gorzkie żale i poszli na roraty.

Przywiązana do krzesła Elunią nie mogła, na szczęście, drgnąć zbyt silnie. Gdyby drgnęła, dałoby się to zauważyć, swoim zwyczajem jednak skamieniała i nie zdradziła się z odkryciem. Takiego określenia używała jej babcia, „nie ma państwa w domu, wzięli gorzkie żale, poszli na roraty”, nigdzie więcej i u nikogo tego nie słyszała. Jaki, na litość boską, związek może mieć ta szajka z jej babcią…?!!!

Telefon umilkł i ponownie odezwał się po kwadransie. Ów, z pewnością nie Bierczak, podniósł słuchawkę i znów przedstawił się jako Bierczak. Musiało to być po prostu hasło, bo dogadał się z rozmówcą bez zbędnych słów. Odłożywszy słuchawkę, kiwnął czarnym worem, ten z pistoletem zerwał się z kanapy i zaczął odkręcać tłumik, drugi wyjrzał przez okno, znów kiwnął worem, palcem wskazał niski stół, na którym leżały nożyczki, nóż i wielkie cążki do paznokci, po czym obaj zniknęli w holu. Szczęknęły drzwi wyjściowe.

Elunią w tym momencie miała ręce już prawie wolne. Związana dość lekko, od początku pracowała nad rozluźnieniem sznura, starając się czynić to nieznacznie. Teraz nie musiała się ukrywać, zadziałała energiczniej, jej wąskie dłonie wysunęły się z pętli. Pierwsza dojechała na krześle do stołu, tyłem domacała się przyrządów tnących, wybrała cążki, zdając sobie sprawę, że siebie nie uwolni, nie wygnie dłoni tak, żeby sięgnąć pęt wokół ramion i oparcia krzesła, ruszyła ku Zielińskiemu.

Sąsiad Zielińskiego podjechał akurat w tej chwili do domu i ujrzał dziwacznie zaparkowaną mazdę z mandatem za wycieraczką. Mandat nie wydał mu się pilny, ale cud chyba tylko sprawił, że mazda nie miała jeszcze stłuczonego reflektora, a co najmniej porysowanej karoserii. Jako człowiek przyzwoity, zamiast wejść do siebie, udał się do sąsiadów, żeby zwrócić im uwagę na niebezpieczeństwo tak głupiego parkowania samochodu, zdziwiony, skąd im się wzięła taka lekkomyślność.

Zadzwonił, zapukał, a potem przycisnął klamkę. Drzwi okazały się otwarte. Wszedł, udał się do salonu i ujrzał widok, jakiego miał nie zapomnieć do końca życia.

Cztery osoby, z których trzy znał doskonale, miotały się po całym pomieszczeniu, jeżdżąc na krzesłach tyłem i bucząc głucho i rozpaczliwie. Zderzały się ze sobą, waliły wzajemnie oparciami, w ich wykręconych za plecami rękach błyskały jakieś mordercze narzędzia i razem wziąwszy, robiło to wrażenie bitwy, jakiej od początku świata nie było. Wściekłe buczenie wzmagało osobliwość sytuacji.

Sąsiad Zielińskiego, na szczęście, nie był Elunią. Zamarł tylko na ułamek sekundy. Dostrzegł plastry na ustach, zaczął od zdarcia tej ozdoby, usłyszał, co uczestnicy bitwy mają do powiedzenia, trochę od tego zgłupiał, ale nie bardzo, przeciął sznury. Uwolniona od krzesła Elunią runęła do okna. Za późno, złoczyńców nie było już widać. Runęła do telefonu…

Telefon przez chwilę wszyscy usiłowali sobie wzajemnie wyrwać z rąk. Zielińskiemu przypomniał się wreszcie jego własny komórkowy, Elunia pozostała przy tym stabilnym. Dopadła Bieżana.

Po czym zdecywała się zaczekać tu na jego przybycie, bo działy się rzeczy interesujące. Zadzwoniła do Konstancina, powiadomiła Agatę o spóźnieniu i wzięła udział w imprezie.

Dopiero późnym wieczorem, po powrocie od pana Parkowicza, który w pełni zaakceptował jej projekty, znalazłszy się już we własnym domu, złapała Bieżana ponownie.

– Postanowiłam, proszę pana, że będę taki ten – rzekła stanowczo – no, tajniak. Wtyczka. Jak to się… o, donosiciel! Skoro już mam takie szczęście do tych napadów, niech wyniknie z tego jakaś korzyść, a poza tym uważam pana za przyzwoitego człowieka.

– A co to ma do rzeczy, czy ja jestem przyzwoity, czy nie? – zdziwił się Bieżan.

– Nie wykorzysta pan różnych poufnych tajemnic, jeśli nie okażą się potrzebne. Tak uważam. Jeśli mnie pan zawiedzie, nie odezwę się do pana ani jednym słowem więcej.

– Dobrze, jadę do pani…

Dochodziła północ, kiedy Elunia wyjawiała jeszcze Bieżanowi owe poufne tajemnice.

– Ta Zielińska otworzyła im drzwi i wpuściła ich do domu, bo myślała, że idzie o interesy, powiedzieli coś właściwego, nie wiem co, chyba użyli słów „umorzona pożyczka”. Wcale się nie podawali za hydraulików i wcale żadnych hydraulików nie wzywała. Potem dopiero złapali ją i syna i zmusili, żeby zadzwoniła do męża. Jej czeki też zabrali. A Zieliński ukrył przed panem swoje karty kredytowe, ograbili go znacznie porządniej, niż się do tego przyznał, to wszystko wyrwało im się, zanim pan przyjechał. Ja się nie znam na śledztwie, ale gdzieś przecież musieli odbierać pieniądze na te karty, może znów w Grandzie…? Może ktoś zauważył, że jakiś tam stoi przy bankomacie i stoi, stał za nim, czekał i przyglądał mu się…

– Dolarowe też? – przerwał Bieżan.

– Karty?

– Karty.

– Też.

– To się może przydać, owszem. Całkiem niegłupio pani myśli. Dobrze, te drobne kanty zachowam dla siebie i prywatnie panią zapewniam, że nie dotknę niczego niepotrzebnego. Tyle szwindli ludzie robią na pograniczu prawa albo wykorzystując luki, że jeden mniej, jeden więcej, to żadna różnica. A nigdy nie wiadomo, jaki drobiazg okaże się nagle zasadniczy.

Zawahał się nagle, zajrzał do filiżanki, wypił resztkę kawy i popatrzył na Elunię.

– No, właściwie to ja mam do pani jeszcze jedno. Pani Gulster, ta sąsiadka…

– O Boże – powiedziała Elunia ze skruchą i zakłopotaniem, bo zrobiło jej się okropnie głupio. Kompletnie o tej nieszczęsnej dziewczynie zapomniała, a należało przecież przynajmniej zapytać, czy nie potrzeba jej jakiejś pomocy, bo może nie ma żadnej rodziny…? Ze zwykłej sąsiedzkiej przyzwoitości…

Bieżan zrozumiał ją, zapewne telepatycznie.

– Nie nie, nic złego, ona ma siostrę, ta siostra u niej bywa. Zaczęła mówić swobodniej dopiero dwa dni temu i powiem pani, co mówi, bo coś mi tu śmierdzi. Otóż powiada, że ten bandzior wlazł za nią. Z ulicy. Wszedł do domu i do windy, okutany w szalik tak, że go nawet dobrze nie widziała, pojechał na to samo piętro i wdarł się za nią do mieszkania. Nie zwracała na niego uwagi, do głowy jej nie przyszło, że ją napadnie, zwyczajnie wyszła z windy, otworzyła drzwi, on musiał być tuż za nią, chociaż miała wrażenie, że odszedł dalej korytarzem, wepchnął ją do środka i zatkał jej usta. Ręką. Zawlókł ją do sypialni. Nie zgwałcił jej, nawet nie próbował, tylko od razu zaczął bić. Zanim straciła przytomność, słyszała, co mówił, i były to jakieś brednie…

– Obłąkany…?

– Ona uważa, że nie, ale coś mu się musiało pomylić. Twierdził, że mu zmarnowała życia i teraz on jej też zmarnuje. Nie daruje piętnastu lat. Dopytywał się, retorycznie oczywiście, bo na odpowiedź nie czekał, skąd, u diabła, wiedziała, jak on wyglądał. Ona go w ogóle zakapowała i przez nią wszystko. A on ją dobrze zapamiętał. Nic z tego nie rozumie, bo nigdy nikomu życia nie marnowała, a tego bandziora w ogóle nie zna. I jest przekonana, że on ją wziął za kogoś innego. Ja też.

Elunia słuchała wstrząśnięta, a w pamięci zaczynały jej migać jakieś strzępki czegoś.

– Co pan też?

– Ja też mam obawy, że on ją wziął za kogoś innego. Za panią mianowicie.

– O Boże, dlaczego…?!

– Rodzaj urody, po pierwsze, panie są podobne w typie. A po drugie, to ta cała szajka aferzystów miała już prawo zwrócić na panią uwagę. Mogą się pani bać. Nawet upierałbym się przy tym, tylko mi to jego gadanie nie pasuje, powinien żądać, żeby pani milczała, przestała się wtrącać albo co. Czy pani rozumie coś z tego, co on mówił do Gulsterowej?

Przez długą chwilę Elunia nie była zdolna do udzielenia odpowiedzi, ale umysł jej pracował. Strzępki w pamięci stały się wyraźniejsze. Bieżan przyjrzał się jej uważnie, westchnął, wstał z fotela, poszedł do kuchni, przyniósł szklankę wody, następnie zajrzał do barku, wyciągnął butelkę koniaku i znalazł kieliszek. Nalał od serca i oba napoje postawił przed nią. Po namyśle wyciągnął i drugi kieliszek, napełniając go nieco skromniej. Wszystkie te czynności mógł wykonywać bez pośpiechu, bo Elunię zatkało rzetelnie.

Jedyna istota ludzka, jaką mętnie podsuwała jej zdenerwowana pamięć, to był straszny bandzior z dzieciństwa, który istotnie mógł do niej żywić drobne pretensje o zmarnowanie życia. Dawno zdążyła o nim zapomnieć, a nigdy nie istniały w niej żadne obawy zemsty, bo w końcu nie ona jedna go rozpoznała, liczne ofiary również coś tam dostrzegły i świadków oskarżenia było wielu. Teraz cała ta sprawa przypominała jej się bardzo niewyraźnie, wątpiła w sens wspomnienia, ale poczuła się trochę spłoszona. Okropna morda z lasu pojawiła się jej przed oczami jak żywa.

Wydusiła wreszcie z siebie odpowiedź.

– Nie wiem – powiedziała żałośnie. – Nic bym pewnie nie zrozumiała, tak samo jak i ona, ale jako dziecko… małe, zaraz, ile ja miałam lat…? Osiem chyba. Rozpoznałam bandytę. Na jakimś targowisku, nie, na jarmarku. Nic z tego nie pamiętam, ale i nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Niemożliwe przecież, żeby ten bandyta z mojego dzieciństwa pobił moją sąsiadkę, on poszedł do więzienia! Mam wrażenie, że na bardzo długo! Do końca życia!

– A pamięta pani może przypadkiem, jak się nazywał?

– Skąd, pojęcia nie mam. W ogóle tyle wiem, ile panu powiedziałam i to może nie mieć żadnego sensu.

Bieżan był innego zdania. Westchnął ciężko i chwilę się pozastanawiał.

– No dobrze. Miała pani osiem lat, policzmy, kiedy to było…

– Siedemnaście lat temu.

– Siedemnaście, bardzo dobrze. A co on zrobił, ten bandyta? Zabił kogoś?

– Nie wiem. Przeraził mnie śmiertelnie, to pewne, a poza tym… Mam wrażenie, że napadał ludzi, okradał i mordował, ale możliwe, że tylko to sobie tak wtedy wyobrażałam. W każdym razie o wampirze nie było mowy. Ani o szpiegostwie. Ani o żadnych zboczeniach, bo tego bym nie zrozumiała, a pamiętam, że wydawał mi się zwyczajnym bandytą, nie zwyrodniałym. Musiał popełniać przestępstwa proste.

– W Warszawie?

– A skąd, na wsi. Tam gdzie jeździliśmy na wakacje, na lato. W okolicach Kraśnika, albo w górach Świętokrzyskich. Zdaje się, że on tam grasował. Ale niech pan weźmie pod uwagę, że ja tego naprawdę prawie nie pamiętam. I czy w ogóle jest możliwe, żeby po tylu latach on się mścił? I to akurat na mnie? I skąd by się w ogóle wziął, uciekł z więzienia?

– Nie musiał uciekać, dawno wyszedł. No, może niezbyt dawno… A co do zemsty, to pojęcia pani nie majak tacy w sobie zemstę hodują. Jeśli sobie wykombinował, że to przezwania poszedł siedzieć… Widział panią wtedy?

– No pewnie, parę razy! Ale ja przecież miałam osiem lat, zmieniłam się chyba? Jakim cudem mógłby mnie poznać?

– Toteż właśnie wygląda na to, że się pomylił…

– Przerażające – powiedziała Elunia po chwili milczenia. – Niewinna osoba…! Nie, pan się chyba myli, nie mogę w to uwierzyć!

Bieżanowi jej wiara do niczego nie była potrzebna, sam nie był pewien własnej racji. Na wszelki wypadek postanowił sprawdzić wszystko w rejestrach i archiwach wymiaru sprawiedliwości i już widział, jak się ucieszą ci z Lublina, albo może z Kielc, kiedy im zwali na głowę poszukiwanie sprawcy, złapanego przed siedemnastu laty. No, może go mają w komputerze…

Pozbywszy się obowiązków obywatelskich, Elunia mogła się zająć sprawami osobistymi.

Ona też ukryła coś przed Bieżanem. Nie powiedziała o owych gorzkich żalach i roratach, wolała najpierw porozumieć się z babcią bezpośrednio. Ponadto w głowie i uczuciach tkwili jej Kazio i Stefan, każdy inaczej, ale z niemal równą siłą i z każdym wiązała się jakaś nieprzyjemność. Dodatkowo zaczął się pchać natrętnie bandzior z dzieciństwa. Coś z tym fantem musiała zrobić, bo okropna potrójna niepewność zaczynała przeszkadzać jej w pracy. Zdecydowała się poświęcić dzień jutrzejszy…


* * *

Babcia była najłatwiej dostępna. Mimo wieku pracowała, ale pracowała w domu i aż do wczesnego popołudnia zawsze można ją było zastać. Robiła korekty rozmaitych utworów, sprawdzając i korygując ortografię, gramatykę i słownictwo. Szła z postępem, nie prezentowała żadnego zacofania.

– Babciu, do kogo mówiłaś takie słowa: „Wzięli gorzkie żale, poszli na roraty”? – spytała Elunia bez wstępów, z głęboką wiarą w umysł babci, wyzuty za sklerozy. – I skąd to w ogóle pochodzi?

Było akurat południe. Babcia oderwała się od biurka i poczęstowała wnuczkę ogromnym zestawem napoi zimnych i gorących. Z jedzeniem nie zawracała sobie głowy. Obie usiadły przy małym stoliku pod oknem.

– Mówiłam do miliona osób – odparła spokojnie. – Niekoniecznie codziennie, ale żyję już dość długo i miałam szansę obsłużyć cały kraj. Cudzoziemcy by nie zrozumieli. A skąd pochodzi, nie mam pojęcia, przejęłam to w dzieciństwie od mojej babki, a twojej praprababki. Ciotki zresztą też się tym posługiwały.

Elunia pomyślała, że babcia jest cudowna. Odpowiada na pytania bez namysłu, nie dociekając, po co są zadawane i o co chodzi. Nie pcha się człowiekowi do samej głębi duszy i nie wywleka z niego pazurami intymnych tajemnic. Rozmowa z nią to sama przyjemność.

– A jak myślisz, kto z młodszego pokolenia też mógł to przejąć? Kto miał szansę? Musiał chyba słyszeć to od ciebie więcej niż raz?

– Może słyszał raz i ma pamięć akustyczną. Spodobało mu się. Ale masz rację, raczej musiał słyszeć parę razy. I używa?

– Sama słyszałam, jak użył.

– Ciekawe. Ja nie słyszałam od nikogo. Kto to był ten, co użył? Jakiś krewny?

– Nie wiem. Mam nadzieję, że nie. Obawiam się, że przestępca, to znaczy wiem na pewno.

– Interesujące. Z jakim przestępcą ja mogłam tak często rozmawiać? Może jednak pochodzi z rodziny? Czekaj, jakiego rodzaju przestępca? Złodziej, mafiozo, minister, oszust matrymonialny, prezes banku…?

Elunia zakłopotała się nieco. Jak właściwie tę szajkę określić…?

– Taki… podstępny wymuszacz. Nie, to praca fizyczna… Goryl podstępnego wymuszacza. Ale inteligentny.

– Subtelny bandzior – sprecyzowała babcia. – Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli coś takiego w rodzinie, ja przynajmniej nie słyszałam. Alkoholicy, to owszem… Z kim ja, do licha, rozmawiałam…?

Elunia pożałowała nagle, że jednak nie włączyła w dochodzenie Bieżana. Kazałby babci zapewne zrobić spis wszystkich znajomych i przypadkowych rozmówców, odrzuciłby wiekowo niewłaściwych, a resztę obejrzał. Sama nie ośmieliłaby się takiej propozycji zgłosić.

– Zależy ci? – spytała babcia nagle.

– Bezgranicznie…! – wyrwało się Eluni.

– Musi w tym tkwić jakiś chłopak. No dobrze, spróbuję sobie przypomnieć i tak wieczorami już mi się nie chce pracować. Kobiety won?

– Całkiem won. Chyba że czyjaś mamusia…?

– Zastanowię się. Czekaj, dziecko, coś mi chodzi po głowie… Taki sympatyczny chłopiec… Oczami go widzę, ale nic więcej, to skleroza…

– Jeśli babcia ma sklerozę, to ja jestem arcydzięgiel bagienny – powiedziała Elunia stanowczo, czym rozczuliła babcię ostatecznie.

– Moja krew! To po mnie masz te dziwne porównania, przez twoją matkę przeskoczyło. No dobrze, nie pojadę dziś na pokera, zrobię to dla ciebie i cały wieczór poświęcę dochodzeniu. Złap sobie swojego chłopaka, obojętne, przestępcę czy nie, miłość nie zna przeszkód. Siedzieć za niego, mam nadzieję, nie pójdziesz.

Słowa babci wywołały w umyśle Eluni melanż straszliwy. Wszystko się znienacka skłębiło, przez moment sama nie wiedziała, co do czego należy i o co jej chodzi. Kazio, Stefan, Bieżan, facet z nosem, Agata, szajka przestępcza, wszyscy razem utworzyli jeden węzeł nie do rozcięcia, mignął jej nawet zapomniany prawie osobnik od niebiańskiej krowy. Z wysiłkiem opanowała ten zamęt.

– Nie, babciu, to nie całkiem tak. Chłopak owszem, jest taki, ale roraty to co innego. Dwie różne rzeczy. Trzy różne rzeczy…

– Trzy tysiące różnych rzeczy – zgodziła się babcia.

– …ale zaraz, babciu, czy ty grywasz w pokera? Prawdziwego?

– Ty głupia jesteś, moje dziecko, czy co? Oczywiście, że grywam! Jasne, że w prawdziwego, przecież dlatego twoi rodzice uważają mnie za jednostkę niepoczytalną i chętnie by mnie ubezwłasnowolnili. Nic z tego, bardzo się staram, poza tym, być normalna.

– Raz w życiu…! – westchnęła Elunia, nagle rozpłomieniona. – Raz w życiu chciałabym zagrać w takiego prawdziwego, drapieżnego pokera…

– Nie widzę przeszkód – powiedziała babcia spokojnie. – Mogę cię wprowadzić w odpowiednie towarzystwo, zdaje się, że już jesteś dorosła. Ale chyba nie w tej chwili, coś mi się widzi, że masz jakieś inne problemy, może je najpierw rozwikłaj, a potem przystąp do beztroskich rozrywek…

Jadąc z powrotem do domu w celu kontynuowania pracy, Elunia myślała sobie, że taka babcia to skarb. Wyszła od niej ogromnie podniesiona na duchu, chociaż właściwie konkretnych powodów po temu nie było. Uzyskała zaledwie obietnicę, Bieżan mógł uzyskać taką samą, żadna ludzka siła nie wymogłaby na babci, w jej wieku siedemdziesięciu sześciu lat, niczego więcej. Jeszcze cztery lata i babcia, gdyby miała ochotę, mogłaby zabić człowieka, podobno kobiet po osiemdziesiątce do więzienia się nie wsadza. Ciekawe, czy takiego człowieka babcia miała na oku…

Uczucia, bez względu na zamiary babci, zaczynały się w niej trochę porządkować. Kazio zapowiedział swój powrót jutro, nie podając godziny. Zadzwoni chyba…? Dopadnie go wreszcie i zażąda wyjaśnień… O Boże, ależ to jest pretekst do rozluźnienia, może nawet zerwania kontaktów! Oszukiwał ją…

Siadając już przy stole, uświadomiła sobie, że po pierwsze wcale nie chce całkowitego zerwania kontaktów z Kaziem, a po drugie zamierza zrobić świństwo. Cienia prawdy nie ma w tym, że zakochała się w Stefanie przez Kazia, Kazio mógł być w Chinach albo siedzieć na dachu, obojętne, zakochałaby się tak samo. Nie powinna udawać, że to jego wina, powinna uczciwie powiedzieć prawdę, chociaż Jola jest innego zdania. Niech sobie będzie, Elunia tak nie lubi, źle by się czuła ze swoją obłudą. Z tym że najpierw zorientuje się, co to za kit z tą Skandynawią…

Wszystkie rozmyślania i niepokoje musiały być szkodliwe, bo tym razem w kasynie Elunia przegrała potwornie. Udała się tam wcześnie, spragniona widoku Barnicza, usiadła przy droższym automacie, tym po pięć złotych, bo tańsze były zajęte, i rychło poczuła w sobie wielką chęć naśladować w narzekaniach panią Olę. Nie płacił podlec i nie płacił, zorientowana już nieźle w cechach tych maszynerii, Elunia doszła do wniosku, że lada chwila ta zła passa powinna się przełamać. Lada chwila powinien zacząć płacić. Grała już różnie, to po jednym żetonie, to po pięć, automat oczywiście pozwolił jej wygrywać za jeden, wyższe stawki pożerając zachłannie. Po dwóch godzinach zorientowała się, że kończą się jej pieniądze.

Pożyczać nie zamierzała, to wykluczyła z góry. Miała przy sobie dolarową kartę kredytową, ale dolarów było jej szkoda. Popatrzyła na zegarek, dochodziło wpół do szóstej, Barnicz mógł przyjść nawet o dziewiątej, nie będzie tu przecież siedziała tyle czasu bez grosza, nic nie robiąc, poza tym automat ją korcił. Chciała znęcać się nad nim dalej, przebić się wreszcie przez to ohydne niepłacenie, odegrać się! Wpadła w hazard nieodwołalnie i tylko wrodzony umiar w charakterze i ogólna łagodność usposobienia, podbudowana niezłą dozą zdrowego rozsądku, pozwalały żywić nadzieję, że nie wyjdzie jej to bokiem. Ponadto była kobietą, a to syna bił ojciec za to, że się uparł odegrać, nie zaś córkę.

Namyślała się krótko, postanowiła skoczyć do banku i podjąć pieniądze z konta na zwyczajny czek. Czeki już dawno były gotowe do odebrania, a bank znajdował się blisko, na rondzie Nowego Światu, o tej porze wielkiego tłoku już w nim nie było i szansa na zaparkowanie istniała. Załatwi to szybko, za pół godziny wróci, nawet jeśli Stefan przyjdzie w czasie jej nieobecności, trochę chyba poczeka…

Grzecznie poprosiła obsługę o zarezerwowanie automatu, co było zupełnie zbędne, bo nikt się do tego drogiego draństwa nie pchał, i wybiegła.

Podjechała do ronda od strony Alej Jerozolimskich i zwolniła tuż za Bracką, szukając sobie miejsca na parking. Znała ten teren, wiedziała, że panuje na nim szalona ruchliwość, z reguły ustawiają się tam tylko klienci instytucji, którzy załatwiają swoje i wynoszą się gdzie indziej. Co chwila ktoś odjeżdża, a jego miejsce zajmuje następny. Jadąc powolutku, wypatrywała kogoś wsiadającego, błyskających świateł i kierunkowskazów, gotowa ułatwić kierowcy wyjazd tyłem na jezdnię. O kilka samochodów dalej, tuż za kioskiem Ruchu, dostrzegła faceta, otwierającego drzwiczki granatowego forda i wsiadającego do środka, przyhamowała z nadzieją, że już widzi miejsce dla siebie, zatrzymała się nawet, w pełni świadoma, że tkwi na absolutnym zakazie zatrzymywania. Faceta oczywiście widziała niedokładnie, ale jego ruchy wyglądały jednoznacznie, otwierał, wsiadał i natychmiast powinien odjechać, bo niby cóż innego miał tam do roboty?

Zapalił światła, ale nie ruszał. Być może czekał na kogoś. Na jakiegoś żółwia, ślimaka, plazmę, która chyba czołgała się przez hol bankowy, bo niemożliwe, żeby tyle czasu ktoś szedł normalnie na nogach. Albo postanowił sobie zamieszkać tutaj, w swoim samochodzie. Umarł w ogóle. Takich powinno się wyrzucać siłą.

Po straszliwie długim czasie, zawierającym w sobie jakieś czterdzieści pięć sekund, Elunia zdenerwowała się porządnie i skóra jej ścierpła na plecach. Lada chwila przyczepi się do niej ktoś ze służby ruchu i będzie miał rację, stoi na prawym pasie tuż przed skrzyżowaniem i przeszkadza wszystkim przejeżdżającym, już ktoś tam za nią zamrugał światłami. Antypatyczny nerwicowiec. Miała ochotę wysiąść, podejść do tamtego nieruchawego głąba i wypchnąć go przemocą, niech się wynosi wreszcie i odda miejsce porządnym ludziom!

W tym momencie światłami zapłonął samochód, stojący tuż obok głąba, po jego lewej stronie. Wyjeżdżać zaczął od razu i Elunia doznała ulgi niebotycznej. Ruszyła delikatnie, przepuściła go i płynnie wjechała na zwolnione miejsce.

Wysiadając i zamykając drzwiczki, wrogo spojrzała na sąsiedni pojazd, z wielką nadzieją, że może chociaż jej wzrok wypromieniuje z siebie jakieś niemiłe fluidy. I zamarła.

Przy kierownicy owego samochodu nikt nie siedział. A przecież na własne oczy widziała…!

Zamarcie było krótkie i lekkie, z jednej strony bowiem sprawa przestała już dotykać ją osobiście, z drugiej zaś prawie od razu dostrzegła sylwetkę na tylnym siedzeniu. Zgadzało się, ktoś wsiadł, nie kierowca jednakże, tylko pasażer. Zrozumiałe, że nie mógł odjechać, ale po co w takim razie zapalił kretyn światła, myląc tym ludzi?!

Pomyślawszy o światłach, zauważyła własne. Oczywiście, zapomniała zgasić. Złośliwość losu może sprawić, że spędzi w tym banku Bóg wie ile czasu, a jej akumulator świateł nie lubi, znów się wyładuje. Otworzyła drzwiczki i pochyliła się, sięgając ręką do wyłącznika.

I teraz już zamarła rzetelnie i kamiennie. Pochylona, ujrzała twarz pasażera, majaczącą w połowicznym mroku. Patrzyła na nią przez dwie szyby samochodowe, szyby jednakże były akurat czyste i nie przeszkadzały, widziała ją zatem dość wyraźnie.

Na tylnym siedzeniu tkwił Stefan Barnicz.

Ukochaną twarz Elunia rozpoznała w mgnieniu oka. Twarz okolona była wprawdzie brodą, która tajemniczym sposobem wyrosła w ciągu dwóch dni, ale Elunia brody nawet nie zauważyła. Charakterystyczne, piękne brwi, oczy, układ czoła, nos, wystarczyły jej w zupełności. Trwała jakby w ukłonie, przeistoczona w rzeźbę z granitu, niezdolna do oderwania ręki od wyłącznika świateł, które na ułamek sekundy wcześniej zdążyła zgasić.

Stefan nie patrzył na nią. Wzrok miał utkwiony w wejście do banku, zresztą odgrodzona od niego własnym samochodem i pochylona w otwartych drzwiczkach Elunia była znacznie gorzej widoczna niż on sam, wygodnie ulokowany na tylnej kanapie. Poblask z ulicy, z kiosku i z reflektorów przejeżdżających samochodów działał na jej korzyść.

W tym wejściu do banku musiał kogoś zobaczyć, bo poruszył się i włożył ogromne przyciemnione okulary, zasłaniające mu całą górę twarzy. W tych okularach Elunia już by go nie poznała. Do samochodu podbiegł jakiś facet, wsiadł i natychmiast ruszył. Prawym pasem coś jechało, musiał to coś przeczekać. Dzięki czemu Elunia, wciąż zastygła w swoim ukłonie, niezdolna także do odwrócenia oczu, zamiast pięknej twarzy amanta, ujrzała numer rejestracyjny odjeżdżającego forda.

Wrażenie, jakiego doznała, było tak potężne, że uruchomiła ją dopiero prośba kierowcy z lewej strony, który nie mógł otworzyć swoich drzwiczek i wpuścić pasażera bez usunięcia z drogi wypiętej tylnej części pochylonej Eluni. Nie była gruba, ale ciasnota wykluczała przepchnięcie obok niej jeszcze jednej osoby. Popukana delikatnie w okolice talii, wyprostowała się wreszcie, złapała oddech, przeprosiła i odeszła.

Wróciwszy po paru minutach z pieniędzmi, bo jednak nie zapomniała, po co tu przybyła, stwierdziła, że swojego samochodu w ogóle nie zamknęła, pozostawiła drzwiczki otworem. Nie przejęła się zbytnio, skoro nikt go nie ukradł, było to mało ważne. Barnicz w charakterze pasażera granatowego forda opanował ją prawie bez reszty, pozostałe wolne szczątki jej jestestwa należały do złośliwego automatu.

Ponownie przystąpiła do gry, niezadowolona i wściekła na siebie. Do diabła z tą głupią właściwością charakteru, mogła przecież dopaść go, porozumieć się, spytać, czy tu przyjdzie i kiedy się zobaczą! Straciła okazję, zmarnowała ją kretyńsko! Każda normalna dziewczyna rzuciłaby się ku niemu z okrzykiem radości, tylko nie ona, oczywiście, skończona idiotka…

Barnicz przyszedł o ósmej. Elunia odwróciła głowę, bo automat za jej plecami wył i rzępolił przeraźliwie, i w pobliżu recepcji ujrzała swoje trudne szczęście. Błogość spłynęła na nią natychmiast i rozświetliła jej twarz, nie ruszyła się, czekała, aż on ją znajdzie i podejdzie. Nie patrząc, czuła jego kroki, zbliża się z tym swoim uśmiechem, za chwilę znajdzie się za jej plecami, dotknie jej ramienia, powie, jak zwykle: „Dobry wieczór, jak miło cię widzieć”…

Przerwała grę i czekała. Tak długo nikt nie podchodził, nie stawał za nią i nie dotykał jej ramienia, aż oczekiwanie przeistoczyło się w odrętwienie. Elunia poczuła, że sztywnieje, przy czym nie był to jej normalny paraliż, tylko zwyczajne zmęczenie mięśni, bezwiednie napiętych. Poruszyła się wreszcie, rozluźniła z wysiłkiem i obejrzała. Może jej się tylko wydawało, że on przyszedł, może miała halucynację…?

Nie miała halucynacji. Stefan Barnicz, w ogóle jej nie szukając i nie podchodząc, przystąpił już do gry w ruletkę na ostatnim stole, niewidocznym od strony automatów. Zdumiona i niemile zaskoczona Elunia znalazła go tam po dłuższej chwili i zatrzymała się naprzeciwko, spodziewając się, że na nią spojrzy. Może wcale nie wiedział, że ona jest, wczoraj jej nie było…

Logika, co prawda, nakazuje mniemać, iż ktoś, kto nie zastał upragnionej osoby poprzedniego dnia, tym bardziej będzie jej szukał następnego, ale nie logikę miała w głowie zakochana Elunia. Jak każda normalna kobieta gotowa była tłumaczyć i usprawiedliwiać najdziksze poczynania przedmiotu uczuć, w zarzucaniu jej sznura na szyję widzieć objaw żartobliwego nastroju, w odwracaniu się tyłem udrękę serca, niepewnego jej uczuć. Ostatnią rzeczą, jaką kobieta z niechęcią przyjmie do wiadomości, jest fakt, że jemu minęło i już nie jest upragniona, ukochana i pożądana.

Barnicz jakoś omijał ją wzrokiem, wpatrzony w stół i kulkę. Nic dziwnego, był przecież graczem… Elunia nie próbowała telepatii i bioprądów, obeszła stół dookoła i znalazła się za plecami swojego supermana.

Plecy nie reagowały na nią w żaden wyraźny sposób. Wypatrzyła właściwy moment, ową chwilę, kiedy gracze, nie mogąc już stawiać, czekają na zatrzymanie się kulki, i dotknęła delikatnie jego ramienia. Fakt, że tym razem to ona dotknęła, a nie on, nic jej nie dał do myślenia.

– Dobry wieczór – powiedziała półgłosem. Barnicz nawet na nią nie spojrzał.

– Witam – odparł z roztargnieniem i nie dodał owego „jak to miło cię widzieć”… Niczego nie dodał, chociaż kulka jeszcze wirowała i miał czas na przywitanie.

Elunia poczuła się jakoś bezradnie, ale wciąż jeszcze nie węszyła klęski. Rozumiała jego zajęcie.

– Będę przy automatach – powiedziała po króciutkiej chwili wahania i udało jej powstrzymać od propozycji, żeby tam jej poszukał. Propozycja, gdyby ją wygłosiła, bez wątpienia zabrzmiałaby jak namiętne i gorące błaganie.

Barnicz kiwnął głową i błysnęło w nim zadowolenie. Uczynił pierwszy krok na właściwej drodze, krok się udał, dziewczyna nie wpadła w uciążliwe natręctwo. Będzie można odstawić ją bez komplikacji i zadrażnień, może nawet uda się zachować ją w zapasie.

Elunia przestała tak beznadziejnie przegrywać, automat zlitował się nad nią i trzymał ją na zerze, to dając, to odbierając. Straciła swój garnek pięciozłotówek dopiero po przeszło godzinie i z uporem hazardzisty udała się do kasy po następny. Przy okienku natknęła się na Barnicza, który znajdował się w sytuacji odwrotnej, wygrane żetony wymieniał na pieniądze. Musiał przeczekać Włocha, dysponującego wyłącznie własnym językiem i żadnym innym, El unię zaś wstrzymało poszukiwanie i otwieranie nowego worka z bilonem. Mogła tkwić obok niego, nie tracąc honoru.

Barnicz zamierzał zmyć się po angielsku, w ogóle do niej nie podchodząc, ale postępowanie jawnie brutalne nie leżało w jego zamiarach.

– Jak ci idzie? – spytał przyjaźnie. – Widzę, że nieszczególnie?

– Okropnie – odparła Elunia tonem, zadziwiająco jak na taką informację radosnym. – Dopiero od twojego przyjścia zaczęłam przegrywać wolniej, przedtem leciało ze świstem. Przynosisz mi fart.

– Cieszę się… – zaczął Barnicz, ale pełna uczuć Elunia z rozpędu ciągnęła dalej.

– Musiałam nawet jechać do banku po pieniądze, dobrze, że to blisko. A, właśnie! Widziałam cię tam, ale nie zdążyłam podejść…

Rzęgot przesypywanych mechanicznie monet zagłuszył jej dalsze słowa. Równocześnie Włoch się odczepił i kasjer sięgnął po żetony następnego klienta, Barnicz musiał zająć się własną wygraną. To, co usłyszał, sprawiło, że błyskawicznie zrezygnował ze zmycia się po angielsku.

Jego wypłata trochę potrwała, Elunia z pełnym garnkiem nie miała już powodu sterczeć obok. Kiwnęła mu głową i poszła do swojego automatu.

Barnicz znalazł się przy niej po kilkunastu starannie wyliczonych minutach. W łagodnym zrywaniu przesadnie bliskich związków z damami różnego autoramentu miał wprawę olbrzymią.

– No, wreszcie! – rzekł, zręcznie symulując westchnienie ulgi. – Udało mi się wykorzystać passę, ale już się skończyła. O… Pomogłem…?

Na kredycie Eluni widniało przeszło czterysta punktów, odrobinę była odbita. Znów spłynęła na nią błogość, bo i wygrana, i niejako przez niego, i on już tu jest:…

– Powinnam z góry wiedzieć, kiedy będziesz i nie grać bez ciebie – oznajmiła, bo nie ma świecie kobiety, która nie potrafiłaby zastosować błyskawicznego podstępu, chociażby nawet instynktownie. – Czy nie mógłbyś mnie zawiadamiać wcześniej?

– Nie – odparł Stefan bez namysłu. – Z różnych przyczyn. Przede wszystkim dlatego, że sam nie wiem, kiedy będę…

– Po pierwsze, nie mamy armat – wyrwało się Eluni.

– Słusznie. Zatem dalszy ciąg nie ma znaczenia. Ale, jak widać, spotykamy się często. Ciekaw jestem, gdzie mnie widziałaś. Dlaczego nie podeszłaś?

– Nie zdążyłam – powtórzyła stanowczo Elunia, zdecydowana nie przyznawać się do swoich głupich cech jak długo zdoła. – Odjechałeś. Pod bankiem przy rondzie Nowego Światu. Właśnie tam parkowałam.

Barnicz przez chwilę prezentował sobą wcielenie zdumienia, obróciwszy Elunię ku sobie, żeby to zdumienie dokładnie zobaczyła.

– Mnie widziałaś? Niemożliwe. Od wieków mnie tam nie było, mogłem przejeżdżać, ale to akurat nie dziś. Przykro mi, ale to nie byłem ja, może i lepiej, że nie podeszłaś, zaczepiłabyś obcego faceta. Wysyp to może, bo będę musiał iść, pożegnam cię z żalem.

Elunia już miała otwarte usta dla wygłoszenia mnóstwa dalszych uwag, protestu, że nie był to nikt inny, tylko właśnie on, podania szczegółów, delikatnego napomknięcia o kolejnym spotkaniu, umówieniu się jakoś, ale to nagłe pożegnanie rąbnęło ją siekierą i zaparło jej dech. Dla niego w końcu tu przyszła, na niego czekała, zaczynał stanowić treść jej życia, a wymykał się jej z rąk. Skąd w ogóle mógł wiedzieć, czy ona nie porzuci znienacka gry, kasyna i hazardu… No nie, nie porzuci… Ale on nie może mieć pewności, a co wtedy…? A, prawda, on wie, gdzie ona mieszka i w tej sytuacji numer telefonu łatwo znajdzie…

Jakieś tajemnicze, okropne przeczucie powiedziało jej, że prędzej ona się utopi, niż on poszuka jej numeru telefonu, ale i tak nie zdołała się już do niego odezwać. Pożegnał się i poszedł. Poszedł. Poszedł i przepadł…

Po długiej dopiero chwili oprzytomniała o tyle, że zaczęła rozważać treść rozmowy. Powiedział, że to nie był on, bzdura, nonsens, wykluczone, nie mogła się tak pomylić, patrzyła na niego dostatecznie długo, serce się odezwało… A z Kaziem chyba się jednak pomyliła…? A otóż właśnie nie wiadomo, może tak, może nie, czy to jakieś maniactwo widywać osoby, które znajdują się gdzie indziej…? Niemożliwe przecież, żeby nagle przestała rozpoznawać ludzi na ulicy, i to ludzi bliskich i dobrze znanych, niemożliwe, żeby po mieście zaczęło latać tyle świeżo wylęgłych sobowtórów, ale chyba niemożliwe także, żeby wszyscy uparli sieją oszukiwać…? Po co im to? Co to w ogóle ma znaczyć i co się dzieje?

Gdyby dziwaczne zjawisko dotyczyło kogoś w zasadzie obcego, dalekiego znajomego, na przykład, albo rzadko widywanego sąsiada, Elunia nie przejęłaby się wcale i wyrzuciła z umysłu nawet wspomnienie o nim. Teraz jednakże oba widoki szarpnęły nią, tu nieobecny Kazio, tam Stefan… Boże drogi, ale Stefan… był sobą, z pewnością, ale czy nie wyglądał jakoś inaczej…? Jezus Mario! Ależ on miał brodę…!!!

Elunia posiadała znakomitą pamięć wzrokową. Grzęzły w niej spostrzeżenia optyczne, nawet nie uświadomione, niedostrzegalne od razu. Nie miała pojęcia, co leżało na zagraconym stole, nie obchodziło jej to, ale po pewnym czasie, kiedy owe przedmioty należało sobie przypomnieć, jawiły się przed jej oczami jeden po drugim i umiała je odtworzyć z zadziwiającą dokładnością. Szczególnie widoki oglądane w stanie znieruchomienia pozostawały jej na zawsze.

Teraz też ujrzała brodę Stefana Barnicza niczym na jawie. Jakby ją miała przed sobą na fotografii.

Automat przestał dźwięczeć, ponieważ jego użytkowniczka zastygła. Jej dłoń skamieniała na przycisku „start”, jej myśl na brodzie idola i na razie nie była zdolna do niczego innego. Spotkało ją coś wstrząsającego i cześć, kosmos zatrzymał się w biegu.

Nie doznając żadnych bodźców zewnętrznych, Elunia odzyskała ludzkie właściwości dopiero po dwóch minutach i sześciu sekundach. W ciągu takiego czasu sprinterzy mogą przebiec sto metrów przez płotki, dostać oklaski i otrzeć pot z twarzy. Niczego nie ocierała, ale wróciła do życia, spróbowała opanować jakoś straszliwe wrażenie i zacząć myśleć konstruktywnie.

Sytuacja jej nie sprzyjała, bo automat, jak każdy normalny automat, po paru godzinach niepłacenia, ruszył wreszcie do przodu. Dostateczną ilość pieniędzy Elunia miała przy sobie i dostatecznie długo czekała na Barnicza, żeby przetrzymać swoją złą passę. Wpadła na całą serię układów wygrywających, zdublowała je nawet kilkakrotnie i ten nagły sukces nadzwyczajnie podniósł ją na duchu. Okropne i zdumiewające przeżycie straciło część swojego gniotącego ciężaru i pozwoliło się przynajmniej rozważyć.

Wracając do domu grubo po północy, lekko zaledwie przegrana Elunia nie doszła do żadnych sensownych wniosków. Zarówno broda Stefana, jak i jego zaprzeczenie, jakoby pętał się pod bankiem, wciąż wydawały się jej niepojęte. Jeszcze gorzej przedstawiało się jego dzisiejsze zachowanie, obce, obojętne, pozbawione wyrosłej już między nimi intymnej atmosfery, pchające ją w koszmarne szpony niepewności i w ogóle niezrozumiałe. Z tym już całkowicie nie umiała sobie dać rady i postanowiła nazajutrz poradzić się Joli.


* * *

Zaledwie Elunia zdążyła rozbudzić się porządnie, umyć, wypić kawę, zjeść delikatne śniadanie, obejrzeć swój stół do pracy i zastanowić się, od czego zacząć, od roboty czy od telefonów, w zamku zazgrzytał klucz i w mieszkaniu objawił się Kazio. Dopiero wtedy uważniej spojrzała na zegarek, dochodziła jedenasta.

Sama się zdziwiła, że widok Kazia sprawił jej tak wielką przyjemność. Powinna chyba raczej zdenerwować się jego bezceremonialną wizytą, zgoła przestraszyć przypomnieniem, że ma klucz, którym sama go obdarzyła, pomyśleć, że mógł przecież, rany boskie, zastać rywala! Nic z tego nie przyszło jej do głowy, ucieszyła się i tyle.

– Nie miałem cierpliwości dzwonić, wolałem przyjechać od razu – oznajmił radośnie Kazio, wypuszczając ją z objęć. – Bardzo masz pilne to wszystko? Możesz stracić godzinkę? Napijemy się byle czego i mów, co się tu działo!

Elunia natychmiast pomyślała, że zamiast dzwonić do Joli, wyjaśni te osobliwe halucynacje z Kaziem i żywo przyjęła propozycję.

– A otóż to! – wykrzyknęła z zapałem. – Nareszcie jesteś wyraźnie!

– Proszę…? A przedtem byłem niewyraźnie…?

– Jeszcze jak! Boże jedyny, co ja przeżyłam…!

Ugryzła się nagle w język, bo jednak szczerość ma swoje granice, no, może nie tyle szczerość, ile elementarna przyzwoitość i poczucie taktu. Lada moment powiedziałaby mu o Stefanie, coś istniało w Kaziu takiego, co skłaniało do nieopanowanych zwierzeń, ale to już byłaby chyba przesada. Nieprzyzwoita przesada. Wszystko, tylko nie Stefan!

Kazio zdążył już skoczyć do kuchni, gdzie włączył czajnik elektryczny. Wrócił i szarpnął zamek swojej torby turystycznej.

– Mały prezencik ci przywiozłem, remulada do rybek. Carlsberg i whisky z samolotu. I z wolnego taxa na lotnisku twój ulubiony zapaszek, Miss Dior, to już egoistycznie, bo też to uwielbiam. Koniaczek jeszcze tu mamy, gdzie popadło korzystałem ze sklepów wolnocłowych, tyle naszego. A jeśli nie masz nic przeciwko temu, do wspólnego użytku i rozdrażnienia zawistnych gości, termometr do alkoholu…

Eluni nagle zrobiło się tak upiornie głupio, jak nigdy w życiu do tej pory. Kazio wracał jakby do domu, a ona przecież zamierzała z nim zerwać. Rozczarować go potwornie, wystawić rufą do wiatru, usunąć go z życiorysu… Miło go było zobaczyć, ale nic więcej, w przyjaźni pozostać… Jezus Mario, a on jak u siebie, bez najmniejszych podejrzeń, szczęśliwy, kochający i jakiś taki… bliski. Domowy. Czy to w ogóle można tak znienacka toporem walić, dobijać człowieka, ależ przenigdy…! Nie zdobyłaby się na to pod karą śmierci! Jakoś delikatnie, stopniowo…

Najgłębiej przekonana, iż postępuje delikatnie i taktownie wyłącznie dla dobra Kazia, zarazem spragniona zwierzeń i wyjaśnień, Elunia zachowała się dokładnie tak, jak kochająca żona w obliczu wracającego z podróży męża. Ku jej własnemu zdumieniu i zaskoczeniu nie sprawiło jej to najmniejszych trudności, wręcz przeciwnie, poczuła się jakoś błogo i swojsko. Na króciutki moment dziabnęły ją wyrzuty sumienia i niepokój, czy nie zalęgły się w niej przypadkiem cechy kurtyzany, ale doznania znacznie przyjemniejsze przywróciły jej spokój. Wyrzuty sumienia odłożyła na kiedy indziej.

– Pierwsza sprawa – rzekła z energią, siedząc z Kaziem przy skromnej przekąsce i wolnocłowym piwie. – Kaziu, co to może znaczyć, że pół miasta widziało cię tutaj, chociaż byłeś w Skandynawii? Że byłeś, nie wątpię, sama remulada świadczy, u nas jej dostać nie można. Tylko stamtąd.

– Co? – zdziwił się Kazio. – Jakie pół miasta? Elunia uczciwie uściśliła.

– Jola i ja. Ona raz, a ja dwa razy. Ona na Marymoncie, a ja na Dolnej i w Billi. Sama dzwoniłam do ciebie i byłeś w Kopenhadze, więc co to może znaczyć? Brata nie masz, więc może sobowtóra? Wiesz coś o tym?

Kazio na razie trwał w beztrosce.

– Ani jedno, ani drugie. Może to nie byłem ja?

– Już słyszałam takie głupie słowa – powiedziała Elunia surowo, z lekkim rozgoryczeniem. – Powiem ci szczerze, gdyby nie Jola, myślałabym, że zwyczajnie zwariowałam, ale nie możemy zwariować obie równocześnie…

– Nie ma zakazu…

– Nie wygłupiaj się. Przez dwadzieścia pięć lat nie miałam zwidów, a teraz nagle urodzaj. Co to może znaczyć? Kazio zastanawiał się przez chwilę.

– Nie wiem. Ktoś tam trochę do mnie podobny…

– Nic z tych rzeczy. Widziałam twarz.

– Moją?

– Twoją.

– Poważnie mówisz? Wyraźnie i z bliska?

– Trochę z daleka i przez chwilę, ale wyraźnie. Kazio pozastanawiał się nieco dłużej.

– A gdybym ja miał w biografii jakąś tajemnicę – zaczął ostrożnie. – Gdybym coś tam musiał chwilowo ukrywać… Co byś na to powiedziała?

Zaskoczona Elunia przez chwilę milczała, chcąc odpowiedzieć uczciwie.

– Zależy jaką…

– Parszywą.

– To nie wiem… Chyba wolałabym ją poznać. Rozumiesz, ustosunkować się, trzeba wiedzieć, do czego. Na pewno zachować przy sobie. Masz jakąś?

Kazio odsunął się od stołu, rozparł w fotelu i przyjrzał jej się zarazem w zamyśleniu i z zachwytem.

– Powiedzmy. Może i coś tam mam. Załóżmy, że ukrywam to, żeby nie stracić w twoich oczach. Na egzystencję w zasadzie nie rzutuje. Co ty na to?

Elunia znów się zawahała.

– Z dwojga złego… wolałabym to wiedzieć. Zaczęłam myśleć… nie, nie tak. Zaczęłam dopuszczać możliwość, że mnie oszukujesz, a jeśli tak… Jak ja mogę z tobą cokolwiek, jeśli nie mogę ci wierzyć?

– O, cholera – zaniepokoił się Kazio. – Czekaj, to nie tak. A jeśli cała prawda o mnie okaże się dla ciebie niestrawna? Nie, jeszcze inaczej, żadne oszukuję, po prostu nie mówię wszystkiego. Ale co to właściwie ma do rzeczy? Skąd ci się w ogóle wzięły te zgryzoty?

– Jak to skąd, z tego spotkania cię tu, kiedy miałeś być tam…

Kazio rozmyślał przez dość długą chwilę. Otworzył następną butelkę piwa, były to małe butelki, więc szybko się opróżniały, dolał Eluni i sobie. Wypił trochę i podjął męską decyzję.

– Dobra, odkapsluję ci się, ryzyk-fizyk. Owszem, byłem tu. Fakt.

Elunia czekała cierpliwie dalszego ciągu. Kazio milczał.

– I co? – spytała wreszcie, czując w głębi duszy lekką urazę. Chyba zrobił z niej idiotkę…

– I nie chciałem się do tego przyznać, szczególnie tobie. Ściśle biorąc, faktycznie siedziałem w tej Skandynawii, plątałem się po Szwecji, Danii i Norwegii, ale wpadłem do Warszawy parę razy na krótką chwilę. Ślepy niefart, że akurat się nadziałem na Jolę, no i na ciebie. A zależało mi, żebyś mogła uczciwie twierdzić, że mnie nie ma w tym kraju, żeby mnie przypadkiem gliny nie dopadły, żebym nie musiał za świadka robić. W pierwszej kolejności ciebie musiałem oszukać, bo zełgać porządnie nie potrafisz i w razie czego byś mnie wrobiła bezwiednie. No i tyle. Mam swoją zadrę.

Uraza Eluni od razu zdechła, przyduszona oszołomieniem. Z wypowiedzi Kazia wyskoczyło tyle problemów, że wręcz skojarzyły jej się ze stadem pcheł. Doznała wrażenia, że rozumie znacznie mniej niż przedtem.

– Zaraz. Czekaj. Dlaczego…?! Dlaczego akurat miały cię gliny dopadać?!

– Przez tę aferę finansową, która się o ciebie obiła. W pierwszym rzucie mogłem iść pod nóż, ale rozumiem, że masz już alibi ugruntowane beze mnie.

– Alibi chyba mam, ale przecież… Boże drogi, to się o mnie obija cały czas! Pojęcia nie mam dlaczego! I wcale się nie skończyło! I w ogóle zrobiło się jeszcze gorzej! I przecież nie mogłeś zaplanować, że zostaniesz w tej Szwecji czy gdzieś tam przez resztę życia! Musiałeś w końcu wrócić, więc i tak…

– Moment, przystopuj – przerwał jej Kazio. – Po kolei. Primo, jasne, że musiałem wrócić, chociażby dla interesów, pozałatwiałem wszystko, więcej nawet, niż się ktokolwiek spodziewał, a owoce do zebrania są tu. Secundo, nie będę ukrywał, już miałem dosyć tego życia z daleka od ciebie. Stęskniłem się za tobą jak cholera, głupie to może, ale prawdziwe. A tertio, to zrób mi grzeczność i nawet jeśli jestem złoczyńcą i łgarzem, powiedz, co się tu działo. Co się o ciebie obija i jakim sposobem?

Bez namysłu, wbrew wszystkiemu czując do Kazia pełne zaufanie, Elunia opisała kryminalne wydarzenia, jakie spadły na nią w czasie jego nieobecności. Nieco je tylko streściła, a Kazio słuchał w skupieniu.

– Jedno ci mogę wyjaśnić i dziwię się trochę, że sami na to nie wpadliście, ty i ten gliniarz. Jasne, że jesteś blisko afery, zastanów się, z kim ty się kontaktujesz? Dla kogo odwalasz robotę? Dla przedsiębiorców, producentów, handlarzy i tak dalej. Sami bogaci ludzie, którzy jadą na przelewach i muszą mieć dobrze zaopatrzone konta. Prawie dziwne, że tak mało tego twojego uczestnictwa, ale może było więcej, przeleciało ci koło nosa i sama o tym nie wiesz. Poza tym widzę tu drugie, może pan śledczy też zauważył, tylko ci nie powiedział.

– Co mianowicie?

– Szajka rozszerzyła działalność. Przedtem, to było wyraźne, brali się tylko za hochsztaplerów, którzy woleli siedzieć cicho i nie przyznawać się do brudnej forsy, teraz ruszyli tych nieco uczciwszych. Z czego wnioskuję, że nie tyle się rozbestwili, ile naszarpali dosyć i zamierzają skończyć aferę, zanim wpadną. A jak skończą, gliny mogą sobie pogwizdać i cześć. Niegłupie oni.

Elunia pomyślała, że Kazio też niegłupi. Jej to wszystko do głowy nie przyszło, może Bieżan odgadł tyle samo co Kazio, ona nie. Jak dawno w ogóle nie rozmawiała z nikim tak jak z Kaziem, który więcej wyjaśnia, niż zadaje pytań, któremu tak łatwo ufać… Zaraz, jakie znów dawno, zaledwie trzy tygodnie! I jakie ufać, o tych swoich tajemnicach ciągle jeszcze nic nie powiedział! I to wszystko, co wie… o Boże, może sam siedzi w śliskich interesach, może to całe hochsztaplerstwo zna z własnego doświadczenia…?

– Czy ty przypadkiem… – zaczęła ostrożnie. – Czy te twoje uniki… Czy ty ukrywasz przede mną…

Nie musiała kończyć, Kazio zrozumiał w pół słowa.

– Nie, kochana, to nie to. Ja nie aferzysta, a jeśli nawet, to tylko połowiczny, w kodeksie karnym mnie się nie znajdzie. Forsy do pralki wrzucać nie muszę, najwyżej komuś tam czasem w przepierce pomogę, ale tyle tylko, ile siedzi w normie. O porządne przestępstwa nie musisz mnie podejrzewać.

– W takim razie co…

– Nic. Mam za sobą prywatny błąd. I dobra, powiem. Tak źle o mnie świadczy, że boję się przyznać ci się do niego, bo może więcej nie zechcesz mnie znać. Nie będziesz chciała mieć do czynienia z nieodpowiedzialnym palantem. Z idiotą, krótko mówiąc.

W duszy Eluni skłębiły się nagle skomplikowane uczucia. Przecież z tym Kaziem chciała zerwać na zawsze, sam jej podsuwa pretekst, sam się podkłada, a otóż wcale nie chce, a już na pewno wykorzystanie pretekstu byłoby świństwem przeraźliwym, w oczy by sobie spojrzeć nie mogła! I jak w ogóle można zrywać na zawsze z kimś tak bardzo wpasowanym w życie, nie zerwać zatem, pozostać w przyjaźni, ale jak ma z nim pozostać w przyjaźni w obliczu tej błogiej, dzikiej, dręczącej namiętności do Stefana, którego sam widok napełniają ognistym upojeniem?! Stefan… Czy on w ogóle jeszcze dla niej istnieje…? A przecież ona poleci na niego na pierwsze kiwnięcie palcem, uczciwie musi się przyznać sama przed sobą, że na to kiwnięcie tylko czyha, a Kazio wtedy co…? Kazio ją niby oszukuje, nic podobnego, właśnie przestał oszukiwać, a ona Kazia to nie…? Prawdę! Musi powiedzieć Kaziowi prawdę!

Być może wpatrzony w Elunię Kazio przeżyłby ciężkie chwile, gdyby nie to, że właśnie zadzwonił telefon. Wciąż pełna rozterki Elunia, zrozpaczona swoją decyzją, z rozdartym sercem, a do tego jeszcze z malutkim ziarnkiem piasku w trybach własnego organizmu, wręcz ucieszyła się z antraktu. Zerwała się z fotela i chwyciła słuchawkę.

– Pani była wczoraj w banku – powiedział z drugiej strony Bieżan, nie wdając się w żadne wstępy. – To wiem z bankowego komputera. Muszę wiedzieć, co pani tam widziała.

Jak grom z jasnego nieba rąbnęło Elunię zaskoczenie podwójne. Głupie pytanie, wdzierające się znienacka w jej życie uczuciowe i wspomnienie Stefana z brodą. Bieżan na drugim końcu przewodu mógł się zakrzyczeć na śmierć, Elunia po tej stronie zastygła na kamień.

Odgłosy ze słuchawki rozlegały się bez mała w całym pokoju, Kazio wytrzymał zaledwie kilka sekund. Przyjrzał się Eluni i wstał z fotela.

– Niech to cholera trzaśnie – rzekł z determinacją i odebrał jej słuchawkę. – Halo, wszystko jedno, kto ja jestem, panią Burską znam od dziecka. Kim pan jest, też bez różnicy. Nie rozłączyło się, tylko powiedział pan coś, od czego pani Burska jeszcze przez chwilę będzie niezdolna do życia, czasem jej się to zdarza. Więc niech pan tę chwilę cierpliwie przeczeka, bo sam jestem ciekaw, czym pan ją mógł tak ustrzelić.

– Kto mówi? – spytał Bieżan odruchowo.

– Ganc pomada. Mam nadzieję, że przyszły małżonek pani Burskiej. O, już odżywa…

Elunia istotnie odżyła i wyjęła mu słuchawkę z ręki.

– Tak, bardzo pana przepraszam. Rozumiem, o co pan pytał. Mnóstwo rzeczy widziałam, zupełnie zwyczajnych jak na bank. Ludzi też, niezbyt dużo. I jedną głupotę na parkingu, ale też nic nadzwyczajnego. Mam panu to wszystko zaraz opisać?

– Tak.

– Ale to potrwa.

– Nie szkodzi. I tak będzie szybciej, niż jechać do pani.

– Ludzi przy okienku czekowym dwie sztuki – zaczęła Elunia, doskonale rozumiejąc cel i sens pytania. – Jedna baba i jeden facet…

– Babę pominąć.

– Tak. Facet w starszym wieku, siwy, bardzo chudy, z pomarszczoną twarzą…

– Do bani. Innych proszę.

– Na pieniądze czekało też dwóch. Młody chłopak, najwyżej dwadzieścia, włosy w kitkę do pół pleców, średnio ciemne, wystający nos, dżinsy, pikowana kurtka. Drugi starszy, blisko czterdziestki, taki godny dyplomata, ostrzyżony, ogolony, nadęty, wysoki, metr osiemdziesiąt dwa, szczupły…

– Ten młody z nosem nie skojarzył się pani? Nie widziała go pani wcześniej?

– Nie, to nie on. Rozumiem, o co pan pyta. Miał ten nos inny, jakby tu… cieńszy, bardziej kościsty.

– Do niczego. Potrzebny mi blondyn o kwadratowej twarzy…

– Widziałam takiego – przerwała Elunia, z emocji zapomniawszy o ostrożności, zbyt późno orientując się, że kreci powróz na własną szyję. – Na parkingu. Wybiegł i wsiadł do samochodu…

Urwała, wreszcie pojąwszy, co mówi. Ależ za skarby świata nie wyzna swojego przeżycia Bieżanowi, a jeszcze w obecności Kazia…!

– No! – pogonił niecierpliwie Bieżan. – Na parkingu. Co tam było?

– Samochody – powiedziała Elunia słabo, rozpaczliwie szukając wyjścia dla siebie. – Podjeżdżałam i dlatego zwróciłam uwagę. Jeden się szykował do wyjazdu, ale nie wyjeżdżał, kierowcy nie było, tylko pasażer. Później kierowca przyleciał i to był blondyn, ale tę twarz miał nie całkiem kwadratową, raczej prostokątną. Szczęka i czoło, razem robiły prostokąt. Uczesany do tyłu. Reszty nie zauważyłam, bo tylko mi się przesunął przed oczami…

– To ten. Pasażer?

Po raz pierwszy w życiu Elunia zełgała stanowczo, bez namysłu i skutecznie.

– Nie widziałam go, w samochodzie było ciemno, siedział z tyłu. Ja w ogóle to wszystko widziałam tylko dlatego, że czekałam na miejsce na parkingu, widziałam, że ktoś wsiadł, zapalił światła, czekałam, aż wyjedzie, a on nie wyjeżdżał i to mnie zdenerwowało. Potem właśnie przyleciał kierowca, ale ja już miałam inne miejsce na parkowanie…

– Niech się pani uspokoi z tym parkowaniem, bo wariactwa można dostać. Ten prostokątny odjechał?

– Odjechał.

– Czym? Co to był za samochód?

– Granatowy ford, numer rejestracyjny WXG 3932.

– Co…?

– Numer, mówię…

– Rany boskie! Niech pani powtórzy!

Elunia posłusznie powtórzyła.

– Jakim cudem pani go zapamiętała?

– Wcale nie zapamiętałam, zauważyłam go tylko. W oczach mi stoi.

Bieżan ucieszył się tak, że zapomniał ją spytać o rozmówcę, który wtrącił się na początku. Kazio wyszedł z tego ulgowo.

– Pani jest istną perłą! – zapewnił gorąco i przerwał połączenie.

Powoli, z wyraźnym osłabieniem w sobie, Elunia odłożyła słuchawkę.

O żadnych zasadniczych wyjaśnieniach z Kaziem nie mogło już być mowy. Nastąpiło coś okropnego, czego nie mogła albo może nie chciała zrozumieć. Co, na litość boską, brodaty Stefan mógł mieć wspólnego z kwadratowym blondynem komisarza…? Zaraz, brodaty, może to jednak naprawdę nie był Stefan…?

Ale Kazio okazał się Kaziem…

Kazio przyjrzał jej się ponownie z wielką uwagą, podszedł do barku, znalazł co trzeba i zaserwował swojej dziewczynie potężny kielich koniaku.

– Wypij to jednym chlupem – rozkazał. – W razie czego pojedziesz taksówką albo ja cię podrzucę. No, już!

Niezdolna do protestów Elunia spełniła polecenie. Już po krótkiej chwili poczuła, jak jej organizm wraca do równowagi, a umysł się rozjaśnia. Zaczęła mniej więcej panować nad sobą.

– Teraz powiedz, co to było – zażądał Kazio. – Dalszy ciąg afery, to rozumiem, musieli podjąć forsę na czeki akurat wtedy, kiedy tam byłaś, gliniarz cię wyłapał, bo komputer księguje godzinę. Pytali pewnie wszystkich obok. Dasz już radę ocenić sytuację?

– Nie wiem. Chyba dam.

– Usiądź w ogóle. Na siedząco lepiej się myśli, pomijając wyjątki. Jest szansa, że wyłapałaś numer ich samochodu?

– Nie wiem. Chyba jest.

– A oni cię widzieli?

– Nie wiem. Chyba nie.

Kazio poniechał pytań i zamyślił się głęboko. Usiadł również i otworzył następną butelkę piwa. Elunia, korzystając z jego milczenia, powoli wracała do równowagi.

– Nie podoba mi się to cholernie – oznajmił nagle z gniewnym niezadowoleniem. – Za dużo w tym ciebie. Na moje oko, co najmniej dwóch gości możesz rozpoznać osobiście i nikt inny, tylko ty. Jeśli ta cała mafia zdaje sobie z tego sprawę, ja się o ciebie boję. Niech szlag trafi moje głupoty, dobrze, że wróciłem. I niech ten gliniarski palant nie myśli, że mu pozwolę ciebie narażać, won od osoby postronnej. Nawet jeśli skończą rozrywkę, niebezpieczeństwo istnieje nadal, bo każdego z nich możesz zobaczyć w każdej chwili. Przedawnienia tak zaraz nie będzie, nie wiem, ile tam forsy przeleciało, ale parę osób uszkodzili cieleśnie, więc jakaś przykrość im grozi. Okoliczności łagodzących w postaci uczuć wyższych nie widzę. Do tego mi doskakuje ta jakaś tajemnicza swołocz u twojej sąsiadki. Ja wiem, że jesteś odważna…

Zasadniczą cechę Eluni, to przeraźliwe nieruchomienie, Kazio zdążył już odkryć, chociaż swojej wiedzy nie eksponował. Wciąż jednak tkwiło w nim wspomnienie owego buhaja, przed którym ona jedna nie uciekła i przekonania o jej odwadze nie umiał się wyrzec.

Elunia zdołała mu przerwać.

– Czekaj, Kaziu, zaraz, chyba się za bardzo rozpędziłeś. To wcale nie musiał być ich samochód, a ja ich widziałam dwa razy. No, nie twarze, ale resztę. No i profil. I ten prostokątny blondyn nie pasował, za niski, inna figura, takiego nie było ani w Konstancinie, ani u Zielińskiego…

– Elunia, skarbie, nie chcę być niegrzeczny, ale ty głupia jesteś kompletnie, a ja kocham nawet twoją głupotę. Myśl logicznie, to inny rodzaj personelu. Musieli znaleźć kogoś z mordą dopasowaną do dowodu osobistego, do zdjęcia, mam na myśli. Z kopytem w rączce latają, powiedzmy, trzej, ale forsę odbierać muszą różni. Może nawet tacy jednorazowi, a czasem baby. Ja pamiętam wszystko, co mi tu streściłaś, różne mam wady, ale bez sklerozy.

– I sądzisz, że ten prostokątny mógł być sporadyczny…?

– A pewnie. Ważniejszy był pasażer, bo możliwe, że albo kontroler, albo nawet boss… Eluni zrobiło się jakby niedobrze.

– Proszę nie wymagać ode mnie za wiele – powiedziała z wysiłkiem. – Jutro zadzwonię do babci i spytam o te gorzkie żale i roraty. Uważam, że to pewniejsze, bo nad takimi odruchami człowiek nie panuje, nawet nie wie, że się zdradza. Kaziu, ja też nie chcę być niegrzeczna, ale najwyższy czas dla mnie usiąść do roboty. I w ogóle czuję się ogłuszona, zostaw mnie teraz, ty chyba też masz jakieś sprawy, porozmawiamy kiedy indziej. W ogóle nie dziś. Jutro, bardzo cię proszę…


* * *

Do kasyna Elunia podążyła na skrzydłach. Wszystko trzęsło się w niej ze zdenerwowania. Jeśli Stefana dzisiaj nie będzie… Jeśli będzie, ale znów taki oschły, obcy, uprzejmy z daleka… Nie, teraz już nie popuści, zachowa się inaczej, stanowczo, natrętnie nawet, jak Justyna, uwodzicielsko w razie potrzeby, jakoś tam, może samo jej wyjdzie. Coś zrobi, bo inaczej w ogóle nie wie, co robić, a łgarstw gromadzi się jej coraz więcej i w końcu sama pójdzie siedzieć za niewinność… Nie, za utrudnianie pracy władz wykonawczych…

Już nie tylko Kazio przeistaczał jej się w jeden potężny wyrzut sumienia, ale także Bieżan. Bieżana polubiła, czuła się wobec niego zobowiązana do uczciwości. Dochodziła do tego babcia, nie mogła wplątać babci w ten cały interes z zaskoczenia, należało ją przedtem przynajmniej uprzedzić…

Pierwsze miejsce jednakże zajmował Stefan.

W gruncie rzeczy uczucia Eluni do niego były dość skomplikowane. Jego wygląd zewnętrzny i zachowanie budziły w niej zachwyt bez zastrzeżeń. Pożądanie. Pragnienie kontaktu fizycznego, pragnienie posiadania go na co dzień, w zasięgu rąk, ssało ją do niego. Myśl, że on też jej pragnie, że to ssanie jest wzajemne, pozbawiała ją niemal przytomności. Zarazem jednak jego wymagania natury seksualnej wywoływały w niej protest. Nie wszystkie chwile owych upojnych nocy dostarczały jej wrażeń pozytywnych, niektóre przetrzymywała z zaciśniętymi zębami, stawiając nawet lekki opór. Pojęcia, rzecz jasna, nie miała, że to właśnie go do niej zniechęca.

Gdyby jednak miała pojęcie, też nie zdobyłaby się na entuzjazm. Niewątpliwie usiłowałaby się dostosować, przemóc, przełamać i w efekcie nabawiłaby się nerwicy, nic w zamian nie zyskując. Ani uznania faceta, ani satysfakcji własnej. Traf i przyroda sprawiły, że Elunia wyrosła na jednostkę przeraźliwie normalną, o upodobaniach i potrzebach prostych i naturalnych i nawet przy najpotężniejszym ogromie uczuć żadne wymyślne ekscesy nie przynosiły jej dodatkowej przyjemności. Przeciwnie, dużą jej część odbierały. Wiedza na ten temat tkwiła w jej podświadomości, starannie udeptana i pozbawiona szans wyjścia na światło dzienne.

Zakochana za to była wyraźnie i rzetelnie, do tego stopnia, że nie dostrzegła nawet braku jakiegokolwiek porozumienia duchowego. Intelekt również nie brał w imprezie zbyt wielkiego udziału i na dobrą sprawę nie zdarzyło jej się jeszcze porządnie z nim porozmawiać.

Teraz dopiero zamierzała coś powiedzieć i coś usłyszeć, sama nie bardzo wiedząc co. Kazio swoje dziwactwa wyjaśnił, Stefan chyba też powinien…? W każdym razie niech przyjdzie…!!!

Przyszedł nawet niezbyt późno, około siódmej. Elunia zdążyła przegrać niewiele, bardziej interesując się wejściem do sali niż ekranem automatu. Odwróciła głowę akurat w momencie, kiedy wchodził, wzrok ich się spotkał i Barnicz nie mógł udawać, że jej nie widzi. Ukłonił się z daleka, zawahał, Elunia uparcie na niego patrzyła, podszedł zatem.

– Marny wynik – rzekł z naganą, spoglądając na jej ekran. – Źle się starasz, nie, przepraszam, to ja się źle starałem. Spróbuję się poprawić.

– Byłoby to bardzo wskazane – podchwyciła Elunia natychmiast. – I nie tylko w odniesieniu do tej okropnej maszyny…

Nagle uświadomiła sobie, że zamierza zarzucić mu łgarstwo i zażądać poprawy w postępowaniu, i urwała, bo aż ją lekko zadławiło. Barnicz zaś pomyślał, iż chodzi jej o kontakty osobiste, które właśnie starał się ochłodzić, zaraz usłyszy jakieś wyrzuty i postanowił je uprzedzić.

– Nie zawsze można robić to, co by się chciało – zauważył dość sucho. – Poza tym, nie znoszę zaborczych kobiet.

Zaborcze kobiety do Eluni nie dotarły, nie wzięła ich do siebie, bo zupełnie co innego miała w głowie. Z szalonym wysiłkiem wydłubywała z własnego wnętrza dyplomatyczne zuchwalstwo.

– Ciągle mi się wydaje, że jednak ciebie widziałam pod tym bankiem – powiedziała z determinacją. – Nikomu o tym nie mówiłam, bo nie chciałam się wygłupić. Ale okazuje się, że jednak nie mam żadnych przywidzeń i znajome osoby rozpoznaję.

Barniczowi zadźwięczał dzwonek alarmowy.

– Komu miałabyś o tym mówić? Czy to takie interesujące?

– Dla mnie owszem.

– Dla mnie chyba mniej.

– Ale ja ciągle jestem pytana o rozmaite widoki…

– Przez kogo?

– Przez policję. Mam ostatnio szczęście do głupich wydarzeń. Wolałabym ich nie wprowadzać w błąd, bo i tak już chyba coś namieszałam. Więc o tobie nie mówiłam, ale ciągle mi się wydaje, że to byłeś ty.

– A co to właściwie za różnica, ja czy nie ja?

– Dla mnie duża, nie wiem jak dla nich. Tam popełniono kawałek przestępstwa, a ja już się zaczęłam obawiać, że miewam halucynacje. Jeśli to nie ty, rzeczywiście miewam. Wolałabym nie,

– Obawiam się, że nie mogę ci zrobić tej przyjemności, nie było mnie tani, znajdowałem się zupełnie gdzie indziej. Poza Warszawą. Co to za historia z przestępstwem? Brzmi interesująco.

Żeby mieć go przy sobie, tuż blisko, wpatrzonego w nią i czule uśmiechniętego, Elunia gotowa była rozmawiać na każdy temat. Wszystkich tajemnic nie wyjawiła tylko dzięki temu, że połowa zdarzeń wyleciała jej z głowy, wypchnięta myślami o nim. Znów panuje między nimi ten nastrój intymny, znów mu się oczy do niej świecą, znów go do niej ciągnie, to widać, to się czuje. Odjadą razem…? Dokąd, o Boże, u niego ta ciotka, do niej Kazio wrócił…

Zmieszała się nagle okropnie i prostokątnego blondyna razem z granatowym fordem ominęła kompletnie.

Barnicz tego ominięcia nie zauważył, bo akurat myślał dokładnie o tym samym co Elunia, tyle że w nieco innym kontekście. Nie miłość go zajmowała, raczej wręcz przeciwnie. Odjechać stąd z nią razem…? Denna głupota, wszyscy ich tu widzą, w żadnym wypadku nie może z nią wyjść, musi to załatwić zupełnie inaczej, tak żeby nie padł na niego najmniejszy cień podejrzenia…

Znacznie później wyszło na jaw, że najwięcej rozumu w tej całej sytuacji wykazywał Kazio…

Ku żalowi Eluni nie opuścili kasyna razem. Barnicz znów, jak poprzednio, pożegnał się znienacka i oddalił w pośpiechu. Dopiero straciwszy go z oczu uprzytomniła sobie, że żadna jej wątpliwość nie została rozstrzygnięta, nadal nie wie, czy to on był przed bankiem, a jeśli tak, dlaczego miał brodę. I nadal nie wie, czy ich związek istnieje. I wciąż nie ma pojęcia, kiedy, gdzie i czy w ogóle go jeszcze zobaczy, czy on ją weźmie w objęcia i otoczy twardym, męskim, władczym ramieniem…

Na tle tego ramienia Elunia zgłupiała doszczętnie i całkowicie wyleciało jej z pamięci, że Kazio też nie ułomek…


* * *

– Ja cię nie chcę martwić, ale mnie się nie widzi – rzekła Jola przez telefon nazajutrz rano tonem bardzo podejrzliwym. – Jakby się dobrze zahaczył, już byś o tym wiedziała. Żadne ciotki by mu nie przeszkadzały, telefon by z ciebie wydarł pazurami, Kazia wywęszył i już z tobą gdzieś leciał. On chyba z takich, co to tylko z doskoku.

– Ale ja nie lubię z doskoku – wyznała Elunia żałośnie.

– To go odstaw. Nic z niego nie będzie. Może nie zwróciłaś uwagi, ale ja się przyjrzałam, na tym weselu Andrzejka baby na niego łypały jak wściekłe, każdą mógł sobie wypożyczyć.

– Miałam nadzieję, że mnie pocieszysz…

– E tam, na plaster ci taka pociecha. Lepiej się nastaw od razu, zanim co, bo potem będziesz nieszczęśliwa.

Elunia pomyślała, że już się czuje nieszczęśliwa. Przez tamte pierwsze dni zdążyła się nastawić odwrotnie, prawie uwierzyć w trwałość świeżutkiego związku i pozwolić sobie na upojenie. Teraz ją zmroził lodowaty powiew. Westchnęła tak potężnie, że poruszyła firanką.

– Ty nie wzdychaj, tylko zrób sobie próbę – poradziła Jola. – Jak tam będziesz w tym kasynie następnym razem, całkiem nic nie rób, nawet nie patrz na niego. Znaczy, mam na myśli, udawaj, że nie patrzysz. I zobaczymy, przyleci sam z siebie czy skorzysta z wolności. Jak skorzysta, kładź lachę. Chyba że chcesz się tak wrąbać jak ja. Latać za nim, pilnować, trzymać pazurami krótko przy pysku i w ogóle mieć życie zatrute. Ale ten mój głupek ma miękki charakter, zdaje się, że ten twój ma twardszy i okulbaczyć się nie da.

W tej kwestii Elunia podzieliła zdanie Joli, poza tym wcale nie chciała za nim latać. Chciała, żeby to on latał, szczególnie że długiej drogi do przebycia by nie miał. Odłożyła słuchawkę zdegustowana, rozdrażniona, przygnębiona i wciąż jeszcze pełna nadziei, tyle że już słabiutkiej.

Usiadła do pracy, ponuro myśląc, że w tym nastroju powinna projektować nagrobki. Może nawet wygrałaby konkurs na pomnik cmentarny. Radosny prospekt biura podróży nie leżał jej w najmniejszym stopniu, symboliczny okręt na południowym morzu miała wielką ochotę pogrążyć w burzliwych odmętach, samolot pokazać w szczątkach po katastrofie. Myśl, jak by też zleceniodawca powitał takie propozycje, nawet ją nieco rozśmieszyła.

Robota jej nie szła, musiała ją przerwać. Postanowiła zadzwonić do babci.

– O, dobrze, że dzwonisz – ucieszyła się babcia. – Z samej ciekawości zrobiłam sobie spis znajomych i już wiem, kto tych gorzkich żalów używał. Mam nawet trzy osoby do wyboru.

Elunia ożywiła się od razu.

– Babciu, to cudownie! Kto to taki? Znam ich?

– Nie wiem. Chyba znasz, moje dziecko, ale możesz nie pamiętać. Jedna to taka moja przyjaciółka z dzieciństwa, już nie żyje, a widywałaś ją jako starą babę. Że ją widywałaś, to ja wiem na pewno. Pamiętasz?

– Czy to była ta, taka dziwna, dołem gruba, a górą chuda…?

– Nie, to inna. Też gruba, tylko ogólnie. Równomiernie. Miała czarne włosy, sztywne jak drut i dużo ich było. Farbowała sobie.

– A…! To już wiem! Myślałam, że ma sztuczne i dlatego ją pamiętam, chociaż widziałam ją wszystkiego trzy razy.

– Zgadza się. Razem chodziłyśmy do szkoły, razem odrabiałyśmy lekcje i ona też wzięła te gorzkie żale od mojej babci. Bezpośrednio. Mogła przekazać młodszemu pokoleniu. Miała córkę, a umarła nie tak dawno, jakieś pięć lat temu, byłam na jej pogrzebie. Nazywała się Kalińska, z męża Drążakowa, a córka wyszła za mąż za jakiegoś Miąśkiewicza czy coś podobnego. Możliwe, że się rozwiodła, tego już nie wiem. To jedna.

Babcia złapała oddech i Elunia zdołała się wtrącić.

– A w jakim wieku była ta córka?

– W jakim wieku…? Czekaj… Pięć lat starsza od twojej matki, bo Klara Kalińska wcześnie zaczęła, nawet szkoły nie skończyła, na małej maturze stanęła, wtedy jeszcze była mała matura. To teraz ma pięćdziesiąt.

– Miała dzieci?

– Miała, dwoje, syn i córka, widziałam je na pogrzebie. Syn trzydziestka na oko, córka młodsza. Więcej o nich nie wiem. Tylko adres znam, bo córka została w mieszkaniu po Klarze.

Elunia grzecznie poprosiła o ten adres i zapisała go sobie. Pogawędka z babcią odpowiadała stanowi jej ducha znacznie bardziej niż twórcza praca.

– Druga osoba, to nasza gosposia, ta co była parę lat w dzieciństwie twojej matki, kiedy pracowałam w redakcji. Młodą dziewczyną ze wsi przyszła, głupia była beznadziejnie, ale przez te parę łat bardzo się wyrobiła. Gorzkie żale złapała od razu i potraktowała je poważnie, widocznie jej się spodobały, zdaje się, że uważała je za elegancką formę anonsu. Nie dość, że mówiła to do telefonu, jak nikogo w domu nie było, dowiedziałam się od znajomych, powtarzali mi oczywiście, to jeszcze, jak otwierała komuś drzwi, mówiła to samo. Wszyscy byli, goście przychodzą zaproszeni, a ona w tych drzwiach rąbie: „Nie ma państwa w domu, wzięli gorzkie żale, poszli na roraty, proszę dalej, proszę dalej”. I wpuszczała ich oczywiście, bo chyba jej brakowało skojarzeń.

– Myślisz, babciu, że jej to zostało?

– Jestem pewna. W nałóg jej weszło.

– I co się z nią stało?

– Po tych paru latach, ośmiu chyba, wyszła za mąż za jakiegoś Władka, który węgiel rozwoził. Przy węglu go właśnie poznała. Nic nie mówiłam, bo dzięki temu dostawaliśmy najlepszy węgiel i prawie uczciwie.

– A jak się nazywała?

– Helenka. A nazwisko… jakoś od drobiu. Kaczka…? Gąska…? O, już wiem, Kurak! Helenka Kurakówna z Sokołowa Podlaskiego.

– Sekundę, babciu! Ja sobie muszę daty zapisać. Kiedy to było?

– Twoja matka miała cztery lata, jak ona przyszła, oblicz sobie. Po co ci to w ogóle?

Elunia wahała się krótko.

– Wszystko ci powiem, babciu, ale najpierw odwalmy te osoby. Już są dwie, rozwojowe. Kto trzeci?

– Trzeciego, szczerze mówiąc, nie jestem taka bardzo pewna – wyznała babcia z westchnieniem. – Bo rozumiesz, moje dziecko, siedziałam tak i przypominałam sobie, do kogo jeszcze ja to mogłam mówić, w końcu nie codziennie człowiek wypowiada takie głupie słowa. No i przypomniałam sobie. Nie tak dawno, wyszło mi, że ze trzy lata temu, byłam u jednych takich. Znajomi znajomych. Głupia historia w ogóle, mieliśmy sobie zagrać w małego pokerka w pięć osób i ledwo przyszłam, wyskoczył im jakiś kłopot. Coś tam rodzinnego, nie pamiętam dokładnie, bo zresztą nikt chyba tego dokładnie nie powiedział, ale w grę wchodziła jakaś mamusia, a może siostra, coś tam, w każdym razie, do załatwienia krótkiego. Może im się dom palił, może ta mamusia zgubiła klucze, a może zamknęła się w piwnicy, naprawdę nie wiem. Dość, że pan domu z jednym gościem pojechali, ochapia mi się, że ten gość, to był jakiś szwagier. Myśmy zostali, to znaczy ja i jeszcze jeden gość, piątego nie było, bo tamci mieli zaraz wrócić, a poker, to poker, nikt z niego nie będzie rezygnował dla głupiego pożaru. Ten piąty przyszedł, zdążył usiąść, znów dzwonek do drzwi. To już był ktoś nadprogramowy, niepotrzebny, ten gość, co ze mną został, poszedł otworzyć, a ja wtedy powiedziałam: „Nie ma państwa w domu, wzięli gorzkie żale, poszli na roraty”. Bo zła byłam, miałam ochotę pograć. Ten siedzący usłyszał, bo zachichotał. No i tyle. Mogło mu się też spodobać, tak jak Helence Kurakównie, i mógł sobie zapamiętać. Więcej możliwości z życiorysu nie wydłubałam i rób sobie z tym, co chcesz.

– A ten siedzący, co chichotał, to w jakim był wieku? – spytała Elunia na wszelki wypadek. – Jak wyglądał?

– Tak zwyczajnie, że go wcale nie pamiętam. No, śliczny nie był. Gówniarz poza tym. Trzydziestu lat nie miał…

Elunię nagle coś tknęło.

– Babciu, a czy przypadkiem on nie miał nosa…

– Miał nos, moje dziecko, gdyby nie miał nosa, każdy by go zapamiętał. Nawet stara sklerotyczka.

– Nie, mam na myśli taki nos, który rzuca się w oczy. Długi, wyraźny, na końcu grubszy, świecący okropnie i troszeczkę czerwony…

– Znasz go? – spytała babcia podejrzliwie.

– A co? Taki?

– Identyczny, jakbyś go widziała.

– I takie małe, szczeciniaste wąsiki…?

– Zgadza się. Miał i wąsiki. Rozumiem, że trafiłaś na podejrzanego. Teraz powiedz, po co mnie o to pytasz, bo jestem ciekawa.

Elementarna przyzwoitość wymagała wtajemniczenia babci w aferę przynajmniej w pewnym stopniu. Elunia uczyniła to rozsądnie, trzymając się wydarzeń zasadniczych, aczkolwiek ogólnie było jej gorąco już od chwili uzgodnienia z babcią rodzaju nosa.

– …i byłam świadkiem, babciu, jak jeden z tych złoczyńców powiedział o gorzkich żalach – kończyła swoją relację. – Dokładnie tak jak ty, tylko w środku „i” użył. Ty nigdy „i” nie mówiłaś, zawsze stawiałaś przecinek…

– Zgadza się – przyświadczyła babcia. – To jest z przecinkiem.

– Tknęło mnie okropnie, bo od nikogo innego tego nie słyszałam. I pomyślałam, że może uda się go znaleźć dzięki tobie, ale policji tego jeszcze nie powiedziałam…

– Bo pomyślałaś także, że to może ja jestem mózgiem afery? – ucieszyła się babcia. – Dziecko, pochlebiasz mi. To nie ja, niestety.

– Nie tylko, to znaczy mózg mi do głowy nie przyszedł…

– On tam u ciebie powinien już tkwić.

– …ale nie chciałam ich na ciebie napuszczać z zaskoczenia. Teraz widzę…

– …że trzeba będzie. Rozumiem, poprzypominam sobie jeszcze trochę. Czekaj, nazwisko tego znajomego od pokera powinnam mieć w starym kalendarzu, razem z adresem. Tylko raz tam byłam…

– Graliście w ogóle…?

– Oczywiście! Tamci wrócili. Wygrana wyszłam, ale niedużo, to pamiętam, dostałam z ręki fula na asach i udawałam, że mam strita. Poszukam kalendarza, może znajdę, zanim mnie gliny dopadną.

– To pewnie będzie komisarz Bieżan. Bardzo sympatyczny. Nastaw się duchowo…


* * *

Komisarza Bieżana właśnie o mało szlag nie trafił. Od półtorej godziny nie mógł się do Eluni dodzwonić, zajęte było bez przerwy. Biuro napraw powiedziało, że aparat jest w porządku, tylko ktoś po prostu rozmawia. De facto zajęte było z przerwami, ale Bieżan trafiał nieszczęśliwie najpierw na Kazia, który ten ciąg telefoniczny rozpoczął, potem na Jolę, wreszcie na babcię. Na dwie sekundy przed odłożeniem przez Elunię słuchawki nie wytrzymał i pojechał do niej. Skoro gadała przez telefon, musiała być obecna.

– O, jak to dobrze, że pan jest! – wykrzyknęła Elunia na jego widok ze szczerą radością, co ogromnie poprawiło jego stan ducha, bo rzadko policję wita podobny okrzyk. – Właśnie miałam do pana dzwonić, zwlekałam tylko, żeby zostawić babci jeszcze odrobinę czasu. Zaraz panu wszystko powiem.

Bieżan miał do niej własne interesy, ale przezornie wolał zostawić wolne pole świadkowi. Zgodził się napić kawy. Co w tym robi babcia, na razie nie pytał, chociaż poczuł się nieco zaskoczony.

– Ja znów panu czegoś nie powiedziałam – oznajmiła Elunia i nagle postanowiła nie oskarżać się przesadnie – ale nie mogłam sobie od razu przypomnieć, o co mi chodzi i zorientowałam się dopiero później. Tam, u Zielińskiego, pamięta pan…?

Bieżan zapewnił ją, że pamięta.

– Jeden z tych pacanów powiedział takie słowa: „Nie ma państwa w domu, wzięli gorzkie żale i poszli na roraty”. I to był ten z nosem. Od razu mnie tknęło, że ja to znam i potem wykryłam, że mówiła to moja babcia. Od nikogo innego tego nie słyszałam, a i od babci też bardzo dawno, więc zadzwoniłam do niej. I ona jest teraz w trakcie przypominania sobie, do kogo to mówiła i kiedy, i kto mógł się od niej tego nauczyć, a w ogóle potwierdza nos. Jest nastawiona, że pan do niej przyjdzie. To jest tak rzadkie powiedzenie, że powinno panu coś dać.

Bieżan też był zdania, że mogłoby mu to coś dać, szczególnie wobec braku innej wiedzy. Przyjechał do Eluni wściekły, bo uchwycona pod bankiem nitka znów mu się urwała. Odnaleziony ford okazał się prawdziwy, miał właściciela, właściciel jednakże owego popołudnia w ogóle nim nie jeździł, wypisz wymaluj tak samo jak pani Kapadowska. Alibi miał idealne i gwarantowane, znajdował się w szpitalu, gdzie przez cztery godziny robiono mu badania wątroby i woreczka żółciowego, rozpoczęte o piętnastej, a zakończone o dziewiętnastej, z tym że wyszedł dopiero o dwudziestej, bo jeszcze omawiał z zaprzyjaźnionym lekarzem swój stan zdrowia. Samochód przez ten czas stał pod szpitalem na Stępińskiej. Żadnych zmian w nim nie dostrzegł, a na stan licznika nie zwrócił uwagi.

Bieżan odgadł już, że szajka posługuje się cudzymi samochodami, wybierając chwile, kiedy właścicielom są niepotrzebne, niemożliwe było jednakże, żeby trafiali przypadkiem. Musieli mieć jakieś rozeznanie, ponadto musieli dysponować sposobami łatwego uruchamiania pojazdów. Żadnego wycia alarmu, żadnych zdewastowanych stacyjek, być może duplikaty kluczyków, co też wskazywałoby na staranne przygotowania. Może byli znajomymi ofiar, może mieli wtyczkę w jakiejś stacji obsługi, może inne jeszcze stosowali metody, w każdym razie sprawiali trudności.

Najwięcej widziała Elunia. Blondynowi o prostokątnej twarzy należało zrobić portret pamięciowy, posługując się wspomnieniami trzech osób, które na niego zwróciły uwagę. Jedną z tych osób była Elunia, przy okazji należało wydoić z niej wszystkie spostrzeżenia, a także zapamiętany profil. Bieżan zaprosiłby ją do komendy, gdzie grafik już odwalał robotę, ale właśnie nie mógł się do niej dodzwonić.

– Bardzo dobrze – powiedział teraz. – Pani pojedzie do nas, a ja do babci. Zaraz zadzwonię, żeby na panią czekali, każdy z państwa powie swoje i potem się te trzy wersje porówna. A teraz proszę, żeby pani sobie jeszcze raz przypomniała wszystko spod tego banku, każdy szczegół. Najbardziej mnie interesuje pasażer, majaczył pani, doskonale, ale może jednak coś pani dostrzegła?

W pierwszym momencie Eluni zrobiło się niedobrze, w drugim straciła pewność, że widziała Stefana. Może to rzeczywiście nie był on…? A jeśli nie on, to po diabła ma chronić złoczyńcę…?

Zmarszczyła brwi i z wahaniem wpatrzyła się w okno.

– Nie chcę pana wprowadzać w błąd. Tam było ciemno. Zostało mi wrażenie, że miał brodę. To znaczy, jestem pewna, że miał. Uczynił ruch. Jestem pewna, że włożył okulary, bo błysnęło. Taki refleks…

– W którym momencie włożył okulary?

– Jak ten blondyn wsiadał. Jakoś razem to wypadło. Bieżan zrozumiał w tej chwili jeszcze więcej.

– Zdaje mi się, że mechanizm tego przestępstwa mam już doskonale opanowany – rzekł z rozgoryczeniem. – Żebym jeszcze wiedział, kto to robi…!

– Może babcia panu coś da…?

– Pewno kawy. Chyba wolałbym już herbatę. No nic, skoczę tam. Babcię zastanę w domu?

– Tak, ona o tej porze pracuje. Ale niech pan zaczeka, ja zapisałam, co ona do mnie mówiła, może się to panu przyda. O, dwie osoby, nazwiska i adresy, a trzeciego właśnie szuka.

Bieżan obejrzał kartkę i nie wpadł w euforię.

– W porządku, rozumiem. Niech pani jedzie do komendy zaraz…

Nim jeszcze Elunia zdążyła opuścić dom, żeby spełnić jego polecenie, znów zadzwonił Kazio. Odebrała telefon już w palcie.

– Słuchaj, kochana – rzekł Kazio z wielką stanowczością – ja cię nie zamierzam kontrolować, niech mnie ręka boska broni. Ale zrób mi przysługę i powiedz, jakie masz plany. Co zamierzasz robić, dokąd się wybierasz i kiedy. Powiem ci prawdę, ja się o ciebie boję i wolę trochę na ciebie pouważać. Nie dam rady sterczeć pod twoim domem i trzymać cię za rękę przez całą dobę na okrągło, chyba żeby było trzeba. Więc ułatw mi to i daj namiary.

– Teraz właśnie jadę do komendy miasta – odparła Elunia bez oporu. – Mam nadzieję, że nie zrobią mi tam nic złego? Nie wiem na jak długo.

– A potem?

– A potem… – zaczęła i zbuntowała się nagle. – Kaziu, a gdybym ja też miała jakąś tajemnicę? Przed tobą?

– Możesz mieć wszystkie, jakie zechcesz, tylko powiedz, gdzie będziesz.

– No, a gdyby to właśnie była tajemnica, taka z tych, co by cię do mnie zraziły…

– Nie ma na świecie niczego, co by mnie do ciebie zraziło, przyjmij to do wiadomości raz na zawsze. Mogę nie zwracać uwagi. Powiedz, gdzie będziesz.

Elunia złamała się, bo przyszło jej na myśl, że istnienie Stefana Kazio odkryje sam i ona będzie miała ułatwione zadanie. Na dobrą sprawę i tak by nie wiedziała teraz, co mu powiedzieć, ma tego Stefana czy nie…?

– No dobrze. W tej komendzie trochę potrwa, bo będą robić obrazek. Portret pamięciowy. Potem od razu pojadę do Marriotta, do kasyna, bo tak mi się podoba.

– Każdemu by się podobało. A potem?

– Potem zrobi się bardzo późno i prawdopodobnie wrócę do domu.

Kazio milczał przez całe dwie sekundy.

– Rozumiem. W porządku. A co zamierzasz jutro?

– Od rana pracować, a na drugą jestem umówiona w dyrekcji „Bez granic”, to jest biuro podróży…

– Wiem.

– …z prospektami. A co dalej, jeszcze nie wiem.

– Nie szkodzi, to i tak dużo. Dziękuję, kochana, cześć. Elunia powoli odłożyła słuchawkę, a potem szybko wybiegła z domu.

Kwadrans po piątej znalazła się w kasynie, w parę minut później zaś pojawił się Barnicz.

Pamiętna rad i ostrzeżeń Joli, Elunia z całej mocy usiłowała na niego nawet nie spojrzeć, aczkolwiek zauważyła go już w momencie, kiedy wchodził. Grała zapamiętale, w ogóle nie widząc kart na ekranie automatu. Zanim minęła następna minuta, usiadł obok niej.

– Stęskniłem się za tobą – powiedział półgłosem i Eluni zrobiło się w środku zarazem słabo i gorąco. – Namnożyło mi się zajęć, ale do jutra się wyrobię. Co byś powiedziała na jutrzejszy wieczór?

Z szalonym wysiłkiem Elunia zdołała wydobyć z siebie głos.

– Nie mam planów. Gdzie się spotkamy?

– Tutaj oczywiście. To najprościej i najprzyjemniej. A potem już będę wiedział, co dalej. Pozbyłem się ciotki, wyjeżdża jutro rano na parę dni. Chorowite przyjaciółki w starszym wieku i na prowincji to czyste błogosławieństwo.

– Dlaczego właściwie musisz mieszkać z ciotką?

– Bo tak naprawdę, to ja mieszkam u niej, a nie ona u mnie. Tyle że to ja załatwiłem remont i tym podobne. Ogólnie biorąc, ona jest wysoce użyteczna i nieszkodliwa, czasem tylko trochę przeszkadza. Raczej rzadko.

Upragniony trwały związek cementował się Eluni w błyskawicznym tempie. Nareszcie…! Nareszcie mówił do niej coś o sobie, zwierzał się jej, poznawała jego życie! Nie dość na tym, nareszcie była z nim konkretnie umówiona!

Wszystko inne wyleciało jej z głowy. Nawet jeśli jakiś ślad trzeźwej myśli pozostał, nie miał żadnego znaczenia. Ogarnęło ją upojenie, głupia ta Jola, ograniczona, źle ocenia sytuację, opiera się na doświadczeniach osobistych, a one pechowe… Jednak Stefan nie potraktował jej przygodowo, to nie była rozrywka z doskoku, to coś trwalszego, jednak leci na nią, może mu nawet zależy, może już włączył ją w swoje życie, może gdzieś, kiedyś… ona przy jego boku, a on powie: moja żona…

Zrobi się na bóstwo absolutne!

Zamieszkają razem…

Urodzi mu dzieci…

– I co w końcu, pogodziłaś się z faktem, że pod tym bankiem mnie nie było?

Obrzydliwie prozaiczne pytanie wdarło się w stan ducha i umysłu Eluni zgrzytliwym dysonansem. Prawie widziała już palmy na Wyspach Kanaryjskich, bo Stefan jej jakoś do tego pasował, i kładła do snu własne dzieci w hotelowym apartamencie.

– Tak, powiedziałam glinom, że tam siedział jakiś brodaty – odparła, wytrącona z czarownego tematu. – Nie wiem już teraz, dlaczego wydawało mi się, że to ty, pewnie nie zauważyłam brody.

– A miałem brodę?

– Miałeś.

– To jakim cudem to mogłem być ja? Z brodą sam siebie chyba bym nie poznał. Rozmawiałaś z nimi ostatnio?

– Nawet dzisiaj. Niewiele mają ze mnie pożytku.

– Doszli do czegoś w tej aferze? Ciekawi mnie to, ostatnimi czasy afery u nas są naprawdę interesujące.

Eluni w najmniejszym stopniu nie chciało się teraz rozmawiać o aferach i przestępstwach. Zajęta była swoim życiem uczuciowym, Stefana miała przy boku, w dodatku zauważyła swój automat, który zaczął płacić nagle jak oszalały. Jej dusza drgnęła hazardem.

– Nie wiem – odparła z roztargnieniem. – Zdaje się, że wiedzą co, ale nie wiedzą kto. Czy ty grałeś w Monte Carlo?

Stefan Barnicz zacisnął zęby. Ta śliczna idiotka zaczynała go poważnie denerwować.

– Grałem. Co to znaczy, że wiedzą co? Co wiedzą?

– Wiedzą, co jest robione, ale nie mają pojęcia, kto to robi. Tak mi dziś wyszło. I co? Wygrałeś?

– Ogólnie owszem. A co właściwie jest robione?

– Jak to? – zdziwiła się Elunia, przerywając na moment grę. – Przecież ci mówiłam? Ktoś zmusza ludzi do podpisania czeków na okaziciela albo wyrywa z nich ten utajniony numer karty kredytowej, podejmuje pieniądze, przez ten czas trzyma te ofiary związane i do widzenia. Żadnych twarzy, bo oni występują w workach, widziałam to. A jednego widziałam nawet w naturze, chociaż po ciemku, a w świetle widziałam jego profil. Już mu zrobili portret pamięciowy, ale chyba nie najlepszy. W co grałeś? W ruletkę?

Przez moment Barnicz nie rozumiał, o co ona pyta.

– A…! W ruletkę, owszem. Miałem trochę szczęścia. Jak to się mogło stać, że widziałaś aż tak dużo?

Elunia zmobilizowała się nieco, chociaż cała ta przestępcza historia obchodziła ją w tej chwili tyle co zeszłoroczny śnieg. Streściła mniej więcej teorię Kazia, raczej mniej niż więcej, bo upojenie połączyło się z niecierpliwością, o nim, o nim, o Stefanie, dowiedzieć się wszystkiego, usłyszeć o jego przeżyciach, o jego dzieciństwie, o jego doznaniach, upodobaniach, poglądach… Jutro wieczorem będą zajęci czym innym…

Małe ziarenko piasku zgrzytnęło w trybach. Będzie chciał… No tak, oczywiście, że będzie chciał… Ale może ona się przyzwyczai, a od czasu do czasu on weźmie pod uwagę jej upodobania…

– Będę musiał wyjść – powiedział Barnicz. – Ale wrócę. Do której zostaniesz?

Elunia omal nie powiedziała, że nawet do rana, ale pisnęła w niej obowiązkowość. Przypomniała sobie pozostawione w proszku biuro podróży. Westchnęła z żalem.

– Najwyżej do ósmej. Jutro rano muszę odwalić robotę, a może uda mi się nawet dzisiaj wieczorem. W każdym razie przed pierwszą muszę być z tym gotowa, więc żadnego siedzenia w nocy.

– Spróbuję zdążyć wcześniej…

W nieobecności Barnicza Elunia trochę oprzytomniała. Z rozczuleniem popatrzyła na automat, nareszcie ta rozrywka zaczęła jej sprawiać przyjemność. Wygrywała nawet. Mogła odpocząć po emocjach uczuciowych. Przed sobą miała cudowne jutro, a potem, teraz to już chyba pewne, następne cudowne dni…

Za pięć ósma przystąpiła do wypuszczania swojej wygranej. Pełna zapału do pracy, zdecydowała się wrócić do domu i podciągnąć robotę, żeby na to cudowne jutro zostawić sobie więcej czasu. Siła jednej namiętności nieco zelżała, za to drugiej bardzo się wzmogła. Zgarniała do kubka ostatnie żetony, kiedy przy jej boku znów pojawił się Stefan.

– Taką miałem nadzieję, że cię jeszcze zobaczę – rzekł cicho. – Wróżyłem sobie nawet, jadąc tutaj, jeśli cię zastanę, interes mi się powiedzie. No i proszę, dobra wróżba.

Gdyby nie jutrzejsze perspektywy Elunia z całą pewnością pozostałaby w kasynie dłużej. Nawet i teraz zawahała się, czyby nie nakichać na obowiązki, ale Barnicz dołożył dalszy ciąg.

– Krótko tu będę, mam się tylko z kimś spotkać i pójdziemy gdzie indziej. Dobrze, że też wychodzisz, bo byłoby mi żal.

Wyszła zatem. Stefan towarzyszył jej przy kasie, gdzie odbierała wygraną, potem jeszcze podał jej palto przy szatni, pożegnał czułym uśmiechem i wrócił do wnętrza sali. Skierował się do baru.

Upojona szczęściem Elunia ruszyła do domu. Na jadące za nią samochody nie zwracała najmniejszej uwagi.

Szczęście przywróciło jej apetyt. Ustawiając samochód na parkingu, poczuła głód i przypomniała sobie, że właściwie w domu nie ma nic porządnego do jedzenia. Skierowała się zatem nie ku klatce schodowej, tylko do małego sklepu w sąsiednim budynku, otwartego do dziesiątej wieczorem. Zrobiła zakupy, składające się głównie z przedmiotów twardych, słoika flaków, słoika marynowanej papryki, puszki pasztetu, butelki oleju sojowego, butelki wina, zamrożonego na kamień kurczaka i równie dokładnie zamrożonych filetów rybnych. Produkty miękkie w postaci pieczywa, masła i pomidorów stanowiły niewielki dodatek.

Z ciężarem w wielkiej foliowej torbie wsiadła do windy, wjechała na swoje piętro, lewą ręką wygrzebała z kieszeni klucze i otworzyła drzwi.

Coś pchnęło ją okropnie z tyłu, z impetem wrzucając do wnętrza mieszkania. Nie potknęła się i nie przewróciła, tylko popędziła przez cały przedpokój i zatrzymała się na przeciwległej ścianie, waląc w nią torbą, której, mimo jej wagi, nie wypuściła z ręki. Znieruchomieć z zaskoczenia nie zdążyła, to miała jeszcze przed sobą, odwróciła się błyskawicznie, torba odbiła się od ściany, Elunia uczyniła ruch ku przodowi, ujrzała napastnika, potwora w czarnym worku na głowie, i teraz już swoim zwyczajem zamarła.

Zamarła jednak niedokładnie. Przeszło osiem kilogramów torby przy jej ruchu również nabrało impetu, poleciało dalej, pociągając ją za sobą i z całej siły waląc w goleń potwora, który znalazł się tuż przy ofierze. Potwór wrzasnął i zamiast uszkodzić Elunię, chwycił się za nogę.

Każda normalna jednostka skorzystałaby z okazji i uciekła, a co najmniej zaczęła krzyczeć. Elunia jednakże, rzecz oczywista, ustabilizowała się w swojej skamieniałości, torba bowiem, załatwiwszy sprawę, nie wykazywała dalszego pragnienia ruchu i wisiała w jej dłoni spokojnie. Gdyby spróbowała uciekać, napastnik zmobilizowałby się, ale goleń jest to miejsce bolesne. Widząc nieruchomość ofiary, przez chwilę zajął się sobą, stał przy ścianie na jednej nodze, usiłując rozmasować drugą i mamrocząc pod nosem wyszukane inwektywy. Miał pretensję, zamierzał rąbnąć ją od razu w chwili pchnięcia, ale popędziła przed siebie zbyt szybko i uniknęła ciosu, kretynka jakaś, powinna była upaść…

Stał tak przez całe sześć sekund, aż szczęknęła klamka u drzwi i w przedpokoju pojawił się Kazio. Ocenił sytuację jednym rzutem oka.

Z torbą w ręku i bez najmniejszych zmian w konfiguracji Elunia przeczekała cały spektakl, jaki rozegrał się w jej przedpokoju. Kazio zareagował błyskawicznie, napastnik również. Z tym że Kazio starał się go uszkodzić, zarazem zdzierając mu z głowy maskowanie, napastnik zaś, rozpaczliwie broniąc osłony, starał się tylko uciec. Co mu się w pełni powiodło.

– A miałem złe przeczucia i okazuje się słusznie – zaczął Kazio z satysfakcją, zamknąwszy już drzwi i wydłubując Eluni torbę z kurczowo zaciśniętej dłoni. – Puść to już, oddaj mi, to za ciężkie dla ciebie. Nic ci nie zrobił? Cholera, młotek miał, Paramonow w ucho pluty, jakaś łajza, tyle że ta ozdoba na łbie… Oddaj mi to, mówię…

Dopiero pozbawiona oręża Elunia pozwoliła się uruchomić. Kazio odwiesił jej palto i zaniósł zakupy do kuchni. W trakcie uspokajającego przemówienia nalał jej potężny kielich koniaku, Elunia wypiła medykament bez protestu, aczkolwiek odzyskawszy zdolność ruchu, szybko odzyskała także właściwą ilość równowagi.

– Wcale nie przestałam być głodna – oznajmiła z lekkim zdziwieniem. – Kaziu, zjedzmy coś. Flaki, chcesz? Flaki najłatwiejsze do podgrzania.

– Nawet gówno zjem, jeśli ci to sprawi przyjemność. To chwała Bogu, że nie straciłaś apetytu, oznaka zdrowego organizmu. Co to w ogóle było? Domyślasz się, dlaczego cię to bydlę napadło?

– Domyślam. Czekaj, kurczaka na dół, niech się przez noc rozmrozi, jutro go uduszę. Otwórz to. Do flaków mamy piwo. Nie podziękowałam ci jeszcze.

– Za co?!

– Uratowałeś mi życie, mam wrażenie…

– Tobie? Ja sobie twoje życie uratowałem i nie masz mi za co dziękować! Ten garnek będzie dobry…?

Dopiero po dwudziestu minutach, siedząc już przy flakach i piwie, Elunia poczuła się naprawdę nieswojo. Kazio wystąpił w charakterze wysłannika opatrzności, rycerza, podpory życiowej, nie wiadomo czego tam jeszcze, wszystkiego, powinna mu być wdzięczna, jest wdzięczna, oczywiście, ale co z nim teraz zrobić? Zdecydowała się przecież na Stefana! Z Kaziem musi zerwać, jak można zerwać z kimś, kto człowiekowi uratował życie?! A nawet jeśli nie życie, taż pewnością pieniądze… Co ona ma zrobić, nieszczęsna, to chyba klątwa jakaś…?!

– No więc mówili mi o tym – odpowiedziała wreszcie na pytania Kazia. – Może się zdarzyć, że jakaś mafia pilnuje wygranych, jadą za takim i odbierają mu pieniądze. Czasem nawet kasyno ich odwozi, to znaczy daje samochód i ochronę.

– Wygrałaś dzisiaj?

– Wygrałam, ale niedużo. Już wygrywałam znacznie więcej i nikt na mnie nie napadał. Dlatego się dziwię.

– Ja się wcale nie dziwię, bo tu nie idzie o takie drobne zyski. Mówiłem ci, za dużo wiesz o tej całej aferze i ktoś sobie wykombinował, że dobrze byłoby cię wyciszyć radykalnie. Pretekst z wygraną całkiem niezły, ale to by znaczyło, że mają wtyczkę w kasynie. Przyglądał ci się ktoś, jak wygrywałaś?

– Nie wiem. Z daleka mogła się przyglądać cała wycieczka. Zauważa się tylko tych, co stoją za plecami, ale akurat nikt mi nie stał. Skąd się tu w ogóle wziąłeś?

– Spod kasyna właśnie. Mówiłaś, że tam będziesz, podjechałem popatrzeć, jak tam wygląda, bo dawno nie byłem, i w tym momencie odjeżdżałaś, więc pojechałem za tobą…

Zakłopotana Elunia pomyślała, że jutro zapewne będzie odjeżdżać ze Stefanem i Kazio to zobaczy… No i dobrze, niech zobaczy, już mu przecież dała do zrozumienia…

– …i nie ja jeden. Jechał za tobą peugeot. A ja za nim. Tu cię doprowadził, zwolnił, jak parkowałaś, i pojechał dalej, a ja wysiadłem. Mam jego numer, na wszelki wypadek. Zniknęłaś mi z oczu, nie wiedziałem, że pójdziesz do sklepu, bo bym ci pomógł z tą torbą…

Elunia zachichotała.

– Okazuje się, że torba się przydała. Samej by mi nie przyszło do głowy walić go w nogę. Ani w głowę.

– Szkoda. Potem cię zobaczyłem, pojechałem na górę drugą windą, a on tam chyba na ciebie czatował. Ten jego wór na łbie nic ci nie mówi?

– Mówi. Takie same miewają ci… od wymuszeń czekowych. Ale może to taka moda.

– Może i moda, ale ja wolę być ostrożny.

– A ten numer peugeota jaki był?

– WZR 2218. Zapisz sobie i daj temu twojemu gliniarzowi. Też na wszelki wypadek, bo może to niewinny człowiek, który tu mieszka. Chociaż ja w żadną niewinność nie wierzę.

Ku zdziwieniu i wielkiej uldze Eluni Kazio nie postanowił u niej zostać. Zachował się jakoś' inaczej niż zwykle, jak dobry kolega, przyjaciel, kuzyn, a nie jak gach, ewentualnie narzeczony. Pomógł jej pozmywać po flakach i oznajmił, że idzie do domu. Ona ma tylko porządnie zamknąć drzwi, nie otwierać nikomu, a pod ręką mieć telefon i tasak do mięsa. Jutro dostarczy jej gaz i ma nadzieję, że w razie czego zdoła go użyć.

Czas do pierwszej w nocy spędziła przy pracy. Nie upierała się już przy topieniu okrętów i rozbijaniu samolotów, przeciwnie, doskonale jej wychodziło spokojne morze i pogodne niebo. Przydały się nawet aktualne komplikacje w życiorysie, dodały bowiem reklamowym prospektom wigoru i wręcz sensacyjności. Zrobiła tyle, że na jutro zostało jej bardzo mało roboty.


* * *

W promiennym humorze zadzwoniła nazajutrz o poranku do Bieżana.

– Ta pani babcia to diament najczystszej wody – oznajmił jej na wstępie. – W życiu bym nie przypuszczał, to złoto, a nie kobieta. Mam tego dupka żołędnego, jeszcze mu tylko muszę udowodnić, a to już mięta. Przy okazji rozpozna pani jego zdjęcie z profilu, ewentualnie nawet faceta w naturze, ale nie będę pani niepotrzebnie narażał. Co pani ma nowego?

– Napad – odparła radośnie Elunia, dumna z babci. – Na mnie. Jeden w worku na głowie, ale to był ten z małym numerem butów i wystającymi kostkami. Uprzytomniłam to sobie dopiero dzisiaj rano i dlatego do pana dzwonię, bo przedtem naprawdę myślałam, że chciał mi wyrwać wygraną z kasyna.

– Napad? Cholera… I jak pani z tego wyszła?

– Bardzo ulgowo. Akurat zjawił się znajomy…

Przypomniała sobie nagle, że udział Kazia powinna ukrywać, żeby nie narażać go na to świadkowanie. Prosił ją, Boże drogi, przynajmniej tyle mu się od niej należy, żeby tę prośbę spełnić!

– Zaraz do pani przyjeżdżam…

– Nie trzeba, ja to wszystko powiem panu przez telefon, niech pan tam sobie coś włączy, żeby nagrywało, mnie nie przeszkadza.

– Dobra, niech pani mówi.

Opisawszy wszystkie sceny po kolei i starannie ominąwszy Stefana i Kazia, każdego z innych przyczyn, Elunia podała Bieżanówi numer podejrzanego peugeota, po czym odmówiła podania nazwiska Kazia, z nadzieją, że Bieżan go nie pamięta. Przy sprawdzianach wyścigowych nie czepiał się o niego, nie był mu potrzebny i może go teraz nie skojarzy.

– Znamy się od szkoły podstawowej – oznajmiła stanowczo. – Podejrzany to on nie jest, mowy nie ma, uratował mnie. A o tej całej aferze wie tyle, co ode mnie, więc panu i nic. Pracuje, nie ma czasu, nie będzie mu pan zawracał głów przeze mnie!

Bieżan uparcie prezentował humor szampański.

– W porządku, zostawimy go sobie na kiedy indzie Przyznaję, że pani jest ważniejsza. Wie pani coś takiego, o ich załatwia, a mnie rozwiązuje sprawę, i dopuszczam, że pa ni nie wie, co to jest. Dziś jeszcze nie, ale jutro chciałbym z panią pogadać od serca. O której znajdzie pani czas?

Elunia szybko przebiegła myślą swoje obowiązki.

– Nie wcześniej niż o drugiej. Będę całkiem wolna…

– Doskonale, jestem u pani o drugiej. Odłożyła słuchawkę, uporządkowała i spakowała reklamy dla biura podróży i zadzwoniła do babci.

Babcia była przejęta.

– Okazuje się, moje dziecko, że stare baby są użyteczne. Dobrze mówiłaś, ten policjant to sympatyczny chłopiec. I nie głupi. Zdążył mnóstwo sprawdzić, to pewnie przez te komputery, które podobno myślą milion razy szybciej niż ludzie, chociaż ja osobiście wątpię. Potomkowie Klary odpadli mu od razu, nie ma ich w Polsce, jedno w Szwajcarii, drugie w Kanadzie, żadnych przestępstw u nas nie popełniają. To samo Helenka Kurakówna ze swoim Władkiem, wyprowadzili się już dawno do Szczecina i noga ich, ani też dzieci, w Warszawie od lat nie postała…

– I on to wszystko ci powiedział, babciu?

– A dlaczego miał nie powiedzieć? Jak się chce pomocy społeczeństwa, coś temu społeczeństwu trzeba dać, nie? Skoro mnie pyta o pokera i o pokera, ja chcę wiedzieć dlaczego! Rozrywka naganna, cóż on się tak uczepił? A czy ja wiem, może sam chce grać? No więc powiedział, a dalej to już mi samo wyszło. Okazuje się, że ten młodzieniec moje gorzkie żale zapamiętał, ten znajomy, u którego graliśmy, też wszystko pamiętał, a to dlatego, że wtedy, co ci mówiłam, to nie był pożar, tylko jego ciotka zamknęła się w łazience, zamek się zepsuł, a miała klaustrofobię, więc pojechał z tym drugim, to był ślusarz za młodu, tę ciotkę uwolnili, ale półżywą. Ostatnia chwila to była! Taką rzecz ciężko zapomnieć, wszystko wyszło na jaw. No i pamiętał, jak się ten chichotliwy gówniarz nazywał, to znaczy nie on akurat pamiętał, tylko jego znajomy, ale to już bez różnicy. Tuśmy wszystko przez telefon załatwiali i ten twój policjant ucieszył się, jakby mu kto w kieszeń nasmarkał, i mnie pokochał nad życie. Osoby na emeryturze są szalenie pożyteczne, bo siedzą w domu i zawsze się można do nich dodzwonić…

Elunia ucieszyła się również. Sukces Bieżana stwarzał nadzieję, że afera się skończy, przestępcy zostaną wyłapani i żaden następny napad nie będzie jej już groził. Nie miała teraz głowy do napadów, zajęta była Stefanem.

Zadzwoniła do Joli, z nią jedną bowiem mogła omawiać zasadniczy temat.

– Żartujesz? – powiedziała Jola niedowierzająco. – Poważnie? O, cholera, to on jest superman prawdziwy? Najpierw obowiązek, potem przyjemność, a jak przyjemność, to już bez przeszkód? No no, ciekawe…

– A już myślałam, że masz rację – wyznała rozgorączkowana Elunia. – Ale nawet długo myśleć nie zdążyłam, bo od razu zaczął…

– On dobry w łóżku, co?

– Nawet przesadnie.

– To uważaj, bo może playboy sobie znalazł matkę dzieciom…

– Nie mam nic przeciwko dzieciom.

– No to owszem, istnieje taka szansa. Upatrzył se ciebie, kurwa, wybacz słowo, to ty nie jesteś, z daleka widać, a do tych pór tylko z takimi miał do czynienia. Raz dorwał co innego i namyślił się robić za ojca rodziny. Zdarza się. Tylko licz się z tym, że skoki w bok mu nie przejdą.

– Myślisz…? I tak od razu…?

– Nie upieram się, że od razu, może chwilę przeczeka. Oczami duszy widzę takie, tu szlachetna żona i dzieci, a dookoła dziwki. Jawne albo utajnione, zależy jaki ma charakter. Ale naszyjnik królowej to raczej dla żony, tyle że gówno jej z tego przyjdzie. Historię sobie poczytaj.

Elunia zupełnie poważnie zastanowiła się, czy odpowiadałaby jej rola małżonki następcy tronu, ożenionego dla zachowania dynastii. No owszem, może i zgodziłaby się na coś takiego, jednakże pod warunkiem korony i rozkwitu kraju.

– Historycznie nawet mi się to podoba – wyznała z westchnieniem – ale współcześnie nie bardzo. To uważasz, że co?

– To uważam, że powinnaś zachować zdrowy rozum. Wątpię, czy ci się uda. Ale co mnie szkodzi radzić, a tobie spróbować…?

Usiłując zastosować się do rady przyjaciółki i zachować zdrowy rozum, Elunia cały wolny czas poświęciła upiększaniu się, z podziwu godnym rezultatem. Wypełniona była Stefanem do tego stopnia, że przy opuszczaniu domu omal nie zapomniała zabrać swoich projektów, zawróciła po nie od drzwi wyjściowych. Rozmrażający się kurczak, którego miała przyrządzić, całkowicie wyleciał jej z głowy, tak samo jak wczorajsza napaść. Nie była w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o swoim tak wspaniale rozkwitającym romansie.

Prospekty reklamowe zostały pochwalone i przyjęte bez zastrzeżeń, co niewiele ją obeszło. Już kwadrans po trzeciej znalazła się w kasynie.

I cała przeistoczyła się w jedno wielkie oczekiwanie.


* * *

Stefan Barnicz pojawił się dopiero o wpół do siódmej. W ciągu przeszło trzech godzin Elunia bez wątpienia wpadłaby w rozstrój nerwowy, gdyby nie zajęcie, jakiemu się oddawała. Mimo wszystko hazard ją wciągnął, te pazury z drugiej strony odezwały się, wczepiły, szarpnęły. Wygrywała, udręka czekania nie zdążyła się nawet rozwinąć, bo sukcesy w grze przyszły od razu i wzmogły jej euforię. Oczekiwanie, emocjonujące i upojne, tkwiło w tle.

Mimo prawie całkowitej pewności, że nowy związek już się ustalił, Elunia nie ośmieliła się ani jednym słowem napomknąć o umówionym wieczorze. Inicjatywa należała do niego i to też było piękne. Pozwoliła sobie tylko na pytające spojrzenie.

Barnicz na nieme pytanie nie odpowiedział od razu, ponieważ był wściekły. Swoją wściekłość opanowywał już od rana, od chwili, kiedy dowiedział się o kretyńskim efekcie wczorajszego napadu. Widok Eluni, żywej, zdrowej i kwitnącej, zirytował go na nowo, nie był w stanie zdobyć się na czułość, zarazem dobrze wiedząc, że musi chwilowo pielęgnować jej uczucia i w najmniejszym stopniu nie pozwolić im zwiędnąć. Nowe plany już mu się lęgły.

– Zły jestem jak diabli – powiedział jej do ucha i przynajmniej w tych czterech słowach mógł zawrzeć szczerą prawdę. – Nici z naszego spotkania. Skomplikowało mi się wszystko, próbowałem odkręcić, dlatego tak późno przyszedłem, ale nie dałem rady. Musimy to przełożyć na jutro. Będziesz mogła?

Elunia milczała długą chwilę, bo unieruchomiło ją gwałtowne rozczarowanie. Nie udawało jej się otworzyć ust. Robiło to wrażenie głębokiego namysłu i Barnicz zaniepokoił się lekko, czy przypadkiem ona nie zamierza obrazić się i stroić grymasów.

– Tak, mogę – odparła wreszcie odrobinę zdławionym głosem – ale trochę później. Chyba nie zdążę tu przyjść wcześniej niż o piątej.

– Dobrze, będę czekał.

Powiedział to jakoś tak cierpko, że teraz zaniepokoiła się Elunia. Nic rozumnego nie przyszło jej do głowy, ani myśl, że przecież mogliby umówić się inaczej i gdzie indziej, ani przypomnienie, że dzisiaj to on nawalił, ani nawet stwierdzenie, że ona też, tak samo jak i on, ma jakieś obowiązki do spełnienia. Przeciwnie, najgłupiej w świecie przestraszyła się, że go do siebie zraża, stwarzając przeszkody.

– Nie wiedziałam, że tak będzie – usprawiedliwiła się pośpiesznie. – Umówiłam się o drugiej na rozmowę z policją. Nie mam pojęcia, czego oni ode mnie chcą, ale to może potrwać, więc przed piątą chyba nie zdążę. Przypuszczam, że chodzi o napad.

– Jaki napad?

– Na mnie. Jakiś bandzior… Drobiazg.

Barnicz ucieszył się, że sama o tym wspomniała. Interesowało go bardzo, co też Elunia dostrzegła i co z tego napadu pamięta.

– Co za głupstwa mówisz, napad i drobiazg! Chcę o tym usłyszeć, powiedz porządnie. Co się stało?

– Jakiś taki wepchnął się za mną do mieszkania. Wczoraj wieczorem, jak wracałam. Ale nic mi nie zdążył zrobić, bo równocześnie wpadł… znajomy…

Aż ścierpła, mówiąc te słowa. Uświadomiła sobie, że właśnie w najobrzydliwszy sposób wypiera się Kazia, łże chyba także i do Stefana, oszukuje na oba fronty. No dobrze, może nie kłamie wprost, ale omija prawdę. Bez względu na poglądy Joli wolałaby uczciwie wyznać wszystko jednemu i drugiemu, a nie wykręcać tu kota ogonem i potykać się bez mała o każde słowo. A jednak na razie głupio, on wciąż jeszcze może powiedzieć, że co go to obchodzi…

– Jak on wyglądał? – spytał ostro Stefan. Przez moment Eluni wydało się, że pyta o Kazia.

– Kto…?!

– Ten bandzior.

– A… Nie wiem. Cały był omotany czarną szmatą. Nie poznałabym go nigdy w życiu, mam na myśli twarz. Jak sądzisz, czy to możliwe, żeby jechał za mną z kasyna? Wygrałam trochę, mógł podpatrzeć, tu słyszałam takie opowieści, że śledzą tych wygranych i odbierają im pieniądze. Na wyścigach zresztą słyszałam to samo…

– Owszem, możliwe – przerwał stanowczo Barnicz, bo Elunia wyraźnie zaczynała nabierać rozpędu i rozszerzać dywagacje na tematy przestępcze. – Nic ci nie zrobił? Nie uderzył cię nawet?

Elunia gotowa była mówić o wszystkim, byle ominąć Kazia. Wdała się w opis torby z zakupami. Wyznała, że pamięta obuwie napastnika, obuwie znajome, z pewnością był to ten sam, którego spotkała już trzykrotnie. Gorączkowo zapewniała, że nie poniosła żadnego szwanku, nawet nie zdążyła zdenerwować się porządnie, ten bandzior zachował się jakoś łagodnie, szybko uciekł i nikt go nie gonił…

Barnicz miał tego dosyć. Dziś Elunia nieco bredziła, ale jutro mogła odzyskać rozum, przypomnieć sobie więcej i spowodować klęskę. Nie mógł zwlekać.

Nad głową Eluni zawisło niebezpieczeństwo, które sama na siebie sprowadziła.


* * *

Bieżan znacznie lepiej od niej orientował się w przyczynach i celach nieudanego napadu. Zastanawiał się, co za informację Elunia posiada, nie wyjawiając jej, i doszedł do wniosku, że po prostu za dużo widziała. Mogła zidentyfikować przynajmniej jednego złoczyńcę, tego napotkanego na ulicy, tylko ona, bo nikt inny nie dostąpił szczęścia oglądania któregoś z nich bez maski. Racjonalnie myślący przestępcy musieli ją usunąć, nie sądził jednak, żeby się z tym zbytnio śpieszyli. Jeden napad im nie wyszedł, zorganizowany był jakby na chybcika, następny powinni przygotować porządniej i była szansa, że trochę to potrwa. Miał nadzieję, że sam również zdoła się przygotować i nie narażając Eluni, dopadnie ich na gorącym uczynku. Jeden z nich miał już trwałą opiekę, prowadził Bieżana prosto do celu, ale wyraźnie dawało się wywęszyć, że zdobyczą staną się płotki. Wykonawcy. Mózg,! szef i organizator, całej imprezy pozostanie nieuchwytny.

A Bieżan musiał wykryć szefa, inaczej bowiem cała jego robota nadawała się do podłożenia pod tramwaj.

O bandycie spod Kraśnika wiedział już wszystko i nie miał żadnych wątpliwości, iż panią Gulster z szóstego piętra ten uparty zbir wziął za Elunię. Można go było zamknąć za napaść od razu, był dostępny, pracował jako tragarz w magazynie meblowym, mieszkał w miejscu zameldowania, ale jego prywatne znajomości błysnęły Edziowi wielką nadzieją. Najpierw musiał sprawdzić…

Kazio wiedzy konkretnej posiadał mniej, za to wszystkiego się domyślał. Jako jednostka przytomna życiowo, sam potrafiłby taką aferę zorganizować, orientował się, gdzie tkwią zgryzoty, ale też nie wiedział, czym Elunia grozi tej całej szajce. Tak samo jak Bieżan podejrzewał, że za dużo widziała i stanie się straszliwym niebezpieczeństwem przy ewentualnych konfrontacjach. Do konfrontacji wprawdzie było jeszcze dość daleko, tak uważał, nie zamierzał jednak zaniedbywać sprawy, ponieważ Elunię, najzwyczajniej w świecie, kochał.

Rywala wywęszył. Nie przyznał się Eluni, że był w kasynie i widział supermana, z którym przez chwilę rozmawiała. Widział także jej wzrok i wyraz twarzy i zalęgła się w nim dzika chęć zdefasonowania tej pięknej mordy faceta, strzelenia w tego głupiego ryja tak, żeby poleciał na orbitę i długo nie wracał. Zachował pełne opanowanie, kochał bowiem Elunię do tego stopnia, że wolał ją widzieć w objęciach pawiana niż w trumnie.

Sam się na kilka części rozedrzeć nie zdołał, ale umiał sobie znaleźć zaufanych pomocników. Jego zdaniem, Eluni należało pilnować bez przerwy.

Pomocnicy Kazia rekrutowali się z rozmaitych sfer. Jeden z nich, niejaki Wojtuś Kornacki, przez dwadzieścia pięć lat wiódł bujne życie, po czym postanowił w pewnym stopniu się ustatkować. Ustatkowanie polegało na wyborze jednego konkretnego zajęcia i trzymaniu się go konsekwentnie.

Najbardziej odpowiadała mu praca śledcza, przy niej zatem pozostał. Za godziwym wynagrodzeniem inwigilował wskazane mu osoby, spełniając przy tym drobne zlecenia dodatkowe, w rodzaju zatruwania lub też ułatwiania osobom życia. Powierzchowność umiał zmieniać wręcz konkursowe, wiek tworzył sobie dowolny, od młodzieńca do zramolałego staruszka, a z racji średniego zaledwie wzrostu z łatwością potrafił się przedzierzgnąć nawet w kobietę. Profesja okazała się zaskakująco intratna, a bawił się przy niej znakomicie.

Zorientowany w obowiązkach Eluni, Kazio pokazał ją Wojtusiowi w chwili, kiedy wychodziła z biura podróży i przykazał oka od niej nie odrywać. Wyjaśnił przy tym, w czym rzecz, żeby zaskoczenie nie obniżyło sprawności Wojtusia.

– Na moje oko dziewczynę chcą rąbnąć – rzekł wprost. – Już wczoraj próbowali.

– Za tarczę nie robię – zastrzegł się Wojtuś.

– Kopyto nie wchodzi w rachubę. Wyprodukują zwyczajny napad rabunkowy. W bramie, w domu, na ulicy, ale najprędzej w domu. Dziś wieczorem ja ją przejmę, ale mogą ją załatwić jutro rano na przykład.

– W pracy?

– Ona właśnie w domu pracuje.

– Przyjdzie, znaczy, listonosz albo inkasent…

– Toteż właśnie. Połapiesz się, kto tam na nią ma oko i usiądziesz mu na zderzaku, jak się zamienimy.

– Znaczy, robota dubeltowa?

– Zgadza się. Szmal też. No, z fartem!

Wojtuś Kornacki ruszył za Elunią i ucieszył się, widząc, iż czas jakiś spędzi w eleganckim i atrakcyjnym miejscu. Nie nudził się, czasem w coś zagrał, z automatu wyleciało mu pięć złotych, w ruletkę trafił dwadzieścia dwa złote i pięćdziesiąt groszy, ale te sukcesy nie przewróciły mu w głowie i nie oderwały go od obowiązków. Stefana Barnicza wypatrzył z łatwością i tknął go silnie wyrobiony już instynkt śledczy.

Tymże instynktem wiedziony, wbrew zaleceniom Kazi porzucił na chwilę Elunię i udał się za nowym obiektem, interesującym o tyle, że facet nie odbierał kurtki z szatni, tylko wyszedł, jak stał. Ciekawiło go, dokąd pójdzie.

Nie szedł daleko. Przemierzył hol z windami i zatrzymał się w następnym, obok ruchomych schodów. Było tam pusto, nikt nawet nie siedział na fotelach pod palmami. Facet miał rozum w głowie, stanął na środku pomieszczenia i wypukał numer na telefonie komórkowym. Nie było sposobu zbliżyć się do niego nieznacznie i cokolwiek usłyszeć, zastosował najlepsze zabezpieczenie.

Wojtuś jednakże nie lubił być wystawiany rufą do wiatru, miał w sobie ducha przekory. Już w chwili kiedy facet wyjmował słuchawkę, sam też pogrzebał w kieszeni. Od roku już posiadał urządzenie, którego technicznej strony wprawdzie nie rozumiał, ale użyteczność zdołał wielokrotnie stwierdzić. Jeden malutki kawałek czegoś należało wetknąć sobie do ucha, a drugi ustawić właściwym końcem w pożądanym kierunku i już człowiek słyszał najcichszy nawet szept. Tyle że ten szept trzeba było zapamiętać, bo nic się nigdzie nie nagrywało.

Całą usłyszaną rozmowę zapamiętał bez najmniejszego trudu i pogratulował sobie nosa. Słusznie poszedł za tym palantem, ktoś tu powinien wybulić niezłą premię…

Palant nie wrócił do kasyna. Usiadł przy kawiarnianym stoliku tuż obok balustrady po drugiej stronie holu, skąd miał doskonały widok na schody i windy, zamówił kawę i siedział spokojnie. Wyglądał, jakby czekał na kogoś, ale po tej rozmowie telefonicznej Wojtuś już wiedział, że jego czekanie ma oblicze jakby odwrotne.

No i doczekał się, Elunia wyszła.

Jej rozczarowanie było tak potężne, że po pierwszym wybuchu nie sklęsło, tylko rozlało się po niej niczym pożar lasu. Zniechęciło ją do gry, do tego miejsca i w ogóle do życia. Chciała zamknąć się w domu i spokojnie podenerwować tylko jednym tematem bez żadnych dystrakcji i bez żadnych świadków. Jeśli będzie miała na to ochotę, może sobie nawet trochę popłacze. Była święcie przekonana, że Stefan poszedł już całkowicie, dziś nie wróci, co gorsza, zakwitła w niej niepewność jutra i nic nie dostarczało jej pociechy.

Wojtuś poczuł wielkie niezadowolenie, bo obiekty mu się rozpraszały. Miał nadzieję, że Kazio pojawi się wcześniej, przejmie dziewczynę, a on sam zajmie się tym szalenie interesującym facetem, ale nic z tego nie wyszło. Musiał lecieć za nią, teraz już dokładnie wiedząc, co jej grozi, w dodatku, w myśl intencji zleceniodawcy, powinien temu zapobiec. Narażać się nie miał chęci, nie mógł jednakże zostawić sprawy na łasce boskiej. Utraciłby dobrą opinię, a z nią razem wysokie zarobki, czego bał się jak ognia.

Jedyne co zdołał uczynić, to zatrzymać się na króciutką chwilę, widząc, że gość przy stoliku znów wyjmuje słuchawkę. Zareagował błyskawicznie i zdążył usłyszeć rozmowę. Zawierała w sobie jedno słowo: „Już”. Wojtuś wiedział, co już.

Elunia wyszła z hotelu, odszukała samochód, stwierdziła, że jest zastawiony od tyłu, wsiadła i spokojnie poczekała. Nie śpieszyło się jej, była sama, mogła nawet od razu zacząć płakać. Nie zaczęła właściwie tylko dlatego, że ten za nią przyleciał, przeprosił i plątał się dookoła, wykazując zamiar odjazdu. Trwało to tyle czasu, że Wojtuś zdążył ustawić się do startu za nią.

Na dobrą sprawę mógłby jechać i przed nią, znał jej adres, a po drodze nie powinna jej spotkać żadna krzywda, ale nie był pewien, czy Elunia uda się prosto do domu. Kobiety bywają nieobliczalne, mógł jej wpaść do głowy jakiś szatański pomysł i zgubiłby ją, co stanowiłoby hańbę śmiertelną i czystą stratę finansową. Wojtusiowi płacono tylko za działania skuteczne, a nie za pomyłki i błędy.

Elunia ruszyła prosto do domu.

Jechała powoli, bo zajęta była rozpatrywaniem swojej sytuacji uczuciowej, na ostatnim odcinku zatem Wojtuś zaryzykował. Żywiąc nadzieję, że już nie zmieni kierunku, wyprzedził ją i na jej parkingu zajął ostatnie miejsce przed wejściem do budynku. Nadjeżdżająca niemrawo Elunia musiała stanąć dalej i miała dłuższą drogę do przejścia.

Zbrojny w swoją dodatkową wiedzę, Wojtuś nie gapił się na nią, tylko wyskoczył i jak szaleniec pognał do windy. Wjechał na piąte piętro. Nic więcej nie musiał robić, bo ujrzał drzwi mieszkania Eluni otwarte, w nich zaś Kazia, z papierosem i wielką marmurową popielniczką w dłoni.

Doznał ulgi, ale czasu nie miał. Zanim zapaliły się światełka drugiej windy, co oznaczało zapewne, że Elunia także wjeżdża, zdążył przekazać Kaziowi wszystkie wieści, szepcząc mu do ucha. W chwili kiedy Elunia istotnie wjechała, Kazio nadal stał w drzwiach, a Wojtuś czekał na windę w charakterze obcego człowieka. Wsiadł i zjechał.

Elunia na widok Kazia pomyślała, że jednak należało popłakać w samochodzie. Błysnęła w niej jakaś odrobina gniewu za jego natręctwo, akurat w tej chwili Kazio był jej potrzebny jak dziura w moście, chciała być sama. Na zasadniczą rozmowę również nie miała najmniejszej ochoty, szczególnie że sens takiej rozmowy na nowo zrobił się bardzo wątpliwy. Z drugiej znów strony, wbrew wszystkiemu, obecność Kazia stanowiła coś w rodzaju pociechy i razem wziąwszy, Elunia poczuła się beznadziejnie skołowana. Weszła do mieszkania w milczeniu, a Kazio zamknął za nią drzwi, również nic nie mówiąc.

Nic zaś nie mówił, ponieważ po otwarciu ust zacząłby wydawać triumfalne okrzyki radości i szczęścia, nie zdołałby się powstrzymać. Wieści od Wojtusia wprawiły go w euforię prawie absolutną, przygłuszała ją nieco tylko zgroza i współczucie dla Eluni. Wrąbała się okropnie, sama jeszcze o tym nie wie, a jak się dowie, przeżyje to ciężko, on zaś za skarby świata nie powie jej prawdy, bo w grę wchodzi ten rywal cholerny. Niech ją uświadamia kto inny, najlepiej glina…

– Masz doskok do tego swojego gliniarza? – spytał wreszcie, opanowawszy uczucia.

Elunia zdziwiła się trochę, ale doznała ulgi. Kazio był rzeczowy i stanowczy, jakby przyszedł tu dla załatwiania interesów, wydawał się wyzuty z sentymentów, co odpowiadało jej najbardziej. O aferach przestępczych mogła rozmawiać, aby tylko nie próbować zwierzeń osobistych!

– Mam – odparła żywo – ale i tak jestem z nim umówiona, ma tu przyjść jutro o drugiej…

– I obejrzeć sobie twoje zwłoki – wpadł jej w słowa Kazio, bardzo spokojnie i życzliwie. – Mnie pewno wyrzucisz, otworzysz inkasentowi, inkasentów będzie tym razem dwóch, potem pan śledczy wejdzie bez przeszkód, bo drzwi nie zostaną zamknięte. Zobaczy efekty, mieszkanie wybebeszone i ciebie w pełni rigor mortis. Jest jeszcze możliwe, że jak tylko stąd pójdę, spróbują się włamać, o ile uda im się załatwić to bez hałasu. Łańcuch przetną.

Elunia słuchała podejrzliwie, zdumiona i zaskoczona.

– Dlaczego tak ma być? Skąd to wiesz?

– Od samego decydenta. Nie będę ukrywał, wydelegowałem chłopaka, żeby cię pilnował na mieście, udało mu się podsłuchać, jak gość wydawał dyspozycje przez telefon. Masz zostać zabita w sposób brutalny i mało wyszukany, żeby mogło paść na jakiś prymityw, prymityw jest, zdaje się, upatrzony i zakontraktowany, to ten twój, z dzieciństwa. I, rzecz jasna, obrabowana. Jeśli nie dziś wieczorem, to jutro rano, koniecznie przed twoją rozmową z gliniarzem. Z łatwością domyślam się przyczyn, a ty chyba też?

– Myślisz, że to dlatego… Że ich widziałam…?

– Przypuszczam, że tak. Gliny chyba więcej wiedzą i jutro, przy twojej pomocy, coś tam ważnego pewnie odkryją. Wszystko na to wskazuje, a ten upór, żeby cię rąbnąć, też o czymś świadczy.

Elunia, wciąż stojąca na środku swojego salonu, poruszyła się wreszcie, odłożyła torebkę na stół, sięgnęła po papierosy i usiadła w fotelu.

– Możliwe, że wpadnę z tego wszystkiego w alkoholizm, ale bądź tak dobry i daj mi koniaku. Sobie też. Chociaż nie, nie wpadnę, znienawidzę koniak. I niech oni teraz nie przychodzą, bo nie czuję w sobie siły do walki.

– Toteż dlatego wolałbym kontakt z władzą – rzekł z westchnieniem Kazio, spełniając jej życzenie i siadając obok. – Nawet jeśli tu będę warował, nawet jeśli ten gaz podziała… a propos, zasobniczek masz na półeczce w przedpokoju… nawet jeśli nie zdołają nas rąbnąć… a strzelać w ostateczności mogą, spluwę teraz byle gnój posiada, tyle że tłumik może obudzić podejrzenia, bo to już wyższa szkoła jazdy… więc nawet, mówię, jeśli nas nie załatwią, to i tak na telefon do glin będzie za późno. Chłopaczki uciekną i cześć. Po czym spróbują jutro, pojutrze… Aż do skutku.

Roztaczana przez Kazia wizja była dostatecznie sensacyjna, żeby Elunia się nią zainteresowała. Zranione uczucia zeszły na dalszy plan. Gestem poprosiła o drugi kieliszek, bo tym razem Kazio nalewał jakoś skąpo, zapaliła papierosa i zmobilizowała się umysłowo.

– Czekaj, Kaziu. Oczywiście, do komisarza mogę zadzwonić nawet zaraz, ale coś mi przychodzi do głowy…

– Wal!

– Po pierwsze, nie mam pretensji o pilnowanie mnie, żebyś sobie nie myślał… Proszę bardzo. Uczciwie mówiąc, ja się ich boję. A po drugie to zaraz, mówisz, że on, ten jakiś, podsłuchał. Chyba wiedział, kogo podsłuchuje?

– Wiedzieć nie wiedział, tylko widział. Nie znał nazwiska faceta. Możliwe, że je właśnie poznaje.

– Bo co?

– Bo poleciał jeszcze mu się trochę poprzyglądać. Doprowadził cię pod dom i wrócił do klienta. Wiedział, że ja tu czekam, tak byliśmy umówieni.

Eluni nie przyszło na myśl, iż czekający na windę obcy człowiek przez cały dzień był jej cieniem. Nie skojarzyła go.

– No dobrze, to w każdym razie mógłby go palcem pokazać. I zeznać, co słyszał. I już by go mieli. Więc czy on nie jest potrzebny? Czy nie należałoby go tu sprowadzić? I czy w ogóle nie powinni raczej zabijać jego, a nie mnie?

– Co do zabijania, wolałbym go również nie poświęcać. A co do zeznań, istnieje szkopuł, od razu ci to wyznam. On się za skarby świata nie przyzna, w jaki sposób i dlaczego podsłuchiwał tego… jak by tu elegancko… szczwoła plamistego. A ja się nie przyznam, że go zatrudniłem, bo stracę chłopaka.

Elunia przez chwilę popijała koniaczek delikatnie i w milczeniu.

– To ja nie widzę wyjścia – rzekła wreszcie surowo. – Mam wrażenie, Kaziu, że stwarzasz trudności. Jak oni mogą do czegoś dojść i zdobyć dowody? Bez dowodów komisarz im nic nie zrobi, sam mówił.

Kazio dolał i sobie.

– Przemyślałem to. W końcu i mnie zależy… Jeśli będzie znał ludzi, dowody sam zdobędzie. Pochodzi za facetem i parę dni mu wystarczy, ma fachowców od tego. A na tych tutaj, do cholery, może się zaczaić pod byle pretekstem…

– Na jakich tutaj?

Kazio westchnął bardzo smętnie.

– Oni tu są, kochana. Jeden na klatce schodowej, drugi na parkingu. Co ty myślisz, że ja tu dłubałem palcem w nosie? Sprawdziłem. Nie wiedzą, że o nich wiem, tak mi się wydaje i taką mam nadzieję. Czekają, aż sobie pójdę. Ja mogę udawać, że idę, chłopcy się ruszą i gliny wejdą do akcji, to też jest jakieś rozwiązanie. Nic ci nie zrobią, obrabować cię nie zdążą, będzie to tylko usiłowanie, ale swoje czterdzieści osiem godzin posiedzą i przez dwie doby będziesz bezpieczna. Nie znajduje się płatnych zabójców na każdym kroku.

– A przez ten czas ja i tak z komisarzem porozmawiam, więc może stracą powód, żeby mnie zabijać – zauważyła Elunia zupełnie rozsądnie. – Ciekawe, co ja takiego mogę wiedzieć, jeśli nie idzie tylko o rozpoznawanie. We wszystkich kryminałach jakiś' świadek coś wie i zabijają go, zanim powie, a nie mówi, bo nie wie, że wie. Wolałabym tego uniknąć, chętnie powiem wszystko.

– Dobra, dzwoń do komisarza. Nie, czekaj, z mojego. Na wszelki wypadek…


* * *

Dokładnie w tym momencie w kasynie przy Wojtusiu Kornackim rozszalała się pani Ola, przybyła tam w chwilę po wyjściu Eluni. Wojtuś w skupieniu grał na tanim automacie, nie odrywając oka od Stefana Barnicza, grającego na droższym, pokerowym. Pani Ola traciła właśnie resztki swojej wcześniejszej wygranej.

– No proszę! No proszę! – gorączkowała się prosto Wojtusiowi w ucho. – Zabiera wszystko, co dał! Wszystko! Jajka…! O Boże, niech pan popatrzy, proszę, to jest złośliwość, o, niech pan spojrzy!

Siła żądań pani Oli była tak potężna, że Wojtuś spojrzał. Nie miał pojęcia, o co chodzi w tej grze, nie wiedział, dlaczego czasem mu się coś wysypuje, a czasem nie, ale na razie nie zamierzał tego dociekać, zajęty był czym innym. Zrozumiał jednak, iż ów element, nazwany przez nią jajkami, ustawił się nierówno, dwie takie sztuczki na linii środkowej, a jedna na górnej. Odgadł, że wielka wygrana ominęła ją o włos.

– Okropne – powiedział z przekonaniem.

– Okropne zupełnie! – przyświadczyła gwałtownie pani Ola. – Zaraz mi zabraknie pieniędzy, prawie bez grosza tu przyszłam, dał na początku, już myślałam… Nie daje, nic nie daje! Całe szczęście, jest pan Stefan, zaraz do niego pójdę, bo jeszcze mi ucieknie… No nie, nie daje, do końca nic nie da! Pójdę do pana Stefana…

Zsunęła się z krzesła i podążyła dokładnie tam, gdzie Wojtuś patrzył. Pilnowany przez niego facet przywitał się z panią Olą i bez żadnych oporów i wahań wyciągnął z kieszeni pieniądze. Wręczył jej. Wojtusiowi wydało się, że była to pożyczka.

Pani Ola po chwili potwierdziła jego przypuszczenie.

– Pan Stefan zawsze mi pożycza, wie, że ja oddaję w terminie. Wolę od niego niż od tych lichwiarzy, bo bez procentu. No, daj coś…! Wreszcie trochę… A teraz, o, znów to samo, chodzą te jajka, jak na złość, no proszę, niech pan popatrzy!

Wojtuś popatrzył bardzo chętnie, widząc wodę na swój młyn. Złożył wyrazy współczucia.

– Znam pana Stefana – dodał szybko, zanim pani Ola zdążyła wpaść w następny monolog – ale mam kłopot, głupio mi się do niego odezwać, bo zapomniałem jego nazwiska. A przedstawiał mi się. Nie przyznam się przecież, może mi pani przypomnieć? Jak on się nazywa?

– Pan Stefan? Barnicz. Stefan Barnicz. Prawda, jaki przystojny? A, pana to nie obchodzi, o Boże, o mało co…! No daj coś wreszcie, jakie podłe te maszyny, dajże coś! Znów przestał płacić, może powinnam iść do innego, bo ten się nie ruszy, o, proszę, kusi tylko! No, nareszcie…! Dał trochę, może teraz będzie dawał przez chwilę, a jak nie, to zmienię… No, jest!

Wojtuś, wykorzystawszy panią Olę, która spadła mu jak z nieba, wygarnął z korytka swoje pięćdziesięciogroszówki i przeszedł gdzie indziej, wyraźnie bowiem poczuł, że dłużej jej gadania nie wytrzyma. Zapomni, po co tu siedzi, zapomni, jak się sam nazywa, zgubi klienta i dostanie kołowacizny. Z innego miejsca też ma dobry widok na ofiarę, poza tym powinien spełnić obowiązki…

Usiłując ominąć udział Kazia i jego tajemniczego wynajętego chłopaka, Elunia przekazała Bieżanowi wysoce mętne informacje. Zrozumiał z nich, iż czatujące na nią bandziory znajdują się w tej chwili pod jej drzwiami, ona zaś zamierza odegrać rolę przynęty. Pod warunkiem, że on w to wkroczy. Ponadto jakaś nadprzyrodzona siła zidentyfikowała szefa mafii, tego, który kazał ją zabić, nikt jednakże nie wie, kto to jest. Ale może ktoś będzie wiedział.

Zaniepokojony ogromnie, zrezygnował ze snu i odpoczynku i zapowiedział swój natychmiastowy przyjazd. Elunia upierała się przy asyście, sam jeden może nie dać im rady, ich jest dwóch. Niech może chociaż nie przyjeżdża jawnie, bo pułapka się nie uda…

Bieżan zaniepokoił się bardziej, bo Elunia, najwyraźniej w świecie, po raz pierwszy wpadła w rzetelną histerię. Dla świętego spokoju obiecał jej wszystko i wybiegł z domu.

Zaledwie Elunia rozłączyła się, słuchawka Kazia zaterkotała.

– Tak? – powiedział Kazio.

– Stefan Barnicz – powiedział Wojtuś z drugiej strony przyciszonym głosem. – Siedzi w kasynie. Sprawdzić adres?

– Tak.

– Bardzo dziwną rozmowę odbyłeś – zauważyła Elunia, zakłopotana nieco, bo wydawało się jej, że z komisarzem rozmawiała trochę nie tak, jak należało. – Dwa razy powiedziałeś „tak”. Czy to szyfr?

– Nie dziwniejszą niż ty – odparł Kazio, wyłączając urządzenie. – Jak on z tego coś zrozumiał, to ja jestem cesarz chiński. No nic, wyjaśni mu się bezpośrednio.

– Zrobię coś. Kawę, na wszelki wypadek. Czekaj, ale przecież… Nie chciałeś w tym uczestniczyć? Jeżeli on cię tu zastanie…

Kazio w ponurej zadumie przyjrzał się stojącej lampie. Wyraźnie już widział, że bezpośredniego kontaktu z tym gliniarzem nie zdoła uniknąć. Nie poda Eluni nazwiska faceta, ona je z pewnością zna doskonale i primo, nie uwierzy, a secundo, znienawidzi go za to. Kazia, rzecz jasna, znienawidzi, a nie tamtego padalca. A komisarz musi je poznać, bez tego się nie obejdzie, podstawowa sprawa. Może uda mu się jakoś z nim dogadać, jak mężczyzna z mężczyzną…

– Zmieniłem poglądy – mruknął. – On ma na głowie ważniejsze rzeczy niż mnie, w pierwszej kolejności ciebie, zdaje się, że sobie zlekceważył i wystawił cię na strzał. Powinien pójść na ugodę.

– No dobrze, jak chcesz…

Bieżan przyjechał po kwadransie. Nie był aż tak lekkomyślnym półgłówkiem, jak przypuszczał Kazio, wiedział, co robi, i nie pozostawił Eluni całkowicie bez opieki. Głównym źródłem jego niepokoju była obawa, czy jego człowiek w ogóle jeszcze żyje, bo aczkolwiek szajka dotychczas unikała mokrej roboty, to jednak w sytuacji podbramkowej mogła posunąć się dalej. Skoro przeznaczyli na ubój Elunię, dlaczego by mieli oszczędzać jakiegoś przypadkowego świadka? Bodaj rozbić mu łeb, żeby nic nie widział i nie przeszkadzał…

Człowiek okazał się żywy i w pełni sprawny. Potwierdził obecność w najbliższej okolicy dwóch podejrzanych typów. Bieżan się uspokoił, zastanowił i zadzwonił do Eluni z zakamarka korytarza na czwartym piętrze.

– Jestem prawie pod pani drzwiami, piętro niżej. Chciałbym, żeby pani otworzyła, zanim wejdę, żebym nie musiał dzwonić, walić i wrzeszczeć. Po schodach wejdę.

Przy pełnej aprobacie Kazia Elunia spełniła jego życzenie. Udręki sercowe już jej prawie minęły, Stefan istniał tylko w tle, przyjemność nawet sprawiała jej myśl, że jutro, bez względu na ewentualne ponowne rozczarowania, uprze się i wreszcie opowie mu porządnie o tej całej aferze. W obliczu niebezpieczeństwa może się o nią zatroszczy i przestanie zostawiać ją luzem na łasce losu…

Kazio przez ten kwadrans oczekiwania na sprzymierzeńca obmyślił sobie plan działania.

– Kawa kawą – rzekł na wstępie, obrzucając wzrokiem przygotowany stół – ale ty tam masz w kuchni takie drobnostki do przegryzienia, widziałem. Dałabyś może, co? A ja tu się zajmę koniaczkiem.

Bieżan już chciał zaprotestować, niczego nie będzie gryzł, nie na kolację tu przyszedł, ale ujrzał wyraz twarzy Kazia i poprzestał na chrząknięciu. Zabrzmiało jakoś łakomie, Elunia zatem posłusznie wybiegła do kuchni, zdziwiona nieco, bo zazwyczaj Kazio sam takie rzeczy załatwiał, wyręczając ją, w czym tylko mógł. Ale może teraz był zdenerwowany…

Kazio wykorzystał zdobytą chwilę.

– Przy niej nic panu nie powiem – rzekł cicho i pośpiesznie. – Mam nazwisko faceta, zdaje się, że ona się w nim zadurzyła. Pojęcia nie ma, że on w tym siedzi, a mnie głupio, bo ją, co tu ukrywać, kocham. Ona przy mnie też nic o nim nie powie, bo też jej głupio. Musimy pogadać na osobności.

– Nazwisko! – zażądał Bieżan twardo.

– Moje czy jego?

– Na cholerę mi pan, jego.

– Stefan Barnicz – szepnął mu Kazio do ucha. – Patrzy mi na bossa.

– Dobra, panią Burską upłynnimy. Nie ma tam czegoś więcej w tej kuchni…?

– Mrożona ryba. Może ją usmażyć.

– W porządku, pojedziemy na rybie…

Elunia nie grzebała się długo, wróciła z krakersikami, orzeszkami, chipsami i słonymi paluszkami. Zastawiła stół i popatrzyła pytająco.

– Powiedz panu, co wiesz – rozkazał Kazio. Nie usiłując go już ukrywać, Elunia rozpoczęła relację znacznie sensowniejszą niż ta poprzednia, telefoniczna. Kazio uzupełniał ją we właściwych momentach, największy nacisk kładąc na plany usunięcia Eluni z tego padołu na lepszy świat.

– Gość mówił wyraźnie, w przekonaniu, że go nikt nie słyszy. Zabić ją dziś wieczorem, w nocy albo jutro rano, bezwzględnie przed pierwszą. W ostateczności wedrzeć się na chama. Użyć wsioka. Dopilnować, żeby ten głupek przedtem wyszedł, głupek to ja, a jak nie, rąbnąć i głupka. Można go tylko uszkodzić, pod warunkiem, że nic nie zobaczy, niech sobie potem zeznaje, co chce. Natomiast Burska ma nie żyć i cześć. Powie, kiedy ona wyjdzie z kasyna, no i powiedział, że już. Tyle naszego.

– Może jednak powinien pan był wejść tu wyraźnie i z hukiem? – podsunęła Elunia smętnie. – Wiedzieliby, że już z panem porozmawiałam…

Bieżan w trakcie słuchania myślał intensywnie.

– Nie, do bani. Na bossa nie mam dowodu. Wstrzymaliby się z następnym skokiem do uśmiechniętej śmierci, a ja nie mogę trzymać ludzi w nieskończoność. Jedyna nadzieja to złapać ich na gorącym uczynku i nawet wiem jak, ale ten uczynek muszą popełnić. On… tego…

Zmieszał się nieco i spojrzał na Kazia. Też by wolał pozbyć się chwilowo Eluni, ale nie chciał odsuwać jej jawnie. Przypomniała mu się ta ryba. Przed wyjściem z domu zjadł kolację i wcale nie był głodny, Kazio, czekając na Elunię, przyrządził sobie jajecznicę i również czuł się zaspokojony, obaj jednakże znienacka, nader zgodnie, stwierdzili, że coś by zjedli. Bardziej konkretnego niż krakersiki i chipsy.

– Przyznam się, patrzyłem, co masz, i widziałem filety rybne – rzekł Kazio z determinacją. – To się szybko smaży, nie? Komisarz na posiłek pewno nie miał czasu…

– Bywa, że człowiek cały dzień lata o suchym pysku – wyznał żałośnie i podstępnie Bieżan.

Coraz bardziej zdumiona Elunia uwierzyła święcie w ich wygłodzenie i poczuła nawet wyrzuty sumienia, że sama nie pomyślała o nakarmieniu gości. Zarazem metody prowadzenia śledztwa wydały jej się nieco osobliwe, bez protestu jednak zerwała się z fotela i popędziła do kuchni, rezygnując chwilowo z osobistego udziału w dochodzeniu.

– Otóż wie pan, ja czasem myślę – powiedział żywo Kazio, zniżając głos. – On siedzi w tym kasynie i czeka, aż ją rąbną. W razie czego ma alibi jak drut!

– To właśnie chciałem powiedzieć – przyświadczył Bieżan. – I nie ma siły, państwo już i tak za dużo wiedzą,,bez współpracy się nie obejdzie…

Kazio bystrze i w pół słowa wyłapał jego myśl.

– Symulować zabójstwo? To pan rozważa, co? Facet się dowie, że ona nie żyje, i poczuje się bezpiecznie…

– Toteż właśnie. Ale widzę trudności, dałoby się taki numer wywinąć wyłącznie pod warunkiem zapudłowania tych dwóch tutaj. A znowu nie ma jak ich zwinąć, póki nic nie zrobili, i pani Burskiej nie będę narażał, to mowy nie ma…

– Wedle tego co słyszałem, jednego już pan ma…?

– Ściśle biorąc, mam nawet czterech, ale bez szefa. Oni go nie znają. Nie wiedzą, że ich obstawiłem, mam szansę tylko przy podejmowaniu forsy z banku, bo nad tym ta gnida czuwa osobiście.

– I to jego Elunia widziała w gablocie, głowę daję. A tego właśnie panu nie powie, bo nawet jeśli go poznała, sama sobie nie uwierzy. Zna go pan?

– Otóż właśnie nie. Wcale. Nie naraził się dotychczas. Bo co?

– A, cholera – powiedział Kazio z gniewnym rozgoryczeniem. – Ja go widziałem. Playboy na pół Europy i całe Stany Zjednoczone, najpiękniejszy z całej wsi. Z tych, co to dziewczyny do nich aż kwiczą. Mój chłopak potwierdził ten wystrój zewnętrzny.

– Ten pański chłopak by złożył zeznania…

– Żebym miał pójść siedzieć, nie powiem panu, kto to jest. Użyteczna jednostka, ale z kodeksem żyje w zgodzie. Ja sam zresztą…

Przerwał, bo wróciła Elunia z butelką białego wina i korkociągiem w ręku.

– Za jedenaście minut będą gotowe – oznajmiła. – Kaziu, otworzymy to chyba…? I co wam wychodzi? Czy będę musiała kogoś oglądać?

– To z pewnością – odparł ponuro Bieżan – ale przemyśliwamy, jak by tu panią nieszkodliwie zamordować. Lepiej niech pani tego nie słucha.

– To znaczy, że będę udawała ofiarę? Leżeć pod stołem w oceanie keczupu? Nie mam w domu keczupu.

– Można kupić w nocnym sklepie – podsunął Kazio, wkręcając korkociąg.

Bieżanowi już się plany nieźle krystalizowały, ale chciał jeszcze trochę wyciągnąć z Kazia. Węszył tu jakąś tajemnicę i nie był pewien, czy nie ma ona związku za sprawą. Nadal nie chciał mieć przy rozmowie Eluni.

– Narobili mi państwo apetytu na te ryby – oświadczył grobowym głosem. – Czy one się tam nie przypalają?

Elunia wiedziała, że nie, ale dała się zasugerować. Znów popędziła do kuchni.

– To teraz niech pan prędko gada, o co chodzi, bo szczerze powiem, coś mi śmierdzi. Nie ryby, tylko pan. Póki pani Burska nie wróci, jazda, w czym dzieło?

Kazio zawahał się, wyciągnął korek, zebrał się w sobie i w trzech zdaniach wyznał Bieżanowi prawdę. Został zrozumiany i obdarzony współczuciem.

– No tak… Niby źle, ale jeszcze nie najgorzej. Przy poszlakówce na świadka mi się pan nie bardzo nadaje… Znaczy, wolę mieć niezbite dowody. Spróbujemy chyba zabić panią Burską…

Spożywając bez wielkiego zapału smażonego łososia, wspólnymi siłami ułożyli plany zbrodni, nie wyłączając już z tego głównej ofiary. Bieżan wolał im powiedzieć, co wymyślił, w obawie, że bez tej wiedzy mogliby przypadkowo zepsuć mu robotę. Po czym poszły w ruch komórkowe telefony.

Morderstwo miało przebieg następujący:

W ciągu pięciu minut Bieżan uzyskał aprobatę swoich zamiarów i wezwał ludzi, w ciągu następnych trzech minut upewnił się, że sytuacja na terenie zbrodni nie uległa żadnej zmianie. Nadal jeden złoczyńca czekał na szóstym piętrze, drugi zaś' w samochodzie na parkingu. Jeden obserwował z góry okolice mieszkania Eluni i windy, a drugi wpatrywał się w wejście do budynku. Żaden z nich nie miał pojęcia, iż z siódmego piętra przygląda się im człowiek Bieżana.

Równocześnie, w tym samym czasie, Kazio osiągnął Wojtusia i dowiedział się, że Stefan Barnicz uprawia w kasynie ożywione życie towarzyskie, wszystkim wpadając w oczy i zapisując się w pamięci. Wychodził na dwie minuty i dzwonił tylko raz, ograniczając rozmowę do dwóch krótkich zdań.

W dwudziestej trzeciej minucie przystąpiono do akcji.

Ten z szóstego piętra został wypłoszony bardziej ku górze przy pomocy wjeżdżających na dwa piętra lokatorów, gmerających długo kluczami w swoich zamkach. Tego, że owi lokatorzy żadnych zamków nie tknęli, do żadnego mieszkania nie weszli i wtopili się tajemniczo w zakamarki zsypu śmieciowego, nie mógł zobaczyć. Stracił także na te kilka chwil widok na drzwi Eluni.

Odzyskał go zaraz potem i bez przeszkód mógł obejrzeć opuszczanie jej mieszkania przez owego kretyna, tkwiącego tam od paru godzin i stanowiącego głupią przeszkodę. Rozpoznał go po czapce i kraciastym szaliku. Elunia osobiście zamknęła za nim drzwi, bardzo niedbale i lekkomyślnie, bo łańcuch nie brzęknął.

Ten na parkingu prawie równocześnie otrzymał wiadomość z góry i ujrzał faceta, wychodzącego z budynku. Zgadzało się, miał czapkę z barankiem i kraciasty szalik. Nie czekał dłużej, wyskoczył z samochodu i popędził na miejsce pracy zleconej. Nie zwrócił żadnej uwagi na fakt, że działała tylko jedna winda, a druga gdzieś tkwiła, unieruchomiona. Nie obchodziło go to.

Obaj przyjemni chłopcy rozwścieczeni byli przeraźliwie długim oczekiwaniem i w grzecznościowe głupoty nie mieli chęci się wdawać. Szczególnie osobisty wróg Eluni, dodatkowo rozgoryczony własną pomyłką i niepotrzebnym pobiciem obcej baby, stracił wszelką cierpliwość. Nie dzwoniąc i nie pukając, z miejsca przystąpili do forsowania zamków, z których tylko jeden stawił odrobinę oporu. Drugi ustąpił łatwo. Bez żadnego hałasu wdarli się do przedpokoju, gdzie panowała połowiczna ciemność, złagodzona nieco słabym światłem, padającym z salonu. W tym salonie, w fotelu tuż przy drzwiach, siedziała pani domu i wpatrywała się w telewizor, najwidoczniej nieco głucha, bo nawet nie drgnęła. Inna rzecz, że obaj na razie zachowywali się bardzo cicho. Jeden z nich już raz się nadział na nią, zadania nie spełnił, teraz zatem ten drugi, pamiętny niepowodzenia towarzysza, nie zwlekał ani chwili. Potworny cios młotka spadł na czaszkę ofiary.

Czaszka rozleciała się z osobliwym, porcelanowym brzękiem. Równocześnie za nimi rozległ się ludzki głos.

– Rączki do góry, chłopcy. I żadnych wygłupów. Nie opłaci się wam. Możecie się powolutku odwrócić.

Skorzystali z pozwolenia dopiero po całych trzech sekundach, bo zaskoczenie było pełne. Może bez tego porcelanowego brzęku trwałoby krócej, ale razem z nim dziabnęło ich radykalnie. Do tego stopnia, że ten drugi nawet nie spróbował uczynić ruchu w kierunku kieszeni, gdzie spoczywała broń palna.

W przedpokoju ujrzeli widok obrzydliwy. W drzwiach do kuchni stał jeden po cywilnemu, w drzwiach do łazienki drugi w mundurze, obaj trzymali w dłoniach wstrętne przedmioty. Za sobą usłyszeli szczęknięcie jeszcze jednych drzwi, nie ośmielili się obejrzeć, ale ucisk na kręgosłupie poczuli wyraźnie. Drzwi wejściowe otwarły się, weszło jeszcze dwóch w mundurach. Nie dość, że weszli, to jeszcze wesoło potrząsali kajdankami.

Bieżan schował pistolet i przystąpił do załatwiania z nimi sprawy od razu.

– Włamanie i morderstwo albo przejdzie ulgowo – rzekł zimno. – Za chwilę będziecie mieli telefon. Odpowiecie, że załatwione. Rozumiemy się?

Obaj złoczyńcy na moment zgłupieli, bo wydało im się, że ten parszywy pies żąda od nich zwyczajnej prawdy. Mieli rąbnąć cizię, rąbnęli, zgadza się, faktycznie załatwione. Po chwili zaświtało im, że coś tu chyba nie gra.

– Hę…? – powiedział inteligentnie sprawca bezpośredni.

– Ja niewyraźnie mówię? Pójdziecie na ugodę, zostanie zwykłe usiłowanie, jak nie, latka lecą. Świadków dużo. Że już nie wspomnę o recydywie.

– Myśmy nic nie zrobili! – zaprotestował ten drugi, odruchowo i bez przekonania.

– A to…? Tam, w fotelu?

Sprawca spróbował się skupić i odzyskać bystrość umysłu. Coś mu w tym przeszkadzało.

– Ale dlaczego ona brzęczała?! – jęknął rozpaczliwie.

– Może lubi. Muzykalna była za życia. Nie twój interes, jakie dźwięki ofiara wydaje. Rusz tym czerepem i zdecyduj się, co wolisz, bo jeszcze może dojść opór władzy i przykrość w obronie własnej. Żałował będziesz na tamtym świecie. No?

– Gliny rąbną…? – spytał niedowierzająco ten drugi.

– A niby dlaczego nie? Wy się, kochasie, rąbniecie wzajemnie. Ja mam was całkiem dosyć, więc albo mi się do czegoś przydacie, albo z przyjemnością zrobię tu ładne przedstawienie. I już dwie pluskwy mamy z głowy, czysty zysk.

Bieżan złoczyńców rzeczywiście nie lubił. Wydobycie z siebie cech zimnego okrucieństwa przyszło mu z wielką łatwością. Prawie sam był gotów uwierzyć, że obu tych parszywców zabije, inscenizując ślady bójki wzajemnej, mogli się wszak pokłócić przy podziale łupu. Na moment omal się nie złamał, zakłopotany przypomnieniem, że nie ma pojęcia, jaki też łup u Eluni mogli znaleźć, ale szybko wrócił do roli twardziela.

Obaj chłopcy uwierzyli bez zastrzeżeń, bo każdy sądzi według siebie, a Bieżan robił doskonałe wrażenie. Mając w perspektywie zejście natychmiastowe, woleli pójść na współpracę.

– To czego pan chce? – spytał ponuro sprawca.

– Nic wielkiego. Na telefon odpowiecie, że sprawa załatwiona. O nas ani słowa.

– Ale przecież… – zaczął buntowniczo ten drugi i ugryzł się w język.

– Chcesz powiedzieć, że będą dalsze telefony? Nic się nie martw, też ci powiemy, co masz mówić. Do pierdla idziecie, to bez dwóch zdań, ale za wygłup, nie za mokrą robotę, to duża różnica. Który ma słuchawkę?

– On.

– Bardzo dobrze. Poczekamy na ten telefon tutaj, bo jakby co, jesteśmy na gotowym. Gdzie indziej mogłoby nam wyjść gorzej, a tu was mamy na widelcu. Nie ma pożaru.

Stefan Barnicz bezwiednie zrobił mu grzeczność. Słuchawka zaterkotała. Została uprzejmie przyłożona złoczyńcy do ucha.

– No i co? – zabrzmiało pytanie.

– W porządku – padła odpowiedź. – Załatwione.

– Gdzie jesteście?

– Wychodzimy.

– Zamknijcie za sobą drzwi.

– Tak jest!

Połączenie przerwano. Bieżan uparcie robił z siebie zbója Madeja. Kazał zabrać chłopców, ich telefon komórkowy natomiast zostawił sobie. Naśladowanie głosu faceta nie wydało mu się trudne. Obiecał ulgi ogromne, w pełni świadom, iż całe to kontrolowane włamanie więcej kłopotów może sprawie jemu niż sprawcom. Nad zabójcą postanowił jeszcze pomyśleć w wolnej chwili.


* * *

– Oczywiście, że to byli oni – powiedziała smętnie Elunia, stojąc nad fotelem, szczątkami porcelany, swoim szlafrokiem, peruką i dużą ilością poduszek. – Nie wiedziałam, że znam tylu złoczyńców… Ten z lasu i z sądu, przypomniałam go sobie natychmiast, mało się zmienił. I ten z nosem. Będę sobie musiała odkupić ten wazon. A miałam nadzieję, że nie będą tak od razu walić!

– I chwalić Boga, że walili – pouczył ją Kazio. – Gdyby zaczęli z tobą rozmawiać, szlag by wszystko trafił. Przytrzyma ich pan?

Bieżan był szczęśliwy, akcja mordowania Eluni przebiegła nadspodziewanie pomyślnie. Odebrany przestępcy telefon komórkowy stwarzał mu wielkie szansę i bez względu na przepisy zamierzał potrzymać go trochę przy sobie. Jeszcze dzień, dwa… Węch mówił mu, że szajka lada chwila zakończy działalność, wymyśli sobie tylko, co daj Boże, ostatni skok i wtedy się ich przygwoździ. Żeby tylko Elunia się nie wygłupiła…

– Pani pamięta, że pani nie żyje? – spytał z naciskiem. – Tu pani leży trupem, w domu. Niech panią ręka boska broni wychodzić! I telefonów nie odbierać, albo mi pani to przysięgnie, albo będę musiał kogoś tu posadzić. A ludzi brakuje. Niechże pani ma sumienie!

Elunia uświadomiła sobie nagle, iż śmiertelne zejście uniemożliwia jej wizytę w kasynie, gdzie wszak umówiona była ze Stefanem! Boże drogi, nie przyjdzie, nawali… Może straci go ostatecznie…!

– Czy nie będzie dziwne, jeśli się nie zaśmiardnę? – spytała żałośnie.

– Przez dwa do trzech dni chyba jeszcze nie bardzo. A w razie potrzeby sam dostarczę pani parę kilo mięsa, położy pani pode drzwiami i efekt wypadnie w sam raz, każdy wywęszy. Nie, nie każdy, tylko taki, co sprawdza. Pan – zwrócił się do Kazia – jakoś pani dostarczy coś do jedzenia, w nocy albo co. Żeby pana nikt nie widział.

– To chyba lepiej w godzinach największego ruchu – mruknął Kazio. – W nocy przyleci ten kontroler.

– Jak pan chce. Niech pan się jakoś przebierze.

– Czapki i szalika i tak nie mam…

– O rany boskie, zwrócimy panu…

– Bez znaczenia, od czapki i szalika tak znów bardzo nie zbiednieję. Mam na myśli, że chcąc nie chcąc będę inaczej wyglądał. Myśliwską kurtkę posiadam i brodę sobie przyczepię.

– Brodę, proszę bardzo. Niezła myśl…

– Czy, mimo wszystko, nie mogłabym pójść spać? – spytała znów Elunia. – W domu mogę posiedzieć, mam dużo roboty, ale te emocje mnie chyba zmęczyły. Zdaje się, że jest po czwartej.

Kazio zdobył się na ilość taktu zgoła nadludzką. Spokojny już, że od Eluni się odczepiono, opuścił jej dom razem z Bieżanem. Przez krótką chwilę Elunia sama nie była pewna, czy jest mu za to wdzięczna, czy też przeciwnie, ma żal i pretensję…


* * *

Jedną dobę przetrzymawszy cierpliwie, acz z wysiłkiem, w połowie drugiej Elunia zaczęła się poważnie denerwować. Była pozbawiona kontaktu ze światem. Posługiwanie się telefonem zostało jej wzbronione, ani odbierać, ani samej dzwonić. Na myśl o Stefanie dostawała jakby drobniutkich drgawek wewnętrznych. Na myśl o tym, co on myśli, zaczynało ją dławić w gardle. Co podejrzewa, co może przypuszczać…? Zły jest na nią, rozczarowany, zniechęcony…? Niepokoi się może…?

Gdzieś w głębi duszy czuła, że go traci. I tak już wisiał na pajęczej niteczce, teraz, nie mając jej pod nosem, da sobie z nią spokój całkowicie, obrazi się, odsunie, poderwie co innego i do widzenia, pączkujący romans zemrze w zaraniu. Gdyby znała jego numer telefonu, zadzwoniłaby, nie bacząc na żadne zakazy, nie znała, w książce telefonicznej go nie było. Afera przestępcza i wiszące nad nią zagrożenie w obliczu tych perturbacji uczuciowych nie miały żadnego znaczenia i nie obchodziły jej wcale. Jedyne co ją nieco pocieszało, to myśl, że po tym wszystkim nikt jej nie zabroni grywać sobie, w co zechce i gdzie popadnie.

W chwili kiedy decydowała się już zadzwonić do recepcji kasyna, podać swój numer i poprosić, żeby przekazali mu prośbę o telefon, na szczęście przyszedł Kazio.

Nie musiał dzwonić do drzwi, miał klucze. Mógł się przemknąć niepostrzeżenie, co też uczynił z wielką zręcznością. Elunia sama się zdziwiła ogromem ulgi, jakiej doznała na jego widok.

– No, nareszcie! – wykrzyknęła, od razu zniżając głos do szeptu, bo Kazio położył palec na ustach. – Może się dowiem, co się dzieje? Czy już mogę ożyć?

– Przeciwnie – odparł Kazio, kładąc w kuchni na stole torby z zakupami. – Mam nadzieję, że się nie ujawniasz?

– Nie ujawniam – zapewniła go Elunia cierpko. – Majątek zapłacę za światło, dwie lampy się palą cały czas na okrągło, w łazience się świeci bez przerwy, pierwszy raz w życiu nie podoba mi się łazienka z oknem, w kuchni też, za to spać się kładę po ciemku, żeby w sypialni nie zapalać. Żywa może i jestem, ale do obłędu mi blisko.

– Już niedługo, kochana, taką mamy nadzieję…

– My? Nawiązałeś z komisarzem taką ścisłą współpracę?

– Jakbyś zgadła. To przez ciebie. Tylko ja tu mogłem przyjść, a teraz masz, to ci zostawię… – Położył na stole swoją słuchawkę. – Możesz odbierać wszystko i sama dzwonić, ale lepiej nie, bo nigdy nie wiadomo, na kogo trafisz.

– To po co mi to?

– Żeby Edek mógł zadzwonić do ciebie. Bieżan. Komisarz, mam na myśli. Powiem ci, w czym rzecz. Chcesz? Elunia się zdenerwowała.

– Kaziu, czyś oszalał? Dlaczego mi zadajesz takie idiotyczne pytanie, jak bym mogła nie chcieć, niczego nie pragnę bardziej, niż dowiedzieć się, o co chodzi i co się dzieje! Jak długo mam tu siedzieć uwiązana w charakterze trupa?! Czego on ode mnie chce?!

Kazio wyjął z torby świeże pączki od Bliklego, jeszcze ciepłe.

– Nic, nic, zaraz ci wszystko powiem. Kawkę zrobimy czy herbatkę? Tu w kuchni… Nie, lepiej zjedzmy w salonie, bo to światło w biały dzień trochę głupio wygląda, fakt…

– W salonie też się świeci.

– Ale mniej wpada w oczy. Masz, weź to. Ja zaparzę…

– Kawa jest zaparzona, w termosie. Mam na stole…

Kazio zakrzątnął się żywo przy czymś w rodzaju drugiego śniadanka, Elunia uświadomiła sobie nagle, że wrócił jej apetyt, dotychczas mocno przygłuszony. Pączki kusiły tak, że od nich zaczęła, Kazio patrzył jej w zęby tkliwie i z rozczuleniem.

– Ty pewnie przez ten czas nic nie jadłaś…

– Mmmmm – odparła Elunia gniewnie i niecierpliwie.

– Dobra, już mówię. No więc Edzio dopadł jednego dzięki twojej babci, a po tym jednym trafił do jeszcze trzech. Ma ich na widelcu. Czterech razem, z tym że jeden z nich siedzi, to ten, co tu był, więc trzech zostało…

– Tu dwóch było. Chyba obaj siedzą?

– Obaj, ale jeden był dokooptowany chwilowo, specjalnie na twoją cześć. To właśnie ten mściciel od siedmiu boleści, ten bandzior świętokrzyski. Cenny, bo gada. Czekaj, nie w tym dzieło. Komunikacja między nimi, to już wiadomo, tak się odbywa, że szef dzwoni i wydaje polecenia, żaden go nie zna, pojęcia nie mają, kto to jest. Osobiście pokazuje się tylko przy forsie, z reguły w kradzionym samochodzie. No, pożyczonym, bo potem te gabloty odstawiają na miejsce i właściciel nawet nie wie, że mu wózek wzięli. Czeka, szef znaczy, aż pracownik wyjdzie ze szmalem, zabiera wszystko, a za to zostawia opłatę za poprzedni skok. Tego szefa widziałaś na własne oczy pod bankiem, a miałaś szansę zobaczyć go także pod Grandem, jak tam gość ciągnął forsę z bankomatu. Gdybyś nadal żyła, oni by już palcem nie kiwnęli, nie mogą wiedzieć, czy go nie rozpoznałaś i nie opisałaś, ale skoro leżysz zabita, jest nadzieja, że sobie pozwolą. No i wtedy Edzio ich zgarnie. Możliwe, że cię zaprosi do towarzystwa, żebyś stwierdziła, czy to tego poprzednio widziałaś…

Elunia omal się nie zakrztusiła szóstym pączkiem. Skoro w samochodzie siedział szef, nie mógł to być Stefan, a ona, jak idiotka, wpierała w niego… Ależ musiał się do niej zrazić! Trochę ją zemdliło, być może pączki miały w tym swój udział, zarazem jednak wybuchła w niej szalona chęć uczestniczenia w aferze. Na własne oczy zobaczy tego brodatego i przestanie się gryźć podobieństwem…!

– I kiedy to ma być? – spytała chciwie.

– Nie wiadomo, ale chyba długo zwlekać nie będą. Po to ci właśnie zostawiam telefon, Edzio zadzwoni i powie, gdzie masz przyjechać. Gdyby pytali o mnie, mów, że siedzę u dentysty, ewentualnie zrób mi grzeczność i zapisz, co tam będą gadać. Ja też będę dzwonił, to się od ciebie dowiem. Niech Bóg broni, nie mów tylko przypadkiem, jak się nazywasz!

– Już taka głupia chyba nie jestem?

– Wcale nie jesteś głupia. Wręcz przeciwnie. Ale jak człowiek jest zajęty i o czym innym myśli, coś tam może mu się wyrwać.

– A czy ja mogę zadzwonić?

– Zależy do kogo. Do mnie i do Bieżana bez przeszkód.

– A do Joli? Albo do babci? Nie wmówiliście chyba w babcię, że zostałam zabita?

– W nikogo nie wmówiliśmy, bo twoje zwłoki jeszcze nie zostały odkryte. Nikt o tym nie wie, poza zabójcą. A co do Joli… Ona wie coś o aferze?

– Nic. Wcale z nią na ten temat nie rozmawiałam. Kazio zawahał się i rozmyślał przez chwilę.

– Nie. Jednak nie. Kochana, ludzie się znają, najgłupszy przypadek sprawi, że Jola do kogoś powie, że z tobą dzisiaj rozmawiała, a ten morderca to usłyszy. Jednak nie dzwoń. Wytrzymaj.

Z ciężkim westchnieniem Elunia obiecała powściągliwość telefoniczną. Już i tak jej ulżyło, rozmowa z Kaziem, sama jego obecność, podniosły ją na duchu. Robotę ciągle miała, mogła posiedzieć, żeby nie Stefan, byłaby nawet zadowolona.

Kazio z wyraźną niechęcią zabierał się do wyjścia. Eluni zrobiło się nagle jakoś pusto w środku.

– Czy to będzie okropnie niebezpieczne, gdybyś tu przyszedł jeszcze raz? – spytała niepewnie. – Na kolację na przykład. Nie wiem, co przyniosłeś, ale coś z tego zrobię. Inaczej sama uwierzę, że już leżę w trumnie.

Kazio rozpromienił się z miejsca, ale i zawahał.

– Czekaj, niech pomyślę. W razie czego byłoby dziwne, że nie lecę na glinowo zawiadamiać o zbrodni, ale kto się tym może zainteresować…? Tylko ta szajka, ja bym na miejscu bossa wydelegował jednego, żeby popatrzył, co się tu dzieje… No, z drugiej strony Edzio go tam przez telefon nieźle kantuje… Co tam, ubiorę się inaczej, pojadę na inne piętro… Dobra, wpadnę. Nie wcześniej niż o szóstej.

Od tej chwili Elunia zaczęła mieć dodatkową rozrywkę, bo telefon Kazia terkotał dość często. Z rozbawieniem wczuła się w rolę sekretarki i zapisywała wszystko, dzięki czemu zgryzota uczuciowa nieco zelżała. Co się stanie, jeśli złoczyńcy nie dokonają następnego skoku i nie zostaną złapani, na razie wolała nie myśleć.

O wpół do piątej zadzwonił Bieżan. Do niej, nie do Kazia. Elunia ucieszyła się tak, jakby to był pierwszy telefon w jej życiu.

– Mamy akcję – powiedział z triumfem. – Wszystko wiem. Chciałbym, żeby pani przyjechała pod Panoramę o szóstej, tam będą brać pieniądze. Kazio pani mówił, na czym to polega?

– Mówił. Rozumiem. Mam rozpoznać w samochodzie tego brodatego?

– Może się nawet będzie plątał poza samochodem. Ale ważna rzecz. Ma pani jakieś inne palto albo co? Trzeba, żeby pani inaczej wyglądała, niepodobna do siebie.

– Mam perukę. I kurtkę, taką fufajkę. I spodnie. Ja rzadko chodzę w spodniach. I okulary, takie rozjaśniające.

– Bardzo dobrze. Niech się pani przebierze. On mógł panią zauważyć, a to niegłupi facet. Zaparkuje pani byle gdzie, a mnie pani znajdzie koło budki strażnika. Mówię na wszelki wypadek, w razie gdybym pani nie poznał. O szóstej, nie później.

Teraz już nowe życie wstąpiło w Elunię gruntownie. Natychmiast zaczęła dzwonić do Kazia, którego oczywiście nie było ani w domu, ani w macierzystej firmie. Nagrała mu się na sekretarkę, obmyśliwszy dyplomatyczny tekst. Napisała równie dyplomatyczną kartkę i położyła ją na widocznym miejscu, żeby go zawiadomić, dlaczego jej nie ma. Zmobilizowała się i wykończyła przygotowywaną kolację, gratulując sobie pomysłu uduszenia kurczaka, a nie upieczenia. Pieczony by się zmarnował, a duszony wytrzyma wszystko.

Ze szczerym zapałem przystąpiła do zmieniania powierzchowności. Już sama peruka, znacznie ciemniejsza niż jej własne włosy, dała znakomity rezultat. Spodnie, kurtka, gruby szal, zasłaniający dół twarzy… Obejrzała się w lustrze i prawie nie poznała sama siebie. Zachichotała radośnie.

W tle szampańskiego nastroju leżała, rzecz jasna, myśl o Stefanie. Przestanie udawać trupa, będzie wolna, pojedzie do kasyna, dziś wieczorem nawet, zobaczy go, wyjaśni mu wszystko… Może jeszcze nie jest za późno! Może on się w ogóle zdenerwował i nawet za nią stęsknił…?

Będzie mogła zgasić światło…!!!

Bezwiednie i pod przymusem Elunia zastosowała metodę żydowskiej kozy. Wobec wszystkich ostatnich utrudnień normalne, codzienne, życiowe czynności okazały się samą przyjemnością, a nawet zgoła szczęściem. Rozkwitła w mgnieniu oka.

Pod Panoramę podjechała za wcześnie, ponieważ gnała ją niecierpliwość. Była za dziesięć szósta, kiedy znalazła sobie miejsce na parkingu.

Ogólnie biorąc, panowała ciemność. Plamy światła i cienia przeplatały się wzajemnie. Niepewna, co ma robić, Elunia wysiadła z samochodu i rozejrzała się dookoła. Do budki strażnika było blisko, ujrzała przy niej jakiegoś faceta, toczącego przyjacielską pogawędkę z kimś wewnątrz i w obcej sobie postaci odgadła Bieżana. Podeszła bliżej.

Bieżan odwrócił się i w całkowicie obcej kobiecie po krótkim wahaniu odgadł Elunię. Zachwycił się jej metamorfozą.

– Nie ma to jak baby – rzekł z uciechą, podprowadzając ją do budki. – Byle co wystarczy i już odmiana! Świetnie pani wygląda. Wyjaśnię od razu, rzecz w tym, że pani jedna widziała tego palanta, on tu będzie, to pewne, może już jest, a ja o tym nie wiem, bo nie wiem, jak wygląda. Pomocnik z czekiem już jedzie. Wiem czym. Szefunio mu wsiądzie do środka może w ostatniej chwili, przykitują i szukaj wiatru w polu.

– Pod bankiem wsiadł wcześniej – przerwała Elunia. – Światła zapalił i siedział, żeby mnie zdenerwować.

– Nie co dzień święto. Ma prawo coś węszyć i może to jest jego ostatni skok…

Pod kurtką mu zaterkotało, wyjął słuchawkę, przyłożył do ucha.

– Ostatni – potwierdził do Eluni swoje własne słowa. – Mamy ich. Personel mu się wykruszył radykalnie, teraz nam został ten organizator. W pani moja nadzieja. Niech się pani przespaceruje, tu są sklepy, ma pani prawo się przyglądać. Tylko niech mi pani nie ugrzęźnie w jakich kieckach.

– Kiecki są na górze…

– Na dole też coś tam. Gdyby zdołała go pani rozpoznać wcześniej, to dla mnie czysty zysk. Na moje oko on zachowa wyjątkową ostrożność albo ja nic nie wiem o przestępcach. O, ten z czekiem już jest. Skurczybyki, tego samego forda wzięli…!

Obok budki strażnika przejechał granatowy ford, budząc głębokie zdumienie i odrazę Eluni. Oczywiście, Bieżan miał rację, ten sam, który wyprowadził ją z równowagi w Alejach Jerozolimskich. Siedział w nim samotny kierowca, pasażera nie było.

Uruchomienie skamieniałej z oburzenia Eluni nastąpiło szybko, ponieważ Bieżan popchnął ją dość bezceremonialnie.

– Jazda, niech pani leci. Powoli, spokojnie. Skoro ten przyjechał, tamten musi już być. W banku, niech pani popatrzy w banku…

Całkowicie nieświadoma pilnującej jej obstawy, Elunia ruszyła do wnętrza, do bankowej części Panoramy. Weszła do budynku. Pierwszą osobą, na jaką padł jej wzrok, był Stefan Barnicz.

Brodaty, owszem. Nagle posiwiały i z dłuższymi włosami. W okularach. A jednak on. On, bez najmniejszych wątpliwości, ze swoim kształtem głowy, osadzeniem szyi, ruchem ramion, sylwetką, ustami, których nie można zapomnieć… Oprócz oczu, opinię wyraziło także serce.

Obstawa ujrzała nagle, że Elunia przeistacza się w posąg, silnie promieniujący kontrastowymi uczuciami. Uczucia zastygły niejako na powierzchni posągu i można było dobrze się im przyjrzeć. Po większej części składały się ze zgrozy i niedowierzania, którym gwałtownie przeczył promienny i tkliwy blask oczu mówiący sam za siebie. Najlepszy ćwok pojąłby z niego, iż natknęła się na przedmiot uczuć sercem szarpiących, zarazem jednak doznając wstrząsu negatywnego. O żadnych innych spojrzeniach nie mogło być mowy, żadne rozglądania się i poszukiwania nie wchodziły w rachubę, Elunia zamarła, stracona dla świata.

Dwóch pilnujących jej facetów ogarnęła rozpacz. Porozumieli się wzrokiem, jeden porzucił wartę i popędził do Bieżana, bo telefonem w tej sytuacji nie mógł się posłużyć, widać go było i słychać, drugi patrzył w napięciu. Skamieniała podwójnie, ze szczęścia i od wstrząsu, Elunia nadal ozdabiała operacyjną salę bankową w charakterze rzeźby.

Barnicz zauważył ją również. Skamieniał nie gorzej, tyle że na krócej. Przeleciały po nim cztery fazy zaskoczenia, najpierw stwierdził, że jakaś dziewczyna się w niego wpatruje, potem, z pewnym wysiłkiem i niedowierzaniem rozpoznał Elunię, następnie musiał opanować szok i ustosunkować się jakoś do tego faktu, ponieważ do tej pory głęboko wierzył, że ona nie żyje, po czym pojął, że ona go rozpoznała. W ułamku sekundy zrozumiał wszystko.

Błyskawiczne decyzje umiał podejmować. Na pieniądzach od razu położył krzyżyk. Na Eluni również. Zdolność ruchu odzyskał w mgnieniu oka. Podszedł do niej.

– Chodź – powiedział, biorąc ją pod rękę. – Dziwisz się może, ale wszystko ci wyjaśnię. Idziemy!

Elunia pozwoliła się powlec ku wyjściu, niezdolna do niczego, a już najmniej do protestów. Wciąż jeszcze nie pojmowała sytuacji, ale w końcu nie była debilką, gdzieś we wnętrzu zalęgła się jej kłująca i obrzydliwa pewność klęski. W mgnieniu oka pojęła, że pod tym bankiem rozpoznała dobrze, to on tam siedział, Stefan, brodaty tak samo jak teraz. Potworne! Jednakże zasadniczego skojarzenia wciąż jeszcze nie miała, aczkolwiek umysł jej nie skamieniał, doskonale pamiętała, że przyszła tu na polecenie Bieżana i dla niego powinna odwalać robotę, własnymi komplikacjami romansowymi może się zająć później. Spróbowała stawić opór, ale była to próba zgoła niewyczuwalna.

Barnicz domyślał się, że Elunia nie przebywa tu samotnie. Wywęszył pułapkę. Jakieś gliny muszą się pętać dookoła, powinien im natychmiast zniknąć z oczu. Rozpoznać go jednakże może tylko ona jedna i tylko ona widzi go pod bankiem drugi raz. Tylko ona wie, kim on jest. Gdyby nie żyła, wyłgałby się z tego interesu bez trudu, nawet złapany w przebraniu mógłby twierdzić, że śledził niesolidnego dłużnika albo jakąś babę, istniałyby podejrzenia, ale nie dowody. Eluni należy zamknąć gębę na zawsze, diabli nadali, że też to bydlę jej nie trzasnęło, a takie piękne alibi sobie przygotował! Noc, kiedy ją mordowano, w całości spędził w kasynie, tłumy ludzi mogły zaświadczyć, że nie oddalał się na dłużej niż dwie minuty… Przepadło, teraz jest gorzej, ale co z tego, że go z nią widzą, nadal nie wiedzą, kim on jest, jeśli Elunia zniknie, on zachowa swoje incognito, będzie nieznanym sprawcą…

O tym, że został podsłuchany w chwili wydawania na nią wyroku śmierci, nie miał najmniejszego pojęcia. Zarazem jednak Bieżan rzeczywiście miałby kłopoty z udowodnieniem mu nakłaniania do zabójstwa. Z jakiej by strony nie patrzeć, Elunia stanowiła gwóźdź programu.

Samochód Barnicza, jego własny i na prawdziwych numerach, stał zaparkowany na ulicy, zaraz za wjazdem na placyku przed budynkiem. Nie zamierzał odjeżdżać nim w tej chwili, jak zwykle miał oddalić się razem z tamtym pacanem, odbierającym pieniądze, później dopiero wrócić, już we własnej postaci, i zabrać wóz. W obliczu żywej Eluni musiał zmienić plany. Byle zdążyć stąd uciec, potem uda mu się może sfingować jakiś wypadek, załamie się pod nią lód albo zleci ze schodów…

Wściekłość na nią, na tego troglodytę, który jej nie zabił, i nawet na siebie otumaniła go potężnie i całkowicie wytrąciła z równowagi. Pomysły wybuchały w nim liczne, ale nie nadążał oceniać ich sensu. Najbardziej liczył na fart, a w ostateczności mógł ją zwyczajnie zastrzelić i prysnąć. Pistolet miał w kieszeni. Ciągnął ją w kierunku samochodu z wielką energią, symulując czuły uścisk.

Bieżan zobaczył ich z daleka. Osobiście pilnował forda, do którego powinni wsiąść obaj, ten spod kasy i jego szef. Obstawa zawiadamiała cichym szeptem do słuchawki, że tamten już odbiera forsę, Elunia natomiast nadziała się na amanta, dostała małpiego rozumu i opuściła bank z nim razem. Jeden człowiek poszedł za nią na wszelki wypadek, ale trzyma się w pewnej odległości.

Bieżana omal szlag nie trafił. Wiedział przecież od Kazia, w kim się ta głupia dziewczyna zadurzyła i kto jej teraz dopadł. Cały plan diabli wzięli, Barnicz ją rozpoznał, stwierdził, że żyje, z pewnością odgadł pułapkę i teraz ją wlecze ze sobą, zapewne jako zakładniczkę. A może ją trzaśnie, w dodatku nawieje, stoi na ulicy przodem do wyjazdu…

Błyskawicznie jął wydawać stosowne rozkazy, ale, jak na złość, ten od pieniędzy właśnie wybiegł z banku. Razem z podjętą forsą, cudzym dowodem osobistym i cudzym samochodem stanowił żywy dowód rzeczowy i nie wolno było go zgubić. Złe moce opiekowały się tym padalcem, Barniczem, pomagały mu wyraźnie. Bieżan miał koło siebie dwóch ludzi, trzeci szedł spokojnie za przytuloną parą, a czwarty dopiero opuszczał bank. Porzucił myśl zabawy w dyplomację i wziął zdrowe tempo, facet z pieniędzmi został unieruchomiony bez słowa w momencie otwierania drzwiczek forda, zanim się obejrzał, już miał na rękach kajdanki. Bieżan zostawił go swoim ludziom i skoczył w kierunku Eluni, przed nim jakiś kretyn opuszczał parking, miotał się głupio, Bieżan omal mu nie wpadł pod koła, ominął go wreszcie. Za późno, Barnicz już wpychał Elunię do samochodu.

Z tym wpychaniem miał drobne kłopoty, które sam sobie wyprodukował. Nie zdołał opanować wściekłości i ukryć prawdziwych uczuć, ujawnił je, kiedy Elunia straciła swoją posągowość i najpierw poddała się miękko, a potem oparła i spowolniła jego kroki. Odzyskała także głos.

– Zaczekaj, nie mogę stąd odejść. Jeszcze parę minut. Mam tu okropne obowiązki, jakim cudem mnie w ogóle poznałeś… Muszę wrócić do tego banku, znaleźć jednego…

Wtedy nie wytrzymał i szarpnął ją brutalnie.

– Nie, już nie musisz, ty krowo. Znalazłaś go. Szkoda mi cię było, ale już mi te żale przeszły. Jazda, wsiadaj! To, co czujesz na żebrach, to spluwa. Bez wygłupów!

Eluni zaćma spadła z oczu. Kazio miał rację, Jola miała rację, wszyscy mieli rację. Szef gangu! To on przecież… Jezus Mario…! To on kazał ją zabić…!!!

Skamienienie tym razem zaparło jej dech i przerosło wszystkie stany poprzednie. Wrosła w chodnik przed samochodem. Barnicz otworzył drzwiczki i usiłował wepchnąć ją do środka, podobnie by mu to wychodziło, gdyby miał do czynienia z pniem drzewa. Pchana siłą Elunia nawet by się chętnie ugięła, ale nie leżało to w jej możliwościach, dodatkowo bowiem załatwiła ją panika.

Mimo wszystko jednak Barnicz dał jej radę, wbił ją na fotel pasażera i przebiegł na stronę kierowcy. Zdążyłby nawet wystartować i odjechać, bo ludzie Bieżana dopiero biegli ku niemu, niepewni, czy nie rzucać się do swoich samochodów, gdyby nie objawił się nowy czynnik w postaci Kazia.

Kazio, który przed dziesięcioma minutami przeczytał kartkę Eluni, nadjechał jak szaleniec i zahamował z poślizgiem dokładnie przed maską mercedesa Barnicza. Wyprysnął z samochodu i z marszu zaatakował tygrysim skokiem. Nie zastanawiał się, czy ma to sens i czy nie przeszkodzi w czymś Bieżanowi, podjeżdżając zdążył dostrzec ugniataną Elunię i brodatego cepa, szarpnął nim instynkt, ocenił sytuację właściwie i runął do szturmu.

Dopiero połączone siły czterech facetów odebrały Barniczowi broń palną i zatrzasnęły mu na rękach kajdanki. Możliwości fizyczne miał niezłe, wzmogła je furia, na szczęście nie mniej rozwścieczony Kazio również zaprezentował cechy nadludzkie i wygrał sekundy, niezbędne, żeby pomoc zdążyła. Karoseria mercedesa uległa lekkiemu pognieceniu, Elunia zaś oglądała spektakl jakby z loży, siedząc w bezruchu przed ogromną przednią szybą. Nie drgnęła nawet aż do końca, a i potem jeszcze przez długą chwilę przypominała produkt sztuczny.

Kazio leżał przed samochodem. Na twarzy, plecami do góry. Wyglądał jak martwy. Tamtego zabrali, ale co z tego, zdążył przedtem Kazia zabić. Nie ma Kazia i nie będzie, straciła wszystko, poczucie bezpieczeństwa, bazę życiową, podstawę egzystencji, grunt pod nogami… O Boże, jak mogła…! Bez Kazia przecież nie da się żyć!

Procedurę odwrotną, wywlekanie z samochodu, Elunia przetrwała identycznie jak ładowanie do środka. Dławiła ją rozpacz. Martwy Kazio poruszył się nagle, pozbierał z ziemi, stanął na nogach żywy i w niezłym stanie, jeśli nie liczyć łuku brwiowego. Wówczas zabrakło jej tchu i zatrzymał się także i umysł.

I dopiero już na zewnątrz, po niezmiernie długiej chwili, oglądana i wypytywana gorączkowo, czy się dobrze czuje i czy nie doznała jakiegoś szwanku, Elunia zdołała uruchomić organizm. Po okropnym wstrząsie, po rozpoznaniu w amancie przestępcy, po uświadomieniu sobie, że nie kto inny, a on właśnie, zamiast ją kochać, nastawał na jej życie, po jego ostatnich, brutalnych słowach, po zupełnie potwornej utracie i cudownym odzyskaniu Kazia, mogła uczynić tylko jedno. Padła zmartwychwstałemu Kaziowi na pierś i wybuchnęła rzewnymi łzami.

Bieżan przyjrzał się im z uwagą i zostawił ich własnemu losowi. Miał co robić, w pierwszej kolejności musiał porozpędzać niepotrzebnych świadków, następnie zebrać swoich ludzi i załatwić transport przestępców. Elunia oczywiście była potrzebna, ale niekoniecznie w tej chwili.

– Zajmiesz się nią? – spytał Kazia w przelocie.

– Zajmę – obiecał solennie Kazio. I obietnicę spełnił rzetelnie.


* * *

– No dobrze, skoro i tak będę musiała jechać do tej Panoramy po samochód, zrobię sobie przynajmniej jakieś zakupy – powiedziała w swojej kuchni Elunia, o dziewiątej wieczorem pogodzona już z losem. – Pantofle albo kiecka, albo perfumy, albo wszystko razem. Czy komisarz tu dzisiaj przyjedzie? Mówił coś?

– Mówić, nie mówił, ale pewno przyjedzie. Musi cię oficjalnie przesłuchać. Słuchaj, przykro mi…

– Niepotrzebnie. On mi się podobał, ale już go nie chcę. To była… pomyłka optyczna. Zaczniemy jeść sami czy poczekamy na Bieżana?

– A te produkty mogą czekać?

– Nawet do jutra. Sałata i pomidory w lodówce, a kurczak razem z makaronem postoi sobie na ogniu. Najwyżej się trochę rozdyźda, ale smaku nie straci. Już nie będę płakać, zdenerwowałam się, ale już mi przeszło. Gdzieś czytałam, że jedna suka rozładowała stres, wyjąc przez dziesięć minut na pagórku, możliwe, że zrobiłam to samo, płacząc przez godzinę. Dziwię ci się, że to wytrzymałeś.

– Nie chcę się powtarzać, ale z twojej strony wytrzymam wszystko…

Elunia z przykrywką i łyżką w ręku odwróciła się nagle.

– A ja z twojej nie! Chciałam, ale teraz mnie gryzie. Mam dość przestępców raz na zawsze! Jola ma rację, nie można wierzyć żadnemu mężczyźnie! Masz jakąś tajemnicę w życiorysie, a ja więcej tajemnic nie zniosę! To z tych tajemnic wszystko!

– Kapie ci z łyżki – zwrócił jej uwagę Kazio i sięgnął po ściereczkę.

Elunia rąbnęła przykrywką w garnek i wrzuciła łyżkę do zlewozmywaka.

– Chcę wiedzieć… – zaczęła surowo i energicznie.

Ku dużej uldze Kazia nie wyjawiła, co chce wiedzieć, ponieważ do drzwi zadzwonił Bieżan. Nie było wątpliwości, że chętnie weźmie udział w posiłku.

Bieżan zaś wiedział doskonale, że dużo będzie musiał wyjaśniać, ale nic mu to już nie szkodziło. Całą szajkę zostawił w dobrych rękach i przybył po uwieńczenie dzieła – oficjalne zeznanie Eluni, której należała się jakaś rekompensata za rolę potencjalnej ofiary.

– Ja sobie nagram, potem się przepisze, a pani wpadnie w ciągu dnia i podpisze to wszystko – zarządził. – Tu są zdjęcia, z profilu też, wybierze pani co trzeba. Nie będę się nad panią znęcał i wlókł pani do komendy, skoro pani jest chora…

– Nie jestem chora! – zaprotestowała z oburzeniem Elunia, stawiając na stole kieliszki do wina.

– Jest pani. To reakcja po szoku. Tak zostało ustalone w protokóle z zajścia i niech mi pani nie mąci. Ja i tak w odniesieniu do pani połamałem wszystkie możliwe przepisy. Zaraz po kolacji pani zezna, bo teraz szkoda byłoby psuć tę potrawę, nie wiem, co to jest, ale nadzwyczajnie dobre. Zdążyłem spróbować.

– Miło mi, że panu smakuje – rzekła Elunia godnie i od razu przypomniała sobie opinię babci, jakoby przez żołądek każdemu mężczyźnie trafiało się nie tylko do serca, ale w ogóle do wszystkiego. Zarazem przypomniał jej się udział babci.

Bieżan na wszelkie pytania odpowiadał bez oporu.

– Ten pokerzysta urządzał sobie rozrywkę w domu bardzo rzadko, tylko wtedy, kiedy żony nie było. Dlatego każdego takiego pokera pamiętał, a wtedy jeszcze doskoczyła mu ta ciotka, zamknięta w łazience. Przypomniał sobie wszystkie nazwiska i kto kogo przyprowadził. Po nitce do kłębka trafiłem na gościa, o którym pani babcia mówiła, te gorzkie żale i roraty to jak znak szczególny, tego naprawdę nikt nie używa, rysopis się zgadzał, to musiał być ten sam facet. Miałem trochę szczęścia, wystarczyły dwa dni inwigilacji, akurat zrobili skok i już miałem wszystkich czterech. Zorientowałem się od razu, że nic mi z nich nie przyjdzie, bo szef zostanie nieuchwytny…

– Oni go naprawdę nie znali?

– Naprawdę. Wszystko z nimi załatwiał przez telefon komórkowy. Raz go widzieli, było to takie, można powiedzieć, zebranie organizacyjne, był w kapturze, w pelerynie, w masce i mówił szeptem. Potem już tylko dzwonił, on do nich, oni do niego nie. Wyznaczał akcje, miejsca, terminy… Miał doskonałe rozeznanie, wiedział dokładnie, co kto ma i w którym banku, załatwiał te kradzione dowody osobiste…

– Ale musiał je przecież dostarczać! To jak? Pocztą?

– Nie. To była precyzyjna robota. Osobiście pojawiał się tylko przy odbiorze pieniędzy, to pani mi właśnie nasunęła tę myśl. Główkowałem, jak go dopaść, no i okazało się, że chłopaczek pod bankiem ma pasażera, sama logika wskazywała na kogoś z góry. Załatwiał przy takiej okazji trzy sprawy, odbierał podjętą forsę, płacił za poprzedni skok i dawał dokumenty. Potem dzwonił do każdego i sprawdzał, czy się podzielili uczciwie, czy tam który czego nie podwędził. Jeden z tych czterech miał obowiązek pilnować dalszego ciągu, wybierał osoby podobne do zdjęć w dowodach, załatwiali charakteryzację, brody, wąsy, peruki i tak dalej, mieli doskok do bez mała wszystkich magazynów teatralnych w Warszawie, wchodzili jak w masło. Zresztą, wszyscy się starali, to wcale nie prymitywy, bystre jednostki, z ćwokami by mu tak nie wyszło.

Elunia słuchała bez tchu. Kazio zainteresował się samochodami, w końcu po samochodzie można dojść do właściciela. Dziwne, że podwładni tą drogą nie dopadli szefa.

– On własnego im nie pokazywał – odparł Bieżan. – Generalnie używali cudzych, przeważnie podprowadzali na krótko i potem zwracali. Niektóre, upatrzone, pożyczali częściej, tak jak tego forda, kluczyki mieli i podejrzewam, że umowę z właścicielem, ale tego mu już nijak nie udowodnię. On w ogóle, ten mafiozo cholerny, działał zdalaczynnie na wszystkie strony, ludzi ze sobą umawiał, trzymał rękę na pulsie, musiał mieć więcej personelu, ale tego też nie wyłapię…

– I nikt mu się nie wyłamał? – zdziwił się Kazio.

– Jeden spróbował, jeszcze na początku afery. Kuleje. Całe życie będzie kulał.

– Dlaczego pan tej reszty nie wyłapie? – zmartwiła się Elunia.

– Za wcześnie się go zdjęło. Należało dłużej za nim pochodzić, ale była obawa, że zakończy proceder, on nie głupol, wszyscy przestępcy wpadają, bo za długo ciągną z chciwości, gdyby wcześniej przystopowali, sam diabeł by za nimi nie trafił i on o tym wiedział. Mówiłem pani, spodziewałem się, że to będzie ostatni skok i faktycznie, tak miało być…

– Skąd pan to wie?

– Oni mówią. Zeznają. Przyznanie się do winy jest okolicznością łagodzącą, a w czym dzieło… Nikogo nie zabili, on kazał tego bardzo pilnować, strzelał do upartych ofiar tylko jeden, a i to humanitarnie, sama pani słyszała, w kolanko… W obliczu tych wszystkich zbrodni dookoła, ruskiej mafii, bandziorstwa, szwindli na światową skalę, wykombinowali sobie coś takiego, że prawie jak święci wyglądają. Anielska afera, można powiedzieć. Posiedzą praktycznie z rok i wyjdą, a co zdążyli wydać, to ich. Tylko Barnicz forsę dołował i jemu da się odebrać, a dłuższy wyrok dostanie ten jeden, pani zabójca. Dla mnie najcenniejszy.

– Bo co? – zdziwił się Kazio.

Bieżan zaczął nagle wyglądać jak kot, który dopadł magazynu ryb.

– Bo on jeden zna tego patafiana osobiście. Nie z nazwiska i adresu, rzecz jasna, tylko z twarzy. Czystym przypadkiem się zgadali, Barnicz tragarza zatrudniał, lekkomyślny to on nie jest, sprawdzał, z kim ma do czynienia, i Eleonora Burska wyszła im z tego sama. Podał mu pani adres. Dwa lata po wypuszczeniu ten Korzeniec, on się Korzeniec nazywa, niczym nie podpadał, pracował uczciwie, aż się namyślił mścić, a Barnicz go do tego namówił. Nie mając pojęcia, kim był jego pracodawca, z twarzy go rozpoznaje bezbłędnie. Można powiedzieć, że ma go pani za wspólnika.

Elunia kiwnęła głową i spytała, co na deser, kawa czy herbata. Pączków już nie ma, ale są daktyle i solone migdałki, bardzo tuczące. Kazio zarządził kawę i sam poszedł prztyknąć czajnikiem. Bieżan perspektywą utuczenia nie przejął się wcale, był w rozpędzie.

– W ogóle to zgubiła ich chciwość – oznajmił, odruchowo pomagając Eluni zebrać na tacę zastawę ze stołu. – Póki załatwiali hochsztaplerów i członków rządu, cisza była, nikt żadnego rabunku nie zgłaszał. Dopiero jak się rozbestwili i ruszyli biznesmenów jako tako uczciwych, doszło do nas, no i zaczęła się zgryzota. Pierwszy był ten, który nazwał panią, za przeproszeniem, niebiańską krową. Pani, szczerze mówiąc, będę wdzięczny całe życie, bo dzięki pani wylazłem z manowców. No i to usiłowanie zabójstwa bardzo mnie ucieszyło, tego już prokuratura nie umorzy. Chociaż, jak Boga kocham, nie sądziłem, że on się posunie aż tak daleko, tak pilnował, żeby się obyło bez mokrej roboty, a tu masz! No, ale z drugiej strony pani jedna mogła go rozpoznać, bo Korzeńca się nie bał…

Elunia otrząsnęła się z lekką zgrozą i udała się z tacą do kuchni, po drodze badając swoje wnętrze. W błysku samokrytyki uznała, że gdyby Stefan okazał się tylko przestępcą, który ją kocha, okazuje skruchę i wraca na uczciwą drogę, przebaczyłaby mu wszystko, przynajmniej chwilowo. Później może zaczęłoby ją gryźć. W dodatku gdyby rabował wyłącznie kanciarzy… Ale w tej sytuacji…? Nie dość, że miłość nie wchodzi w rachubę, nie dość, że uparł się ją zabić, to jeszcze dżentelmeneria go odbiegła i okazał się zwyczajnym chamem. I oszukał ją ohydnie, umawiał się, zarazem dokładnie wiedząc, że umawia się z trupem. Oszustwo, o nie; to za wiele!

Wszystko to zdążyła pomyśleć i poczuć na przestrzeni sześciu metrów, w trakcie zalewania kawy wrzątkiem. Stefan Barnicz w mgnieniu oka stracił całą swoją urodę. Elunia oczyma duszy ujrzała jego piękną twarz i doznała gwałtownego przypływu niechęci nie tylko do niego, ale także do siebie. Zarazem przyszła ulga, ma z głowy wynaturzenia seksualne…

Kiedy wróciła z termosem, filiżankami i resztą dodatków do pokoju, nawet Bieżan dostrzegł w niej jakąś zmianę, nie mówiąc o Kaziu. Rumieniec wrócił jej na twarz, oczy rozbłysły, w całej postawie objawił się powrót do życia. Wydarłszy się z pazurów jednej namiętności, Elunia odzyskała równowagę.

Bieżan również. Poniechał zwierzeń i przystąpił do spraw służbowych.

Suchym głosem i bardzo rzeczowo Elunia odpowiedziała na wszystkie pytania, prawie każdą odpowiedź popijając odrobiną to kawy, to koniaku. Oba napoje robiły jej coraz lepiej. Przy opowieściach kasynowych Kazio taktownie wyszedł do łazienki, budząc tym jej gorącą wdzięczność, aczkolwiek zdecydowana była wyznać całą swoją głupotę nawet przy nim.

Przed jedenastą wieczorem Bieżan poczuł się zaspokojony, a Elunia mężnie obiecała występ przed sądem. Miała zamiar zawczasu nastawić się na najgorsze i uniknąć nieruchomienia, ale ostrzeżenie w tej kwestii nie przeszło jej przez gardło. Pakując oprzyrządowanie akustyczne, Bieżan smętnie popatrzył na Kazia, który, rzecz jasna, z tej łazienki już wrócił.

– Ten twój chłopak… – zaczął.

– Tylko w razie ostatecznej potrzeby – przerwał Kazio od razu. – Gadałem z nim. Dobra, powiem. On ma taki wzmacniaczyk japoński, pluskwa szpiegowska się do niego nie umywa, myśli słychać i mruganie oczami, a burczenie w brzuchu zgoła ogłusza. Nie chce się do tego przyznać, bo cholera wie, czy to legalne, z czarnego rynku pochodzi. Prywatnie ci to mówię, więc rób, jak uważasz.

Bieżan westchnął ciężko.

– Przepisu przeciwko temu nie ma. I zawsze może powiedzieć, że podsłuchiwał dla rozrywki…

– A potem go dla rozrywki trzasną. Przed sądem pada nazwisko i adres.

– Okej, niech ci będzie. Tylko w ostateczności. Może się obejdę bez niego, bo sprawca pękł od pierwszej chwili. Tak samo jak bez ciebie.

Elunia drgnęła, a Kazio łypnął na nią niespokojnym okiem. Bieżan pozbierał swoje rzeczy i z wielkim żalem skierował się ku wyjściu. Kochał swoją żonę i chętnie wracał do domu, ale załatwianie spraw służbowych u Eluni stanowiło dla niego coś w rodzaju relaksu i dodawało mu sił. Jakieś takie było przyjemne, zarazem inspirujące i kojące, nie był osamotniony i otoczony wrogością, przeciwnie, czuł jakby aprobatę społeczeństwa. Społeczeństwo, składające się z jednej całej Eluni i kawałka Kazia, nie było wprawdzie zbyt liczne, ale dobre i tyle. Przed drzwiami jeszcze uzgodnił z Elunia porę jej jutrzejszej wizyty w komendzie.

Po jego wyjściu zapanowało milczenie. Elunia czekała na Kazia, a Kazio na Elunię. Kazio złamał się pierwszy.

– No i co teraz? – spytał niepewnie.

Elunia nie wahała się ani chwili.

– Teraz nie wyjdziesz stąd, dopóki mi nie powiesz, co to wszystko znaczy. Jakieś konszachty ze sobą macie, ty i ten gliniarz. On sam cię nie ciągnie na świadka, nic z tego nie rozumiem i chcę wiedzieć, o co chodzi.

Kazio patrzył na nią takim wzrokiem, że złagodniała nagle i zmiękła, bo zrobiło jej się ciepło na sercu.

– Kaziu, ja… Może w ogóle nie powinnam ci tego mówić… Ale ja też się wygłupiłam…

– Wiem.

– O mało co… Skąd wiesz?

– Oczy mam w głowie, uszy także i tam jakieś takie urządzenie w środku…

Eluni łzy stanęły w oczach.

– O Boże… I nie masz do mnie pretensji?

– Ty mnie chyba próbujesz rozśmieszyć. Ja do ciebie? Najgorszą głupotę gdybyś zrobiła, to dla mnie sama przyjemność! Co ja w ogóle jestem, superman? Kretyn i tyle. Bogiem a prawdą dopiero od spotkania ciebie zacząłem robić za człowieka, może mi to zostanie. Podobno nie jest wykluczone, że można kochać ludzką jednostkę, zdaje się, że takie dziwo na mnie spadło. W dodatku żyjesz. Goryla gdybyś sobie upatrzyła, niech ci będzie, jeszcze parszywcowi banany do mordy wetknę…

– Nie chcę goryla – powiedziała Elunia łzawo i słabiutko.

– Chwała Bogu. A co chcesz?

– Koniaku…

Kazio z całego serca spełnił jej życzenie. Wciąż nie śmiał wierzyć, że uczucia Eluni wróciły do niego.

– Już bym ci powiedział, co mnie nęka, ale ciągle się boję, że mnie za drzwi wyrzucisz…

– Nie. Za drzwi nie…

Zapewne koniak rozjaśnił jej umysł, bo wyprostowała się nagle w fotelu. Cokolwiek Kazio zrobił, jakikolwiek czyn popełnił, istotne jest, że ją kocha. Nie nastaje na jej życie, przeciwnie, dostarcza poczucia bezpieczeństwa. Nie wyrzeknie się go za skarby świata. Jedyną zadrę stanowi ta jakaś jego idiotyczna tajemnica.

– Natomiast jeśli mi nie powiesz prawdy, przestanę z tobą rozmawiać. Ja się boję łgarstwa. I sekretów. Nie wiem, co z czymś takim robić, i zatruwa mi to życie. I na złe wychodzi. Nie wyrzucę cię nigdzie za nic, pod karą śmierci, ale muszę wiedzieć prawdę. Inaczej ucieknę na pustynię.

Przypadek sprawił, że Kazio już widział kiedyś pustynię w naturze. Groźba Eluni wstrząsnęła nim do głębi.

– Dobra, powiem, wola boska. Wywinąłem numer…

Elunia zamarła, zaniedbała wszystkie zmysły i pozostawiła sobie tylko słuch.

– Przed sądem, obojętne, kim jesteś, stroną czy świadkiem, pada pytanie: czy był karany sądownie? Otóż ja byłem.

Zamilkł. Elunia trwała w nieruchomości, tyle że otworzyła oczy i wpatrzyła się w niego. Kazio chwycił butelkę, nalał sobie potężną bombę i wypił.

– Byłem, cholera. I za co…! Gdybym zabił kogo, okradł, podpalił, po ryju nakładł, to jeszcze… Ale jak kretyn ostatni, na bani ciężkiej, rozwaliłem śmietnik miejski. Pijany wracałem do domu, mogłem wziąć taksówkę, kto mi zabraniał? A nie, sam pojechałem. Cud boski, że gorzej nie wyszło, bo do dziś pamiętam, że mi się w oczach troiło i tych śmietników pod samym moim domem było trzy. Chciałem je ominąć… Źle poszło, w tym prawdziwym ugrzązłem, a zabalsamowany byłem tak, że zasnąłem przy kierownicy, no i gliny mnie dopadły. Prawo jazdy mi zabrali na rok, a za śmietnik przyłożyli grzywnę i zostałoby wykroczenie, gdybym się, jak idiota, nie odwołał do sądu. Sąd utrzymał karę i tym sposobem jestem karany sądownie. Zatarcie nastąpi za cztery miesiące, miałem nadzieję tej chwili doczekać, to nie, musiało spaść na mnie już teraz. Chciałem ci się w życiu nie przyznać do tego, bo wstyd śmiertelny, za co ty mnie będziesz miała, ale przepadło. To jest cała prawda i rób z tym, co chcesz!

Elunia otwierała oczy coraz szerzej. Oczekując już czegoś potwornego, jakiegoś przestępstwa, które wręcz odbierałoby Kaziowi ludzkie cechy, stopniowo popadała w osłupienie. Wygłup, jasne, że wygłup okropny, ale gdzie mu do zbrodni z premedytacją! W dodatku przez cały ten czas, od przypadkowego spotkania prawie przed rokiem, ani razu nie widziała Kazia pijanego! Nie był to zatem trwały alkoholizm, tylko idiotyzm sporadyczny i czego ten Kazio chce, po co to w ogóle przed nią ukrywał…?!

Zamierzała powiedzieć, że chyba zwariował, ale zabrakło jej głosu. Okropnie chciała podnieść się z fotela i paść mu w objęcia, ale nie była zdolna do takich wysiłków fizycznych. Rozpaczliwie czekała, aż jej przejdzie.

„Krowa – pomyślała o sobie ze wstrętem – istna krowa, zwyczajna, wcale nie niebiańska…”

Kazio nie ośmielił się jej dobrze zrozumieć. Odczekał długą chwilę, nic się nie działo, Elunia trwała w bezruchu, niewątpliwie wyrażającym naganę i potępienie. Z kamienną twarzą wstał wreszcie i sięgnął po jej dłoń w celu złożenia na niej pożegnalnego pocałunku. Elunia wykorzystała okazję, uczepiła się tej wyciągniętej ku niej ręki, poderwała z fotela, zrealizowała swoje pragnienie. Kazio, zdumiony, zaskoczony i niebotycznie szczęśliwy, najpierw zdrętwiał, a potem zareagował nad wyraz energicznie.

– Wyjdziesz za mnie? – spytał zdyszanym głosem w jakiś czas później. – Będziemy mieli dzieci? Ja lubię dzieci.

– Ja też – odparła Elunia stanowczo i wyraźnie. – I dzieci możemy mieć, oczywiście. Ale muszę ci się przyznać do czegoś. Nawet gdybym miała tych dzieci dwa tuziny…

– No…?

– Otóż do kasyna będę chodziła! I żaden przestępca mi w tym nie przeszkodzi!

Kazio patrzył na nią wzrokiem pełnym tkliwości i rozczulenia. Jak dla niego mogła chodzić, gdzie jej się żywnie podobało. Było w niej coś takiego, co sprawiało, że marzył o spędzeniu reszty życia przy jej boku, bez względu na to, co chciałaby robić. Namiętność rozumiał doskonale, sam był hazardzistą.

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to ja też…

– Co ty też?

– Też sobie czasem skoczę do kasyna. Lubię te klocki. I wcale ci się nie dziwię…

Eluni na serce spłynęła nagle błogość. Ten Kazio… Normalny, kochający, wyzuty ze skłonności do wynaturzeń seksualnych, a za to pełen zrozumienia, tolerancyjny i pobłażliwy… W jednym błysku ujrzała swoją przyszłość przy nim, swobodę i poczucie bezpieczeństwa, pełną aprobatę i nawet współdziałanie, idealną zgodność upodobań i całkowity brak wymagań, życie rodzinne i dzieci. Sielanka, jakiej nie ma na świecie!

I, oczywiście, ze wzruszenia znieruchomiała na kamień.

X