Szaleństwa Panny Ewy (fb2)

Szaleństwa Panny Ewy [pl]   (скачать) - Корнель Макушинский

Kornel Makuszyński

Szaleństwa Panny Ewy

***


Rozdział pierwszy

W którym autor jest zdumiony i przerażony, albowiem stał się wspólnikiem niezliczonych zbrodni.


Ja, Kornel Makuszyński, nieszczęsny autor Panny z mokrą głową i posępny autor Awantury o Basię, siedziałem spokojnie w zacisznej komnacie, rozmyślając nad jedną jeszcze powieścią dla "dorastających panienek"

Jest to sprawa wymagająca niezmiernego wysiłku ducha. Uczeni wiedzą, co się dzieje na Marsie, jakie minerały znajdują się na księżycu, jaka jest temperatura słońca i ile waży ziemia. Wiedzą filozofowie, co się odbywa w ludzkiej duszy i dlaczego człowiekowi śni się właśnie kobieta z długą brodą, a nie piec grający na harfie. Największy jednak uczony, najsłynniejszy nawet filozof nigdy nie widział, nie wie i nie będzie wiedzieć do skończenia świata, co się dzieje w kolorowej duszy" dorastającej panny". Jest to niezgłębiona tajemnica.

Miałem przeto głowę w chmurach zadumany i od czasu do czasu wydawałem siedmiozgłoskowe westchnienia. Na biurku leżały białe niezapisane karty papieru, a potężny kałamarz nalany po brzegi czekał cierpliwie i czarnym okiem spoglądał, czy pióro jak bocian zanurzy w nim dziób. Czekałem na tę wspaniałą chwilę, w której z udręczonej mojej głowy wyskoczy "dorastająca panienka", jak Pallas Atene z dostojnej, kędzierzawej i brodatej głowy Zeusa.

Zamiast "dorastającej panienki" wtoczyła się do mojej komnaty niewiasta służebna, nosząca przedziwnie wonne imię Narcyza. Powiedziałem "wtoczyła się" i nie cofnę tego słowa. Narcyza tym tylko różniła się od armaty, że sama zajeżdżała na pozycję, bez pomocy trzech par tęgich artyleryjskich rumaków. Poza tym miała wygląd burzącego działa, głos potężnej kolubryny i jej straszliwe zwyczaje. Na jej widok uleciały myśli, krążące nad moją biedną głową jak złote pszczoły, a cisza skuliła się w kącie jak przerażony pies. Nigdy imię, złożone z pięciu śnieżystych płatków i złotego oka, nie zostało nadane z większą lekkomyślnością. Kobieta ta powinna była nosić imię wulkanu, a nie kwiatka.

Spojrzała na mnie z wysoka i rzekła głosem tak czarnym, że smoła kapała z niego ciężkimi kroplami na prawie perski dywan:

– Przyszła jakaś taka i takie coś…

Każdy inny, nie znający przedziwnych obyczajów tej armaty, niecierpliwymi pytaniami otworzyłby bramę piekła i wyzwoliłby najmniej siedmiu ognistych szatanów. Z tą lubą istotą należało postępować oględnie, ze wzniosłem spokojem, z beznamiętną cierpliwością i z wyrozumiałością mędrca, albowiem luba istota czekała pożądliwie okazji do piekielnej awantury. Należy wiedzieć o tym, że jej wroga i zuchwała postawa wobec świata i wszystkiego, co żywe, pochodziła z bolesnej udręki i ciężkiego zawodu. Od owego dnia gniewu i klęski, w którym wierna przyjaciółka "odbiła" jej narzeczonego, dusza rzewnej i tkliwej Narcyzy obrosła kolcami jako jeż. Szczególną nienawiść poczęła żywić do wszelkiego stworzenia rodzaju żeńskiego. Znając te piekielne tajemnice wiodłem z nią dialog nie jak z ciężką armatą, lecz jak z niewinnym ptaszkiem. Usłyszawszy przeto przedziwną czarną i niechętną wieść o tym, że "przyszła jakaś taka z takim czymś!"- pojąłem w lot, iż mowa jest o rodzaju żeńskim. Pan Bóg – na szczęście – nie odmówił mi bystrości.

– Ach! – rzekłem dobrotliwie. – Jakaś taka?…

– Przecie mówię po polsku! – odrzekła hardo armata i spojrzała na mnie posępnie.

– Tak, tak, rozumiem… Jakaś pani?

Osobą, którą w niezrozumiałym szaleństwie nazwano Narcyzą, wzruszyła ramionami, dając mi tym ruchem pogardliwie do poznania, że bystrość moja niewiele się różni od zdumiewającej bystrości pieca albo szafy.

– Aha, więc nie pani – mówiłem szybko, ze słodkim akcentem pojednania. – Któż to mógł przyjść? Skoro nie pani…

– Pannica! – zawołała ona głosem rozdzierającym.

– Patrzcie, patrzcie! – mówiłem w wybornie udanym zdumieniu.

Mąż niecierpliwy i nie znający zawiłych zagadek życia byłby chwycił strzelbę i dwoma strzałami zakatrupił lubą Narcyzę, tym by się to jednakże skończyło, że ledwie kule odbiłyby się od niej jak od hipopotama, ona zaś zabiłaby niedoświadczonego człowieka jednym potężnym spojrzeniem.

Rzekłem przeto z uśmiechem należycie tkliwym:

– Narcyza była łaskawa wspomnieć coś o tym, że ta panna przyszła z kimś jeszcze…

– Z nikim nie przyszła – odrzekła ponuro.

– Ej, a mnie się coś zdaje, wedle tego co słyszałem, że z tą panną ktoś przyszedł…

– Bo przyszedł!

Wzniosłem spojrzenie ku niebu i wezwałem je na świadka mojej niewinnej męczarni. Zdawało mi się, że ujrzałem anioła, dającego mi rozpaczliwe znaki, abym cierpiał, bo jeśli wdam się w bój z Narcyzą, sam przed wyznaczonym mi czasem znajdę się pośród aniołów. Zazgrzytałem przeto łagodnie zębami, lecz roztropnie uciszyłem serce, które chciało zawyć rozsrożonym głosem tygrysa.

– Więc któż to przyszedł? – zapytałem takim głosem, którym płacze wiolonczela. – Jakiś pan?

– Żaden pan! – zakrzyknęła armata.

Coś w niej jednak musiało zależeć albo też moja nieprzebrana słodycz musnęła jej twarde i zapiekłe serce, bo w przepaścistych oczach tej rzewnej kobiety dojrzałem cień cienia litości. Pytałem przeto czym prędzej:

– Skoro nie pan, więc kto?

– Pies! – odrzekła mi z niezmierną męką. I aby mnie nie włóczyć wśród mgieł niepewności, dodała ze śmiertelną powagą: – Pannica czupiradło, a pies pokraka!

Widać, że jej ulżył cokolwiek ten okrzyk, ale nie na długo.

Odważyłem się na ciche pytanie:

– Czy Narcyza nie wie przypadkiem, czego chce ta panienka z psem?

Ona spojrzała na mnie z politowaniem i zagrzmiała głucho:

– A skąd ja mam o tym wiedzieć?!

Tak uderzyła w słówko "ja", jak właśnie piorun w uschłe drzewo.

– Dobrze, już dobrze! – powiedziałem szybko. – Istotnie, skąd Narcyza mogłaby o tym wiedzieć… Ludzie sami czasem nie wiedzą, po co przychodzą. A gdzież jest ta panienka?

– Siedzi w przedpokoju i gwiżdże! – głosiła Narcyza z boleścią.

– Gwiżdże? Dlaczegóż ona gwiżdże?

– Teraz wszystkie takie! – rzekła ona głosem zwęglonym. – Co z nią zrobić? Może by tak na łeb ze schodów!…

– Ależ, Narcyzo! Jakże można?! Dowiemy się, czego chce…

Powiedziałem z szatańską chytrością, że "dowiemy się", niebezpiecznie bowiem byłoby użycie liczby pojedynczej. Straszliwa ryba połknęła przynętę z wrodzonej ciekawości, którą i tak zresztą zaspokoi w sposób należyty, gdyż będzie podsłuchiwała z czujną wprawą.

Powiedziała jednak z rezygnacją:

– Jak pan chce! Ja bym z taką osobą nie gadała…

Obróciła się na osi i powoli zjechała z pozycji. Przed nią szła groza, za nią szło przerażenie. Moja komnata stała się po jej wyjściu obszerniejsza i bardziej widna.

Z przedpokoju słychać było dwa splątane głosy jeden cienki jak jedwabna nitka i drugi gruby jak lina okrętowa. Jeden był śpiewaniem słowika, drugi głuchym pomrukiem rozsrożonego wulkanu. Potem drzwi otwarły się gwałtownie i obłąkanym pędem wpadł przez nie pies. Nie, to zbyt wiele powiedziałem! To nie był pies… Można było za Słowackim i Odyńcem zakrzyknąć w zdumieniu: "Czy to pies, czy to bies!" – był to przedziwny stwór przyrody, której coś musiało uderzyć na rozum w chwili stwarzania tej kreatury. Miał on cztery krótkie krzywe łapy i haniebnie kosmaty ogon, z czego można było sądzić, że to jednak pies. Gdyby posiadał urzędowy rodowód, napisano by w nim: syn jamnika i kanapy". Kreatura pokryta była ostrą i długą sierścią dobrze urodziwej kozy, a oczy jej – mądre, sprytne, małe i wesołe – pożyczone były od świni. Posiadała tylko jedno ucho całe i obwisłe, drugie bowiem było marną pozostałością po jakiejś krwawej walce. Zwierzak ten na pierwsze spojrzenie, pomimo swej diabelskiej urody, wyglądał sympatycznie. Długi, niski, śmiesznie kosmaty, a tak zabłocony, jak gdyby brzuchem czyścił ulice, śmignął przez drzwi, obiegł pokój i zwinnym susem wskoczył na fotel. Wybrał oczywiście stary stylowy fotel, przepięknym pokryty materiałem. Gwałtownie oburzenie tak mną zatrzęsło, jak czasem urwipołeć trzęsie jabłonią obsypaną jabłkami. Chwyciłem nożyk do rozcinania kartek i grożąc nim zuchwałemu psu krzyknąłem z należytą pasją:

– Kundlu, precz z mego fotela!

Kundel ani drgnął, łypnął jedynie lewym świńskim okiem i wyraźnie był ubawiony. Równocześnie ozwał się cienki, ostry, gniewem powleczony głos:

– Czemu się pan znęca nad moim psem?

Mordercze narzędzie wypadło z mojej ręki. Pomiędzy moim słusznym gniewem i tą lichą imitacją psa stanęła osoba rodzaju żeńskiego i rozkrzyżowała żeńskie ramiona. Miała piętnaście albo szesnaście lat, płowe włosy, roziskrzone oczy, po których latały złote błyski, i zadarty nosek, po którym nic nie latało. Ani brzydka ani ładna, ale smukła, gibka, zgrabna i zapewne silna. Na gołych nogach, tak opalonych, jak gdyby były posmarowane czekoladą, widniały liczne ślady zadrapań i stłuczeń. Przebiegła mi przez zdumioną głowę myśl, że ta pannica chodzi po ziemi jedynie w niedzielę i wielkie święta, w dnie zaś powszednie łazi po drzewach albo przedziera się przez ciernie. Nie mogłem zajrzeć jej do ust, mógłbym jednak przysiąc, że jej brak kilku zębów wybitych w nagłym zetknięciu się z jakimś płotem. Bynajmniej by mnie nie zdziwiło, gdyby ta osoba wjechała była do mojego domu konno, siedząc na oklep. Jaki pies, taka pani… Dobrana para… Pannica zuchwała, a pies opryszek. A nad tym psem – ja się znęcam!

Powiedziałem twardo:

– Niech pani powie swojemu psu, aby natychmiast zlazł z fotela!

– Dobrze, dobrze, proszę pana! – odrzekła ona wesoło. – Nic się takiego nie stało. Rolly! Bądź łaskawy zejść…

Kreatura zowie się Rolly! Kreatura zsunęła się niechętnie i wrogo na mnie spojrzawszy, ułożyła się na dywanie.

Sprawa z psem była jako tako załatwiona, czekało mnie jednak gorsze przejście z "zadartym nosem". Jestem człowiekiem niepospolicie spokojnym i opanowanym, jak gdyby mnie w młodości trzymano na lodzie, z trwogą przeto myślałem o tym, że zostałem osaczony i że będę się musiał bronić jak dzik w leśnym ostępie. Spojrzałem na panienkę spode łba i w tejże chwili poczułem gniew: panienka patrzyła na tragiczną miną doskonałość ze ślicznym uśmiechem, który wyrastał z dwóch dołeczków na zuchwałym jej obliczu. Pannica raczej brzydka, a uśmiech naprawdę prześliczny i jakiś taki miękki, tkliwy i czuły, jakim się poranne wiosenne uśmiecha słońce. Niemądre moje serce już się chciało uśmiechnąć do tego uśmiechu, lecz w sam czas powstrzymałem je groźnym napomnieniem. Ja nie dam się oszukać tak łatwo… Za stary jestem wróbel na takie złociste plewy! Nie, moja panienko! Znam te zgoła diabelskie sztuczki, którymi osoba rodzaju żeńskiego, mająca nawet lat szesnaście (i psa), umie zwieść nawet mędrca. Za takim uśmiechem kryć się może przemyślany podstęp i misterne szalbierstwo. Cygan nie ocygani tak Cygana, jak to snadnie i bez najmniejszego trudu może uczynić figlarna osoba, mająca w twarzy dwa dołeczki.

Najeżyłem się jak jeż i rzekłem głosem suchym jak pieprz:

– Czemu się pani śmieje?

– Bo mi bardzo wesoło, proszę pana! – odrzekł "zadarty nos".

Nawet w gniewie nie mogłem odmówić słuszności tym słowom, z których każde było radosnym wykrzyknikiem. Postanowiłem jednak, że będę nieustępliwy i zmienię każde moje słowo w ostry sopel lodu. Zanim jednak zdołałem je zamrozić, panienka z niebywałą i podejrzaną zręcznością zmieniła tonację i powlókłszy głos warstwą smutku powiedziała patrząc mi prosto w oczy:

– Czy pan się na mnie gniewa?

Zacząłem się zastanawiać, czy się gniewam.

– Bo jeśli się pan gniewa, to ja sobie pójdę.

Ale przedtem się rozpłaczę! A skoro ja beknę, to się tu zleci cały dom.

– Niech pani nie płacze! – krzyknąłem. – Wcale się nie gniewam… Trochę mnie ten pies wyprowadził z równowagi, ale już przeszło…

Otóż to! Nie mogła uśmiechem, pokonała mnie groźbą łez, a ludzkości wiadomo przecie, co w tym zakresie potrafi szesnastoletnia dama, która ma zadarty nos (i psa). Tego jeszcze tylko potrzeba, aby ten kundel pomógł jej w koncercie. Poddałem się – o, boleści! – i pragnąc zachować pozory rzekłem niby niefrasobliwie:

– Jak się ta psina nazywa? Rolly? Czemu tak z angielska?

Panienka wyżłobiła od razu dwa dołeczki, błysnęła oczami złociście i powiada:

– Ten ogoniasty nazywa się Rolly tylko na wizycie. Na co dzień zwie się Rolmops. Czy pan wie, co to takiego? Jest to śledź zwinięty w kłębek, nadziany cebulą i przekłuty patyczkiem, aby się nie rozwinął. Ogoniasty, gdy śpi, bardzo jest podobny do rolmopsa. Niech pan spojrzy!

Ogoniasty zwinął się w kłębek i zapadł w sen, czasem tylko usłyszawszy swoje fałszywe imię łypnął świńskim okiem.

Wyznanie to obudziło na nowo moją zasypiającą czujność. Nie podobało mi się to niewinne na pozór szalbierstwo z imieniem kosmatego indywiduum. Wprawdzie panienki mają przedziwny zwyczaj przekręcania własnych imion, wskutek czego Petronela w metryce zowie się na użytek domowy Kazia, a Magdalena – Dolly, jednakże niepojęty ten proceder nie był nigdy dotąd zażywany wobec psiego pokolenia. Uczciwemu psu wystarczało jedno niewzruszone psie imię.

Przeniosłem bacznie spojrzenie z psa na panienkę, która zdołała już zapomnieć o gadaniu na temat swojego niewydarzonego kundla i z żywotnością muchy przeniosła się na inny temat.

– Jak tu u pana ładnie! – rzekła patrząc na ściany zawieszane natłokiem obrazów.

– Tak sobie – bąknąłem.

– Wcale nie "tak sobie"! – zawołał z przekonaniem "zadarty nos". – Ślicznie jest u pana!

Nagle ją coś poderwało. Zbliżyła się szybko do ściany, na której złocił się i czerwienił, i gorzał żywą purpurą obrazek malarza, który sam był płomieniem gorejącym i zdawało się, że malował płomieniem. Malarz ten od dawna już malował świty i zachody na niebie, bo od dnia jego śmierci niebo było świetniej niż zazwyczaj kolorowe i grało kolorami. Obraz nie był podpisany, panienka zaś wymówiła nazwisko malarza głosem, w którym drżało wzruszenie i tkliwość.

Zdumiało mnie to cokolwiek.

– Widziała pani kiedy jego obrazy?

– Tak. Widziałam dwa, a ten jest trzeci.

To był cudowny malarz!

– Mój przyjaciel – rzekłem cicho – Umarł młodo…

– Ja wiem…

– Skąd pani o tym wie?

– O, ja wiem bardzo wiele o malarzach.

Wszystko panu opowiem ale nie tak od razu. A ten obrazek… Boże miły! Przecie to Zawidzki…

– Tak, to Zawidzki. Ładny, prawda?

– Śliczny, a nie ładny. Przepraszam pana… Czy pan kupił ten obraz?

– Niestety, nie. Dostałem go od malarza.

"Zadarty nos" spojrzał na mnie jak gdyby z wyrzutem i rzekł niby do siebie:

– Potem się ludzie dziwią, że malarze chodzą bez butów! Niech się pan nie gniewa – dodała głośniej – ja właściwie nie do pana to mówię. Malarz i literat to jedna rodzina, więc sobie robią podarunki, chociaż żaden malarz jeszcze w życiu swoim nie przeczytał książki, którą dostał od literata. Czasem nią tylko pali w piecu albo rzuci za psem… Ale innych to bym utłukła w moździerzu…

– Kogo na ten przykład?

– Tych wszystkich, co umieją od niemądrego malarza wycyganiać za darmo obraz. Proszę pana! Pan nie ma pojęcia o tym, ile Zawidzki rozdał obrazów!

– Czy być może!

– Może być, skoro ja panu o tym mówię.

– Pani go zna osobiście?

Panienka rzuciwszy klątwę na wszystkich opryszków krzywdzących malarzy rozpogodziła się niespodzianie, uśmiechnęła lekko, potem ciężko usiadła w fotelu.

– Czy ja go znam?! Pan skona ze śmiechu, skoro się pan dowie, jak ja go dobrze znam.

– Dlaczegóż mam od razu skonać?- rzekłem ciemnym głosem. – Czy nie mógłbym się o tym wszystkim dowiedzieć za mniejszą cenę?

– Bardzo pana przepraszam, ale mi się tylko tak wyrwało. Ja mam gębę, że nie daj Panie Boże! Ale panu przecie też nic nie brakuje sądząc po tym, co pan wypisuje.

Czy mnie słuch nie myli? Ponura Narcyza niezbyt się pomyliła oznajmiając przyjście "pannicy". Zuchwałość "zadartego nosa" zaczynała przekraczać wszelkie granice przyzwoitości. "Zadarty nos" obrażał mnie na moim własnym terytorium, jednym tchem przypisując mi swoje własne pyskate właściwości. Do stu tysięcy kosmatych Rolmopsów, mam tego dość! Zadzwonię na Narcyzę, dam jej niewidoczny znak, a "zadarty nos" wraz ze swym paskudnym kundlem rozwieje się we mgle, w czasie i przestrzeni. Straszliwa ta myśl musiała się odbić w moim spojrzeniu, panienka bowiem – znowu z niewypowiedzianą zuchwałą odwagą! – pogłaskała niespodziewanie moją rękę i nie powiedziała, lecz zakwiliła cichutko:

– O, pan się znowu gniewa!

– Bo chciałbym wreszcie wiedzieć…- zacząłem twardo i nieuprzejmie, ale nie miałem czasu, aby skończyć.

Oczy panienki zwilgotniały, pociągnęła zadartym nosem trzy razy, a po chwili, jak gdyby przypomniawszy sobie, że trzeba to uczynić do pary – po raz czwarty, złapała się ręką za zuchwałą głowę i zawiodła smętnie, nawet z żałością:

– O ja nieszczęśliwa… Cokolwiek zrobię – wszystko źle, cokolwiek powiem – jeszcze gorzej…Ja się chyba zabiję… Niech się pan nade mną nie lituje! Ja jestem przeklęta przez los i Pan Bóg mnie się wyrzekł…

– Ależ, proszę pani…

– Nie, nie, niech mnie pan nie pociesza. Ja chcę umrzeć!

– Nie tu! – krzyknąłem przerażony.

– A gdzie mam umrzeć? – rzekła ona rozdzierającym głosem. – Nie mam ani domu, ani nikogo.

– O biedne dziecko!

Tak najpierw zakrzyknęło moje niemądre serce, a potem dopiero ja, co się razem splątało w okrzyk tak żałosny i rzewny, że panienka z wdzięczności za współczucie położyła głowę na mojej piersi i cienko pochlipywała. Kosmaty kundel, zwiedziony tym ruchem i przekonany, że mam zamiar uduszenia jego umiłowanej pani, począł ujadać jazgotliwie, co musiało z kolei wywołać wilka z lasu, czujnym uchem złowiłem bowiem groźne pomruki Narcyzy za drzwiami.

W gorączkowym pośpiechu szukałem rady w bystrym moim rozumie, lecz rozum nie wiedział, co mi czynić należy. Zapytałem serce – serce było pełne przerażeń. Gdybym zawołał przenikliwie mądrą Narcyzę i ją zapytał o radę, rzekłaby niewątpliwie: "Ją niech pan zabije, a psa niech pan zastrzeli!"

Trwałem przeto w bezruchu i mimo woli gładziłem ręką głowę tej dziewczyny, która spadła na mój spokój tak właśnie, jak czasem dachówka spada z dachu na niewinną głowę przechodnia. Trwałem jak posąg w kamiennym, niewzruszonym spokoju i bezgłośnie przysięgałem niebu i ziemi, przyrodzie i żywiołom, że póki życia – nie pozwolę wypuścić panienki, która ma kosmatego psa; ani panienki która się zna na obrazach; ani takiej, która ma znajomego malarza. Nie ulega wątpliwości, że malarz potrafi zwichnąć rozum najbardziej sprawny i potężny, jakżeż tedy łatwo mógł przyprawić o utratę mizernej i piątej klepki nierozważną dziewczynę! Znałem dobrze tego Zawidzkiego, świszczypałę i lekkoducha, i wiedziałem, że dobry Pan Bóg niejeden raz zakrywał ręką twarz, nie mogąc patrzeć na jego szaleństwa. Skoro Zawidzki znalazł się w jakiś nie znany mi sposób na drodze tego dziewczęcia, z wszelką pewnością nikt inny, tylko on pomieszał jej rozum i wobec tego dziewczę godne jest litości. Myśląc o tym serdeczniej gładziłem jej głowę, co ją znacznie uspokoiło, spojrzała bowiem na mnie po chwili spojrzeniem wymytym we łzach i rzekła cichutko:

– O, jaki pan jest dobry, a ty, Rolly, uspokój się, ciężki idioto!

Jeden wykrzyknik wyrósł jak cyprys równocześnie nade mną i nad kundlem, ale już mi było wszystko jedno. Poczęła mnie ogarniać miła i ciepła radość, że panienka u mnie nie wyzionie ducha z boleści i nie zostawi mi w spadku kundla, który by mnie ścigał przez całe życie jak szczekająca klątwa. Zdołałem już pojąć, że panienka łatwo i bez głębszego namysłu przerzuca się z nastroju w nastrój, od uśmiechu do łez i z powrotem, co jest niezmiernie zajmujące w teatrze, nigdy w domu; zrozumiałem, że nic mnie już przed nią nie uchroni i będę musiał wytrwać do epilogu tragifarsy; wiedziałem niezbicie, że postępując łagodnie, ustępliwie i z niefrasobliwą na pozór pogodą – jest to metoda z powodzeniem stosowana wobec wariatów – dowiem się wreszcie, dlaczego dachówka spada mi na głowę.

Wiedziałem już, jak się zowie ogoniasty, nie znałem jednak imienia i nazwiska panienki, a był już chyba czas największy, abym się o tym dowiedział.

Począłem się zbliżać do tego zagadnienia ostrożnie, nie widząc, czy panienka uczyniwszy takie wyznanie nie położy znów głowy na mojej piersi i nie załka, chociaż rozsądne kobiety nie mają tego zwyczaju wymawiając swoje nazwisko. Zacząłem tedy mówić chytrze:

– Bardzo ni smutno, że się pani tak wzruszyła, panno Zosiu!

Liczyłem na to, że zwyczajem rodzinnym na dziesięć osób rodzaju żeńskiego jest siedem Zofii.

– Kiedy ja wcale nie jestem Zosia! – zaśmiała się panienka.

– A wolno wiedzieć, jak pani na imię?

– Wolno! Tatuś nazywa mnie Wu, a koleżanki nazywają mnie Miki…

– A jak mama?

– Ja nie mam matki – rzekła ona cicho. – Moja matka umarła, kiedy miałem osiem lat.

– Biedactwo…- szepnąłem.

Spojrzałem serdecznie i tkliwie na jej twarzyczkę, co nagle zagasła, dziewczynka zaś podziękowała mi ślicznymi smutnym uśmiechem.

– Mnie na imię jest Ewa – powiedziała. – A nazywam się Tyszowska.

– Tyszowska? Znam to nazwisko. Jest głośny lekarz bakteriolog…

– To mój ojciec! – zawołała radośnie panna Ewa.

– W takim razie ja znam ojca pani.

– Ależ tak, tak! I ja o tym wiem. Pierwszą książką, którą dostałam od ojca, była książka pana. Ojciec często mi mówił o panu… Pan o tym może wie, że mojego ojca nie ma teraz w Polsce?

– Wiem, bo to głośna sprawa…

– Tak, a teraz ojciec wraca… Wraca za dwa tygodnie.

– No to świetnie!

– To wcale nie świetnie.

– Jakże to? Pani się nie cieszy?

– Czy ja się cieszę? O Boże drogi! Od dwóch dni, od kiedy dostałam wiadomość, zdaje mi się, że oszaleję z radości. Ale, proszę pana, ja się boję…

– Czego? Co się stało?

Panna Ewa "zrobiła ponurą twarz".

– Stały się straszne rzeczy. Ojca nie było w kraju przez półtora roku. Pan nie może mieć nawet wyobrażenia o tym, co ja zdołałam zdziałać przez ten czas. O rany! Jeżeli ojciec nie osiwieje, to będzie cud boski. Co ja narobiłam, co ja narobiłam! I ja, i ten pies.

– Cóż pani mogła takiego zrobić? – pytałem zaniepokojony.

– Co ja zrobiłam? Gdyby pan miał włosy na głowie, to by…O; bardzo pana przepraszam…

– Nic nie szkodzi. Kobieto, mów dalej, byle prędzej!

– To się nie da tak od razu powiedzieć. I na wołowej skórze też by nie spisał. I dlatego właśnie przyszłam do pana.

– A cóż ja mam z tym wszystkim wspólnego?

– Niby nic. Pomyślałam sobie jednak tak: ja panu wszystko uczciwie opowiem, a pan mnie obroni przed tatusiem i wszystko mu pan wytłumaczy.

– Ja? Dlaczego ja?

– A któż inny? – odrzekła panienka zdziwionym pytaniem na moje niemądre pytanie. – Przecie pan nas kocha?

– Kogo to: "nas"?

– Wszystkich, co mają jeszcze kiełbie we łbie, więc i mnie. Czy pan myśli, że ja nie wiem, jakie rozmaite podlotki pisują do pana listy? My w szkole wszystko wiemy.

– Owszem, pisują i cóż z tego?

– To z tego, że pan powinien nas obronić w nieszczęściu i nie pozwolić nikogo skrzywdzić.

Długo byłem spokojny. Długo byłem cierpliwy. W tej chwili jednak ogarnął mnie gniew.

– Cóż ty sobie wyobrażasz, szalona dziewczyno – urągałem niewątpliwie – że ja będę z uczciwymi ludźmi wojnę toczył o sto tysięcy podlotków, którym się podobało narobić sto tysięcy głupstw? Cicho bądź, kundlu! – ta apostrofa zwrócona była w stronę Rolmopsa, który niebezpiecznie zawarczał i łypał oczami na moją stronę. – Co sobie panienka wyobraża? Nie wiem, o co idzie, ale nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Niech pani uspokoi tego psa, bo go wyrzucę przez okno!… Skoro panienka nawarzyła piwa, niech je teraz wypije. Może pani kogo zamordowała?

– Nie miałam czym – rzekła ona zuchwale.

– To całe szczęście. Zresztą to wszystko jedno!

Panna Ewa patrzyła na mnie przenikliwie, a równocześnie z uśmiechem nieco drwiącym.

– Pan jest bardzo kochany! – rzekła wreszcie. – Pan niezbyt udaje takiego, co się okropnie złości.

– Ja udaję? Wypraszam sobie te poufałości… Oświadczam pani stanowczo, że nie chcę słyszeć o niczym, że wezmę udział w żadnej awanturze i nie zamienię z ojcem pani ani słowa…

– I nie obroni mnie pan przed ludzką złością?

– Nie obronię.

– Ha to trudno… Rolly, chodź! Bardzo pana przepraszam za najście. Żegnam pana i niech Bóg ma pana w swojej opiece…

– Żegnam panią…

– Przepraszam, nie skończyłam jeszcze: panu będzie boska opieka bardzo potrzebna…

– Czemuż to? – mówiłem drwiąco.

– Zaraz panu powiem. Otóż cała młoda Polska dowie się jutro, że pan odmówił opieki i pomocy jednej z tych, wobec których od tylu lat udaje pan miłość. My panu wierzymy, my w pana wierzymy, my pana kochamy, a kiedy się zdarzyło, że jedna z nas przyszła do pana, aby się wypłakać, pan ją wygnał na mróz…

– Na jaki mróz?! – krzyknąłem w pasji.

– Wszystko jedno. Mrozu nie ma, bo jest lato, ale tak mi się powiedziało. Najpierw jakiś potwór chciał mnie zakatrupić w przedpokoju, a teraz pan szuka, czym ciężkim mógłby we mnie rzucać. I to wszystko za to, że ja do pana jak do rodzonego ojca… Jutro wszyscy się dowiedzą, jaki pan jest naprawdę. W książkach to nie sztuka, proszę pana… Ale teraz będziemy wiedziały… Rolly, choć, bo pan Makuszyński jeszcze nas zamorduje.

Ona spojrzała na mnie z wyrzutem, kundel spojrzał na mnie z pogardą i machnął na mnie ogonem. Czułem, że świat się ze mną zakręcił najpierw w prawo, a gdy się zmęczył, zaczął kręcić się w lewo.

Panna Ewa skłoniła się głęboko i szła ku dziwom.

– Potworze, stój! – wrzasnąłem przeraźliwie.

Przed oczami udręczonej mojej duszy zaczęła defilować armia stu tysięcy panienek. Jedne patrzyły na mnie ze zgrozą, inne ciężko wzdychały westchnieniem zawodu, a kilka tysięcy krzyczało piskliwymi głosy: "Zdrada, zdrada!" – Uczyniło mi się gorąco. Zimny pot spływał po moim czole. Będę wkopany w ziemię, będę przywalony najcięższym głazem wzgardy.

– Potworze, stój! – powtórzyłem konającym głosem.

Potwór odwrócił się z uśmiechem od drzwi, błysnął białymi zębami, ozłocił gębę uśmiechem i rzekł:

– Strasznie pana kocham!

Potem usiadł i zaczął opowiadać.

Przyszedł nazajutrz i znowu opowiadał. Potwór opowiadał tak długo, że Narcyza usnęła raz pod drzwiami, znudzona podsłuchiwaniem. Ja słuchałem, albowiem miałem pannę Ewę zasłonić własną piersią, gdyby jej szanowany rodzic chciał jej urządzić gęsim za wszystkie zbrodnie i awantury. Od czasu do czasu przykładałem sobie lód do głowy, aby się w niej mózg nie zagotował. Czasem wydawałem niezrozumiałe okrzyki. W ten sposób dowiedziałem się o szaleństwach panny Ewy i spisałem w tej książce.

Nie ma wprawdzie w tej chwili na świecie dwóch większych przyjaciół niźli ona i ja (Rolmops pozostał opryszkiem), mam jednak do niej głuchy żal; kiedy się bowiem wybrałem do jej ojca, aby w jej obronie wygłosić taką mowę, jakiej świat nie słyszał, ten człowiek uściskał mnie i rzekł:

– Ewa opowiedziała mi o wszystkim i niech się już pan nie trudzi. To dzielna dziewczyna. Czy napije się pan wina?

– Nie! – odrzekłem. – Ale jeżeli ma pan truciznę…


Rozdział drugi

W którym na scenę wchodzą uczciwi ludzie, bakcyle cholery i złodziejski pies.


Hieronim Tyszowski miał niewiele ponad lat czterdzieści, a już europejską cieszył się sławą. Głośne były jego badania zarazków dżumy, cholery i innych ich bliskich kuzynów trapiących ludzkość. Prace jego na te ponure tematy tłumaczone były na wiele języków. Obok słynnych matematyków polskich, którzy zdobyli światową sławę, Tyszowski zdobywał ją w swojej dziedzinie dla wspaniałej polskiej nauki. Pracował z tą namiętną rozgorzałą zapamiętałością, bohaterstwu największemu równą, wobec której nawet posępna okrutność przyrody staje bezradna i musi zdradzić człowiekowi swoje tajemnice. W tej walce nieustępliwej i nieustającej, którą rozpoczął Prometeusz, wykradłszy ogień dla struchlałej w mrokach i zimnie ludzkości, padło już wielu wspaniałych ludzi. Skazywali sami sobie na męczarnie, na kalectwa i na śmierć; lecz jak miejsce poległego żołnierza natychmiast zajmuje żołnierz inny, tak na stanowisku, na którym padł wielki uczony, zjawia się w tejże samej chwili ktoś nowy, młodszy, równie odważny. Tak jak nieodmiennie od wieków. Jeden z bohaterów pada, "aby poległym ciałem dać innym szczebel do sławy grodu". Ten, co zajmuje opróżnione stanowisko, zjawia się bez lęku: radosny, jasny, słoneczny i szczęśliwy. Rozpoczyna dzieło w tym miejscu, w którym tamten je przerwał. Dzieło musi być spełnione, choćby śmierć zabijała legiony uczonych.

Tyszowski badał najstraszliwsze drobnoustroje ani przez chwilę nie myśląc o tym, że sto razy dziennie dotyka śmierć zamkniętej w szkiełku. Jasne jego oczy patrzyły z usilnym natężeniem w mikroskop, czujne, mądre i bystre. Było w nim coś z dziecka, gdy wychodził z pracowni. Nikt by nie przypuścił patrząc na tego radosnego człowieka śmiejącego się do słońca, że przed chwilą zgłębiał najbardziej posępne, najgłębiej ukryte tajemnice życia i śmierci. Uczciwie swoje serce dzielił uczciwie pomiędzy naukę i córkę. Po stracie żony nie miał niczego droższego na świecie, nie dbał zaś o siebie jedynie. Było mu wspaniale obojętne, czy jadł obiad i czy jest przyzwoicie odziany. Brodaty Czas wydzierał sobie włosy z sędziwej brody, widząc, jak ten człowiek nie zdaje sobie sprawy z prawidłowego następstwa godzin i żyje bez zwracania uwagi na dowcipny przyrząd zwany czasomierzem. Tyszowski, zasiadłszy w miłym choć głucho milczącym towarzystwie zarazków dżumy, nie zauważył czasem, że minęła noc i że nowe ukazało się słońce. Zarazki były znudzone i zmęczone, on nigdy. Patrzył przez chwilę w rozjaśnione światłem okno i starał sobie przypomnieć, czy to jeszcze wieczór, czy to już rano? Dopiero dobrzy ludzie w białych kitlach, zjawiający się w laboratorium, podawali mu ścisłe o tym wiadomości. Powracał przeto do domu mocno zatrwożony oczekiwaniem zgiełkliwej awantury, którą mu z wszelką pewnością urządzi córka.

Panna Ewa, nieco większa od zarazka dżumy, lecz równie ruchliwa i groźna, wychowywała się pod opieką dobrej kobiety, którą z matką Ewy łączyła cienka pajęczyna jakiegoś pokrewieństwa. Pani Halicka miała wielkie serce, lecz nieco mniejszy rozsądek, który sztukowała nieprzebraną poczciwością, co miało ten nieoczekiwany skutek, że nie ona wiodła przez życie brzdąca, zwanego Ewą, lecz brzdąc, zwany Ewą, wiódł przez zasadzki żywota pulchną i wieczyście jakby zatrwożoną panią Halicką. Nie ulegało natomiast żadnej wątpliwości, że gdy ją Bóg kiedyś powoła do Swojej chwały, każe jej dać w niebie najbardziej zaciszny kącik w nagrodę na niepoliczone utrapienia, które były jej udziałem w domu spokojnego pana Tyszowskiego i niespokojnej panny Ewy.

Wieczysta trwoga na rumianym obliczu dobrej kobiety mogła się wywodzić z jej owczej bezbronności wobec podstępnej złości świata, nierównie więcej jednak przemawia za tym, że owego strachu nabawił ją pan Hieronim Tyszowski. Wiadomo jej było, że on i cholera to jedno. O cholerze miała z dawna wyrobione zdanie, któremu trudno było odmówić słuszności, była zaś głęboko przekonana, że jeśli nawet lekkomyślny ten człowiek nie połyka cholery dla zwyczajnej igraszki, z pewnością jednak nosi ją przy sobie. Zdarzyło się czasem, że siedząc w jej towarzystwie przy stole wyjmował nagle z kieszeni kamizelki maleńką szklaną probówkę i pilnie się w nią wpatrywał. Wtedy uciekała z krzykiem, pytając Boga zbielałymi ustami, w jakim celu stworzył takich szaleńców. Za żadne skarby świata nie byłaby dotknęła odzienia pana Tyszowskiego, któż bowiem mógł zaręczyć, czy nie siedzi na nim dorodny bakcyl dżumy, ojciec licznej rodziny? Ze strachem patrzyła, jak Ewa rzucała się na szyję ojcu, powracającemu z pracowni pełnej "morowego powietrza". Kochała dziewczynę wszystką mocą opasłej duszy i dlatego jedynie nie uciekła dotąd z tego domu śmierci, w którym wedle jej głębokiego przekonania tak latały bakcyle, jak w innym domu mole. Potajemnie, gdy zostawała w nim sama, paliła paskudne kadzidła, tak zwane "trociczki", które miały samym zapachem zakatrupić nienawistne zarazki. Zaprawdę, obrany z rozumu byłby srogi bakcyl, gdyby się podczas palenia tych wonności zbliżył na odległość kilometra. Żaden się przeto na to nie ważył, największy nawet lekkoduch, za to jednak dobra pani Halicka kładła się do łoża na trzy dni z głową owiniętą mokrym ręcznikiem i jęczała cichutko. Takie bowiem potężne zapachy biły od owych kadzideł. Pan Tyszowski na próżno tłumaczył zacnej kobiecinie, że będzie żyła szczęśliwie sto siedem lat, jedenaście miesięcy dwadzieścia dziewięć dni.

Pani Halicka miała bliską rodzinę gdzieś za Krakowem i od lat ośmiu, spędzonych w domu Tyszowskich, wybierała się do niej w każde wielkie święta, w zimie jednak było na podróż za zimno, na wiosnę zaś padał zwykle deszcz, więc odkładała podróż do sposobnej pory. "Tymczasem" prowadziła gospodarstwo domowe i zastępowała Ewci matkę. Ewcia zwała ją "ciocią", chociaż niewiele prawnych podstaw istniało do tego czcigodnego tytułu. I pan Tyszowski, nie wiedząc, jak jej wyrazić serdecznością i tkliwą wdzięczność, mianował ją też "ciocią", tak że po kilku latach nikt nie używał ani jej imienia, ani jej nazwiska i dla całej ulicy, dla sklepikarza i listonosza, dla stróża i dla całego domu była ciocią. Pamiętano jednak o jej imieniu, gdy się zaczerwieniło w kalendarzu, Ewcia bowiem na ten dzień, zapewne i w niebie obchodzony uroczyście, ze śpiewami i tańcami, dziergała jakąś koroneczkę, a pan Tyszowski przynosił z cukierni tort z marcepanowymi kwiatkami na górze i z zakalcem w środku. Ciocia patrzyła na ten potężnych rozmiarów smakołyk podejrzliwie i gdyby umiała po łacinie, zakrzyknęłaby niewątpliwie: Timeo Danaos et dona ferentes! – co oznacza w katolickim języku: "Trwożę się Danaów nawet i wtedy, gdy przynoszą dary!". Gdyby wypadało, oblałaby tort na wszelki wypadek formaliną albo innym żrącym płynem, zabijającym zarazki, ale nie wypadało. Oblewała go przeto łzami rozczulenia, co wzgórzu słodyczy nadawało smak wybitnie słony. Nawet jednakże i w tym dniu promienistym, w dniu powszechnej wymiany serc, zacna ciocia nie pozwoliła na to, by ją uściskał "ojciec zadżumionych", i uciekała z krzykiem, zauważywszy jego zuchwały gest otwierania ramion.

Z przyzwoitej odległości umiała ciocia zdobyć się na odwagę. Należy przyznać rzetelnie, że do dnia dzisiejszego nie rozlegałby się ani jeden strzał na świecie, gdyby cioci polecono wynalezienie prochu, lecz w sercu jej mieszkała odwaga, skoro szło o Ewcię. Pan Tyszowski umiał liczyć bakcyle na miliardy, straszliwie jednak mąciły mu się rachunki, gdy liczył pieniądze. Znał je zapewne ze słyszenia, a wydawał dość rzadko. Uważał je za wynalazek tępy i nieudany. Często się dziwił niesmacznej natarczywości ludzi, żądających pieniędzy za cukier, bułki i mięso. W głębi duszy dziwił się zapewne i temu, że czasem sam otrzymywał pieniądze za swoją ogromną pracę, sprawiającą mu niebywałą rozkosz. Brał je, przyglądał im się przez chwilę uważnie, rozmyślając nad tym, ile i jakiego gatunku snuje się po nich zarazków, poczym oddawał je Ewci, a Ewcia oddawała je cioci, która nigdy nie byłaby ich przyjęła z rąk Tyszowskiego. Ponieważ Ewcia nie umarła w srogich mękach, był to znak, że "banknoty są zdrowe".

Zawsze jednakże było ich za mało. Ciocia mogłaby wprawdzie być mistrzem skarbu w jakimś pomniejszym państewku, a najsprawniejszy marynarz nie umiał tak zawiązać liny okrętowej, jak ona umiała związać koniec z końcem, zazwyczaj jednak na nowiu księżyca ciocia stawała osłupiała, podobna do żony Lota, zamienionej w słup soli, i spoglądała z głębokim przerażeniem na pusty skarbiec domowy. Pan Tyszowski uciekał rano z domu do swej cholery, Ewcia biegła do szkoły, a ciocia trwała w tragicznym bezruchu. Po dłuższej chwili wydawała z siebie rozdzierający jęk, co ją powracało do życia i zagrzewało do walki. Czekała powrotu Tyszowskiego i wszystko jej było jedno, kiedy powrócił. Zjawiła się przed nim z kamienną twarzą i mówiła. "A słowa jej były żelazne".

– O! – wykrzykiwał Tyszowski. – Czemuż to ciocia jeszcze nie śpi?

A ona odpowiadała:

– Gdybym leżała nawet w trumnie, też bym nie mogła zasnąć!

Noc bladła z przerażenia, słysząc te okropne słowa.

– Czy się coś stało? – pytał Tyszowski zaniepokojony.

– Stało się. Ewcia wieczorem nie jadła.

– Boże drogi, chora?

– Ewcia nie jest chora i mogłaby zjeść całe cielę. Tylko że nie było co jeść… Pan może jeść ten bulion, którym pan żywi swoje bakcyle, bo panu jest wszystko jedno, ale dziecko trzeba nakarmić uczciwie. Czy pan słyszy?

– Słyszę, słyszę, niech ciocia nie krzyczy. A czemuż to nie ma u nas co jeść?

– Bo manna nie spadła z nieba!

– O, to źle, to źle! – mruczał Tyszkowski, z czego można było wnosić, że narzeka na niebieskie urządzenia.

Pan Tyszowski jednak martwił się na inny temat. Strach go chwycił, że Ewcia nie jadła. Było to wierutne łgarstwo, ciocia bowiem nie dopuściłaby przenigdy do okrutnej głodującej ostateczności, prawdą natomiast niezbitą była ponurość najbliższej przyszłości. Ciocia z niewypowiedzianym sprytem pragnęła wzbudzić w Tyszowskim zabójczą i zdobywczą energię, więc przyniosła przed jego oczy blade widmo Ewci, którą srogi głód zamieniał powoli w jasnokościsty szkielet.

– Co robić, ciociu złota, co robić? – pytał Tyszowski.

– Pieniądze! – odrzekła ciocia krótko i rozumnie.

Znakomity uczony spojrzał na nią ze strachem, przyszło mu bowiem na myśl, że go ciocia namawia do fabrykacji banknotów, co jest źle widziane przez władze, ciocia jednak nawet podczas przypływu grozy miała minę tak poczciwą, że go ta myśl odbiegła.

– Do pierwszego jeszcze kilka dni – mówił zadumany. – Ale, ale! – zakrzyknął radośnie. – Przecież ni się coś należy od wydawcy. Jutro będziemy mieli pieniędzy w bród.

– Od wydawcy? – zaszemrała ciocia. – To znaczy: od księgarza? Myślałem, że pan wpadnie na lepszy pomysł. Od dwóch lat wciąż ma pan coś przynieś od wydawcy, ale dotąd pan nie przyniósł.

Machnęła ręką na znak beznadziejności, co Słowacki wyraził przy innej sposobności słowami: "Kto tam odejmie co, ten będzie mądry!"

– Jednak spróbować nie zawadzi…

– A jeśli się nie uda?

– Ha! – zakrzyknął Tyszowski.

Była w tym zwartym okrzyku groźba śmierci, potępienie i szaleństwo, co jednakże najmniejszego wrażenia nie uczyniło na cioci. Znała ona zbyt dobrze zapobiegliwość i przedsiębiorczość tego najłagodniejszego z ludzi, którego każdy wydawca sprzedałby bez najmniejszego trudu do Egiptu, gdyby tam jeszcze robiono takie interesy. Wiedziała jednak, że głuchy na wszelkie rozumne perswazje dobędzie z siebie niebywały zapas pomysłowości, skoro tylko idzie o Ewcię. Razu pewnego ciocia bez żadnych dramatycznych objaśnień postanowiła na jego nocnym stoliku bucik Ewci. Tyszowski wrócił pożną nocą, spojrzał wielce zdumiony i pomyślał w pierwszej chwili, że to dziwnego kształtu popielniczka. Ujrzawszy jednak straszliwe w buciku rozdarcie, zasromował się i jęknął głucho. Nazajutrz przyniósł tryumfalnie nowe obuwie. Ciocia wiedziała, że teraz też dokona jakiegoś bohaterstwa, odebrawszy od genialnej głowy te mądre opary, które się snują nad ludźmi uczonymi.

Na wszelki wypadek, na tak zwaną "czarna godzinę", chowała ciocia swój jedyny złoty skarb. Miała kiedyś dwóch mężów, których Bóg powołał do Swojej chwały, uznawszy, że na ziemi nie ma z nich zbyt wielkiego pożytku. Po każdym z nich pozostała złota obrączka. W "dniu gniewu i klęski" zanosiła ciocia do zakładu zastawczego najpierw tę, na której wyryta była data pierwszego ślubu, potem drugą, żałując czasem, że nie poszła w zamęście po raz trzeci. Ciocia była niezmiernie chytra i przed czwartym dniem mówiła na wszelki wypadek tak sobie, od niechcenia:

– Palce mi puchną, muszę zdjąć obrączki…

A to nie palce jej puchły, tylko głowa puchła jej od trosk i zmartwień.

Składała potem grosz do grosza i obrączki wracały na swoje prawowite miejsce, co wielce radowało w niebie obydwóch nieboszczyków.

Smętne te historie powtarzały się kilka razy do roku i gdyby nie owe dni chmurne, radośnie byłoby w domu pana Tyszowskiego. Kochał on Ewcię, tak gorąco, jak gdyby pragnął oddać jej i miłość matczyną. Wiedział, że sto nawet serc, chociażby tak miękkich i tak czułych jak zacne serce cioci, nie zastąpi dziecku jednego uścisku i jednego uśmiechu matki, więc serce własne otworzył szeroko. Był nie tylko ojcem dziewczynki, lecz jej starszym bratem, przyjacielem, rówieśnikiem i kolegą. Znakomity uczony zmieniał się czasem w rozbrykanego urwipołcia, który wraz z Ewcią wywracał uczciwy dom do góry nogami. Zdumiałyby się wszystkie uniwersytety świata widząc, jak głośny uczony siedzi na wzgórzu szafy i zachęca niewinne dziecko, aby się wgramoliło na tę samą przeraźliwą wysokość albo jak czasem rzuca w swoją latorośl poduszkami, wydając przy tym odarte ze skóry okrzyki. Trzecim wspólnikiem tych zabaw był straszliwy kundel, Rolmops, indywiduum bez czci, wiary, wstydu, dobrego smaku, bez wychowania, bez poczucia odpowiedzialności, bez piątej klepki. Podrzutek, znaleziony w sieni, od najpierwszych swoich dni był jawnie opętany przez złego ducha i dotknięty nieznanego rodzaju szaleństwem. Ciocia biegała czasem ze łzami w oczach pana Tyszowskiego, aby tę lichą i bezczelną imitację psa nakarmił cholerą i dżumą w słusznym mniemaniu, że sama cholera nie da rady temu oberwańcowi. Pies ten najwyraźniej wszystko rozumiał, z natury zaś swojej był zawodowym złodziejem, który cioci kradł wszystko spod ręki i takie stroił miny, jak gdyby był wiecznie krzywdzonym sierotą, na którego dobrą sławę ciocia niesłusznie nastaje. W lot pojął, że ciocię można oszukać w żywe oczy, że jedynie z panem Tyszowskim nie trzeba żadnych robić ceremonii i że w pewnej mierze liczyć się należy jedynie z Ewcią. Dzieje świata nie zanotowały większego opryszka i oczajduszy psiego pochodzenia.

Ewcia składała się z duszy, z ciała, z prochu, siarki, dynamitu i jeszcze siedmiu innych ingrediencji wybuchowych, każdej chwili grożących spokojnemu światu zagładą. Ciocia przypisywała tę wybuchowość temperamentu zadartemu nosowi, czego jednak sposobem naukowym dowieść się nie dało. Wiele jednak w tej hipotezie mogło tkwić słuszności. Ewci wszędzie było pełno; obejmowała przy każdej sposobności przewodnictwo w koleżeńskim gronie; bystrość jej była zdumiewająca; inteligencja dorównywała czasem szatańskiej inteligencji Rolmopsa; wesołość jej była huczna, roześmiana, rozperlona i nieustanna. Rozmowy z ojcem, który zapominał niemal zawsze, że rozmawia z małą dziewczynką, i gadał z nią jak z brodatym profesorem uniwersytetu, napełniły jej drobną głowinę wyborną mieszaniną, zwaną przez ludzi prostego ducha "grochem z kapustą". Wielkim wysiłkiem bystrego rozumu poczęła Ewcia z czasem oddzielać groch od kapusty i porządkować zatłoczoną spiżarnię. W szkole budziła podziw łakomstwem nauki i jasnością myślenia. Więcej jednak niż zalety umysłu budziło zachwytu jej serce. Zdawało się, że posiada ono jedynie "południową stronę" tak nagrzaną uśmiechem jak słońcem. Cudzy ból był jej bólem. Cudze nieszczęście było jej osobistym nieszczęściem. Widok katowanego na ulicy konia przyprawiał ją o wstrząs i rozpacz. Zdarzyło się pewnego razu, że mała dziewczynka w szkolnym mundurku rzuciła się jak młode tygrysiątko na ogromnego draba, co drzewcem bata tłukł nieszczęsnego konia po oczach. Przyglądająca się temu gromadkę nieśmiałych ludzi ogarnął wstyd. Draba przytrzymano, a ktoś rzekł do Ewci:

– Niech cię Bóg błogosławi, dzielna dziewczynko…

Dzieciarnia całej ulicy była pod komendą Ewy, od tych najmłodszych, za którymi powiewała prawie biała chorągiewka prawie białej koszuli, aż do tych, co tłamszą górną wargę, aby przyśpieszyć porost wąsów. Kochało się w niej na zabój osiemnastu uczniaków, co powodowało groźne pomruki, potężne obietnice połamania kości rywalom, rozmowy pełne błyskawic i gromów i takie spojrzenia, po których pojawiają się sińce na obliczu wroga. Primadonna jednakże mało zwracała uwagi na wzdychania i madrygały. Największą jej miłością, najwierniejszą i jedyną, był pan Hieronim Tyszowski, arcyojciec, arcyprzyjaciel i arcytowarzysz. Tych dwoje umiało z sobą gadać i słowami i, jeśli było trzeba, na migi jak sztubacy, jeśli było do przewidzenia, że ciocię coś oburzy.

Pan Tyszowski przychodził z rozwianymi nieporządnie włosami, z krawatem wykrzywionym ze środy na piątek i z uśmiechem tak szerokim jak brama miasta Gazy. O tak roześmianym człowieku rzekł raz ktoś obrazowo, że "mógłby jeść szparagi na poprzek".

Ewcia wołała potężnie:

– Witaj, witaj, Hieronimie, zimny w lecie, ciepły w zimie!

Hieronim najpierw przestał się śmiać z nadmiernego zdumienia, po czym odpowiadał:

– Witaj, witaj, lube dziecię, głupie w zimie, głupie w lecie!

– Jak śmiesz obrażać damę, Hieronimie!

– Damo! Jak śmiesz znieważać rodzonego ojca?

– Kobiecie wszystko wolno!

– A rodzicom wolno położyć kobietę na kolanie i…

– Nie kończ, luby Hieronimie! – wołała dama z nosem nieprzyzwoicie i niemodnie zadartym i rzucała się ojcu na szyję.

Czasem mówiła:

– Tatusiu, czy wiesz, że poszłabym za tobą do piekła!

– O, zła i niewdzięczna córko, jak możesz mówić rzeczy tak okropne?! Skoro zapowiadasz, że pójdziesz za mną do piekła, z tego wynika, że przedtem musiałbym ja się tam znajdować. Czy ja będę w piekle? Odpowiadaj: tak czy nie?

– Słusznie! Jesteś aniołem i nie pójdziesz do piekła, wobec tego i ja nie miałbym tam nic do roboty. Za to na każde twoje wezwanie skoczyłbym w przepaść.

– To też na nic! – śmiał się Tyszowski. – Najbliższa przepaść znajduje się w Zakopanem. Trzeba by jechać daleko, długo i za wielkie pieniądze. Rozmyślilibyśmy się oboje, zanim byśmy dojechali. Pozwalam ci na moją cześć skoczyć z pieca na łeb.

– Chcesz?

– Nie chcę, nie chcę! Wierzę ci na słowo. Kochasz mnie?

– Och! – jęknęła Ewcia tak głęboko, że głębiej nie było można.

– Ewuniu moja! – mówił Tyszowski z gorącym rozczuleniem i gładził jej głowiznę.

Potem rozpoczynali uroczysty taniec, do którego na trzeciego przyłączył się paskudny Rolmops, rytmicznie i wdzięcznie pokrzykując.

Ewcia zauważyła jednakże, że od niewielu dni uczony Hieronim powraca do domu wcześniej niż zwykle i dziwnie zamyślony. Wprawdzie już od progu rozpoczynał obłędny dialog, lecz czynił to bez zwyczajnej werwy i na próżno starał się sklecić dwuwiersz, aby nim pognębić wyrodną córkę. Przy stole siedział zamyślony i zdarzało mu się, że wsypał sól do herbaty.

"Coś gryzie Hieronima!" – pomyślała Ewcia z niepokojem.

Patrzyła pilnie w jego oczy, zadumane i patrzące z uporem w jeden punkt, lecz nie śmiała pytać, co się z nim dzieje. Wiedziała, że powie jej sam. Odbyła natomiast naradę z panią Halicką.

– Ciociu! Tatusiowi coś dolega…

– Cóż znowu? – rzekła ciocia. – Najadł się wczoraj wieprzowiny z kapustą, więc mu dolega…

– Ależ nie… Tatuś ma jakieś zmartwienie. Ja wiem, że coś go dręczy!

– Dręczy go? Skąd ja mogę wiedzieć, co go dręczy? Może zagubił pakunek z cholerą albo co? Czytałam, że się takie wypadki zdarzały. Czemu nie zapytasz ojca?

– Bo może nie chce, aby go pytać.

– W takim razie ja sama go zapytam!

– Ciociu złota! Tylko delikatnie…

Ciocia się obruszyła.

– Jeszcze się nikt nie skarżył na moją delikatność.

Wobec tego, chytrze okrążając pana Tyszowskiego, Zagadnęła go ciocia znienacka:

– Zamordował pan kogo czy co?

– Dobra kobieto! – odrzekł on. – Skąd takie posądzenie?

– Skąd, że pan wygląda jak siedem nieszczęść. Co pana gryzie?

– Troski mnie gryzą… Ależ ciocia ma oko!

– To nie ja, to Ewcia spostrzegła. Ja mam co innego do roboty niż patrzeć na pańskie miny.

– Ewcia? Ta dziewczyna ma tyle oczów, co mucha. Cóż ona cioci nagadała?

– Nic nie nagadała. Nam, kobietom, starczą dwa słowa i już wszystko wiemy, a Ewcia to mądra dziewczyna!

– Aha! – mruczał Tyszowski w zamyśleniu. – Prawdę mówiąc, już czas, aby wam wszystko powiedzieć. Najpierw powiem jednak pani. Czy Ewcia już śpi? Tak? Niech się ciocia zbliży, to się z ciocią naradzę.

Ciocia spojrzała podejrzliwie i choć ciekawość tryskała z jej spojrzenia jak fontanna, rzekła dobitnie:

– Nigdy do pana się nie zbliżę, bo mi życie miłe. Chce pan gadać, niech pan gada głośno, a nie, to nie.

Tyszowski zaśmiał się cicho.

– Dobrze, ciotko całego świata! Niechże się ciocia dowie, że mam ogromne zmartwienie. Nie wiem, co mam uczynić… Zaproponowano mi, abym na rok albo na dłużej pojechał do Chin…

– Matko Boska! – krzyknęła zdławionym głosem ciocia. – Ja nie pojadę!

– Otóż właśnie! Ani ciocia, ani Ewcia. Musiałbym jechać sam.

– A po co? Czy panu życie niemiłe?

– Pojadę i wrócę, niech ciocia będzie spokojna. W Chinach wybuchła cholera…

– A my pijemy chińską herbatę! Świat się kończy!

– I o to niech ciocia będzie spokojna. Ta herbata, którą my pijemy, z wszelką pewnością nie była nigdy w Chinach. Ale mniejsza z tym! Więc, widzi ciocia, w Chinach jest cholera, a że ja się trochę na tym znam, więc chcą, abym tam pojechał i zakatrupił tę cholerę.

– I pan chce jechać?

– Nawet bardzo! Tu mam cholery jak na lekarstwo, ledwie odrobinę, a tam miałbym jej, ile tylko dusza zapragnie.

– Boże, nie skaż tego człowieka! – krzyknęła ciocia.

– Niech ciocia pomyśli tylko, ile bym się nauczył, ile bym wyratował nieszczęśliwych ludzi. Może by mi się udało znaleźć to miejsce, w którym się ona tam lęgnie, może bym znalazł taki środek…

– Oby przedtem cholera nie znalazła pana!

– Bóg jest wielki! – odrzekł Tyszowski z cichą powagą. – Co ma być, będzie, i nie to jest moim zmartwieniem. Od kilku dni rozmyślam nad tym, co zrobić z Ewcią i co z panią zrobić, droga ciociu!

Pani Halicka milczała przez dłuższą chwilę i patrzyła na Tyszowskiego miękkim spojrzeniem.

– Z pana jest dziwny człowiek – rzekła wreszcie cicho. – Sam się pan narazi na śmierć, aby ratować innych. Ma pan własne troski, a myśli pan o tym, co będzie ze starą babą.

– Z jaką starą babą? – zdumiał się Tyszowski.

– Ze mną, ze mną…Młoda nie jestem, więc to ja, i wąsów nie mam, więc to też ja. To ładnie, że pan udaje, jakby pan rozumiał, o kim ja mówię. O mnie jednak niech się pan nie troszczy… Mam do kogo pójść i mam się gdzie schronić. Rok albo półtora – powiada pan? To długo, ale można wytrzymać. Gdzieś tam na ten czas przypadnę, ale zapowiadam panu uroczyście, że jeśli nie umrę, powrócę!

– O, ciociu kochana!

– Tylko niech się pan nie zbliża… Pana nic się nie czepi, ale mnie może czepić się od razu. Powiadam, że wrócę, bo nikt inny, tylko ja wydam Ewcię za mąż!

– Och! – zaśmiał się Tyszowski.

– Co w tym śmiesznego? Pan by ją wydał za byle połamańca, boby mu się pan nawet nie przyjrzał. Ale to będzie ze mną sprawa! Na to jednak jest czas. Ważniejsze jest to, co pan zamyśla zrobić z dzieckiem przez czas pańskiej nieobecności. Za pozwoleniem! Czy panu zapłacą za te chińskie ceremonie?

– Oczywiście, i bardzo wiele zapłacą.

– Spodziewam się, że nie herbatą, tylko pieniędzmi. Starczy tego i dla pana, i dla dziecka?

– Chyba starczy…

– I to też ja zadbam, bo pana oszukują. Takiego niedorajdy w pieniężnych sprawach, jak pan, nie ma drugiego na bożym świecie. Pieniądze to nie cholera, do tego trzeba mieć głowę. Chociaż, co ja mówię! Czasem pieniądze gorsze są od cholery…Ale co dalej? Co pan postanowił zrobić z Ewcią?

Tyszowski rozłożył bezradnie ręce.

– Otóż właśnie, że niczego nie postanowiłem. Po prostu – nie wiem! Ewcia musi pozostać w Warszawie, musi chodzić do szkoły, a dom trzeba zwinąć. Na całe gospodarstwo by nie starczyło… Najchętniej ucałowałbym ręce cioci i prosił, aby została z Ewcią, ale wiem, że to niemal niemożliwe. Ciocia zamartwiłaby się z czasem na śmierć, a złote obrączki…

– Jakie obrączki?! Co pan wygaduje! Nie mam żadnych obrączek…- krzyknęła ciocia, czerwona jak cukrowy burak, bo byłoby ponurą krzywdą porównanie jej z nieszlachetnym burakiem pastewnym.

– Tak, to prawda – mówił Tyszowski wzruszony – że ciocia nie ma żadnych obrączek, bo obie są zastawione. Czy ciocia myślała, że ja już o niczym nie wiem? Czy ciocia myślała, że ja nie wiedziałem, jak te obrączki zsuwały się same z palców, a ciocia mówiła, że jej palce spuchły? Niech to Bóg pani zapamięta, dobra, złota, serdeczna kobieto… Jutro obrączki będą w domu z powrotem!

– Nie ma się czego śpieszyć! – mruknęła pani Halicka. – Kiedy pan chce wyjechać?

– Za jakieś dwa tygodnie…

– Mamy czas. Od tej chwili zacznę myśleć, co zrobić z Ewcią. I pan też niech o tym myśli, chociaż to tylko strata czasu… A o tych Chinach czy pan ją zawiadomi, czy ja mam to uczynić?

– Pani, pani, droga ciociu, bo ja nie mam odwagi.

– Nie ma pan odwagi? Chińskiej cholery się pan nie boi, a boi się pan własnego dziecka?

To rzekłszy uciekła w mrok, albowiem pan Tyszowski taki uczynił ruch, jak gdyby chciał ucałować jej rękę odartą ze złotej ozdoby po dwóch sprawiedliwych mężach.

Nazajutrz zaś pomieszały się w równych dawkach łzy Ewci ze łzami cioci. Dziewczynka usłyszawszy piorunującą nowinę najpierw zastygła w bezruchu zdumienia, a po krótkiej chwili wybuchnęła płaczem tak rzęsistym jak wiosenna ulewa. Była to zbyt dobra sposobność dla cioci do serdecznego wypłakania się, aby jej miała zaniedbać. Rzucały się sobie w objęcia, gęsto pochlipując, po czym odpoczywały przez chwilę i tym rzewniej rozpoczynały na nowo, jedna bardziej cienko, druga nieco grubiej, tworząc wybornie zharmonizowaną smętną arię. Ewcia łkała jak skrzypce, ciocia płakała jak wiolonczela, która – maluczko mogłaby być basem.

Pierwsza, jak się zresztą rozumie należało spodziewać, powróciła do przytomności ciocia i zapytała wcale roztropnie:

– Ewciu, czemu ty właściwie płaczesz?

Dziewczyna spojrzała na nią z oczywistym zdumieniem i rzekła lejąc łzy na słowa jak deszcz na kwiaty:

– A czemu ciocia płacze?

– Bo ty płaczesz!

Wynikało z tego, że skoro jedna kobieta płacze, druga bez namysłu też to uczynić powinna, inaczej nie będzie żadnej na świecie solidarności.

Nie to jednakże było najważniejsze. Szczytem wzniosłości był udział Rolmopsa w pospolitym ruszeniu serc. Paskudny kundel widząc splecione boleśnie ramiona i głowę ukochanej pani na miękkim posłaniu piersi cioci, słysząc rzewną muzykę i smutne narzekania najpierw szczeknął krótko, jakby strojąc ton, po czym zawył wzruszająco, przeciągle i tak smutno, jak gdyby mu miało pęknąć złodziejskie serce. Taka już jest psia dola, że dobre chęci nigdy nie zostaną należycie zrozumiane, ciocia bowiem posadziwszy łagodnie Ewcię na fotelu rzuciła w śpiewającego żałobnie psa najpierw gniewne spojrzenie, a potem książkę z wierszami, której nikt nie przeczytał, ale którą zawsze ciskano w Rolmopsa. Niepozorny ten ruch był jakby hasłem powrotu do rzeczywistości i do zakończenie smutnej opery.

Ciocia skorzystała z chwili i poczęła dobywać z bogatego spichrza słowa dojrzałej rozwagi. Chociaż nie uległo wątpliwości, że gdyby żyła w historycznym okresie "pięciu panien mądrych i pięciu głupich", nie zaliczono by jej przenigdy do serii pierwszej, w tej chwili, wiedziona tajemną wiedzą mająca siedlisko w sercu, znalazła od razu właściwą drogę. Rzekła do Ewci:

– Pomyśl, drogie dziecko, ilu nieszczęśliwych ludzi ocali twój ojciec!

Ewcia przymknęła wilgotne oczy, jak gdyby ujrzała z nagła błyskawicę.

– I jaką zdobędzie sławę!

Druga świetlna błyskawica przebiegła przez niebo.

– Do nikogo się nie zwrócili – mówiła ciocia jakby w natchnieniu. – Nikogo się nie wołali: ani Francuza, ani Anglika, ani Włocha, tylko Polaka! Słyszysz, dziecko?

– Słyszę!

Oczy dziewczęce szybko schną po ulewie łez i oczy Ewci patrzyły już promieniście. Czuła, jak rozżalone w niej serce uśmiecha się radośnie.

Rozpoczęła z ciocią rozmowę długą i złożoną z samych wykrzykników. Okazało się po godzinie (siedemdziesiąt siedem słów na minutę), że obowiązkiem Ewci jest mężnie przecierpieć rozstanie i rozłąkę, że obowiązkiem Polki jest gorące zachęcenie Polaka, aby imię polskie rozsławił i nie gryzł się w tym czasie myślą o córce, bo córka da sobie radę, mając w odwadze kobietę tak wspaniałą i niezastąpioną jak ciocia (wieś Koliba, poczta Maków, woj. krakowskie, u państwa Janeckich, dwór).

Pan Tyszowski był zdumiony najczulszym powitaniem, gdy przybył do domu niemal chyłkiem w oczekiwaniu burzy. Mało brakło, aby Ewcia powitała go po chińsku. Mrugnął porozumiewawczo w stronę cioci i wyraźnie szczęśliwy począł tłumaczyć dziewczynie, że czas przebieży szybko, a powrót będzie tryumfalny. Od tej chwili dom katolicki i chrześcijański nabrał cech pogańsko-chińskich. Temat każdej rozmowy miał warkocz i skośne oczy.

– Tatusiu! – mówiła Ewcia. – Uważaj abyś nie zjadł psa.

Ciocia krzyknęła z wyraźnym niesmakiem, a paskudny kundel najeżył się i począł pilnie nasłuchiwać.

– Niech się ciocia nie oburza, bo tam psie mięso uważane jest za przysmak. Opowiadają, że pewien europejski dyplomata posłał mandarynowi pięknego psa rzadkiej rasy. Nazajutrz otrzymał list, w którym mandaryn, gorąco dziękując, pisał, że nie jadł dotąd równie smacznej psiny. O, czy cioci słabo?

– Przestań, na Boga, przestań! – jęczała ciocia.

– Dobrze. A czy wiesz, ojcze Hieronimie, jak należy być grzecznym po chińsku?

– Nie wiem, córko Ewo! Ale skąd ty wiesz o tym?

– Zdobyłam przedziwnie mądrą księgę o chińskich obyczajach. Dowiedz się przeto, że skoro chcesz być grzecznym po chińsku, zmieszaj zawsze się z błotem, a pod niebiosy wysławiaj tego, z którym rozmawiasz. Gdybyś mówił o swej szlachetnej i nieporównywalnej córce Ewie, będziesz musiał, choćby ci serce pękało z boleści, nazwać ją "głupim prosięciem".

– Ha! Nigdy tego nie uczynię!

– W takim razie będziesz uchodził za gbura. Co kraj, to obyczaj. Przeczytałam w tej rozkosznej książce o takim zdarzeniu: raz pewien Chińczyk odziany w najświetniejszą swoją szatę przyszedł do pewnego domu, w którym na belce pułapu stało naczynie z oliwą, a oliwę chłeptał szczur. Przestraszony szczur, uciekając, przewrócił naczynie z oliwą na gościa, którego najświetniejsze odzienie w straszliwym znalazło się stanie. Gość wpadł we wściekłość, a wtem wchodzi gospodarz. Gość odrobił nakazaną ilość ukłonów i z uprzejmym uśmiechem powiada: "O panie! W chwili gdy wchodziłem do twego szanownego domu, przestraszyłem niepotrzebnie twego szanownego szczura, który w ucieczce przewrócił twoje szanowne naczynie z oliwą na moją nędzną szatę, co tłumaczy pogardy godny stan, w jakim śmiem się znajdować w twoim szanownym domu!"

– O szanowny idiota! – rzekła ciocia z goryczą.

– Ciociu! cicho… Chińczycy słyszą, jak trawa rośnie – rzekł śmiejąc się pan Hieronim. – A jedno chińskie przysłowie powiada: "Gdy masz przejść w bród przez rzekę, nie mów źle o matce krokodyla!"

Ciocia nie mogła pojąć, dlaczego pan Tyszowski ma przechodzić w bród przez chińskie rzeki i dlaczego krokodyle podsłuchują, co ludzie mówią o ich matkach. Miała już zresztą dość chińszczyzny, szanownych szczurów i szanownych psów, przeznaczonych na pieczyste; dręczyła ją natomiast sprawa, dokąd się odda Ewcię "na przechowanie". Odbyła na ten temat wiele poufnych konferencji z własną duszą, z wieloma ludźmi i wreszcie z Tyszowskim. Ponieważ ojciec dżumy, wuj cholery i bliski krewny tyfusa niczego nie wymyślił (co było przewidziane), ciocia rzekła mu dnia jednego:

– Nie ma innej rady – Ewcia zamieszka u Szymbartów!

– Oj, ciociu! – zakrzyknął Tyszowski i tak się skrzywił, jakby już jadł obiad u prawowiernego Chińczyka i popijał octem.


Rozdział trzeci

Przy którego czytaniu oczy się łzawią jak przy obieraniu cebuli.


Gdybym opisał pożegnanie Ewci z ciocią, mogłoby "na pęknięcie serca" zginąć siedemdziesięciu siedmiu czytelników. Gdybym się lekkomyślnie ważył na opisanie sceny rozłąki Ewci z ojcem, zginęłoby w ten sam żałosny sposób siedemset siedemdziesięciu siedmiu czytelników, którzy mi nieopatrznie zaufali. Byłoby przeto rzeczą słuszną, gdyby władze, powołane do ochrony zdrowia i życia obywateli, kazały spalić tak żałosną książkę, a przy jednym ognisku jej autora. Zamilknij przeto serce moje!

Zdławiwszy boleść moją powiedzieć to jedynie, że Ewcia Tyszowska wraz z kundlem Rolmopsem została przeniesiona do państwa Szymbartów, mieszkających w tym samym domu w którym mieszkał Tyszowski, tylko że nie na wysokim parterze, przy bardzo cichej bocznej uliczce.

Mieszkania w warszawskiej kamienicy niczym się od siebie nie różnią; w każdym z nich pokój tzw. "stołowy" jest należycie ciemny z tego zapewne powodu, aby nikt nie mógł dojrzeć, co zjada, bo czasem, gdyby ujrzał, odeszłaby go ochota do jedzenia. Ów "pokój stołowy" posiada balkon wiszący nad studnią podwórza, a rangę mieszkania poznaje się po tym, co wisi lub leży na tym balkonie: przeto w zimowym czasie na balkonie pysznego pierwszego piętra wiszą trzy zmarzłe na kość zajęcze zwłoki, na drugim piętrze wiszą głowami na dół już tylko dwa zające, a na trzecim piętrze nie wisi żaden zając. W lecie natomiast następuje przedziwna zmiana dekoracji: na trzecim piętrze płoną na balkonie trzy pelargonie, na drugim stoi beczka z kiszonymi ogórkami, a na wspaniałym pierwszym piętrze balia do prania. Ewcia została przeniesiona z "balkonu dwóch zajęcy" na sam dół czeluści, na balkon, na którym ze względu na pobliże ziemi i ludzi żaden zwierz martwy i jadalny nie mógłby się zachować. Skromne meble pana Tyszowskiego oddano na skład, Ewcia zaś zabrała ze sobą książki, odzież, fotografie i złamane serce. Mądry kundel szedł również jak na ścięcie, podkuliwszy pod siebie kosmaty ogon i jęczał bezgłośnie w kosmatej duszy.

Poczciwa i dobra ciocia z drugiego piętra utrzymywała sąsiedzkie stosunki z panią Szymbartową z parteru. Zdarzało się czasem, ze owa pani pożyczała od cioci wałka do ciasta, a ciocia, od pani Szymbartowej pół cytryny w nagłych wypadkach bólu głowy, gdyż – jak to z medycyny wiadomo – dwa plasterki wybornego tego owocu, przyłożone do skroni, "wyciągają" migrenę. Był to początek zażyłości bardzo sprytnej pani Szymbartowej z bardzo łatwowierną panią Halicką spod Makowa. Obie damy spędzały czasem długie godziny na wytwornie olśniewającej wymianie damskich myśli, na rozważaniu zawiłych zagadnień politycznych i bolesnym narzekaniu, że cielęcina podrożała wskutek tajnych machinacji cechu rzeźnickiego. Primadonną w tym duecie była zawsze pani Szymbartowa, znająca złośliwość świata i ohydne praktyki życia. Ciocia wzdychała jedynie do wtóru lub podnosiła ręce ku niebiosom ruchem zbolałej rozpaczy. Zdarzyło się jednak ku cichej jej radości, że pani Szymbartowa zdawała się mówić: "tobie przed sobą dank w poezji dawan!" – Działo się to wtedy mianowicie, gdy pani Szymbartowa miała nagłe zmartwienie z mężem i nie umiała sobie dać rady na własną rękę z jego bujną i nieokiełznaną indywidualnością. Ciocia która miała dwóch mężów, zdobyła w tej mierze większe doświadczenie i chętnie wyjaśniła pani Szymbartowej tajemnice hodowli wąsatego potwora. Pan Wacław Szymbart nie był – prawdę powiedziawszy – naturą nazbyt złożoną i trudną do przeniknięcia, było w nim jednak coś, co nawet roztropną i mądrą jak siedmiu szatanów jego prawowitą małżonkę doprowadziło do głuchej rozpaczy. Wykoncypował on sobie ponurą metodę reakcji na małżeńskie przeżycia. Pani Szymbartowa rozumiała, że w uczciwym i kochającym się małżeństwie koniecznie są bujne i hałaśliwe starcia, inaczej bowiem małżeństwo będzie sennym stawem, a nie zajmującą instytucją. Wedle spostrzeżeń największych filozofów i znakomitych myślicieli tak jak drobne upominki utrwalają przyjaźń, tak drobne walki czynią to samo z małżeństwem. Nagła, niespodziana, huczna, burzliwa utarczka powinna być "kwadransem dla zdrowia" w uczciwym małżeństwie, z tym oczywiście warunkiem, żeby mąż zawsze schodził z placu boju pognębiony, a żona ostatnie dzierżyła słowa, tryumfalne i zwycięskie. Musiał jednak walczyć, bo tak czynić powinien mężczyzna. Tymczasem dziwaczny ten człowiek, pan Szymbart, usłyszawszy pierwszy pomruk burzy, pierwszy – jeszcze cichy – głos lwicy, zamiast się nasrożyć i stanąć przeciwko piorunom twarzą w twarz – uśmiechał się głupkowato i słowa nie wypowiedziawszy patrzył tępo w tępa ścianę albo w szafę, albo w okno. Pani Szymbartowa usiłowała szaleństwem i okrutnością zniewag obudzić w nim tygrysa. On na to nic. Gadała jak dziad do obrazu. Ta niepojęta metoda napełniała ją żalem i goryczą. Dlatego szukała rady u cioci, co czynić należy, albo tchnąć w niego wściekłość i krzykliwe szaleństwo.

Do powierzenia Ewci opiece pani Szymbartowej skłoniło ciocię wiele powodów, a ten był najważniejszy, że pani Szymbartowa miała córkę w wieku Ewci. Była to dziewczyna blada, zabiedzona i cicha. Patrzyła na świat wielkimi szklanymi oczami, pełnymi zdumienia i trwogi. Ponieważ ojciec trwał zazwyczaj w milczeniu, na poły wzniosłym, na poły pogardliwym, a mama gadała sama do siebie, panna Zosia Szynbartówna wiodła dziwny żywot we własnym świecie, pełnym wojen i widzeń. Ukryta w najciemniejszym kącie, przesiadywała godzinami rojąc o tym czego nie było nigdy i nie będzie na tym smutnym świecie. Dziewczynie tej wciąż się coś śniło w biały dzień. Wciąż jej się coś malowało na ścianie, coś w jej urojeniu łaziło po pułapce, spało w cieniu, drżało w smudze światła. Zdawało się, że nie widzi ludzi z ciała i kości, nie słyszy ich gadaniny, a czasem wrzasków, lecz wpatrzona jest nieustannie w widma, snujące się dookoła niej. Chorobliwie blada, sama była podobna do chudego zabiedzonego ducha. Pani Szymbartowa karmiła ją surowymi jajami i poiła tranem w takiej znakomitej ilości, że płynne te smakołyki zmieniały się w kości, a ta kość stawała w gardle nieszczęsnej dziewczyny. Straszliwe te zabiegi znosiła z pokorą i poddaniem. Matka chroniła ją przed przeciągiem i najlżejszym zefirkiem, kazała jej natomiast wdziewać na noc mokre pończochy co wpływać miało znakomicie na szybkie krążenie krwi. Pani Szymbartowa kochała córkę tą okrutną miłością, która wymyśliła najdziwniejsze tortury, mające uszczęśliwić ofiarę. Nieprzyzwoicie i chorobliwie skąpa, nie żałowała nigdy niczego, byle zdobyć uśmiech swego jedynego dziecka. Dziecko jednak nie uśmiechało się nigdy. Chyba wtedy, kiedy tego nikt nie widział kiedy dziewczynka leżała z otwartymi oczami przyglądając się cieniom. Zbudzona z zadumy ostrym zapytaniem, co się z nią dzieje nie umiała nigdy odpowiedzieć od razu, potem zaś opowiadała niestworzone historie, których pani Szymbartowa słuchała ze zgrozą i trwogą. Wtedy po tajemnej naradzie z duszą matka dała córce na przeczyszczenie, przenikliwie rozumując, że chorobliwa wyobraźnia rodziła się w żołądku, żołądek bowiem "uderza na mózg".

Pani Szymbartowa ze skwapliwym zadowoleniem zgodziła się na pobyt Ewci w swoim domu w nadziei, że jej córka znajdzie w Ewci towarzyszkę. Drugim powodem, równie pociągającym była dość pokaźna suma, z góry zapłacona przez pana Tyszowskiego. Układy trwały jednak przez dwa tygodnie, pani Szymbartowa bowiem nie chciała w żaden sposób zgodzić się na przyjęcie do domu psa.

Demokrata, który rozumiał mowę zwierząt, mógłby dowiedzieć się snadnie, zamieniwszy kilka krótkich słów z Rolmopsem, że i on wcale nie pragnie pobytu w domu, w którym kość wygotowywało się do ostatniego tchnienia, a jemu na pociechę zostawi pani Szymbartowa tylko muchy, dlatego tylko, że są dla ludzi niejadalne. Ciocia stanęła jednak twardo przy warunku: "Albo Ewcia z psem, albo ani Ewcia, ani pies!" – Pani Szymbartowa spojrzała na kundla ponurym spojrzeniem, które go oburzyło i ubodło, po czym jęknęła na temat: " Niechże będzie moja krzywda!".- wreszcie uśmiechnęła się tkliwie i rzekła głośno:

– Ach, droga pani, czego bym ja nie zrobiła dla tego dobrego dziecka!

"Dobremu dziecku" oznajmiła pani Szymbartowa już nazajutrz, że je spotkało największe szczęście, o jakim mogło marzyć. Głosem ani zimnym, ani gorącym, lecz letnim i takim mdłym jak deszczowa woda, wyjaśniła Ewci, dostała się do szanownego domu, w którym mieszka uczciwość, pobożności i powaga. Nad domem tym polatuje jak różowy obłok wspomnienie dawnej chwały i świętości.

– Musisz wiedzieć, że moja babka miała wyjść za hrabiego i już wszystko gotowe było do ślubu. I ja byłabym dziś z domu hrabianką, gdyby nie straszne nieszczęście. Hrabia spiesząc do narzeczonej spadł z konia i w trzy dni potem go pochowali. Ha! Co wyprawia ten pies?

Zdumiony ten okrzyk wybujał jak cyprys na żałobnym grobie hrabiego, lecz był rozumnie uzasadniony. Kosmaty Rolmops, mądry ponad psie pojęcie, otworzył sprytnie łapą dolne drzwi Kredensu, w którym zwietrzył woń przyjazną i tłustą.

– Zdaje mi się, że zjadł kotlet – rzekła Ewcia z wesołym podziwem.

Pani Szymbartowa z trudem schwytała powietrze jak karp, który się dowiedział, że się zbliża Boże Narodzenie i przez chwilę nie mogła wydać głosu, co jej się zdarzyło po raz pierwszy od lat czterdziestu dziewięciu. Wiadomo jest z dziejów ludzkości, że człowiek, który z nagła zaniemówił, używa gwałtownej wymowy rąk. Pani Szymbartowa wiedząc, że w kredensie leżą trzy kotlety, zatrwożona o los dwóch, co dotąd ocalały, chwyciła w szaleństwie trwogi ciężki przycisk i cisnęła nim z furią w stronę łajdackiego psa. Zdumiewające jest jednak, jak rzadko kobiety, istoty słodkie i mało wojownicze, trafiają do celu! Zamiast dobrze obliczyć parabolę, pani Szymbartowa trafiła pociskiem o dwa rumby w lewo, czyli w szklane naczynie, w którym pławiły się dwie złote rybki. Niepomierna kruchość szkła nie zdzierżyła potężnego naporu żelaza, szkło przysnęło jak tęczowe marzenie, złote rybki, zdumione ponad wszystkie pojęcie, znalazły się na dywanie, a kundel, który jadł już śledzia, lecz nigdy wytwornych rybek, rzucił się na nie z nieprzyzwoitą łapczywością.

Zwabiony szklanym hałasem pan Szymbart stanął we drzwiach i przyglądał się figlarnie niezwykłemu widowisku. Ewcia rzuciła się na ratunek złotych rybek, groźnym krzykiem przywodząc Rolmopsa do opamiętania.

Tymczasem pani Szymbartowa odzyskała głos, przetykany piorunami:

– Wacławie! Zabij natychmiast tego psa!

Pan Szymbart wykonał w odpowiedzi mnóstwo dziwacznych i wymownych ruchów: najpierw zmarszczył brwi, potem kiwaniem głowy od strony lewej ku prawej oznajmił światu, że namawianie go do zbrodni i morderstwa jest i będzie usiłowaniem daremnym, potem rozłożył szeroko ręce, czym powiedział, że nie on rzucał pociskiem w ryby, wreszcie wzruszył ramionami, co u ludów dzikich, że nie myślą sobie mącić spokoju cudzymi sprawami, wreszcie się odwrócił i wyszedł z miną granda obrażonego na hiszpańską królowę. Wtedy pani Szymbartowa, z domu niemalże hrabianka, wyszła też, ale z siebie. Jest to czynność bardzo złożona i polega na chwilowym odłączeniu rozsrożonego ducha od bezsilnego ciała. Ciało trzęsie się oniemiałe, a duch bardzo krzyczy i nie przebiera w słowach. Chwyta każde, które mu się nawinie pod rękę, i zmienia je w trzaskającą petardę. Pani Szymbartowa zapomniawszy, że mogła przez babkę być spokrewniona z arystokracją, zapomniawszy, co przyrzekła pani Halickiej i panu Tyszowskiemu, zapomniawszy o tym, co przystoi damie, wymierzyła działo swojego gniewu w stronę Ewci, jako prawnej właścicielki straszliwego psa.

Z serdecznie rozżalonym zdumieniem wysłuchała Ewcia wielkiej mowy, która, choć źle i nieskładnie zbudowana, odznaczała się jednak niepospolitą siłą wyrazu i dobitnością porównań. Wynikało z niej jasno i niewątpliwie, że pani Szymbartowa musiała stracić zdrowy rozum w owym dniu, w którym się zgodziła na przyjęcie pod swój uczciwy i blachą kryty dach dziewczyny z psem; że dziewczyna jest krnąbrna, zuchwała, źle wychowana, pomylona, a pies wcale nie ustępuje swojej pani; że pobyt w jej domu dziewczyny z psem skończy się smutno dla dziewczyny, a zgoła tragicznie dla psa; że ona (pani Szymbartowa) nie pojmuje, jak mogła się dać usidlić kobiecie tak przewrotnej jak "ciocia" (pani Halicka). I do tego za jakie pieniądze?! Za grosze! A ten złodziejski pies sam więcej zje, niż to wszystko warte. Całe szczęście, że srebra nie zje ani porcelany.

"Trzeba by lutni Homera" – aby wyśpiewać w krótkim streszczeniu wielką mowę pani Szymbartowej. W Ewci zamarło serce. Wiedziała coś niecoś o potężnej indywidualności swojej obecnej opiekunki, nic się bowiem ukryć nie mogło w ciasnym i mrocznym ulu warszawskiej kamienicy. Gadano to i owo, dość tkliwie wspominając dolę pana Szymbarta i pojonej tranem panny Zosi. Dość często słychać było przez mury lub przez otwarte okno gwałtowne pokrzykiwania pani Szymbartowej, grożącej niewieście służebnej wszystkim mękami piekła i nie dającej jej nawet odrobiny nadziei na czyściec. Z oddalenia nie było to jednak zbyt groźne, ponurą niespodzianką stało się dopiero z bliska. Ewcia, wychowana w jasnej i najtkliwszej atmosferze dobroci, poczuła zamęt w głowie. Zawsze garnęła się do ludzi i tak im otwierała serca uśmiechem, jak się zamek otwiera kluczem. Pani Szymbartowa na uśmiech była nieczuła. Minęło zaledwie kilka dni, ciocia zdążyła dopiero zajechać pod Maków, ojciec nie dojechał jeszcze do Suezu, Ewcia zaś zdążyła już dojechać do jakiejś mrocznej i smutnej krainy. Wesoło i z radosną ufnością patrząc na świat byłaby i złe humory pani Szymbartowej przerobiła na radość, a ocet zmieniłaby w jakie takie wino. Przyszła tutaj z taką samą ufnością, z jaką zjawiłaby się wszędzie. Gdyby pani Szymbartowa otoczyła ją ramieniem, gdyby ją ucałowała i rzekła miękko: "Zastąpię ci matkę, drogie dziecko!" – zyskałaby od razu drugą córkę, najlepszą i najwierniejszą. Ewcia była honorowym człowiekiem, płacącym miłością za miłość, wiernością za wierność. Tymczasem pani Szymbartowa uczyniła z psiej historii brzydką historię. Zawiodła i obraziła śmiertelnie jej ciepłą ufność. Twardo, nielitościwie i bez namysłu.

– Może się rozpłaczesz? – zapytała.

– Nie, proszę pani – odrzekła Ewcia.

Rozmyślała nad tym w swoim mizernym pokoiku, że będzie miała ciężkie życie. Postanowiła jednak unikać wszystkiego, co by mogło rozjątrzyć lub rozgniewać panią Szymbartową; ponieważ nie ulegało wątpliwości, że ona wytrwa w szlachetnym zamiarze, nikt jednak nie może przewidzieć, co uczyni pies, postanowiła rozmówić się z nim poważnie.

– Rolly! – rzekła w wielkim zaufaniu. – Jesteś opryszkiem, jakiego świat nie widział. Mogłeś nim jednak być na własnych śmieciach, ale tutaj nie wolno. Pani Szymbartowa to nie ciocia, którą mogłeś ocyganić. Błagam cię, bądź przyzwoity i zachowuj się nie jak świnia, lecz jak uczciwy pies. Wcale nie pragnę, aby z twojego powodu wybuchały awantury. Rozumiesz?

Kundel nie spuszczał z niej oczu i słuchał z ludzką niemal roztropnością. Zrobił skruszoną minę potakującego złoczyńcy i polizał rękę Ewci, która poświadczyła później uczciwie, że odtąd przez cały czas pobytu u państwa Szymbartów nie zdarzyło się nic zdrożnego, co by można było zapisać na jego rachunek. Żył na dobrej stopie z całym domem, unikał jedynie pani Szymbartowej. Spotkawszy ją na swej drodze znikał jak duch i potrafił przeleżeć przez dwie godziny pod kanapą, wyczekując sposobnej chwili do zniknięcia. Jeśli kradł, czynił to z niebywałą przezornością i nie można mu było niczego udowodnić. Był, ale jakby go nie było. Nigdy nie zaszczekał w domu. Wychodził z Ewcią z domu, odprowadzał ją do szkoły i znalazł się zawsze przed szkołą, oczekując jej wyjścia. Ewcia karmiła go, sama nie dojadając, zresztą pies ten był przedziwnym oryginałem, który prócz rzeczy ze szkła, drzewa, żelaza i stali zjadał wszystko, zbytnio nie przebierając. Pani Szymbartowa, która mu zaprzysięgła zemstę, zdumiona była jego magiczną zdolnością znikania. Wiedziała, że jest w jej domu, czasem bowiem mogła go ujrzeć wymykającego się z Ewcią o bardzo wczesnej porannej godzinie. Poczęło ją to gniewać, że nie może znaleźć żadnego pewnego powodu do wystąpienia.

Ewci okazywała całkowitą obojętność, chociaż dziewczyna czyniła nieraz jeszcze próby pozyskania jej życzliwości. Stanęło wreszcie na tym, że wzajemna wymiana słów ograniczała się do uprzejmych powitań i pożegnań Ewci, połączonych z uprzejmym ukłonem, i do mrukliwych odpowiedzi pani Szymbartowej. Zdawało się, że zanim pani Szymbartowa odpowie: "Dzień dobry!" – kładzie przedtem te dwa słowa na lodowni, aby je odpowiednio ochłodzić. Nie dowiadywała się, co się dzieje z Ewcią w szkle i co dziewczyna robi poza domem. Nie obchodziło jej zdrowie Ewci, co zresztą nie było zbytnim przestępstwem, bo Ewcia promieniała zdrowiem rumianym i bujnym. Zdarzyło się czasem, że pani Szymbartowa patrzyła długo na bladą, wymizerowaną twarzyczkę córki, po czym przenosiła spojrzenie na rumianą jak rzodkiewka gębę Ewci i wtedy wydawała ciche westchnienie. Ewcia wiedziała dobrze, co oznacza ten cichutki głos matczynego serca. Ujrzawszy pewnego razu niezwykle zatroskany wzrok pani Szymbartowej, zebrała się na odwagę i rzekła:

– Proszę pani, to przejdzie…

– O czym mówisz? – zapytała szybko pani Szymbartowa.

– O Zosi…

– Pilnuj swojego nosa! – mruknęła pani Szymbartowa, ale jakoś ciszej niż zwykle i jakoś niepewnie.

Natomiast pan Szymbart spojrzał na Ewcię z wdzięcznością. Zdawało się, że jeszcze chwila, a coś do niej powie, bo było widać, jak miętosi wargami jakieś słowo, lecz w czas się opamiętał i nie dokonał bohaterskiego czynu.

Bystrym rozumem Ewcia odgadła, że te kwasy, co się pienią w sercu pani Szymbartowej i w jej słowach, pochodzą ze zgryzot i troski matki, drżącej o zdrowie jedynego dziecka. Gdyby miała dość odwagi lub gdyby żyła z panią Szymbartową na serdecznej stopie, byłaby jej powiedziała, że nie należy biednej Zosi karmić tranem i jajkami, lecz słońcem i powietrzem; nie ogrzewać jej jak pisklęcia, nie trzymać w wacie i w dusznym pokoiku, lecz pozwolić jej na ruch, na bieganinę i na te wszystkie awantury, które sprawiają, że podlotek zachłannymi ustami pije zdrowie i życie. Pani Szymbartowa jednakże nie chciała nawet słyszeć o tym. Trwoga jej o dziecko była tak wielka, że nie posyłała go do szkoły, obawiając się, że z wielką pewnością przyniesie stamtąd "zarazę". Zosia uczyła się w domu. Uczyła się z wielkim trudem, niechętnie i z wyraźnym smutkiem. O oznaczonej godzinie zjawiła się zdyszana zabiedzona nauczycielka, siwa dobra kobiecina ze zmęczonymi oczami. Na inteligentnej twarzy miała wypisane wszystkie udręki, jakie tylko istnieją na świecie. Usiadłszy przy stole z Zosią przymykała na chwilę oczy i przez krótki moment trwała w bezruchu, jak gdyby czekała, aż ucichną w jej znużonej głowie wszystkie brzęki i szumy. Po chwili zaczynała mówić głosem równym i jednostajnie ściszonym, jak gdyby go chciała oszczędzać, bo go musi starczyć na długie jeszcze godziny tego dnia. Nauczała roztropnie i mądrze. Przy małym stoliku siedziały obok siebie dwie smutne, udręczone, ciche istoty, przyjazne i tkliwe.

Nauczycielce pomagał z własnej pilności pan Szymbart, który jako emeryt miał wiele czasu. Czynił to z przyjemnością, nie tylko dlatego, że bardzo kochał córkę, lecz i dlatego, że lekcje z nią były wyborną sposobnością do używania wspaniałej ludzkiej mowy, której posiadanie uparcie ukrywał przed panią Szymbartową. Umiał wiele i jasno wykładał swoją umiejętność. Czasem, kiedy ogarniały go wątpliwości albo gdy jakieś szkolne zagadnienie nowoczesne było dla niego zbyt zawiłe, prosił Ewcię.

– "Pomoc dajcie mi rodacy!" – wołał strapiony – bo jestem bałwan.

– Niech czcigodny rodak powie, co trapi jego i to polskie dziewczę! – mówiła Ewcia.

Czasem wolną schwytawszy chwilę sama zjawiła się w pokoiku Zosi, gdzie Rolmops przyjmowany był na prawach przyzwoitego gościa. Pomogła biednej dziewczynie z całej duszy. Zosię jednak wszystko męczyło. Tak była bledziutka, że już bardziej zblednąć nie mogła, lecz zaczynały jej drżeć ręce i grube krople potu ukazywały się na jej czole. Ewcia ścierała go miękkim dotykiem chusteczki i czym prędzej zamykała książkę.

– Nie męcz się, Zosieńko…Może otworzyć okno, bo tu duszno?

– Nie można. Mama będzie się gniewała, bo może być przeciąg.

– A może dać ci szklankę wody?

– Wody, nie… Och, jak bym się napiła mleka!

– Więc czemu się nie napijesz?

– Mama nie pozwala…

– Mama nie pozwala ci pić mleka? Czemu?

– Bo mleko robi kwasy w żołądku i dlatego jest szkodliwe.

– A cóż ty pijesz, nieszczęsna dziewczyno?

– Tran. Ja już nie mogę patrzeć na tran.

– A dzisiaj piłaś?

– Już piłam, a wieczorem muszę wypić jeszcze trzy łyżki. O, tam stoi flaszka! Och, Ewciu, ja bym chciała umrzeć…

– I co ci z tego przyjdzie? – zapytała Ewcia z niezwykłą roztropnością. – Pewnie, że lepiej jest umrzeć, niż pić tran, ale umieranie nie ma sensu. Nie chcesz tranu?

– Nie, nie!

Ewcia myślała przez chwilę, głęboko coś rozważając.

– Czy mama jest w domu?

– Nie. Mama poszła do apteki.

– Po nowy tran?

– Nie. Po sól morszyńską, bo ja muszę zawsze w dni nieparzyste…

– Słuchaj, Zosiu! Daruj mi ten tran…

Zosia spojrzała na nią z bezmiernym podziwem.

– Wypijesz go?

– Ja nigdy! Nie cierpię tranu, ale Rolmoops zje i wypije wszystko. Od razu mu wszystko nie dam, bo mi się jeszcze psina wykopyrtnie, ale przez trzy dni da temu radę. A ty napijesz się mleka! Czy u was w domu jest mleko?

– Jest, bo tatuś bardzo lubi. Ale skoro ja wypiję, a dla tatusia nie będzie, mama od razu spostrzeże – mówiła Zosia ze strachem.

– Jakoś się to zrobi! – rzekła Ewcia. – Wrócę za chwileczkę.

Mogła powiedzieć panu Szymbartowi, że Zosia pragnie napić się mleka i żeby on wziął je na swoje sumienie, nie uległo jednak wątpliwości, że pan Szymbart nie ulegnie panience i nie zgodzi się ze strachu na taką awanturę. Trzeba to będzie urządzić inaczej. Ewcia znalazła w spiżarni naczynie z mlekiem, pokrytym kożuchem jak woda w stawie. Przyjrzała mu się srodze zamyślona, jak człowiek, który ma za chwilę wiekopomny uczynić wynalazek.

– Mam! – zakrzyknęła cicho.

Zabrała naczynie i zaniosła je do pokoiku Zosi, patrzącej na to wszystko zastrachanymi oczami.

– Nie pij! szepnęła.

Pobiegła do swojego pokoju i powróciła ze szklaną rurką, używaną w cielęcych dniach do puszczania baniek z mydła, a przeniesioną z pamiątkowymi rupieciami na nowe mieszkanie. Z wielką ostrożnością wetknęła rurkę tuż przy brzegu naczynia, przebiwszy grubą powłokę kożucha.

– Teraz sobie pociągnij – szepnęła jak spiskowiec – Śmiało!

– Kiedy się boję – mówiła również szeptem Zosia.

– W takim razie ja wypiję!

– Dawaj! – zawołała Zosia z determinacją. Poczęła łakomie wyciągać napój przez rurkę, ku niebywałej radości Ewci. Rolmops patrzył zdumiony i oczarowany, zrozumiawszy, że chytrość ludzka jest niepojęta.

Zosia odjęła na chwilę usta od rurki.

– To świetnie! – szepnęła z przejęciem. – Może jeszcze?

– Może, ale ostrożnie. Uważaj, kobieto, abyś nie zniszczyła powłoki!

– Uważam…

Policzki jej zaróżowiły się i z radości, i ze zbytniej gorliwości. Piła długo i łakomie.

– Oj! – zawołała, spojrzawszy z trwogą w naczynie.

– Co się stało?

– Zdaje mi się, że wysączyłam do ostatniej kropelki.

– To źle, trzeba było coś zostawić. A może rurka się zatkała? Spróbuj!

Zosia "wyciągnęła w głąb pół brzucha" jak Wojski w Panu Tadeuszu grający na myśliwskim rogu, a w rurce zabulgotało powietrze.

– Widać, że dawno nie piłaś mleka – rzekła Ewcia wcale ponuro.

– Co my teraz zrobimy?

– Postawimy garnek tam gdzie stał…- Co innego można zrobić? Czy ci przynajmniej smakowało?

– O Boże!

Ewcia odniosła do spiżarni puste naczynie, niosąc je niezmiernie ostrożnie, aby zbyt nagłym ruchem nie rozerwać powłoki kożucha, mizernej w tej chwili dekoracji zakrywającej pustkę.

"Dzisiaj będzie koniec świata!" – pomyślała z trwogą. – "Ratuj się, kto może!"

Obie dziewczyny oczekiwały z biciem serca najpierw powrotu pani Szymbartowej, potem nasłuchiwały każdego odgłosu, kiedy się zbliża pora wieczerzy. Pan Szymbart dostawał na kolację resztki z obiadu i szklankę mleka, który o, nieszczęsny samobójca! – nie dbał o kwasy w żołądku.

Dziewczęta siedziały przy stole wymieniając ostrożnie spojrzenia. Pani Szymbartowa postawiła na stole jakieś mizerne jadło, pokrajała cienkie kromki chleba i smarowała je masłem, czyniąc to w sposób przedziwny: nabierała odrobinę masła na koniec noża i tym końcem dotykała chleba ostrożnie i ruchem powolnym, po czym szybko wysuwała nóż tak, że jego "omaślony" koniec znajdował się poza chlebem, a kromki "smarowała" gwałtownymi ruchami środkiem noża.

"Ciocia ze wstydu wyskoczyłaby przez okno" – myślała zawsze Ewcia patrząc na tę operację.

Dzisiaj jednak nie myślała wcale o cioci Halickiej. Patrzyła pilnie na zwyczajne, dokonane powtarzające się praktyki pani Szymbartowej, obliczając dokładnie, kiedy dojdzie do nalewania mleka.

"Bomba pęknie za minut pięć… Za trzy… Za dwie minuty…"

Pani Szymbartowa zmąciła jednak zwykły porządek rzeczy, gdyż w pewnej chwili spojrzała na córkę i coś ją w jej widoku zastanowiło.

– Czemu jesteś taka podniecona? – zapytała powoli.

– Nie, mamusiu…

– Źle się czujesz?

– Lepiej niż kiedykolwiek. Czemu mamusia pyta?

– Bo ci oczy błyszczą. Piłaś tran?

– Jeszcze nie…

Ewcia kopnęła ją lekko pod stołem, dając jej znak, aby czuwała i aby "zgasiła oczy".

Pani Szymbartowa uspokojona przecięła zimny siekany kotlet z obiadu, w którym były trzy czwarte rozmoczonej bułki i jedna czwarta mięsa, jedną połowę położyła przed Ewcią, a drugą przed małżonkiem.

– Trzeba to przytrzymać, aby tego wiatr nie porwał – mruknął sam do siebie pan Szymbart.

– Co powiedziałeś?

– Że nie przełknę tego bez mleka! – odrzekł on odważnie.

Pani Szymbartowa siedziała przez chwilę nieruchomo, chcąc dać do poznania, że rozdzierający krzyk mężowskiego serca domagającego się napoju nie czyni na niej najmniejszego wrażenia, po czym z własnej i nieprzymuszonej woli podniosła się z westchnieniem i poszła do spiżarni.

– Tatusiu, ratuj! – szepnęła Zosia.

– Przed czym? – zdumiał się spokojny pan Szymbart.

Nie było jednak czasu na odpowiedz, bo na mrocznej scenie ukazała się pani Szymbartowa, stąpająca jakoby w śnie somnambulicznym. Tak zawsze kroczy lady Makbet, patrząc nieruchomym spojrzeniem na swe okrwawione ręce. Pani Szymbartowa natomiast patrzyła jak urzeczona w garnek. Miała wyraz taki, jak gdyby się jej coś pomieszało w rozumie, albowiem dnia onego przestały działać wszystkie prawa fizyki: oto trzyma w ręku garnek pełen mleka, a garnek jest przedziwnie lekki. Dlaczego jest taki lekki? Przecie kożuch jest nienaruszony, przeto powinno pod nim być mleko. Postawiła naczynie na stole, nie odwracając od niego zdumionego spojrzenia. Obydwie dziewczyny czyniły to samo. Zdawało się, że najgłupszy z głupich garnków z jednym uchem stał się ni stąd ni zowąd największym dziwem świata. Jedynie Pan Szymbart, rzeczy nieświadom, zachował rozumne spojrzenie na świat i na garnek. Chwycił go gwałtownym ruchem za ucho, jak to czasem czyni majster szewski z uchem terminatora, i przechylił naczynie nad szklanką. W tej chwili król Salomon, siedzący na chmurze i przyglądający się tej scenie, zawołał zapewne: "Z próżnego i ja nawet nalać nie mogłem, kochany panie Szymbart!".

Zakwilił cicho pan Szymbart i rozumne jego spojrzenie przybrało ciemną barwę nagłego ogłupienia.

– Czary, czy co? – mruknął zdumiony.

– Czarownice zwykle wypijają mleko…- odezwała się Ewcia głosem tak chwiejącym, aż się zataczał.

Pani Szymbartowa odegrała gwałtownym ruchem mgłę majaków, co owiły jej głowę, i powróciwszy do życia krzyknęła:

– Kto wypił mleko?!

Wysunęła palce w stronę męża.

– Ty?!

– Obrażasz mnie! – odrzekł pan Szymbart z bezmleczną godnością.

– Dobrze… Zosia nie wypiła, ja nie wypiłem…

– Może Rolli? – podszepnęła nieśmiało Zosia.

– Nie! – wołała pani Szymbartowa. – Jest to pies złodziejski, lecz nawet on takiej sztuczki nie potrafi, aby wypić mleko, a zostawić kożuch. Zostaje tylko jedna podejrzana osoba… Ewcia poczuła, jak ją policzek zaczyna piec od gorącego spojrzenia pani Szymbartowej. Przymknęła na chwilę oczy i skoczyła w ciemną przepaść.

– To ja wypiłam… – powiedziała potężnie.

– Ewciu! – krzyknęła Zosia.

Pan Szymbart spojrzał ciekawie na Ewcię, a blady uśmiech usiadł mu na wąsach jak senna mucha.

"I była chwila ciszy. I powietrze stało głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało" – jak w Panu Tadeuszu przed burzą.

Potem twarz pani Szymbartowej przybrała barwę szkarłatną; grały na niej nagłe i przemijające błyski zdumienia, gniewu, oburzenia, rozpaczy i bezmiernej pogardy.

– Ładny przykład dla mego dziecka! – krzyknęła wreszcie z boleścią. – Miłą dziewczynę przyjęłam pod swój dach!… Ale zrobi się porządek z miłą dziewczynką! Przede wszystkim panienka nie dostanie jutro śniadania…

– Oho! – zawołał pan Szymbart.

Nikt jednak nie zwrócił uwagi na ten szlachetny głos protestu.

– Poza tym trzeba będzie zaprowadzić inne środki ostrożności przed włamywaczami…

– Oho! – zawołał pan Szymbart po raz drugi, pragnąc przywieść żonę do należytego umiaru w wytrysku straszliwych słów.

– A teraz spać! – zakomenderowała pani Szymbartowa.

Okazało się jednak, że głupie mleko wygnało z tego domu sen spokojny. Pani Szymbartowej nie pozwoliło zasnąć oburzenie, Ewci odrobina strachu, co to będzie jutro, Zosi wyrzuty sumienia, a panu Szymbartowi zdumienie, pomieszanie z podziwem.

Raniutko czatował na Ewcię i zapytał ją szeptem:

– Ewciu, jak ty to zrobiłaś?

– Przez rurkę, proszę pana. Ale to nie ja wypiłam mleko…

– Tylko kto?

– Zosia…

– I nie umarła? – zaśmiał się pan Szymbart. – To nadzwyczajne!

Nagle coś mu musiało przyjść do głowy, gdyż zmarszczył czoło i ściszył głos jeszcze bardziej.

– Powiedz mi, dziewczyno… ale tak w zaufaniu… czy nie dałoby się w ten sam sposób z butelką?… Z koniakiem na przykład… bo to, widzisz, czasem człowiek jest zaziębiony… Ty masz wyborne pomysły!

Bardzo żałośnie był zawiedziony, gdy mu Ewcia odmówiła pomocy w zbrodni, lecz nie umniejszało to jego podziwu jej wynalazczości.

Sprawa z "kroplą mleka" stała się początkiem okresu przedziwnie burzliwego. Pani Szymbartowa byłaby odżałowała wszystkiego, tego jednak nie mogła przeboleć, że ją okpiono. Wielki jej rozum nie przewidział tak misternego cygaństwa i to ją zabolało najwięcej. Stała się przeto czujna i była wiecznie na czatach. Zbierała pilnie ziarnko do ziarnka i zapisywała wszystko w pamięci. Odkryła tłuste ślady tranu na murze za oknem izdebki Ewci; przypatrywała się z niepokojem niepokojowi swej córki; z uśmieszków męża wywnioskowała, że o czymś wie i że jest cichym wspólnikiem niezwykłych zbrodni. Poczęła wychodzić z domu głośno, a po krótkiej chwili powracała cicho i wpadała do pokoiku Zosi. Po takiej jednej zasadzce zdarzyła się awantura druga, zgoła piekielna. Nie chciała wierzyć własnym oczom otworzywszy cicho drzwi: Ewcia stała na łóżku i trzymała nogi Zosi, stojącej na głowie. Krzyknęła pani Szymbartowa rozdzierającym głosem i rzuciła się na pomoc jedynemu dziecku.

– Zbrodniarko! – zawołała ostatnim tchem, – Zamordujesz mi dziecko!

Ze straszliwego sądu, odbytego na miejscu przestępstwa, okazało się, że Ewcia postanowiła wyleczyć Zosię z ustawicznej bladości przez zabieg prosty i na pierwszy rzut oka jedyny. Rozum chłopski dawno doszedł do nieodpartego przekonania, że jeśli kto stanie na głowie, ten się zaczerwieni, gdyż wtedy krew z całego ciała spływa ku głowie. Nie należy, oczywiście, dopuszczać się w tym kierunku przesady, albowiem krew dobroczynna może się zmienić w tak zwaną "nagłą krew", zalewa nieszczęśliwca z kretesem i na amen. Jedynie lotnicy umiejąc latać przez dłuższy czas głową na dół, nie należy jednak zalecać tego panienkom. Ewcia nie żądała od swej przyjaciółki niezwykłości, pilnym ćwiczeniem doprowadza ją jednak do tego, że w pewnych chwilach, po kilku minutach utrzymywania się w pozycji zgoła przeciwnej naturze, blada Zosia przypominała buraka i dojrzały pomidor. Wierząca jednak tylko w tran i sól morszyńską pani Szymbartowa nie mogła pojąć świetnej metody Ewci, przeto i ją, i jej wyborny pomysł obrzuciła słowami wielkości kurzego jaja, jak się zwykle mówi o straszliwym gradzie. W następstwie tych okropności zostały zakazane wszystkie stosunki towarzyskie obydwóch panienek i Ewcia została skazana jako wybitnie "trędowata" na samotność gorzką i smutną. Ponieważ Rolmops, choć tak wybitnie mądry, był dość tępy w rozmowie, Ewcia snuła swoje samotne godziny jak pajęczynę. Czasem pan Szymbart dodał jej ukradkiem otuchy i szepnął jej przy spotkaniu: "Czuj duch, dziewczyno!" – nieznaczną jednak było to pociechą.

Ewcia przycichła w swoim kącie jak mysz i rozmyślała nad zawiłością życia. Z Zosią utrzymywała łączność przez listy, podsuwane pod drzwi, nagłe bowiem wmieszanie się pani Szymbartowej do dziewczęcych spraw przerwało brutalne jej szorstkie i śmiałe zamysły, by z bladej i wynędzniałej dziewczynki uczynić hożą dziewoję z twarzą koloru świeżej polędwicy. W jednym z tajnych listów zaklina ją na honor, przyjaźń i solidarność kobiecą, by się postarała o przedmiot należycie ciężki, najlepiej srogi kamień, i by kładła go sobie na brzuchu, po czym oddychała miarowo i głęboko. Jest to wyborny sposób, używany przez śpiewaków na wzmocnienie przepony brzusznej. Zosia dała jej znak przy obiedzie, że rada jest wspaniała i zostanie wprowadzona w czyn. Dziewczętom wolno było rozmawiać jedynie w obecności pani Szymbartowej, czasem zaś poczciwy pan Szymbart był posłem i powiernikiem, lecz czynił to tak niezręcznie, że został przyłapany i wieczorem miał minę taką, jak gdyby go utłuczono w moździerzu jak cynamon.

Jeden dzień Ewci tak był do drugiego podobny, jak dwie łzy z tego samego oka. Za żadne jednak skarby świata nie byłaby się przyznała w listach do pani Halickiej, że ją cokolwiek trapi. Uspokaja w nim ciotkę, że czuje się jak w raju i że jeśli brak jej jedynie ptasiego mleka, to tylko dlatego, że wróble są zbyt ruchliwe i trudno wróbla wydoić jak spokojną kozę. Trzeba było jednakże poskarżyć się komuś na smutną samotność. W tym dobrym celu wymyśliły panienki tak zwane "pamiętniki", w których zapisują wieczorem wszystkie uśmiechy i łzy, wszystkie radości i smutki, nadzieje i tęsknoty. Pamiętnik jest tajemną księgą zamkniętą na siedem pieczęci. Jedynie właścicielka i autorka pamiętnika ma prawo odczytania go pośród głębokiej nocy, kiedy nawet Anioł Stróż się zdrzemnął. Tak czyniła i Ewcia ze swoim pamiętnikiem, w którym zostało zapisane wszystko aż do najcichszego westchnienia. Przypominał on wiosenny ogródek, kolorowy i śliczny, na który czasem padał deszcz. Deszcz ten nie padał jednak nigdy z nieba, lecz zawsze spływał z oczów. Książeczka ta była najserdeczniejszym, największym skarbem dziewczyny. Ukryty był głęboko i przemyślnie dobywany z zachowaniem niezmiernych ostrożności, odczytywany ze wzruszeniem, pisany z wypiekami na twarzy. Gdy ojciec powróci, odczyta w nim "dzieje samotnego żywota", niezmierną miłość i tęsknotę, dowie się o cichych utrapieniach i o każdej myśli córki. Tylko dla własnego serca i dla niego pisana była ta książeczka.

Dnia jednego, na samym początku wakacji, kiedy już wszystko w domu ucichło, Ewcia otworzyła okno, aby spojrzeć na majowe niebo. Potem przekonawszy się, że drzwi zamknięte, poczęła grzebać na dnie szafy, aby spod rupieci wydobyć swój skarb.

Serce zaczęło w niej łopotać. Ręce drżały. Poczęła szukać gorączkowo, szybko, coraz szybciej. Pamiętnika nie było.

Wtedy stało się z nią coś dziwnego: zdawało się, że jej ktoś zimną ręką wyrwał serce z piersi i że musi umrzeć, bo nie może przecież żyć bez serca.

Przeminęły długie chwile, zanim poczuła, że jednak żyje, z czego postanowiła skorzystać w sposób gwałtowny. Zapukała zuchwale do drzwi pani Szymbartowej i weszła nie czekając na odpowiedź. Pani Szymbartowa zerwała się z krzesła i usiłowała zasłonić sobą leżący na stole kajecik. Ewcia spojrzała na nią dziwnym wzrokiem, rzuciła się ku stołowi i porwała swój skarb.

Potem rzekła z trudem:

– Niech Bóg pani przebaczy!

Jedynie Szekspir mógł opisać tę burzę, która się rozpętało owej nocy. My możemy jedynie oznajmić niezdarnie, że pan Szymbart cucił panią Szymbartową, lejąc na nią kubły zimnej wody. Czynił to bez zbytniego pośpiechu, ze wzniosłym spokojem, i nie da się tego ukryć, że nie żałował wody. Można by nawet przypuszczać, że się uśmiechał jak szatan.


Rozdział czwarty

W którym malarz goni dziewczynę, a dziewczyna bieży za psem.


Jerzy Zawidzki przyjechał z Zakopanego zaspanym pociągiem o godzinie szóstej rano, zarzucił na plecy tobołek, w którym tkwiło malarskie pudło z farbami, i zdążał piechotą z dworca do domu. Nie chciał ani swojego młodego wieku, ani też swojej malarskiej godności zhańbić użyciem mechanicznego pojazdu. Poranek był zresztą prześliczny i rzeźwy, na ulicach jeszcze był pusto, droga niedaleka, a tęcze ukryte w pudełku były lekkie. Ponieważ każdemu malarzowi jest zazwyczaj lekko i na duszy, przeto pan Jerzy kroczył raźno uśmiechając się do słońca, które – jako malarz – haniebnie okradał z blasków. Uśmiechał się tez i do spotykanych ludzi, mało który jednak odpowiadał mu uśmiechem, podejrzewając słusznie, że indywiduum, które o szóstej rano okazuje przyjaźń całemu światu, musi być albo oszustem, albo też pozbawione jest zdrowych zmysłów.

Malarz wszedł w cichą boczną uliczkę, na której – nie licząc siedemnastu wróbli – nie było widać żywego ducha. Uliczka była tak senna i cicha, że wesoły pan Jerzy przestał pogwizdywać. Gdyby był tego nie uczynił z troski o spokój śpiących Polaków, byłby musiał to uczynić z innego dziwnego powodu. Przystanął i patrzył z nagłym zajęciem na tajemnicze sprawy, rozgrywające się w szarym, liszajowatym, sennym domu. Jedno z okien na parterze otwarto ostrożnie i bez szmeru. Ukazała się w nim głowa dziewczęca, nakryta uczniowską czapeczką. Malarz zdołał dojrzeć bystrym wzrokiem, że rozczulającą ozdobą tej głowy był zadarty nosek.

Znane są wypadki w dziejach ludzkości, że czasem ktoś o godzinie szóstej rano otwiera okno, dlatego też w nikim nie budzi to już zdumienia. Zazwyczaj jednak ukazuje się w oknie postać ludzka niezupełnie odziana, ziewająca i rozgoryczona, że ją zmuszono do wczesnego powstania. Musiało to przeto zdumieć roztropny umysł malarza, że osoba, która przed chwilą otworzyła okno, jest odziana, a – sądząc z ożywienia na obliczu – wcale nie jest senna. Ponieważ jednak ludzie miewają nieoczekiwane pomysły, byłby malarz po krótkiej chwili machnął ręką i poszedłby swoją drogą, gdyby osoba w uczniowskiej czapce nie poczęła wyprawiać zdumiewających awantur. Przez okno spuściła na chodnik najpierw zawiniątko, a potem – o dziwo! – śmiesznego psa. Położyła ostrożnie palce na ustach, dając znak kundlowi, aby pary nie puścił z gęby, potem rzuciła się w objęcia jakiejś drugiej żeńskiej istoty, co w białym obleczeniu wyglądała jak widmo nagłe zjawione.

– Co to wszystko znaczy? – zagadał malarz sam do siebie.

Ukrył się we wnęce bramy i patrzył ciekawie.

Obie żeńskie istoty ściskały się rozpaczliwie przez dłuższą chwilę, po czym "zadarty nos" wyjrzał na ulicę i pilnie patrzył, czy kto nie nadchodzi, wreszcie siadł okrakiem na oknie i zaczął przełazić ostrożnie.

"To jakaś nieczysta sprawa!" – pomyślał malarz.

Dziewczyna aż przysiadła skoczywszy na chodnik, raz jeszcze skinęła ręką w stronę białego widma, porwała szybko zawiniątko, gwizdnęła cicho na psa i poczęła oddalać się szybkim spłoszonym krokiem.

Nagle stanął na jej drodze Zawadzki, który spojrzał posępnie i również posępnie zapytał:

– Przepraszam bardzo, ale chciałbym wiedzieć, co to wszystko znaczy?

Panna Ewa Tyszowska wydała okrzyk bardzo cichy i tak okrągły, że w druku można go wyrazić okrągłą literą "o", która wykrzyknięta w odpowiedniej tonacji oznacza: zdumienie, nieoczekiwaną trwogę lub też oburzenie pomieszane z jedną trzecią pogardy. Mniej więcej to samo usiłowało wyrazić jej spojrzenie. Młodzieniec jednakże wcale go się nie uląkł, z czego można było wyprowadzić nieomylny wniosek, że jest to młodzieniec zuchwały.

Ponieważ panienka nie chciała odpowiedzieć na pytanie, więc je powtórzył, już groźniej. Wtedy dopiero odpowiedziała:

– A co to pana obchodzi?

Tyle było słuszności w tych słowach, że młodzian stropił się, ale nie na długo.

– Osobiście wcale mnie to nie obchodzi – rzekł po namyśle. – Nawet gdyby pani zlazła po rynnie z dachu, jednak skoro obywatel widzi tajemnicze historie, może słusznie przypuszczać…

– Proszę mi zejść z drogi! – rzekła Ewcia cicho, ale dobitnie.

Z niewielkim trudem, przy odrobinie mizernego czarodziejstwa można było każde jej słowo zmienić w niewielki kamień. Równocześnie kundel pilnie przysłuchując się rozmowie dał warczeniem znak, że czuwa i że rozdarcie spodni zuchwałego zawalidrogi nie będzie dla niego zbytnim wysiłkiem. Zawalidroga jednak był uparty.

– Uciekamy z domu? – zapytał "przez pół drwiąco, przez pół serio".

– To nie jest pańska sprawa! Proszę mnie nie zatrzymywać…

– Rozumiałbym, gdyby to robił chłopak, który chce uciec na okręt do Gdyni, ale panienka… Czy pani nie myśli, że to będzie z korzyścią dla pani, jeśli i panią, i tobołek, i tego kundla zawiodę z powrotem "na ojczyzny łono"?

Ewcia spojrzała na niego z mieszaniną rozpaczy i gniewu. Na oczach miała siedem błysków, tyle właśnie, ile wedle przepisów mody powinien ich mieć świetnie wyprasowany cylinder, słynne nakrycie głowy dyplomatów i kominiarzy w Poznańskiem. Bezczelny młodzieniec uśmiechał się jednakże i nie zląkł się spojrzenia, przed którym byłby zadrżał człowiek nieco mniejszego ducha. Z właściwą mężczyznom chytrą przewrotnością zmienił drwiący ton na ton niby przyjazny i dobrotliwy:

– Niech pani nie robi głupstw – mówił cicho. – Niech pani wraca… Siostra czy też przyjaciółka otworzy okno, a ja pani pomogę wejść z powrotem. Niech pani pomyśli, co się będzie działo w domu, skoro spostrzegą pani ucieczkę! Po co mamusię przyprawiać o rozpacz i łzy? Tego psa niech pani wyprawi na koniec świata, a pani niech wraca… Proszę mi dać ten tobołek!

Ewcia nie słuchała tej świetnej i fałszywej przemowy, lecz bystrze badała sytuację. Nagle, zbadawszy wszystkie możliwości, gwizdnęła na kundla i uczyniła skok antylopy na brzeg chodnika, po czym zaczęła biec niezrównanym krokiem długodystansowca podczas "biegu narodowego na przełaj". Kundel, we wszelkich sztukach zaprawny, przemyślnie uskoczył w drugą stronę, aby zmylić napastnika, który jednakże okazał całkowitą obojętność wobec jego kosmatej osoby.

– Ach, więc to jednak nieczysta sprawa! zakrzyknął malarz i wprawił w ruch swoje długie nogi.

Panienka zdołała znacznie go wyprzedzić i biegła jak sarna. Sarny jednakże mało kiedy dźwigają ciężkie zawiniątko, dlatego już po niedługiej chwili świetnie to porównanie zaczęło tracić wartości. Dobiegła jednak do najbliższego skrzyżowania ulic i zginęła za węgłem domu. Rolmops dreptał z gwałtownym i zdyszanym pośpiechem w jej ślady.

Malarz uczynił kilkanaście ogromnych kroków ponad miarę wyrośniętego dryblasa, lecz nagle zatrzymał się na moment, nieco oszołomiony, że się przez niemądre wścibstwo stał przyczyną jakiejś smutnej awantury. Ujrzał scenę niespodzianą: uciekająca z tobołkiem Ewcia wpadła w gościnnie rozwarte ramiona policjanta, który dlatego może być z odrobiną słuszności przyrównany do kwitnącej jabłoni, że jak ona zawsze wyrasta spod ziemi. Należy przy tym zauważyć, że policjant odznacza się niezdrową ciekawością, która o wczesnych godzinach rannych jest szczególnie zaostrzona. Wprawdzie panienka z zadartym noskiem nawet o tej dziwnej porze mało przypominała potężnego włamywacza wracającego z wyprawy na bank i nie było dość poważnych powodów do mniemania, że wybiera się wraz ze śmiesznym kundlem na urządzenie społecznego przewrotu, jednakże wybujała ciekawość stróża porządku publicznego pragnęła za wszelką cenę zaspokojenia. Policjant miał wprawdzie łagodne spojrzenie na świat i minę raczej rozbawioną wesołym spotkaniem, lecz bystry obserwator byłby łacno zauważył, że pod Ewcią ugięły się nogi i chwila jeszcze, a padnie " jak kwiat kosą podcięty". Tak zawsze padały wszystkie uciśnione dziewice w dawnych romansach i autor musiał sobie zadać wiele trudu, aby je za pomocą soli trzeźwiących lub rozsądnych perswazji znowu przywrócić do życia.

– A czemu to tak prędko? – zapytał ciekawy posterunkowy.

Zanim Ewcia miała czas na odpowiedź, że bieży do najbliższej trzystumetrowej przepaści, aby się w nią rzucić głową na dół, zadudniły szybkie kroki pierwszego jej prześladowcy, który – widać – osłupiał jedynie na krótką chwilę. Zwróciła się przeto szybko ku niemu i rzekła mu mało czułym spojrzeniem: "Widzisz teraz, cos narobił, idioto!" – Ostatnie to słowo, którego nie używa się nigdy jako wyrazu gorącej pochwały i oznacza w greckim oryginale "człowieka nie piastującego żadnego urzędu", Zawidzki zobaczył, bo go nie mógł usłyszeć, co zresztą na jedno wyszło, było bowiem skierowane niechybnie pod osobistym jego adresem.

Zadyszany zwrócił się do posterunkowego z uprzejmym zapytaniem:

– Czemu pan zatrzymuje moją siostrzenicę? Biegniemy na dworzec kolejowy…

Rzecz była oczywista, że dwoje młodych ludzi, objuczonych tobołkami, spieszy do pociągu. Posterunkowy spojrzał na wszelki wypadek w oczy malarza, a spotkawszy wesoły uśmiech, doszedł w zacnej duszy do przekonania, że chociaż czasem słynni opryszkowie przybierają chytrze postać niefrasobliwą i ujmującą, jednakże w tym młodym człowieku mało jest ze zbrodniarza. Chyba że się z czasem wyrobi. Szósty zmysł granatowego policyjnego koloru powiedział mu, że śmieszną tę parę, i psa na dodatek, może puścić spokojnie, toteż pożegnał ich życzliwym uśmiechem.

– Do widzenia! – zawołał malarz. – Irka, bierz nogi za pas, bo późno!

Ewcia mimo niezgłębionych starań uśmiechnęła się z uznaniem i zaczęła biec truchcikiem, a wesoły dryblas podążał za nią.

– Nie tak prędko – rzekł półgłosem – bo następny policjant zakuje panią w kajdany.

– Ale teraz może się pan już odczepi! – odpowiedziała Ewcia nie odwracając głowy.

– Nie mogę. Nie ulega wątpliwości, że posterunkowy patrzy za nami i bardzo by się zdziwił, gdyby wuj opuścił siostrzenicę. Ja wprawdzie sprawiłem na nim wrażenie miłe i dodatnie, lecz na moim osobistym kredycie nie można polegać. Niech pani skręci w tę ulice na prawo… Pani chce w tę na lewo? Doskonale! Możemy pójść na lewo… Tam łatwiej o policjanta… A!… Więc przecie na prawo! Widzę, że moje rady są roztropne…

Ewcia szła szybko, nie odpowiadając. Zajęta była rozmyślaniem, w jaki sposób pozbyć się tego jegomościa. Jegomość nie był wprawdzie opryszkiem i sądząc po wesołej gębie, był może nawet człowiekiem przyjemnym, lecz gmatwał wszystkie jej plany głębokie i śmiałe. I wciąż gadał.

– Niech pani posłuch jeszcze jednej uczciwej rady i niech pani wróci tam, skąd pani wyszła. Brama jest już otwarta, więc nie trzeba będzie włazić przez okno. Radzę to pani z całego serca… Panienki nie są stworzone do awanturniczych przygód. Wprawdzie mają swój urok, a pogoda jest brylantowa, ale wreszcie wakacje się skończą i zacznie padać deszcz… Czy pani słucha, o czym ja mówię?

Ewcia nie odpowiadała.

– Bardzo mi smutno, że pani jest uparta. Widzi pani, moje dziecko…

– Nie jestem dzieckiem! – zawołała Ewcia z różowym gniewem.

– A jednak pani słucha… Oczywiście, nie jest pani dzieckiem, ale nie jest pani kobietą dorosłą. W tym wieku – niech się pani nie gniewa! – miewa się jeszcze tak zwane "kiełbie we łbie"… Łatwo się coś zacznie, a kończy się ze łzami… Ale, ale… Czy nie mógłbym prosić, aby pani tak nie biegła, bo ja dźwigam ciężki plecak, a poza tym wiele ciężkich zmartwień i ołowiany dowcip. Możemy sobie powoli skręcić w tę stronę, w której jest dom pani i gdzie nieszczęśliwa mamusia pani woła w tej chwili z rozpaczą: "Gdzie jest moja córka?"

Ewcia przystanęła i spojrzała mu w oczy.

– Od matki nigdy bym nie uciekła – rzekła cicho, lecz dobitnie.

– Ach, przepraszam – odpowiedział Zawidzki, zgasiwszy światełko uśmiechu. – Bardzo panią przepraszam.

Jak gdyby im od tych słów przybyło ciężaru, zaczęli oboje iść powolnej i w milczeniu.

Zawidzki rozmyślał nad tym, co smętnego mogło się przydarzyć tej miłej dziewczynie, co wybrała tak niezwykłą drogę ku wolności? Wstyd mu było, że dręczył jakieś biedactwo i że się sam mianował niepowołanym jej stróżem. – "Od matki nie uciekłaby nigdy". – Przeto albo nie ma matki, albo znajduje się ona gdzieś daleko. Nie śmiał o to pytać. Najwłaściwsze by było pozostawić tu dziewczynę w spokoju wraz z jej tajemniczymi sprawami, Zawidzki jednak po szybkiej chwili rozwagi doszedł do przekonania, że jednak nie powinien tego uczynić. Dziewczyna ma jakąś ciężką zgryzotę. Czyni wskutek tego dziwne historie, a przez dumną zapalczywość młodości gotowa uczynić coś, co się nie da naprawić. Ileż ona może mieć lat? Piętnaście najwyżej szesnaście. Jest to wiek nieoczekiwanych pomysłów. Wprawdzie panienka ma w oczach wyraz hardy i twardy, bywały jednak i takie cudy, że z najtrwalszej skały wytryskała woda. Nie… Nie można jej zostawić samej. Wprawdzie gdyby los szukał opiekuna dla biednej samotnej dziewczyny, wybrałby z braku kogoś lepszego raczej niedźwiedzia niż malarza, przypadek jednak ma w sobie często coś z krotochwili. Lepszy malarz niż nikt. Zawidzki postanowił przeto, że z pozwoleniem dziewczyny lub wbrew jej woli nie opuści jej przynajmniej do czasu, w którym będzie pewny, że nic jej nie grozi. Niemal się rozkrzewił swoją rolą. Spojrzał na dziewczynę ukradkiem i spotkał jej również ukradkowe spojrzenie.

– Proszę pani! – zaczął mówić z jakąś serdecznością wesołością. – Czy pani nie może przystanąć choćby na krótką chwilę?

– Po co? – odrzekła Ewcia sucho.

– Bo chciałbym się przedstawić…

– Mógł pan to zrobić już dawno.

– Nie było czasu, bo pani biegła, ja biegłem, więc jak? Proszę teraz przystanąć, bo muszę zdjąć kapelusz, podać pani rękę i głośno, wyraźnie wygłosić moje nazwisko.

Dojrzał uśmiech w okolicach zadartego noska, a po chwili Ewcia spojrzeniem spojrzała w jego oczy, nic nie mówiąc.

– Nazywam się Jerzy Zawidzki i jestem ku rozpaczy ludzi rozumnym malarzem.

– Ach, to dlaczego… – zawołała Ewcia nie kończąc zdania.

– Co dlaczego? Proszę mówić śmiało!

– …to dlaczego tak gładko zełgał pan przed policjantem, że jestem pańską siostrzenicą.

– Proszę nie obrażać szlachetnego zawodu! To moja osobista sprawa… A teraz, kiedy mnie pani już zna, czy mogę panią prosić o rękę?

– Co takiego? – wykrzyknęła Ewcia zdumiona. – Pan mnie prosi o rękę?

– Broń mnie, Panie Boże! Chciałem jedynie, abyśmy sobie podali ręce. Tak mi się tylko uroczyście powiedziało.

Ewcia miała przez krótką chwilę taką minę, jak gdyby w nią piorun trzasnął, ale w tymże samym momencie cofnął się z okrzykiem: "Przepraszam, ale chciałem trzasnąć w kogo innego! Niech pani to trzaśnięcie uważa za niebyłe". – Z trudem pokryła bladoczerwone zmieszanie i nadrabiając miną wyciągnęła ku niemu rękę.

– Nazywam się Ewa Tyszowska.

– Ewa! Patrzcie… patrzcie – zaśmiał się malarz. – A ja nazwałem panią Irką, a wie pani czemu? Mam naprawdę kuzynkę Irkę, podlotka, który łazi po drzewach sprawniej niż małpa. Kiedy zobaczyłem panią gimnastykującą się na podstawie okna, wtedy ni się to przypomniało. Aha! Irka ma też taki nosek, że mogłaby bez charakteryzacji grać naczelnika Kościuszkę w amatorski teatrze… O, przepraszam…

– Mój nos nie jest piękny, ale wcale go się nie wstydzę.

– Słusznie! Ja mam nogi jak czapla i też sobie nic nie robię. – Panno Ewo! Pogadajmy teraz jak dwaj przyjaciele. Dokąd pani idzie?

Ewcia walczyła przez chwilę sama z sobą.

– Na dworzec kolejowy – rzekła cicho. – Muszę wyjechać.

– A wolno…


– Na co panu ta wiadomość?

– Bo to widzi pani… Ja jestem malarzem, trudno… Żadna praca nie hańbi. Każdy malarz ma jednakże takie śmieszne serce, że nie może patrzeć obojętnie na cudze zmartwienie, a pani ma jakieś wielkie zmartwienie. Byłbym ostatnim łapserdakiem, gdybym pozwolił, aby się pani czymś gryzła. Widać to los tak chciał, skoro mnie o godzinie szóstej rano zawiódł przed pani okno. Bo to ze mną jest tak…

Nagle przerwał i uderzył ręką w czoło z takim rozmachem, jak gdyby chciał na nim zatłuc uporczywą muchę.

– Co się panu stało? – zdumiała się Ewcia.

– Co się stało? Nic. Przywołuję zmysły do porządku. Moje przypominają często gromadkę wróbli, kiedy na nią wpadnie rozbiegany pies. Niech pani przystanie raz jeszcze! Na chwileczkę… I niech pani odpowiada wyraźnie; jakie pani powiedziała przed chwilą nazwisko?

– Tyszowska…

– Odpowiadać proszę powoli i z namysłem. Wyskoczyła pani przez okno z domu, w którym mieszka głośny uczony Hieronim Tyszowski. Tak czy nie?

– Tak! – odpowiedziała Ewcia coraz bardziej zdumiona.

– Hieronim Tyszowski, znany "człowiek- dżuma"?

– Tak.

– Więc: Tyszowska wyskakuje oknem z domu Tyszowskiego. To nie ulega wątpliwości. Jak to jednak być może, skoro Tyszowski, "człowiek – dżuma", mieszka, o ile dobrze pamiętam, na drugim piętrze, że Tyszowska wyskakuje z parteru? Jeśli Tyszowska, powinna była wyskoczyć z okna drugiego pietra. Czy rozumuje logicznie?

– Najzupełniej!

– Bo ja mam rozum, tylko że tak na oko to spostrzec. Wracajmy jednak do rzeczy. Czemu pani nie wyskoczyła z drugiego piętra?

– Bo za wysoko! – roześmiała się Ewcia.

– Też racja! – zawołał malarz z zapałem.

– A czy pan zna Hieronima Tyszowskiego? – zapytała Ewcia z nagłym zajęciem.

– Znam go i błogosławię. Przed kilku laty matka moja, którą ubóstwiam, była śmiertelnie chora. Tyszowski czynił takie jakieś dziwy, takie jakieś preparował szczepionki, że nikt inny, tylko on ocalił mi matkę.

– To mój ojciec! – powiedziała Ewcia gorąco.

– Boże miły! Dziewczyno, i pani teraz mi dopiero o tym mówi?! A cóż za spotkanie! Gdyby to można uczynić na ulicy, odtańczyłbym pewien taniec radosny, którym zawsze czczę chwile osobliwe. Uczynię to później, bo i tak ludzie na nas patrzą. Ale jednak ojciec pani mieszkał wyżej.

– Tak, ale wyjechał do Chin, a mnie umieszczono na parterze.

– O, arcykardynale! Przecie od własnej matki słyszałem o tym, a ona wyczytała to w gazecie. Panno Ewo!

– Słucham… – rzekła Ewcia przyjaźnie.

– Nie możemy tak chodzić dookoła miasta, tym bardziej że ja niedługo zacznę mocno krzyczeć i wymachiwać rękami. Czy pani wierzy, że jestem uczciwym człowiekiem?

– Wierzę, nawet bardzo wierzę!


– A czy pani już jadła śniadanie?

– Nie było czasu. Najpierw uciekłam, a potem pan mnie gonił…

– Prawda. Wobec tego zanim odbędziemy naradę nad tym, jak pokierować losami, pójdźmy na śniadanie do jakiejś mleczarni. Gorące mleko niezwykle zaostrza wyobraźnię. Najlepsze byłoby kozie mleko, bo Jowisz wykarmiony przez kozę nie tylko zrobił karierę, ale i niezwykłym zajaśniał rozumem. Czy pani widzi, jaki ja jestem wykształcony?

Ewcia zaśmiała się głośno. Po godzinie awantury okazało się, że straszliwy prześladowca jest wybornym towarzyszem i najmilszym zawalidrogą. Schwytał ją za kołnierz i wydobył z dna rozpaczy na jasność słoneczną. Oczy mu się śmieją i nieustannie gada. Śmiech jego jest wyraźny i wesołość szczera. Wprawdzie ma nieco zbyt długie nogi, lecz poza tym jest niepospolicie przystojny. Posiada jakieś nakrycie głowy, lecz to coś w rodzaju czapeczki wystaje mu z kieszeni, a poranny rzeźwy wiatr rozwiewa mu włosy mocno wybujałe. Zasadniczo posiadają one kolor jasny, lecz nad prawą skronią grają wielu barwami, których poważna przyroda nie używa do barwienia głów ludzkich. Nie ulega przeto wątpliwości, że pan malarz w pośpiechu pracy ociera pędzle o własne uwłosienie. Stąd zapewne pochodzi i tęczowa barwa jego myśli, wirujących jak kolorowe szkiełka w kalejdoskopie. Od chwili, w której się dowiedział, kim jest Ewcia, wciąż powracał do hymnów na cześć jej ojca. Niebyły to hymny prawidłowo zbudowane, lecz strzeliste okrzyki połączone z tak gwałtownymi ruchami rąk, jak gdyby malarz podbijał każde słowo, aby wyżej poleciało. Ewci uczyniło sie ciepło w okolicach serca. Od czasu do czasu spoglądała ukradkiem na tę jasną, szczerą, uczciwa gębę, po której biegały słoneczne błyski, i wtedy przymykała oczy, jak gdyby własnym oczom uwierzyć nie mogła. Jakżeż to? Przed godziną uciekała przez okno, zrozpaczona, samotna, i bezradna, a po godzinie idzie wesoło w towarzystwie człowieka, którego spotkała po raz pierwszy w życiu i o którego istnieniu nigdy nie słyszała. Nie czuje żadnej trwogi, nie chce myśleć o tym, co się stanie. W tym długonogim dryblasie, mającym włosy pomalowane jak Indianin wstępujący na "ścieżkę wojenną", jest tyle pogodnej, radosnej siły i tyle pewności, że Ewcia nie waha się ani przez chwilę. Ufa człowiekowi, który wielbi jej ojca. Jeszcze dość będzie czasu, aby się zastanawiać nad tym, co ma uczynić za godzinę.

Gdy weszli do małej mleczarenki, zdawało się, że malarz napełnił sobą całe jej szczupłe pomieszczenie. Uśmiechnęła się do niego chmurna dotąd, posługująca panienka, a pokażnie gruba pani, licząca właśnie bułki za bufetem, spojrzała na niego z tkliwą życzliwością, rozumując słusznie, że jeśli ten wspaniały młodzian nie zje za jednym zamachem wszystkich nagromadzonych w mleczarence produktów, w takim razie należy wątpić o wszystkim i przekląć złudne pozory. Malarz uradował jednakże jej zatroskaną i mleczną duszę: jadł tak potężnie, że nawet jak na malarza było to zdumiewające. Z bujną wymową namawiał i Ewcię, aby "mlekiem zalała robaka". Ze szczodrą rozrzutnością nakarmił w przerwie kundla, który spojrzał na niego z gorącym uznaniem i mrugnął wrażliwie lewym okiem, jak gdyby chciał powiedzieć: "Pan jest pierwszym malarzem na świecie, przy którym może się pożywić pies, dotąd bowiem przy malarzach umierały z głodu nawet muchy!"

"Milcząc, żwawo jedli", lecz malarz zwracał większą uwagę na część drugą spostrzeżenia wieszcza Adama. W milczeniu nie wytrwał zbyt długo. Gadał o wszystkim do Ewci, do usługującej panienki, do grubej pani za bufetem, do psa, do obrazu na ścianie, wreszcie sam do siebie. Każde zdanie pokropił zawsze złotym deszczem śmiechu. Od czasu do czasu patrzył jednak bystro w twarz Ewci, jak gdyby własną gadaniną chciał ją zachęcić do mówienia.

Ewcia milczała. Widać było wyraźnie, że coś wazy w duszy i nad czymś rozmyślała. Kilka razy zdawało się, że już słowo jak złota pszczoła drżała na jej ustach, lecz natychmiast odlatywało jak pszczoła. Teraz dopiero poczuła znużenie po niezwykłych przejściach i po gorączce porannych godzin. Ze znużenia narodził się smutek i nieporadne przygnębienie. Myślała, że się rozpłacze. Niedawna podniecona wesołość zagasła jak nikłe światełko. Niezmiernie miły jest ten młody człowiek, lecz zbliża się chwila, kiedy on pójdzie swoją drogą, a ona swoją – tylko jaką? O, jak łatwo jest uciec, jak trudno jest uciekać!…

Nagle malarz spojrzał w jej oczy głębokim spojrzeniem i rzekł ściszonym głosem:

– Odwagi, dziewczyno!

Zdawało się jej, że malarskimi bystrymi oczami widziały każdą jej myśl.

A on mówił niemal szeptem:

– Skoro pani wyskoczyła przez okno, musiała pani mieć do tego ważne powody. Nie wygląda pani na taką, co skacze z pieca na łeb dla samej przyjemności skakania. Teraz jednak nie należy płakać…

– Przecie ja nie płaczę – odrzekła Ewcia niepewnie.

– W tej chwili nie, bo nie chce pani wlewać łez do mleka, ale dam sobie uciąć nikomu niepotrzebną głowę, że stanie się to niechybnie o siódmej trzydzieści trzy. Kobiety najobficiej plączą rano i o zmierzchu. Ja rozumiem doskonale, że pani się musi wypłakać, bo inaczej byłby to stracony dzień, ale niech to pani na jakiś czas odłoży. Ewo, córko Hieronima! Nic a nic mnie nie obchodzi to, co się stało, ale nie pozwolę, aby się miało stać coś, czego można uniknąć. Dokąd się pani wybiera?

Pytanie to wygłosił tonem tak groźnym i tak nagle, że Ewcia odrzekła bez namysłu jak przepłoszony uczeń odpowiadając nauczycielowi:

– Do Makowa…

– Przebóg! – zawołał malarz ze zgrozą. To niemożliwe! Tam pani nie pojedzie!

– Czemu?

– Bo w Makowie leje jak z cebra. Przecie ja wczoraj przejeżdżałem przez Maków. Do kogo pani chce jechać?

– Do ciotki… Do pani Halickiej…

– Nie mam przyjemności znać szanownej ciotki – rzekł malarz z serdecznym żalem. – Czy jednak przypadkiem owa szanowna, a w tej chwili zmokła ciocia nie będzie odrobinę zdziwiona nagłym przyjazdem?

– Będzie bardzo zdziwiona.

Ewcia odpowiadała jakby sennie, sama sobie nie zdając z tego sprawy, dlaczego odpowiada.

– Otóż właśnie!… Ciocia jest zapewne przekonana, że pani śpi na łabędzich puchach, spokojna i szczęśliwa, gdy wtem spadnie jej na głowę katastrofa w postaci panienki pełnej zwątpień i rozpaczy. Jeśli ciocia znajduje się w wieku dojrzałym, może jej pęknąć serce. Szlachetna Ewo, musimy wymyślić coś innego… Ratujmy dojrzałą ciotkę!

– Ja nie mam nikogo poza nią! – wybuchnęła Ewcia w nagłym podnieceniu. – Ojciec na drugim końcu świata, a tu…

Przestała mówić, jak gdyby oczekiwała pytania, ale chytry malarz nie zapytał o nic. Wiedział dobrze, ze w tej chwili jedynie trzęsienie ziemi mogłoby spowodować krótką przerwę w zwierzeniach dziewczyny. Odmierzone krople jej słów zaczęły przybierać i wkrótce popłynęły rwącą strugą.

Malarz słuchał bez drgnienia. Nie poruszał się nawet, aby nie spłoszyć roztkliwionego ptaka. Mogło się zdawać, że patrzy obojętnie na ogłoszenie wzywające naród do spożywania sera śmietankowego. Słuchał skarg na samotność, na oschłość serca obcych ludzi, na odtrącenie jej serca, które chciał ofiarować za odrobinę życzliwości, i dowiedział się wreszcie, ze dziewczyna wychowana w jasności nie mogła wytrzymać w mroku.

– Ja wiem, że zrobiłam głupstwo… – mówiła Ewcia, a słowa padały spokojnie jak ostatnie krople po nawale ulewy. – Ojciec mnie nie pochwali, a ciotce to chyba to chyba naprawdę serce pęknie… Ale ja już dłużej nie mogłam… Po tej awanturze z pamiętnikiem pani Szymbartowa zamknęła mnie na trzy dni w pokoju…

– A cóż na to pan Szymbart? – zapytał malarz po raz pierwszy.

– Nic nie mógł zrobić, bo także był zamknięty.

– Chwała mu, bo cierpiał za ludzkość… Spokojnie, dziewczyno, spokojnie! Ale, ale… Czy nie zjadłaby pani śmietankowego sera? Przypadkiem zauważyłem bardzo namawiające ogłoszenie. Niechże się pani Ewa uspokoi, albowiem w przeciwnym razie zmuszę panią do zjedzenia dwunastu jaj na surowo. Teraz wiem o wszystkim i wiem, co pani zrobi. Za pozwoleniem… Czy ten kundel zawsze tyle zjada? Niech mu idzie na zdrowie, ale i pies powinien mieć odrobinę taktu i pomiarkowania… Dziwaczna psina! Ale my już musimy iść, Ewuniu…

Powiedział ostatnie słowo tak tkliwie, tak serdecznie i ciepło, jak by je powiedział starszy brat do siostry bardzo kochanej. I po raz pierwszy powiedział: "Ewuniu". Nie miał najmniejszego prawa do tej poufałości, a jednak brzmiało to tak naturalnie, jak gdyby inaczej mówić mu nie wypadało.

– Dokąd? – spytała dziewczyna z zapartym oddechem.

– Jak to "dokąd"? Do nas!

– Do nas?

– Oczywiście. Do mojej matki i do jej syna, który mieszka razem ze swoją matką. Posłuchaj, kobieto: moja matka uwielbia pana doktora Tyszowskiego, jej syn znalazł na ulicy jego ukochaną córkę, która chciała pojechać do ciotki, wobec czego moja matka zawoła: "Dobrze zrobiłeś, mój synu, że przyprowadziłeś córkę ojca, który ocalił twoją matkę!" – Może doda jeszcze jakieś ciepłe słowo na temat psa, ale na to zbytnio liczyć nie należy. Pani nie ma pojęcia, jak cudowną kobietą jest moja matka! Prawie przez lat trzydzieści ma przy sobie takiego ananasa, jak ja, i tylko odrobinę posiwiała. Nie ma rzeczy, której by mi odmówiła, co zresztą nie jest jedynie jej zaletą, gdyż ja potrafię wszystko wycyganić, co zechcę. Mieszkamy sobie razem w małym domku w okolicach ulicy Wawelskiej i jest nam tak dobrze, że czasem anioły zagladają w lecie przez otwarte okno, bo myślą, że przez pomyłkę zaleciały do raju. Dopiero na widok mojej diabelskiej gęby cofają się w popłochu. Widzi pani, że nie będzie u nas źle. Posiedzisz, dziewczyno, dopóty, dopóki "ojciec – dżuma" nie powróci i wtedy oddamy mu córeczkę znacznie tłustszą, bo u nas się doskonale jada, i znacznie mądrzejszą, bo kto przebył czas jakiś w moim towarzystwie, nabiera niebywałej mądrości. Czemu się pani śmieje?

Ewcia śmiała się, ale dziwnie: z rozrzewnieniem. Słuchała radosnego hymnu na cześć matki, ułożonego wprawdzie oszalałym stylem, lecz pełnego nieprzebranej tkliwości, i serce w niej drżało. To ponad przyzwoitą miarę wyrośnięte malarzysko zmieniło się w serdecznego chłopca, kochającego wszystko, co jest jasne i uczciwe. O, jacy dziwni są ludzie… Od jednych ucieka, bo ściął ją wśród nich dotkliwy mróz oschłości, a na ulicy, przypadkiem, spotyka takiego, od którego bucha życzliwość i przyjazna wzruszająca dobroć.

– Śmieję się – odpowiedziała Ewcia po chwili – bo panu się pali w głowie.

– Woda rzadko kiedy się pali! – zawołał malarz. – A poza tym, co to ma znaczyć?

– To, że się panu roją zabawne historie. Jakże pan może przyprowadzić do domu kogoś z ulicy i do tego, że tak powiem, "na dłuższą wizytę", nie zapytawszy przedtem matki o pozwolenie?

Malarz przymrużył lewe oko jak ulicznik, niezmiernie czymś ubawiony.

– Proszę pani! – rzekł ze śmiechem. – Jednego razu wróciła moja złota matka do domu po dłuższej nieobecności. Patrzy, a przy stole siedzi trzech dzikich ludzi i pożera potrawy mocno tłuste i mocno korzenne. Ja wyszedłem po papierosy. Dżentelmeni, widząc dostojną osobę, zapytali gościnnie: "Może szanowna pani też coś przekąsi?" – "Z przyjemnością!" – odrzekła dostojna osoba. A oni dalej: "A szanowna dama też nie ma mieszkania, że się zjawiła w tym wybornym hotelu?" – A dama na to: "Mam wprawdzie w tym domu miły pokoik, ale nie wiem, czy nie zajęty?" – "A który to pokój?" – pytają. – "Na dole!" – odpowiada dama. – "Wolny, wolny!" – zakrzyknęli. – "Jurek wszystkie pozwolił zająć, ale do tamtego nie wolno nawet wejść, bo to pokój pani mamy!"- "W takim razie pójdę się tam przebrać po podróży!" – Wtedy w nich trzasnął jasny piorun, bo zrozumiały buszmeny, że to sama pani Zawidzka, ale wkrótce przyszli do przytomności, zaczęli śpiewać "sto lat, sto lat niech żyje, żyje nam!" i chcieli moją rodzoną matkę podnieść do góry, ale na szczęście ja wróciłem w sam czas. A mama mnie zwymyślała, że zostawiłem gości samych, a goście mogli czegoś potrzebować. Słyszy pani? Zostawiłem trzech malarzy samych, a oni – mili barankowie, dzieciaki nieporadne – nie wiedzieli, co począć. A potem czyniła mi wyrzuty, że przytuliłem tylko trzech, bo znalazłoby się i miejsce dla czwartego, bo gdyby go tylko dobrze wykąpać, mógłby w czasie jej nieobecności zamieszkać w jej pokoju.

– To nadzwyczajne! – zawołała Ewcia z entuzjazmem.

– To nic nadzwyczajnego. Moja matka wie, że biedny malarzyna też musi czasem pomieszkać. Powiadam pani, że moi koledzy tak ją kochają, jak to tylko malarz potrafi. Rodzicielka ma ze sześćdziesiąt swoich portretów i na każdym jest coraz młodsza, a pod każdym mogłaby napisać, jak to uczynił jeden ojciec święty, co pod swoim kiepskim konfesjonałem napisał: "nie bójcie się, to ja!" Złoto moje kochane! I pani może przypuścić choćby, że nie przytuli biednej dziewczyny, córki takiego człowieka… Co to? Łzy? O, niewieścia kreaturo! Proszę w tej chwili wytrzeć ten zadarty nos, bo będzie nieszczęście! I niech młoda osoba zbiera manatki. Bez żadnego gadania, bez łez, bez jęków i szlochów… Hej, kundlu, zbieraj się i ty! Niech pani patrzy, ten potwór jeszcze je… Dziwny pies… Chętnie bym go namalował, ale jako martwą naturę. Żywy jest okropny… Otarła pani nos?

– Już! Pan jest straszny…

– Może być. Ale gdy wpadnę w gniew, jestem jeszcze straszniejszy, bo kąsam ludzi. Czego pani szuka?

– Pieniędzy… Przecie trzeba zapłacić… O mój Boże!

Ewcia zaczęła gorączkowo potrząsać kieszonkę.

– Zgubiłam pieniądze! – jęczała z rozpaczą.

– Dużo?

– Mało, ale zgubiłam… Kiedy pan mnie gonił.

– Nigdzie nie ma?

– Nigdzie… O Boże!

– Niech pani przeszuka jeszcze kundla, bo temu psu nie można dowierzać. Ale ja się strasznie cieszę, że pani je zgubiła. Do Makowa już pani nie pojedzie i musi pani pójść do nas. Zbierać się do pochodu! Będziemy sobie po drodze śpiewali: "Choć burza huczy wkoło nas!"

I zaśmiał się tak głośno, że mucha łażąca po stoliku zerwała się przerażona.

– A właśnie że znalazłam! – zawołała Ewa grzebiąc w tobołku.

– Ten kundel musiał je nieznacznie podrzucić!


Rozdział piąty

W którym dzień szczęśliwy otrzymał cios w samo serce.


Kobietą wielkiego ducha musiała być pani Klementyna Zawidzka, skoro nie spadła z krzesła na widok powrotu syna. Pani Zawidzka (lat nieco ponad pięćdziesiąt, wysoka, siwa, rysy jakby wyrzeźbione, twarz pogodna, oczy mądre, bystre, orzechowej barwy, o złotym połysku, odzienie czarne, bardzo skromne, lecz świetnie wytworne) zawiadamia, że jej pierworodny miał powrócić o szóstej rano, czekała nadaremnie ze śniadaniem. Dopiero po upływie dwóch godzin ujrzała dziwaczny pochód trzech bożych istot, a jedną z nich był niewątpliwie jej syn. Ponieważ mogło się zdarzyć, że wesoły ten i bujną wyobraźnią obdarzony młodzian mógł przyjechać równie dobrze na wielbłądzie i pomalowany na czarno, wobec tego bynajmniej nie zdumiał jej ten skromny orszak, na którego czele szedł raźnie i z miną tryumfalną. Natomiast podążająca za nim truchcikiem panienka miała minę żałosną i cokolwiek wystraszoną.

"Mój syn miewa śmiałe pomysły" – pomyślała wytworna matka jedynaka malarza.

Dziki syn, ujrzawszy ją, uczynił trzy ogromne kroki i porwawszy wytworną matkę, uniósł ją w ramionach z krzesła i począł całować z taką radosną furią, jak gdyby jej nie widział przez lat sto siedem. Wyborna ta operacja połączona z niebezpieczeństwem uduszenia wiotkiej damy trwała długo i została przerwana jedynie dzięki gwałtownym jej zapowiedziom, że za chwilę jej oszalały syn zostanie sierotą. To go dopiero nieco zastanowiło, więc ze zgrabnością niedźwiedzia, co przed chwilę wyrwał drzewo z korzeniami, ustawił ją w przyrodzonej postawie na niewzruszonej ziemi.

Ewcia patrzyła na tę scenę z takim zachwytem, że z bladej jej i wymizerniałej twarzy zniknęła trwoga. Coś ją jednak po chwili musiało schwytać za gardło, bo zaledwie wstrzymała rwący się z jej piersi szloch. Byłoby się to stało niechybnie na widok tak miłowanej matki, gdyby jej nie przywołało do przytomności pytanie:

– Czemu się ze mną nie przywitasz moje dziecko?

Głos, który zadał to pytanie, brzmiał głęboko, pełnią tej słodyczy, z jaką śpiewa wiolonczela, która swojego śpiewu nauczyła się od człowieka, co wiele przecierpiał.

Ewcia spojrzawszy na twarz pani Zawidzkiej dostrzegła uśmiech tak niewysłowionej dobroci, że bez namysłu rzuciła się do rąk tej kobiety, która zanim zapytała, kim Ewcia jest i skąd przychodzi, pragnie ją uściskać. Tak się jakoś stało, że całując jej ręce, osunęła się na kolana… Tak by niewątpliwie uczyniła wobec matki własnej. Ręka pani Zawidzkiej pogłaskała ją miękko po głowie, potem pani Zawidzka powiedziała:

– Tak nie można, tak nie można, dziewczyno…

Delikatnym ruchem pomogła Ewci podnieść się, objęła ją ramieniem i ucałowała.

– Deszcz będzie, bo się baby całują! – krzyknął malarz. – Dość tego! Matko wyrodnego syna, czy pragniesz wiedzieć, kto jest ta smarkata?

– Jerzy, czyś oszalał?

– To jest córka doktora Tyszowskiego!

– Nie może być! – zawołała z głęboką radością pani Zawidzka.

– I jak tu żyć, skoro rodzona matka nie wierzy własnemu synowi – rzekł malarz z czarną boleścią. – Niechże pani poświadczy!

– Tak jest… – potwierdziła nieśmiało Ewcia.

Pani Zawidzka przez długą chwilę przyglądała się dziewczynie z upodobaniem, potem rzekła:

– Po raz pierwszy przez długie lata zdarzyło się, by Jerzy uczynił coś rozsądnego i przyprowadził do domu kogoś podobnego do ludzi.

– Niezupełnie – zaśmiał się malarz. – Mama nie przyjrzała się jeszcze temu psu.

Kundel ustawił się jak do fotografii i wykrzywił złodziejski pysk.

– Och! – zaśmiała się pani Zawidzka. – Czy to jest naprawdę pies?

– Tak jest, proszę pani – odrzekła Ewcia również z uśmiechem.

– Patrzcie, patrzcie! przyroda ma znakomite poczucie humoru. Widziałam w moim życiu wiele psów i najdziwaczniejszych psów, ale takiego psa pod psem, jak ten pies, jeszcze nie widziałam. Trzeba go będzie zaprowadzić do kuchni. A my może pójdziemy zjeść śniadanie.

Malarz oznajmił, że i on, i Ewcia "gwiżdżą" na śniadanie, albowiem przezornie już jedno zjedli, a do załatwiania są sprawy nierównie ważniejsze.

– Jeżeli mama – rzekł – pragnie spędzić kilka chwil na rozmowie z człowiekiem niepospolicie rozumnym i dowiedzieć się o niebywałych awanturach, niech mama przede wszystkie, pomówi ze mną. A panna Ewa niech odetchnie tymczasem w mojej pracowni.

– Wszędzie, byle nie tam! – zawołała pani Zawidzka. – Tam są przecie twoje obrazy… Jeśli ta dziewczyna ma poczucie dobrego smaku, na widok tych straszliwości wyskoczy przez okno.

– Nie byłoby to dzisiaj po raz pierwszy! – zaśmiał się Jerzy. – Niech pani w takim razie spocznie wobec tego w tym pokoju, w którym wisi mój wizerunek. Panny powinny raczej włazić przez okno, aby spojrzeć chociaż przez krótką chwilę na moje promieniste oblicze, a nie wyskoczyłaby żadna. Pójdź, matko, albowiem chociaż udajesz markizę, nie możesz ustać na nogach, tak cię pożera ciekawość. Panno Ewo? Niech pani zerwie trochę kwiatów, potem niech pani pójdzie przez hall na lewo i przystroi nimi mój wizerunek.

– Dobrze! – zaśmiała się dziewczyna.

Pozostała na tarasie, usiadłszy w trzcinowym fotelu. Słyszała z niewielkiej odległości wykrzykniki Jerzego, który opowiadał matce o całej historii. Ani razu natomiast nie usłyszała głosu pani Zawidzkiej.

Ewcia była znużona. Zuchwała wyprawa wyczerpała ją do cna. Przez połowę nocy nie zmrużyła oczów, układając rozpaczliwy swój plan. Od północy naradzała się z Zosią, przerażoną i równocześnie zachwyconą. Dziesięć razy co najmniej liczyła Ewcia pieniądze, które jej miały starczyć na podróż do pani Halickiej. Wiedziała, że ucieczka jej będzie dla cioci nie byle jakim ciosem, skoro się dowie, że pani Szymbartowa źle spełniła obowiązek opiekunki. Trzeba jej będzie wyjaśniać długo i pracowicie, czemu Ewcia zwodziła ciotkę doniesieniami, ze jest jej dobrze. Dobrze się stało, że do tego wszystkiego nie doszło, lecz co się stanie teraz? Pani Zawidzka jest wspaniałą kobietą i zapewne mądrą, więc jej poradzi, jak ma postąpić. Żeby tylko ten wesoły chłopak dokładnie i wyczerpująco powtórzył matce wszystko, o czym się dowiedział od Ewci. Strasznie dobre jest to chłopisko. Mogłoby się zdawać na pierwsze wejrzenie, że myśli jego latają obłąkanym jaskółczym lotem, niespodzianymi zygzakami, a jednak nie ulega wątpliwości, że jego rozigrany sposób gadania to tylko taki "fason". Przez jasne oczy widać jego dobre serce… Coś oni tam oboje – pani Zawidzka i jej syn – przecie wymyślą, a ona postąpi tak, jak jej polecą. Byle tylko nie powracać do pani Szymbartowej, byle tylko nie to!

W tej chwili wychylił się z okna Jerzy i wrzasnął tak, jakby chciał pół Warszawy postawić na nogi.

– Panno Ewo! Na przesłuchanie! Kundel później…

Ewcia poszła z bijącym sercem. Trafić było łatwo, bo śmiech Jerzego wyraźnie wskazywał drogę. Ten śmiech dodał jej otuchy.

Pani Zawidzka siedziała na kanapce, a Jerzy krążył po pokoju, wciąż gadając. Na widok dziewczyny zamilknął i mrugnął do niej wesoło.

– Bliżej, bliżej, moje dziecko! – powiedziała łagodnie pani Zawidzka. – Usiądź…

– Ewo, siadaj! – wrzasnął malarz. – Kobiety zazwyczaj mdleją w ważnych chwilach, więc niech to raczej robią na siedząco.

– Jerzy, bądź łaskaw nie przeszkadzać – rzekła pani Zawidzka. – I nie krzycz, bo cię wyrzucimy za drzwi. Moja kochana dziewczyno – zaczęła po chwili z powagą – mój syn opowiedział mi o wszystkim. Z jego nieskładnej gadaniny…

– Oho! – zawołał Jerzy.

– …zdołałam zrozumieć, że umieszczono cię dość nieszczęśliwie w smutnym albo też równie nieszczęśliwym domu. Sądząc z moich osobistych chociaż krótkich spostrzeżeń, nie jesteś lekkomyślna. Skoro aż uciekłaś z tego domu, musiało ci być bardzo źle… Trudno. Stało się. Ojciec ma powrócić dopiero za kilka miesięcy. Tak?

– Tak. Za pół roku…

– Otóż to. Przez pół roku nie dasz sobie rady sama. Do Makowa czy gdzie tam jechać nie powinnaś, bo po wakacjach musisz pójść do szkoły. Przeto ja i mój syn uradziliśmy, abyś przez te pół roku do powrotu ojca zamieszkała u nas…

– O Boże! – szepnęła Ewcia składając ręce.

– Miejsca jest dość. Nikomu przeszkadzać nie będziesz. Jeden jest tylko szkopuł: pani… pani… jakże jej tam?

– Szymbartowa! – krzyknął Jerzy.

– Właśnie, właśnie… Pani Szymbartowa.

Zostałaś jej powierzona i ona będąc za ciebie odpowiedzialna może się sprzeciwiać naszym zamiarom. Może się też i zgodzić, co jest nawet bardzo prawdopodobne, ale musi być o wszystkim zawiadomiona. Należy ją zresztą natychmiast uspokoić. Pani Szymbartowa znajduje się niewątpliwie w tej chwili w rozterce. Nietrudno jej było zapewne odgadnąć, że uciekłaś, lecz mogło ci się potem przydarzyć coś, co by nawet ją mogło pogrążyć w rozpaczy.

– Niebo zesłało mnie! – krzyknął Jerzy.

– Niebo zastanowiłoby się głęboko, zanimby tobie powierzyło jakakolwiek misję. Siedź cicho i nie przerywaj! Otóż, moja Ewciu, wszystko dobrze, tylko z panią Szymbartową nie jest dobrze. Czy ta pani ma telefon?

– Nie ma. Pani Szymbartowa dzwoni ze sklepiku…

– Wobec tego ja natychmiast pójdę do niej sama – rzekła pani Zawidzka.

– Sama? Nigdy! – wołał Jerzy. – Pójdziesz ze mną, a ja pójdę ze strzelbą.

– Ty zostaniesz w domu i zajmiesz się Ewcią.

– Niech ona się mną zajmie, bo ja jestem mężczyzną! Nie umiem piastować dzieci!

Bardzo był uradowany, że się tak wszystko stało. Cieszył się, że uwielbiana matka będzie miała choć przez kilka miesięcy przyjazną w domu duszę. Jego zazwyczaj nosiło światami, jak gdyby gonił za słońcem. Cieszył się też widoczną radością dziewczyny. Na twarzy jej ukazały się lekkie rumieńce od nadmiernych wzruszeń, a oczy błyszczały. Ucałowała ręce pani Zawidzkiej i chciała jej dziękować, ale nie mogła znaleźć słów.

– Pan ma cudowną matkę! – rzekła gorąco po wyjściu pani Zawidzkiej.

– To stąd pochodzi – odpowiedział Jerzy z powagą – że mama stara się mnie naśladować we wszystkim. Czemu się pani tak drwiąco uśmiecha? Zaczyna to być irytujące, że zawsze się wszyscy śmieją, skoro mówię poważnie. Ale pani ma rację: moja matka jest morowa!

– Mój ojciec też!

– To nie jest żadna sztuka, bo kto ma do czynienia z morem dżumy czy cholery, temu łatwo być "morowym". Moja matka ma tylko jeden rodzaj epidemii, to znaczy mnie, ale już zdołała przywyknąć. Zobaczy pani jeszcze, co to za kobieta! Kiedy chciałem pójść do akademii malarskiej, w całej rodzinie zrobił się taki wrzask, jak gdybym już z góry skazany na kryminał, a później na szubienicę. Miałem jedną ciotkę, która już jest w niebie, co na tę wiadomość zemdlała, a kiedy powróciła do przytomności, powiedziała uroczyście: "W rodzie naszym bywali senatorowie i biskupi, lecz nigdy nie było pijaka i przestępcy. Teraz będzie. Widać, że Bóg chce nas ukarać za jakieś ciężkie grzechy!" – Chciała mnie nawet przekląć…

– I co, i co?

– I nic. Były wielkie narady i sejmy. Niektórzy byli zdania, że skoro mam już umrzeć z głodu, lepiej by było, abym został nie malarzem, lecz literatem, bo atrament i papier tańsze są od tych farb i płótna. Mojej matce bardzo się wreszcie sprzykrzyły owe gadania, zapytała przeto krótko: "Czyj to syn, mój czy wasz?" – "Na szczęście twój!" – zakrzyknęły oburzone ciotki. – "Wobec tego ja mu daję moje błogosławieństwo!" – a jednej, bardzo zawziętej, powiedziała: "Pana Boga cieszy więcej piękny obraz niż skwaśniała ludzka gęba!"

– A co mówił ojciec pański?

– Mój ojciec dawno już nie żył… Mój ojciec poległ w dwudziestym roku…

– Och, nie wiedziałam…

– Miałem w tym czasie dopiero sześć lat. Mój ojciec kupiłby mi pierwszą paletę i pierwszy pędzel. Wspaniały to był człowiek! I jeszcze weselszy ode mnie!

– Czy to możliwe? Czy można być weselszym od pana?

– Można, bo ja jestem wesoły tylko w dni nieparzyste. Poza tym jestem smutny, gdy pada deszcz, zły jestem, gdy jestem głodny, a wyglądam jak dojrzały nieboszczyk, gdy jestem zakochany…A zresztą co to obchodzi rozmaite niedowarzone osoby? Niech lepiej niedowarzona osoba obejrzy nasze mieszkanie, zanim mama wróci. Chodź, licha imitacjo kobiety, a wyborna imitacjo podlotka! Czy pani wie, co mi przypomina podlotek?

– O, bardzo proszę!

– Młodego legawca. Zawsze mi się wydaje, że taki stwór ma za wiele nazbyt długich nóg i wciąż mu się to wszystko plącze.

– Jeżeli idzie o długie nogi, to pan mógłby stanąć jedną nogą na lewym brzegu Wisły, a drugą…

– Przestań, posępna kreaturo! – śmiał się Jerzy, ubawiony zadzierzystą miną Ewci.

Oprowadzał ją po niewielkiej, lecz uroczej willi, otoczonej ogródkiem, w którym czerwoną pychą pyszniły się róże. W oknach i na tarasie płonęły żywym ogniem płomyki pelargonii. Cicho było w tym domu i przytulnie. Na pierwsze wejrzenie mogło się zdawać, że jest to mieszkanie ludzi zamożnych, pędzących tu życie pogodne i bez trosk, ktoś jednak bystrze patrzący mógłby zauważyć, że wnętrze domu sprawia wrażenie dogasającej minionej świetności. Sprzęty mają swoją rasę: są albo szlachetnego pochodzenia ze ślicznym znamieniem dawności, albo pospolite, fabrykowane z pośpiechem, klecone bez tej czułości, z jaką wyrabiał sprzęt dawny mistrz rozmiłowany w swym rzemiośle. W willi Zawidzkich więcej było sprzętów bez rasy, błyszczących wprawdzie, lecz nowoczesnym szychem, wygładzonych maszyną. Jedynie tu i ówdzie stał na honorowym miejscu sprzęt poniektóry wysokiej klasy, o liniach prześlicznych, o zarysie pełnym niewypowiedzianego wdzięku. Najbardziej pyszniła się szeroko i wygodnie rozparta szafa gdańska, rozłożysta, lśniąca przyćmiona blaskiem, opatrzona kutym wielkim żelaznym zamkiem, w którym tkwił klucz potężny. Prześliczna staruszka, najmniej dwieście lat licząca, przeznaczona do przechowywania rzeczy cennych sama była skarbem. W jej pobliżu rozkraczał się stół "niskiego" pochodzenia i pospólstwo krzeseł z fałszywego mahoniu. Towarzystwo było niedobrane i nie było wśród niego zgody. Tu i ówdzie błysnął jakiś drobiazg cenny i przedziwnie piękny, jakaś upadła gwiazda, co z nieba świetności dostała się na niziny pospolitości: mała skrzyneczka z okuciami z brązu, zegar – cacko niezrównane ze słynnej epoki, dzisiaj oniemiały i bez wskazówek, jak gdyby czas własne i śliczne pożarł dziecko.

Jakaś dawno miniona świetność, ocalona z pogromu, wyrwana ze zniszczenia tułała się tutaj, skazana na współżycie z czymś, co jeszcze nie było tandetą, lecz się nią przecie stanie, skoro tylko pracowita i baczna ręka przestanie to gładzić i czyścić, i dodawać temu blasku. Udawanie fałszywej świetności byłoby się temu zbiorowisku łatwiej udawało w mroku, dom jednak był jasny i pełno w nim było słońca; widać było, że staranie pani Zawidzkiej czyni wszystko, by zatrzeć zbyt dotkliwe różnice między czcigodną w pięknie rozkochaną dawnością i nowoczesnością zuchwałą, byle jaką i nie ukrywając swego mizernego pochodzenia. Z niezrównanym smakiem starała się pani Zawidzka odsłonić w starzyźnie to, co w niej było piękne, a na wszystkim nowym zakryć to, co w nim było pospolite. Śliczne koronki i subtelne hafty stroiły sprzęty smętne i tanie. Mnóstwo kwiatów wołało spojrzenie ku sobie, aby nie powędrowało gdzie indziej.

Ewci podobało się wszystko, nawet stół z fałszywego mahoniu, który jej się wydał meblem królewskim wobec stołu w pracowni jej ojca. Z owego stołu nie wolno było nigdy zabrać najdrobniejszej rzeczy, stał się przeto po latach zbiorowiskiem papierów, książek, probówek, pudełek i pudełeczek, flaszek i flaszeczek, stosów listów i odwiecznych gazet. Geolog czytając z pokładów tego obfitego śmietnika mógł łacno odczytać jego wiek, jak wiek ziemi. Jedno ją tylko zdziwiło: Jerzy wodząc ją po wszystkich pokojach przystawiał i głośne wydawał okrzyki, wskazując jej rozsiadłą szafę, zegar i jakiś fotel dziwnego kształtu, bez słowa zaś mijał czeredę innych sprzętów. Na te starożytności patrzył jakby z rozczuleniem. Pogładził lśniącą gorącym blaskiem szafę i rzekł cicho:

– Moja matka dostała ją w wyprawie ślubnej… A przedtem dostała ją moja babka… A przed babką… Chodźmy na górę! – rzekł niespodzianie. – Ale, ale… Czy Ewcia jest gotowa na śmierć?

– Na śmierć? Czemu?

– Bo teraz pójdziemy do mojej pracowni. Ha! Zdarzało się czasem, że człowiek, który tam wszedł niespodzianie, dostawał pomieszania zmysłów najmniej na trzy dni. Nieboszczka ciotka, ta, która mi przepowiadała niesławny koniec w kryminale, krzyknęła i spadła ze schodów. Pani się nie boi?

– Nic a nic! – zaśmiała się Ewcia.

– Ależ tam są moje obrazy!

– Tym chętniej tam pójdę.

– Dziewczyno! – mówił Jerzy ponuro. – Wielka odwaga ma swoje granice. Czy pani wie, dlaczego dookoła nas wzdłuż całej ulicy różne opryszki kradną róże, a u nas nigdy?

– Bo zapewne w ogrodzie jest pies!

– Nie ma żadnego psa. Natomiast moja genialna matka wpadła na genialny pomysł i na cały dzień wystawia w ogrodzie dwa albo, trzy moje obrazy. Złodziej przełazi przez ogrodzenie, spojrzy i jakby w niego piorun trzasnął. Potem ucieka nie mogąc znieść przeraźliwego widoku. W nocy jest gorzej, bo obrazu nie widać i wtedy ja czasem wychodzę do ogrodu i muszę szczekać na rozmaite głosy.

– O, jaki pan jest zabawny! – śmiała się Ewcia. – Chodźmy czym prędzej do pracowni.

– Dobrze, ale proszę pamiętać, że panią ostrzegałem i jeśli pani postrada zmysły, będzie się pani musiała leczyć na koszt własny. Proszę uważać, bo tu schody są tak strome jak drabina Jakuba, co wiodła do nieba. Raz zaprosiłem do mojej pracowni jednego straszliwego krytyka, który o mnie napisał, że gdyby krowa malowała ogonem, byłaby wobec mnie Rafaelem. Krytyk miał bardzo krótki wzrok, więc, miałem nadzieję, że na tych schodach zrobi sobie jakąś krzywdę. I nic sobie nie zrobił! Potem napisał, że niebacznie obraził nie mnie, lecz krowę, która jest zwierzęciem dobrotliwym i nikomu nie czyni krzywdy malowaniem. Tutaj jest moja pracownia…

Jerzy bredził bardzo wesoło, lecz Ewci się wydawało, że czyni to z przymusem. Spojrzała na niego ukradkiem i zauważyła z największym zdumieniem, że jest jakby wzruszony. Długo szukał klucza, a gdy wkładał go w otwór drzwi, ręce mu nieco drżały. Po jasnej jego twarzy przebiegła smuga cienia i pomalowała ją powagą. Otworzył drzwi i bardzo powoli, jakby z namysłem, i rzekł cicho:

– Proszę, niech Ewcia wejdzie…

Ewcia poczuła się dziwnie; odniosła niespodziewane wrażenie, że to zgoła inny człowiek. Wesołość jego zgasła jak nagle zdmuchnięta lampa, ściszył mowę, jak gdyby jej wysokie rozgłośne tony stłumił surdyną. Hałaśliwy przed chwilą i mocno stąpający, wchodził do pracowni ściszonymi krokami. I jej się udzielił ten nastrój. Nie wiedziała nigdy w życiu malarskiej pracowni. Pewnie taki sam pokój jak inny, tylko z większymi oknami. Pewnie i tu, pod opieką pani Zawidzkiej, jest tak czysto, że się wszystko szkli i błyszczy, a na stoliku goreją róże.

Gdy weszła, przystanęła zdumiona: od razu stanęła jej przed oczami pracownia ojca, z całym obłąkanym nieładem. Pracownia była niewielka, a jedną całą ścianę miała ze szkła, tak zaś była zatłoczona, że trudno się w niej było poruszać. Na "honorowym" miejscu sterczała zabrudzona paka, a na pace rozkraczony fotel. Na ścianach obrazy bez ram, krzywo zawieszone, pod ścianami dziesiątki obrazów, które przyjęły jako hasło wołanie: "Frontem do ściany!" Ostra woń farb, oleju i terpentyny przesyciła powietrze.

– Śliczna pracownia, nieprawda rzekł cicho malarz.

Ewcia domyśliwszy, ze ten człowiek kpi albo pyta o drogę do zakładu obłąkanych, spojrzała na niego szybko, lecz ujrzawszy na jego twarzy szczęśliwy uśmiech cichego zachwytu pojęła, że nigdy nie mówił poważniej.

– Trochę tu jakoś… – mówiła niepewnie. – Trochę nieporządku…

– A ja bym tego śmietnika – odrzekł on z roztkliwieniem – nie oddał za wszystkie pałace świata.

– A może by okno… Może by otworzyć…

– Po co?

– Bo tu czuć terpentynę.

– No to co? Róże nie pachną piękniej…

Mówiąc to, zaśmiał się niskim bulgocącym śmiechem, najwyraźniej szczęśliwym.

– A matka pańska pozwala, aby tu tak jakoś…

– Moja matka wie przecież, że jestem malarzem.

– A czy u każdego malarza jest tak, jak tu?

– Broń Boże! Niektórzy malarze mają pracownie świetniejsze niż najświetniejsze salony. Ja jednak jestem na dorobku… Ja muszę najpierw nauczyć się malować, a potem dopiero…

– A czy pan mi pokaże swoje obrazy?

Zuchwały dryblas, co ją gonił dzisiejszego ranka jak ogar zająca, miał w tej chwili minę nieśmiałej panienki. Wprawdzie gdyby jakakolwiek panienka miała jego wzrost i jego nogi, i jego oszalała czuprynę, obwiesiłaby się czym prędzej na wysokim drzewie z rozpaczy i wstydu, lecz każda – najpiękniejsza nawet panienka – pożyczyłaby od niego na wielkie wstępy tego uroczego uśmiechu, na poły nieśmiałego, na poły niewinnego, i tego lekkiego rumieńca, co zabarwił jego twarz.

– Jeśli pani to zniesie… – rzekł ściszonym głosem. – Niech się Ewcia wygramoli na tę pakę po mydle i niech Ewcia usiądzie w fotelu. Tylko proszę się bardzo nie wiercić, gdyż podstawa jest chwiejna i grozi skręceniem karku. Sędzia Heli w Starym Testamencie też zleciał tylko z krzesła i wyzionął ducha. Już?

– Już!

Malarz był wyraźnie poruszony. Znowu zaczął nadrabiać humorem, lecz widać było, że jest przejęty; wprawdzie na pace siedział tylko podlotek z zadartym nosem, znający się na malarstwie tyle, co przysłowiowa kura na pieprzu (czego już nie można powiedzieć o indykach, które przemyślni ludzie leczą masłem pomieszanym z pieprzem), lecz malarzowi było wszystko jedno. Każdy widz byłby go napełnił niezrozumianą trwogą. Wyszukał pod ścianą jakieś płótno i ustawił w świetle.

– Boże, jakie to śliczne! – wykrzyknęła Ewcia.

Na płótnie namalowana była jedna jedyna gałąź brzozy, skręcona jakby z bólu. Wichry zapewne taki nadały jej kształt, że przypominała ramię forminigi, a długie gałązki spływały ku dołowi jak struny. Listki zaznaczone były tak delikatnie, jakby tylko muśnięciem. Całe płótno było srebrzyste, jak gdyby światło z niewidzialnego lało się księżyca. Niewysłowiona subtelność tego obrazu przypominała zamglone, jakby wiotkimi mgłami malowane obrazy japońskie. Jedna gałąź stała się malowanym poematem.

– Naprawdę? – zapytał cicho Jerzy.

– O, naprawdę! – powtórzyła dziewczyna z taką nieobłudną szczerością w zachwyconym wykrzykniku, że się malarz zarumienił.

Spoglądał na swój obraz przez dłuższą chwilę i ustawił go potem pod ścianą z cichym westchnieniem. Teraz już się nie ociągał i nie czynił gadanych wstępów. W milczeniu poważnym i skupiony wybierał ze sterty płócien te, które mu się wydały godnymi "publicznego" pokazu. Wypatrzywszy w ścianie potężny hak, zawieszał na nim obraz jeden po drugim. Za każdym razem Ewcia pokrzykiwała gorąco sławiąc wschody i zachody, góry, lasy i wodę. Na widok obrazu, przez który przepływały ogromne nabrzmiałe białe wysokie letnie chmury, taki w niej rozgrzały zachwyt, że zatrząsł nią, ona zatrzęsła fotelem, a fotel zatrząsł paką po mydle. Malarz jednak tak był przejęty, że najmniejszej na to nie zwrócił uwagi, jak gdyby zapomniał, że w pracowni jest jeszcze ktoś prócz niego, prócz chmur i słońca. On sam nie oglądał tych obrazów już od dawna, więc sobie przypomniał, kiedy i jak je malował. Ewcia widząc, że malarz zaczyna gadać o czymś sam do siebie, ucichła i patrzyła w oszołomionym zdumieniu na te kolorowe bogactwa. Jedynym świetnym obrazem, jaki widziała w niedawnym czasie, było malowidło w domu pani Szymbartowej, wyobrażające bardzo czerwony sosnowy las, po którym przechadzały się sarny serdecznie zdumione widokiem ogromnych jak damskie kapelusze nakrapianych muchomorów. Sarny miały bardzo wypukłe ślepia, a drzewa rosły tak przedziwnie, że perspektywa lasu była – wedle pewnego wybornego określenia – "perspektywą biblijną", gdyż: "pierwsze były ostatnimi". Teraz zaczęły przed jej zdumionymi oczami kłębić się tęcze, perliły się świty i czerwieniły się zachody. Malarz coraz więcej pokazywał obrazów. Ten i ów ocierał z kurzu rękawem lub też przyglądał mu się z niechęcią; poniektóry ciskał z niecierpliwą pasją pod ścianę.

Pokaz trwał już chyba całą godzinę. Ewci zaczęło się zdawać, że mała pracownia zarosła lasem, a pod pułapem kłębiły się chmury. Kolory zaczęły krążyć przed jej oczami i wirować, omotały ją i owinęły jak wstęgi. W pracowni było gorąco i duszno, a od obrazów, napojonych słońcem, zdawało się przybywać ciepła. Jerzy widać wcale tego nie odczuwał, bo otarłszy pot z czoła począł grzebać w nowej stercie. Odrzucił trzy obrazy wzruszywszy przy tym ramionami, lecz w pewnej chwili twarz mu się rozjaśniła. Dźwignął wielkie płótno i z nie byle jakim trudem zawiesił je na haku.

– Niech Ewcia patrzy! – rzekł z dumą.

Ponieważ Ewcia nie odpowiadała na wezwanie cienkim okrzykiem grubego zachwytu, Jerzy spojrzał w jej stronę, przez krótką chwilę żywiąc nadzieję, że oszałamiająca piękność jego obrazu odjęła dziewczynie głos, ale może niebotyczny swój zachwyt wykazuje rękami.

Ewcia spała.

Oparła głowinę o grzbiet fotelu i zapadła w sen jak w głęboką wodę. Oddychała spokojnie i równo.

Malarzem w pierwszej chwili zatrzęsło oburzenie, było bowiem wielce prawdopodobne, że dziewczyna śpi już od dłuższego czasu, podczas kiedy on pokazywał jej dziesiątki płócien. Patrzył na nią zagniewany, lecz powoli twarz mu się rozjaśniła. Pomyślał dobrotliwie, ze ten berbeć przeżył tyle niezwykłych zdarzeń i tak się pewnie umęczył, iż dzielny jej duch musiał w niej wreszcie opaść jak żagiel bez wiatru. A on wpadł na pomysł, aby pokazywać obrazy!

– Koń by tego nie wytrzymał, cóż dopiero takie damskie chuchro! – rzekł sam do siebie wcale rozumnie.

Ostrożnie, aby nie czynić hałasu, postawił obraz pod ścianą i wyszedł na palcach z pracowni.

Ewcia spała mocno jak stróż nocny, któremu polecono pilnować domu, albo jak rodzona siostra siedmiu braci śpiących. W pewnej chwili jednak opadły ją senne widziadła. Śniło się jej, że siedząc okrakiem na chmurze ucieka jak na koniu, a ogromny potwór na niezmiernie długich nogach ściga ją zawzięcie i ciska za nią obrazami. Można to by zdzierżyć, jak długo to czynił z obrazami przyzwoitych rozmiarów, kiedy jednak ów straszliwie zamierzał się w jej stronę okropnym malowidłem, wielkim jak pół nieba, krzyknęła z trwogi i zleciała z chmury na łeb. Bystry rozum ludzki byłby jej wyjaśnił, że rzucając się w niespokojnym śnie wprawiła w ruch pustą i wskutek tego niestałego charakteru pakę po mydle, a złośliwość rzeczy martwych, do których nauka musi zaliczać i pakę, jest tak wielka, że owo pudło nabrało znienacka brzydkich przywar dzikiego mustanga, co staje dęba, aby z grzbietu rzucać jeźdźca. Fotel, na którym spała Ewcia, runął tak, jak czasem padają trony, a ona znalazła się w straszliwym poniżeniu straconej królowej, co zadartym nosem dotknęła prochu ziemi.

Ewcia wydała okrzyk trwogi, który nie zmienił się od chwili, w której wydał go człowiek przedpotopowy bardzo jeszcze kosmaty:

– Aj! aj!

Rozszerzonymi oczami patrzyła dookoła siebie, nie mogąc zrozumieć, gdzie się znajduje. Należy przyznać z uznaniem dla jej bystrości, że przypomina sobie o wszystkim niezwykle szybko, obejrzała się przeto poza siebie, szukając malarza.

– O, nędzna istoto! – szepnęła z goryczą pod osobistym adresem.

Malarz odszedł – oczywiście – z sercem rozdartym i pełnym żalu. Słusznie uczyni, jeśli ją obrzuci spojrzeniem pogardy i już nie przemówi do niej marnego słowa.

Gdy zeszła cichutko z wysokości "siódmego nieba", w którym mieszkał jedyny, ale za to wątpliwy anioł – malarz, usłyszała jego rozmowę z matką.

– Niech mama patrzy – zawołał na widok Ewci. – oto idzie ta, którą tak oślepiły moje obrazy, że z zachwytu wpadła w głębokie omdlenie!

– Bardzo pana przepraszam… – bąknęła Ewcia.

– Za co? Inni ludzie na widok moich obrazów dostawali kręćka i albo wyrywali sobie własne włosy z głowy, albo też w przystępie szaleństwa usiłowali je wyrwać z mojej. Jak się spało?

– Dziękuję… Byłam bardzo zmęczona.

– Nie martw się, moje dziecko – wtrąciła pani Zawidzka. Trzeba takiego barbarzyńcy jakim jest Jerzy, aby do twoich zmartwień dodawać jeszcze jedno, i to najgorszego gatunku.

– Matko! – zawył Jerzy – syn twój cierpi!

– Niech cierpi, skoro jest pomylony. Słuchaj no, Ewciu, rozmówiłam się z panią Szymbartową. Usiądź i posłuchaj. Pani Szymbartowa jest kobietą popędliwą, ale to nieszczęśliwa istota. Zgryzoty wytrąciły ją cokolwiek z równowagi. Jej córka jest mocno chora, a matka zamiast ją uczciwie leczyć, na najdziwniejsze wpada pomysły. Wiesz zresztą sama o tym. Biedna kobieta, ale jeszcze biedniejsza jej córka.

– Czy pani ją widziała? – zapytała Ewcia z pośpiechem.

– Tak, widziałam. Płakać mi się chciało, ale nawet na to nie było czasu, bo pani Szymbartowa płakała… Z twojego powodu!

– Czemu proszę pani? – pytała Ewcia z przestrachem.

– Z powodu twojej rzekomej niewdzięczności. Twierdziła, że było ci u niej jak u rodzonej matki.

– Dobra mamusia! – mruknął Jerzy.

– Stanęło wreszcie na tym, że pozostaniesz u nas ale na jakiś tydzień przed powrotem ojca wrócisz do pani Szymbartowej.

– Przez czyściec wejdziesz do nieba! – mruknął Jerzy. – Zresztą odrobina smoły takiemu diablęciu nie zawadzi.

– Jerzy, nie przeszkadzaj. Myślę, moje dziecko, że na to trzeba się będzie zgodzić. Co to jeszcze? Aha! Listy do ciebie będą w dalszym ciągu przychodziły do pani Szymbartowej, a jej mąż będzie je tu odnosił. Twoje rzeczy też ci tu odniosą. Pozostała poza tym sprawa najdrażliwsza do załatwienia: pieniędzy. Twój ojciec zapłacił z góry za twoje utrzymanie…

– Taki mądry człowiek, a tak lekkomyślny! – krzyknął Jerzy.

– … otóż pani Szymbartowa nie może ci zwrócić tych pieniędzy, chociażby nawet chciała, bo już ich nie ma. Trudno! Nie należy się dziecko, tym przejmować. Podzielimy się z tobą, drogie dziecko, tym, co mamy, a z ojcem jakoś się potem porachujemy.

– Dla kilku krytyków potrzebować będę trochę cholery… – mruczał Jerzy. – Myślę, że mi szlachetny rodzic nie odmówi.

Pani Zawidzka machnęła w stronę niesfornego syna ręką, jak gdyby opędzała muchę.

– Uważajmy przeto całą sprawę za skończoną. Ach, jeszcze jedno tylko… Moje dziecko! Myślę, że mimo nieporozumień z panią Szymbartową powinnaś jednak od czasu do czasu odwiedzić jej biedną córkę. To naprawdę nieszczęśliwe stworzenie…

– Najchętniej, proszę pani! Będę udawała jak gdyby nigdy nic.

– Doskonale! Wiedziałam, że tak odpowiesz.

Jestem bardzo, bardzo zadowolona. A teraz chodźmy na obiad.

Przedtem jednak Ewcia rzuciła się na szyję pani Zawidzkiej.

– Czym ja się pani odwdzięczę, droga, złota pani! – szepnęła cicho.

– Dość, straszliwa kreaturo! – wrzasnął Jerzy. – Udusisz mi matkę! Poza tym mogłabyś uściskać i mnie, bo gdyby nie ja…

– Najchętniej! – zawołała Ewcia.

– W takim razie właź panna na krzesło, bo ja cię podnosić nie będę – rzekł Jerzy ponuro.

Ewcia jednak jednym sprężystym skokiem odbiła się od matki ziemi i zawisła na jego szyi, znajdującej się na takiej wysokości, że jej chude nogi wisiały w powietrzu. On się zarumienił jak panna i postawił ją na ziemi.

– Czy mama pozwoli – rzekł głosem z brzucha – aby rozmaite podlotki wprawiały się na mnie w całowaniu wybitnych przystojnych mężczyzn?

– Głupi jesteś, przystojny mężczyzno! – śmiała się pani Zawidzka. – Chodźmy jeść.

– Straciłem apetyt! – rzekł Jerzy.

– Ja tym bardziej! – rzekła Ewa wesoło.

Jerzy na widok potraw chwycił się rękami za głowę.

– Matko jedynego Grakcha! – wołał. – Znowu post?

– Post, bo piątek…

– Znowu piątek? Może być zresztą, że dzisiaj jest piątek, ale jutro będzie sobota i też będzie post, a pojutrze będzie niedziela i znowu będziemy jedli jakieś rybie zwłoki. Ha! czemu się ta osoba ze mnie naśmiewa? Ta osoba nie wie, ale wkrótce się dowie, że moja mama każe pościć uczciwemu malarzowi nie tylko we środy i nie tylko w piątki, ale przed świętem i po święcie, przed plombowaniem zęba, przed kupnem nowego parasola, przed zrównaniem dnia z nocą, przed zaćmieniem słońca i księżyca, przed podróżą, w czasie podróży i po podróży, przed dniem dobroci dla zwierząt…

– Człowieku, przestań!

– Nie mogę. Dusza we mnie łka… Krwi, krwi! Mięsa i krwi! Matko, co to za martwa natura?

– Szczupak.

– Hańba temu idiocie! Niech mama powie tej osobie, że jeśli się będzie śmiała podczas jedzenia wieloryba, łatwo się może udławić. Dziury w niebie nie będzie, bo na świecie będzie spokojniej…

– Och, jaki pan śmieszny!

– Słyszy mama? Wykarmiłem węża na własnej piersi! Wąż to też postne indywiduum. Czy można jeszcze wziąć kawałek tego bałwana szczupaka, czy ma zostać na jutrzejszy post?

– Można, można – śmiała się pani Zawidzka.

Ewcia była rozpromieniona. Tak tu było wesoło i miło, że dziewczyna śmiała się ze szczęścia. Ten Jerzy jest rozkoszny. Przez cały czas stroił mordercze miny, a spojrzenie miał rozigrane i pełne radosnej pustoty. Patrzył na matkę z niezmierną miłością, a ona na niego ze słodka czułością.

Tak było i nazajutrz, tak było dnia następnego. Zdawało się, że szczęście jak jaskółka ulepiło gniazdko pod okapem tego domu. Malarz napełniał go zgiełkiem i śmiechem. Gdy się zamknął w pracowni, słychać było stamtąd jego okrzyki, chociaż był sam. Dobrotliwie naigrywał się z Ewci, której się zdawało, że zna tych dwoje od najpierwszych swoich dni i że mieszka w ich domu od wielu lat. Na łajdackie przymówki Jerzego odpowiadała wesoło, lecz zazwyczaj pyskaty malarz nikogo nie dopuszczał do słowa.

– Odpowiedz wreszcie – rzekła pani Zawidzka – co robiłeś w Zakopanem? Dużo namalowałeś?

– Dwa barany. Chciałem namalować trzy, ale jeden uciekł. Nie podobała mu się moja gęba. Poza tym starałem się policzyć Żydków, ale straciłem rachubę.

– A pstrągi pan jadł?

– Pstrągi? Przecież to ryby! Mam w domu dość ryb! Codziennie jadłem kiełbasę, od rana do wieczora jadłem kiełbasę. Słyszysz, matko! Zjadłem ze trzy kilometry kiełbasy. Słuchaj, Zadarty Nosie, jeśli mi nie wierzysz…

– Telefon! – rzekła pani Zawidzka. – Podejdź, Jureczku, po co bierzesz widelec?

– Bo jeśli to jeden z moich przyjaciół, który mi od siedmiu lat winien siedem złotych, to mu wydłubię oko. Halo! Kto tam wisi na sznurku z drugiej strony?… Kto?… Och, bardzo przepraszam… myślałem, że to któryś z moich kolegów… Bardzo przepraszam… Tak, Zawidzki…

Telefon stał na małym stoliku obok kredensu w tym samym pokoju. Ewcia zauważyła, że Jerzy spojrzał znacząco w stronę matki. Potem słuchał uważnie. W pewnej chwili widelec wypadł z jego ręki, odpowiadał półsłówkami, pociemniałym głosem, bujna wesołość tak znikła z jego twarzy, jak gdyby ją zwiał nagły wiatr.

Ewcia spojrzała na panią Zawidzką i zdjął ją lęk. Pani Zawidzka, jak gdyby już coś zrozumiała z tych półsłówek, wyraźnie pobladła; przestała jeść i nasłuchiwała czujnie.

Jerzy mówił:

– Tak, proszę pana… Pamiętamy… Lecz… Czy nie byłby pan tak dobry odwlec termin… Przecie to lato… Pisałem do pana z Zakopanego… Będzie trudno, bardzo trudno… Może część może cokolwiek?… Mój Boże!

– Mój Boże… – szepnęła pani Zawidzka jak smętne echo.

Ewcia wstrzymała oddech w piersi.

– Niech pan będzie dobry – mówił Jerzy głosem ciepłym, serdecznym i jakby błagalnym. – Będziemy się starać, choćby spod ziemi…

Słuchał przez dłuższą chwilę głosu z oddali, po czym zakończył smutno:

– Trudno… Jak pan chce… Żegnam pana!

Stał przez chwilę ze słuchawką w ręce, jak gdyby nie wiedział, co z nią począć. Położył ją wreszcie na widełkach, jak gdyby nie wiedząc co czyni. Spojrzał na matkę wzrokiem zgasłym i rzekł cicho:- Mudrowicz.

– Wiem… – odpowiedziała pani Zawidzka. Wesołość wyleciała przez otwarte okno jak spłoszony ptak. Oboje milczeli.

Ewcia rozumiejąc, że stało się coś bardzo przykrego, podniosła się z krzesła i powiedziała cichutko:

– Czy ja mogę wyjść do ogrodu, proszę pani?

Pani Zawidzka spojrzała na nią jakby nagle obudzona.

– Tak, tak, moje dziecko… My tu jeszcze chwilę pozostaniemy…

Ewcia starała się wyjść bez szmeru. Zdawało się jej, że na jej serce spadło coś ciężkiego. Na uśmiechnięte, od wielu dni po raz pierwszy szczęśliwe serce.


Rozdział szósty

W którym nieustraszona dziewoja czyni wyprawę do jaskini smoka.


Ewcia siedząc przy otwartym oknie swojego pokoju, który się znajdował na tej samej wysokości geograficznej co i pracownia Jerzego, zanurzyła się w zadumę jak w ciemne stylowe wody, Smętny stan jej ducha nie miał wprawdzie wpływu na lekkomyślny i zuchwały zarys jej nosa, na czole jednak usiłował wyorać dwie bruzdy. Starzy filozofowie mają zawsze poorane czoła, młode panny jednakże ulegają tej katastrofie jedynie w najwyższej rozterce ducha, gdy na nie pada jastrząb troski, czad melancholii, sadza smutku, puchacz rozpaczy i gdy owego niewyrośniętego ducha gryzie szczur rozterki. Zwyczajny kmiotek rzekłby, że Ewcia miała ciężkie zmartwienie. Było to jednakże zmartwienie tak zagmatwane, splątane i wymyślne, że byle jak, skróconym sposobem wyrazić tego nie podobna. Od trzech dni pociemniało w jasnym domu, wszystko w nim zblakło i ścichło. Tak nagle cichnie wszystko w domu, w którym ktoś jest śmiertelnie chory. Pani Zawidzka wychodziła rano, wpadała z powrotem w okresie obiadu, znowu wychodziła i powracała dopiero wieczorem, znękana, straszliwie znużona i jak gdyby poszarzała. Długo w noc wiodła jak gdyby na nagłe wyprawy, czasem coś rozmawiał przez telefon głośno wykrzykując początek rozmowy, niezmiennie jednak kończył je głosem złamanym. Wczoraj sprowadził dorożkę, umieścił w niej sześć obrazów (Ewcia policzyła je pilnie) i wyjechał z nimi na całą połowę dnia.

"Pan Jerzy jedzie sprzedać obrazy…" – pomyślała Ewcia.

Gdy powrócił, pomyślała z rozpaczą:

"Pan Jerzy nie sprzedał ani jednego obrazu. Nawet tej cudownej brzozy…"

Zrozumiała w sprytnym rozumie, że jakaś pieniężna klęska wisi nad domem. Uczyniło się jej strasznie. Przecie ona ma korzystać z niewysłowionej dobroci tych ludzi, a oni się szamocą i zmagają niedostatkiem. Sprawa musi być ciężka. Widziała niejednokrotnie wspaniałe szalbierstwa cioci Halickiej, kiedy w pięcie pończochy używanej jako skarbonka ukazało się dziurawe dno. Było to smutne, lecz nie było straszne. Sprawa Zawidzkich wygląda nawet we mgle domysłów na tragedię, spod której nie podźwignąłby się nawet finansowy geniusz cioci.

Co robić? Jak się zachować w tym rozpaczliwym położeniu? Przecie nie można siedzieć wygodnie i bezmyślnie patrzeć, jak się ci najlepsi ludzie miotają niespokojnie jak ryby w sieci. Pani Zawidzka przy spotkaniu gładzi ją po głowie i usiłuje się uśmiechnąć, czyni to jednak jakby mimowiednie, krążąc myślą gdzieś daleko. Pan Jerzy chciał wczoraj zagadnąć do niej swoim zwyczajem wesoło, lecz słowa mu się cokolwiek pomieszały, nie dokończył zdania i zagłębił się w grubej książce telefonicznej. Nie wolno Ewci zapytać go wprost, co się dzieje. Gdyby chcieli, powiedzieliby jej sami. Nie są to jednakże ludzie, którzy się chętnie dzielą swoimi zmartwieniami. Radością podzieliłby się w tej chwili.

Pani Zawidzka wyszła rano i nie powróciła na obiad. Jerzy jest w domu, gdyż słychać jego kroki. Chodzi i chodzi po pokoju. Zatrzymał się na chwile w swoim pochodzie, bo zajął go widocznie zgiełk przed sąsiednim domem, przedzielony od willi Zawidzkich niskim muren, zarosły dzikim winem. Ewcia też spojrzała. Zajechał wóz meblowy wielkości arki Noego. Ktoś się sprowadzał do sąsiedniej willi. Niech się sprowadza… Mamy nieco większe zmartwienia niż przyglądanie się ludziom wnoszącym meble.

Ewcia rozpoczęła nowy okres gwałtownych rozmyślań i "robiła głową" – jak mówił pan Zagłoba. Po dłuższej chwili bardzo wytężonej pracy ducha powzięła jakieś rozpaczliwe postanowienie. Poczęła grzebać w swoim zawiniątku, niezmiernie poważna i wielce zatroskana. Zaszła ociągając się na dół, przystanęła przy drzwiach, poza którymi słychać było kroki Jerzego, i lekko zapukała.

– Kto tam do stu tysięcy! – krzyknął Jerzy.

– Oj! – jęknęła Ewcia i chciała uciec.

W tej chwili Jerzy otworzył gwałtownie drzwi.

– Ach, to Ewa… Proszę wejść.

Dziewczyna weszła cisnąc do chudej piersi jeszcze chudszą torebkę.

– Ja tylko na chwileczkę, proszę pana. Ja chciałam tylko…

– Niech pani siada. Czy Ewci słabo?

– Troszeczkę… Proszę pana! – powiedziała głosem, w którym było równie tyle panieńskiego pisku, co dorosłej rozpaczy. Ja muszę się z panem omówić.

Jerzy spojrzał ciekawie.

– Bardzo proszę. Czy to coś ważnego?

– To jest śmiertelnie ważne!

Jerzy uśmiechnął się blado i wskazał jej ręką krzesło.

– Może jednak łatwiej będzie na siedząco.

– Mnie wszystko jedno! – rzekła Ewcia wcale prężnie. – Mogę usiąść…

– No? I cóż się stało?

– A właśnie, że coś się stało, a ja nie wiem co. Wiem to jedynie, że i mamusia pana, i pan mają jakieś okropne zmartwienie, a ja na to nie mogę patrzeć, bo mi się serce kraje.

– Dobre dziewczynisko! – rzekł Jerzy serdecznie cichym głosem. – Trudno zaprzeczyć… Mamy oboje małe zmartwienie, ale Ewcia na to nie poradzi…

– A może…może chociażby w części…

– Nie rozumiem!

– Ale ja rozumiem. Panie Jerzy kochany! Czy ja mogę mówić otwarcie?

– Bardzo proszę, ale cóż Ewcia…

– Więc będę mówiła… Bo ja nie mogę patrzeć… Płakać mi się chce na widok pani Zawidzkiej.

– Może i na mój widok też? – usiłował Jerzy mówić żartobliwie.

– A żeby pan wiedział! Wygląda pan jak po ciężkiej chorobie. Panie Jerzy! Ja wiem, że idzie o pieniądze! – wykrzyknęła Ewcia niemal z rozpaczą.

– Przypuśćmy, to i cóż z tego? Niech Ewcia idzie do ogrodu i policzy róże. Albo niech zobaczy, kto się tam sprowadza. Widziałem jakąś pannicę…A o tamtych sprawach nie mówmy!

– A właśnie że będziemy mówili. Chyba że mnie pan wyrzuci za okno… Niech się pan tak nie marszczy, bo ja się nie boję i jest mi wszystko jedno. Słyszy pan, mnie jest wszystko jedno!

– Niechże Ewcia tak nie krzyczy, bo słychać na całą ulicę. Więc o cóż idzie? – dodał nieco opryskliwie.

– Idzie o to, że ziarnko do ziarnka…

– Czy Ewcię głowa boli? Co znaczy to "ziarnko do ziarnka"?

– To znaczy, że ja nie wiem, ile państwu trzeba pieniędzy. Ale pomyślałam sobie, że jeśli się wszyscy złożymy…że jeśli każdy razem z kucharką da, ile może, to się coś z tego zrobi… Przecie ja wyraźnie mówię…Niech się pan na mnie nie gniewa… ja mam trzydzieści siedem złotych… Pamięta pan? Myślałam, że zgubiłam, ale się znalazły. Ach, i ten zegarek! Na co mi w lecie zegarek? Dobrze, że sobie przypomniałam ten zegarek… O, niech pan tak na mnie nie patrzy… Przysięgam, że nie mam więcej! Ja wiem, że to śmiesznie mało, ale gdyby tak grosz do grosza… Aha! ja mam bardzo zamożną koleżankę, która mi chętnie pożyczy nawet dwadzieścia złotych. Mogę sprzedać książki… A wie pan co? To będzie naprawdę świetnie! Nasze meble są na składzie do powrotu tatusia. ja sprzedam te meble! nie są one wprawdzie zbyt wspaniałe, ale jest tego mnóstwo. Zrobione! A tymczasem niech pan weźmie te pieniądze i niech pan sprzeda ten zegarek.

Szybkim ruchem położyła na stole biedniutką portmonetkę i jeszcze szybszym ściągnęła z przegubu ręki mizerny przyrząd wieczności.

Jerzy słuchał zdumiony i z równym zdumieniem patrzył. Obiema rękami oparł się o stół i spoglądał na nią dziwnym spojrzeniem. Ewcia była czerwona ze wzruszenia i bliska płaczu z wielkiej trwogi. Rzekła cichutko:

– Może mnie pan nawet zabić, ale to pan wziąć musi.

– Dziecko drogie… – mówił Jerzy głębokim głosem. – Dziecko drogie…

Słowa te były takie jakieś okrągłe jak łzy.

– Więc pan się na mnie nie gniewa? – spytała śmiało.

Jerzy usiłował uśmiechnąć się, lecz nie mógł i wyprawiał z miłą gębą rozmaite sztuki. Czynił to przez dłuższą chwilę, zanim powiedział:

– Niech ci, boża kreaturo, Bóg zapłaci… Strasznie Ewcia jest dobra. Taka jak i ojciec…Wzruszyłaś mnie, kobieto… Weź jednak, cudowny małpiszonie, i te pieniądze, i ten śliczny zegarek, nie sprzedawaj książek i nie sprzedawaj mebli, bo ci tego nie wolno. Gdyby można sprzedać twoje złote serce, można by za to kupić najmniej połowę świata, ale tą ofiarą, droga dziewczyno, niczego nie dokonasz.

– Jezus Maria! – jęknęła szeptem Ewcia.

– Tak, tak… – mówił Jerzy zamyślony. – Sto takich zegarków też by było mało. Chociaż widać czemu? Dobrze! Należysz do rodziny…

– O Boże!

– Teraz tym bardziej, po tym co uczyniłaś, Ewuniu. Powiem ci wszystko. Otóż widzisz, dziewczyno, znalazłem się z matką w srogich tarapatach. Chciałem, żeby moja matka miała ten dom. Harowałem śmiertelnie, więc postanowiłem, że będzie miała spokój, słońce i kilka róż. Przeceniłem jednak siły. Był czas, że sprzedawałem mnóstwo obrazów, wiec mi było łatwo, od dłuższego czasu jednakże pies nawet nie zapyta o obraz. Cudami boskimi trzymałem tę chałupę w garści… Teraz jednak nie dam rady… Nie piję, nie palę, nie gram w karty, tylko pracuję, a wszystko na nic. Widziałaś moją pracownię… zamalowałem wiele kilometrów płótna i żywię nimi muchy. Muszę do końca roku zapłacić dziesięć tysięcy, a z tego dwa do dnia pierwszego lipca. Za dni pięć.

– W banku?

– Otóż właśnie, że nie w banku. Kto inny nas naciska…

– Pan Mudrowicz… Ja słyszałam niechcący…

– Tak, pan Mudrowicz. Ten człowiek wykupił nasz dług od naszych przyjaciół. Robił to w tajemnicy, a dlaczego w tajemnicy i dlaczego to uczynił, nie wiem. Było mi to zresztą obojętne, komu mam płacić, a że pan Mudrowicz jest jakimś dalekim krewnym mego ojca, zdawało mi się nawet, że w razie jakiegoś nieszczęścia łatwiej będzie krewnemu pójść nam na rękę niż bankowi, który nie ma zwyczaju rozczulać się nad kimkolwiek. Niestety, pomyliłem się, pan Mudrowicz ma twarde serce i ciężką rękę. I słusznie. Jest w swoim prawie. A ja nie czasy. Któż się mógł spodziewać? Znalazłem się w potrzasku. Pan Mudrowicz zabierze dom.

– O Boże! Naprawdę?

– A dlaczegóż by nie? Jeśli mu do pięciu dni nie przyniosę dwóch tysięcy, a potem ośmiu, trzeba będzie… Nie ma o czym mówić… Trudno! Mierzyłem siły na zamiary i dostałem po łbie.

– Czy nie można by uprosić tego pana?

– Nie. Ze mną nie chce gadać, a mojej matki wczoraj też nie przyjął. To naprawdę twardy człowiek.

– I bogaty?

– Bardzo bogaty i sam jeden na świecie. Zgorzkniały i smutny. Ma jakiś żal do całego świata i tak jest wpatrzony w pieniądze, że nigdy nie spojrzy na coś, co ich nie przypomina. W tym wypadku jednak tkwi jakiś mroczny zamysł. Czasem na ten temat nachodzą mnie złe myśli. Nie chciałbym krzywdzić nikogo niesłusznym posądzeniem, czasem jednak takie mam wrażenie, że on kupił nasz dług w nadziei, że nie będziemy mogli oddać, jak gdyby chciał, nas mieć w ręku… Zawsze był niemile zdziwiony, ile razy przynosiłem mu część długu. Ale to chyba moje przywidzenie…

– I co teraz będzie?

– Czy ja wiem? Mama biega w poszukiwaniu pieniędzy, ja dzwonię do wszystkich handlarzy znajomych i nieznajomych. Nikogo już prawie nie ma, bo lato się zaczęło. U kilku byłem osobiście z obrazami…

– Wiem. Pan woził sześć obrazów… I tej ślicznej brzozy nikt nie chciał kupić?

– Nie chciał. Ten obraz jest wart między braćmi tysiąc złotych, gdyby bracia kupowali obrazy. Chciałem go sprzedać za trzysta. Nie udało się…

– O Boże jedyny! To jest straszne… A może pan Mudrowicz wziąłby obrazy?

– A jemu to na co? W jego mieszkaniu wisi litografia, którą sobie wyciął z jakiegoś pisma, i dwie stare fotografie. Teraz, Ewuniu, wiesz wszystko. Ha, trudno… Mamy mi tylko strasznie żal. Ten dom to jej cała radość, a wiele radości w życiu nie miała, biedactwo. Od razu nas stąd nie wyświęcą, ale wreszcie trzeba będzie wziąć kij pielgrzymi.

– Żadnej, żadnej nadziei?

– Odrobina. Trochę pieniędzy już mamy, poza tym może się jeszcze matce uda dzisiaj coś pożyczyć. Pojechała na wieś do przyjaciółki.

Ewcia zmarszczyła czoło już wedle maniery najtęższych filozofów. Ważyła coś we wspaniałej duszy, wreszcie powiedziała dotkliwym szeptem spiskowca:

– Czy pan mi powie, jak się mamie udało?

– Mogę dziewczynce powiedzieć. Ale czy to dobrze, że ja to w ogóle powiedziałem?

– Bardzo dobrze! Ja sobie teraz pójdę i będę myślała…

– Nad czym?

– Wszystko jedno. Będę bardzo myślała. Potem się będę modliła… Do widzenia, panie Jerzy!

– Do widzenia, drogie dziecko. Podaj mi rękę. Jesteś zacna kobiecina. Wiedziałem, kogo gonić po ulicy. Aha! jutro będzie Ewunia sama w domu, bo oboje z mamą pójdziemy na dalsze poszukiwania.

– Doskonale!

Z wypiekami na twarzy i ze srogą ciężką tajemnicą w duszy wymknęła się Ewcia do swojego pokoiku, aby mroczne sprawy w mrocznej rozważać samotności.

Pod wieczór usłyszała skrzyp furtki i kroki na ogrodowej ścieżce.

"Pani Zawidzka wraca!" – pomyslała gorączkowo. – "O Boże!"

Zobaczyła ją dopiero wieczorem i spojrzawszy na jej twarz, drgnęła. Nie potrzeba już było beznadziejnego znaku Jerzego, aby pojąć, że wyprawa była daremna. Pani Zawidzka była bardzo zmęczona i niemal wyczerpana, starała się jednak uśmiechnąć. Ewcia czuła, że coś ją ciśnie za gardło i że się za chwilę rozpłacze. Nie mogła przełknąć jedzenia, które się jej wydawało gorzkie. Widziała, jak Jerzy spoglądał na matkę ze wzruszoną troską i z przejmującym smutkiem. Rozmowa chwiała się niepewnie, jakby słowa były bezsilne.

Niespodziana wizyta przyniosła im nieco ulgi. Przyszedł pan Szymbart, który przyniósł Ewci list od ciotki. Bardzo był przejęty i wciąż się kłaniał. Ciągnąc za włosy wyrazy zdołał wypowiedzieć, że pani Szymbartowa wynalazła dla Zosi nowe wyborne lekarstwo, które jej doradziła pewna roztropna przekupka. Lekarstwo jest niepospolicie proste, gdyż należy posiekać drobno dwa śledzie, rozgrzać tę ingrediencję na patelni i przykładać na noc do chorych piersi dziewczyny. Ma ono wybornie działać na prężność płuc i wywołuje gwałtowne poty, sól zawarta w śledziowych zwłokach posiada też moc dobroczynną.

– Czy nie lepiej by było zawezwać lekarza? – rzekła pani Zawidzka.

– Oczywiście – rzekł nieśmiało pan Szymbart. – Ale żona boi się lekarzy. Powiada, że naturalne środki mogą zdziałać cuda, a dopiero z lekarzem wchodzi do domu choroba.

– A cóz pan na to?

– Ja? – zdumiał się pan Szymbart. – Ja się nie liczę. Moja żona ma nade mną niejaką przewagę wymowy.

– Ale tak nie można… Przecie zgubicie dziecko…

– Bóg je ocali – rzekł z powagą pan Szymbart. – A ja czekam takiej chwili, w której bym mógł zawezwać lekarza. I uczynię to! Uczynię! Używałem już dziesięć sposobów, aby żonę wyprawić z domu na czas dłuższy, ale mi się dotąd nie udało. Ja wiem, że to straszne, proszę pani. Na zaślepioną miłość nie ma jednak rady. Nikt by nie uwierzył, aby to wszystko było możliwe, a jednak tak jest…

– Ja panu pomogę – rzekła z nikłym uśmiechem pani Zawidzka. – W tych dniach uczynić tego nie mogę, ale w najbliższej przyszłości zaproszę żonę pańską do siebie i do Ewci, a pan niech wtedy…

– Rozumiem! – zawołał pan Szymbart. – Tak się stanie! Czy to nie śmieszne, żeby w dwudziestym wieku leczono biedne dziecko posiekanym śledziem? Ale ja się postawię! Daję pani słowo, że się postawię. Mam tego dość!

– Nareszcie! – mruknął Jerzy.

Pan Szymbart odchodził pokrzepiony na zwiędłym duchu i z gorącym zarzewiem buntu w zapadłej piersi. Ewcia odprowadzała go za rękę i zaczęła szeptać:

– Panie Szymbart! Mam do pana wielką prośbę, ale niech się pan nie zdziwi! -- Mnie już nic nie zdoła zdziwić na tym świecie. Skoro mnie nie zdziwił śledź na gorąco…

– Niech pan mówi ciszej. Nie trzeba, żeby nas słyszano.

– O! – zdumiał się pan Szymbart niezwykle treściwie.

– Czy pan ma czas jutro rano?

– Ja mam zawsze czas. Gdyby czas był naprawdę pieniądzem, byłbym milionerem.

– To dobrze. Pan mi musi jutro pomóc.

– Jestem do usług. Co mam czynić?

– Nic wielkiego. Niech się pan tu zjawi o dziesiątej rano.

– Z rewolwerem? Ja nie mam rewolweru.

– Obejdzie się. Potem coś stąd zabierzemy i pójdziemy razem.

– Przez drzwi czy przez okno? Bo jeśli znowu przez okno…

– Przez drzwi. Ja sama nie dam rady.

– Czy to pachnie kryminałem?

– Albo ja wiem?

– Ty, dziewczyno, masz czasem straszliwe pomysły.

– To uczciwa sprawa! – szepnęła Ewcia z oburzeniem.

– Dzięki Bogu! Wprawdzie w więzieniu miałbym odrobinę spokoju, ale lato zapowiada się upalne. Więc o dziesiątej! Dobrze! Gdybym w nocy nawet umarł, to na rano zmartwychwstanę. Do widzenia!

Ewcia miała noc niespokojną, bo myśli jej latały obłąkanym lotem nietoperzów. Leżała z otwartymi oczami, gadając sama ze sobą ściszonym głosem, jak ktoś, co przygotowywóje wielką mowę, którą ma wygłosić nazajutrz. Póżno już było, lecz na dole jeszcze się nie ułożono do snu, na ogrodowej ścieżce bowiem jaśniała blada smuga światła z oświetlonych okien. Ewcia usnęła wreszcie z myslą o dwojgu najlepszych, nad którymi w dzień kryształowobłękitny zawisła ciężka chmura.

Obudziło ją ciche pukanie do drzwi.

– Ewciu! – mówił Jerzy za drzwiami stłumionym głosem. – Czy Ewcia śpi?

– Nie, nie! Słucham.

– Ewcia wie, że się nie udało… Teraz ja z mamą wychodzę i nie wiem, kiedy powrócimy. Proszę pilnować domu i odbierac telefony. Gdyby dzwonił pan Mudrowicz… Ale to nie możliwe… W każdym wypadku proszę zapisać, kto dzwonił. Dobrze?

– Dobrze, panie Jerzy!

– Więc do widzenia.

– Zaraz, zaraz, jeszcze jedno. Niech pan poczeka!

Uchyliła drzwi i szepnęła:

– Proszę pana, a co ja mam robić, gdyby kto przyszedł i chciał kupić obrazy?

– Co takiego? – zaśmiał się Jarzy smutno. – Sprzedaj wszystkie!

– Pan mi pozwala?

– Pozwalam, obłąkana dziewojo, pozwalam! Bądź zdrowa, bo mama woła.

Ewcia poczęła odziewać się gorączkowo i szybko zbiegła na dół. Porwała książkę telefoniczną i szybko przerzucała kartki.

– Aha, jest! – szepnęła.

Przeczytała kilka razy bardzo uważnie, jak gdyby chciała sobie zapamiętać jakiś adres. Poszła potem do kuchni, gdzie dobrotliwa z zatłuszczonym sercem kucharka tłumaczyła gorączkowo Rolmopsowi, że tak złodziejskiego psa nie spotkała w wędrówce żywota, jednakże z zadowolonego jej oblicza i z przyjemnie uśmiechniętej psiej mordy można było wywnioskować, że para ta żyje w przykładnej zgodzie, albowiem łajdacki i nad wielki podziw mądry kundel wniósł wiele urozmaicenia w nudny żywot kuchni. Ewcia oznajmiła dobrotliwie niewieście, że musi wybiec w pilnej sprawie i pozostawia dom na jej roztropnej głowie; ponieważ zaś dobrotliwa niewiasta zgodziła się chętnie na ułożenie tego ciężaru na wskazanej części ciała, Ewcia pobiegła na górę do pracowni. Zastanawiała się długo i głęboko. Napracowała się ciężko, przestawiając obrazy, wybrała wreszcie dwa dużych rozmiarów: ową brzozę, którą uwielbiała, i huculską dziewczynę, co odziana w przebogaty barwny strój patrzy w dal wzrokiem pełnym słodkiej tęskniącej za czymś zadumy.

– To są arcydzieła! – powiedziała sama do siebie. Zawiązała je i z trudem zniosła na dół.

Za jakąś godzinę miał się zjawić pan Szymbart, godzina ta jednak dłużyła się Ewci nieprawdopodobnie. Dziewczyna biegała od okna do okna, siadała i wstawała. Usiłowała zjeść śniadanie, ale nie mogła.

"A może by się pomodlić?" – pomyślała.

W chwilę po tym klęczała przed obrazkiem św. Tereski i modliła się jakąś dziwną modlitwą, która było krótką i pogmatwaną historią zmartwień pani Zawidzkiej i gorącym wyrazem nadziei, że przecie taka cudowna święta, jak św. Tereska, nie dopuści do niesłychanej niepoprawności, którą chce urządzić niejaki pan Mudrowicz. Nazwisko to wyszeptała dobrotliwie i wyraźnie, aby nie było pomyłki, gdyż pani Zawidzka mogła mieć inne zmartwienia, to jednak było na pierwszym planie, inne mogą poczekać. Na wszelki wypadek powtórzyła tę niezwykłą modlitwę kilka razy. Co pewne, to pewne. Podniosła się z klęczek znacznie spokojniejsza i za chwilę pobiegła otworzyć furtkę panu Szymbartowi, który z punktualnością pośpiesznego pociągu zajechał przed dom.

– Jestem, jak widzisz! – rzekł zgoła niepotrzebnie, bo i on był, i Ewcia to widziała.

– Bardzo panu dziękuję. Bardzo! Teraz musimy sprowadzić auto.

– Auto? Patrzcie, patrzcie… To my mamy jechać? Doskonale? Czy zastanowiłaś się jednakże, Ewciu miła, że tylko Pogotowie wozi ludzi za darmo, a tak się jakoś złożyło, że ja w tych czasach…

– Ja mam pieniądze – rzekła Ewcia z pośpiechem. – Zresztą nie pojedziemy daleko.

– A dokąd to my mamy jechać? – pytał pan Szymbart ostrożnie.

– To jest wyprawa tajemnicza! – odpowiedziała Ewcia cicho.

– Oho! Może trzeba było nałożyć maskę na twarz? Mówiłem ci już wczoraj, że za twoje pomysły mogłabyś dostać złoty medal od stowarzyszenia wariatów. Gadajże, dziewczyno, co i jak?

– Wszystko panu powiem po drodze. Teraz weźmiemy z domu dość ciężki pakunek, wsadzimy do auta i pojedziemy na Stare Miasto.

Pan Szymbart wzruszył ramionami.

– Jedźmy na Stare Miasto. Uprzedzam cię jednak, że jeśli mnie wciągniesz w jakąś kabałę, wrzucę cię do Wisły, a ze Starego Miasta do Wisły niedaleko.

– Dobrze, ale teraz ja pobiegnę po auto, a pan niech tu czeka.

– A skoro wyjdzie ktoś z domu, co mam robić?

– W domu nikogo nie ma! – zawołała Ewcia wybiegając na ulicę.

"To wszystko razem jest mocno podejrzane" – myślał pan Szymbart ponuro. – "Ale to mądra dziewczyna…"

Mądra dziewczyna wydawała po chwili gorączkowe polecenia, które pan Szymbart wykonywał w posłusznym milczeniu. Umieścił obrazy w wozie i dzierżył je pieszczotliwie, bo szczególnie na zakrętach okazywały skłonności burzliwe.

– Proszę pana – mówiła Ewcia ściszonym głosem. – To, co robię, robię z wiedzą pana Zawidzkiego. Jadę, aby sprzedać te obrazy.

– Aha!

– Ale to nie takie proste… Ten, komu chcę je sprzedać, wcale ich nie chce kupić.

– To ciekawe! To musi być dziwak…

– Wszystko jedno. Otóż pan mi pomoże wnieść te obrazy aż do drzwi jego mieszkania.

– Które piętro?

– Nie wiem. Zresztą to wszystko jedno. Potem ja wejdę, a pan stanie po przeciwnej stronie ulicy i będzie patrzył w okna.

– A po cóż ja mam patrzeć w okna?

– Na wszelki wypadek. Muszę się panu przyznać, że ja się tego pana trochę boję. Może mi wyrządzić jakąś krzywdę. Gdybym przeto nie wyszła z tego domu po upływie godziny, niech pan woła o pomoc i sam prędko przybiegnie.

– A mówiłem, że bez rewolweru się nie obejdzie! – mruknął pan Szymbart – Więc mam czekać przez godzinę?

– Tego nie wiem. Jeśli będę pewna już po krótkim czasie, że nic mi nie grozi, wtedy dam panu znak chusteczką przez okno, trzykrotny znak.

– A wtedy co?

– Wtedy pan może pójść do domu.

– Bardzo ładnie. Powiedz mi jednak, co ja mam zrobić, jeśli cię ów jegomość z miejsca udusi, o czym ja nie będę wiedział, bo dowiem się o tym dopiero po upływie godziny?

– Prawda, o tym nie pomyślałam…Ale chyba tego nie zrobi… Zaraz, zaraz, niech pomyślę… Aha! tak będzie najlepiej. Gdy będę rozmawiała z tym panem, będę wciąż w pobliżu okna, w ten sposób będzie mnie pan wciąż widział.

– Niezupełnie. Okno może być od podwórza albo na bardzo wysokim piętrze. To też źle. Powiadam ci raz jeszcze, że mi się to wszystko nie podoba. Po co ty to wszystko robisz?

– Aby ratować dobrych ludzi od nieszczęścia.

– Ach, to tak? W takim razie wszystko w porządku, moje dziecko. A teraz ja wiem, co zrobię.

– Co, co?

– Od czasu do czasu zadzwonię do mieszkania tego pana pod byle jakim pozorem i spenetruję jak i co.

– Doskonale!

– Musisz mi jednak powiedzieć, jak się ów jegomość nazywa?

– Mudrowicz. Stanisław Mudrowicz.

– Co takiego? – zawołała pan Szymbart. – Każ zawracać!

– Czemu? – spytała Ewcia z niepokojem. – Czy pan go zna?

– Wiem o nim dość, by ci oświadczyć uroczyście, że szkoda każdego twego słowa. To ponura osobistość – mówił pan Szymbart powoli, jak gdyby sobie coś przypomniał. – Odludek i człowiek dziwny, któremu zdaje się jedyną sprawia przyjemność, jeśli on może komuś innemu uczynić nieprzyjemność. Zdaje się, że to jedyne jego zajęcie. Kiedyś podobno był inny, lecz od wielu lat zamknął się w swojej skorupie i dyszy nienawiścią do całego świata.

– Skąd pan o tym wie?

– Miałem przyjaciela, który był z nim spokrewniony. Przyjaciel mój wpadł w ruinę, chociaż pan Mudrowicz mógł go uratować jednym kiwnięciem palca. Mój przyjaciel błagał go i prosił…

– Ja mam zrobić to samo. O Boże! On jest też krewnym państwa Zawidzkich.

– Z tego widać, że doprowadzenie do ruiny krewnych jest jego szczególną zaletą. I ty jeszcze masz siłą wetknąć te obrazy? Biedna dziewczyno…

– Nie mam innego sposobu. Tak postanowiłam i tak zrobię. To jedyny ratunek dla pani Zawidzkiej, jeśli mi się nie uda wybłagać trochę litości u tego człowieka. Gdyby był inny sposób, wróciłabym natychmiast, ale go nie ma. Wszystko mi jedno, proszę pana! Przecie mnie nie zabije. A może to wszystko nieścisłe, co o nim mówią.

– Dałby Bóg! Więc się nie cofniesz?

– Nie!

– Dobrze. Jesteś dzielna dziewczyna. Powiadają filozofowie, że gdzie diabeł nie może tam ciebie pośle. Zrobione! Ja będę stał na straży i gdyby ten bandyta śmiał cię obrazić chociaż jednym słowem, ciężki będzie jego los. Ja, uważasz, Ewciu, tylko w domu jestem cokolwiek nieśmiały, lecz poza domem… Wszystko jedno… Dojeżdżamy…

– O Boże! Serce mi bije… Proszę pana, a jeśli go nie będzie w domu?

– Ślimak zawsze jest w domu – odrzekł niezwykle roztropnie pan Szymbart. – On podobno nie wychodzi ze swej pieczary. To już tutaj… Wyłaźmy! Trzymaj się, dziecko, bo cokolwiek zbladłaś. Myślę, że na takiego najlepiej od razu z gębą, a sądzę, że to potrafisz.

Wynieśli obrazy z auta, Ewcia stanęła na straży przy skarbie, a pan Szymbart poszedł na zwiady.

– Pierwsze piętro od frontu – szepnął powróciwszy. Ja sobie tam stanę przed tym sklepikiem. Czy mam cię pobłogosławić? A pamiętaj o chustce. Nie bój się! Uważaj tylko, aby obrazów nie zabrał, a ciebie nie wypchnął na schody. Wtedy krzycz: "ratunku! bandyci!" – albo coś w tym stylu. Gdybyś go mogła łagodnie zakatrupić, każdy sąd cię uwolni. Jazda! Ja poniosę obrazy…

– Potem pana ucałuję!

– Obejdzie się, jestem dzisiaj nie ogolony. Pan Szymbart poniósł obrazy po drewnianych schodach sędziwego i mrocznego domu aż pod drzwi, na których widniała tabliczka z nazwiskiem Mudrowicza. Położył palec na ustach Ewci, jakby jej chciał dodać odwagi, po czym zszedł cicho, stąpając ostrożnie, jak gdyby uciekał z więzienia.

Ewcia oddychała ciężko. Kilka razy chciała nacisnąć dzwonek, lecz cofała rękę. Pan Jerzy mówił o Mudrowiczu jedynie, że to twardy człowiek, pan Szymbart ją jednak przestraszył. To jakiś ponury człowiek. Ponury i złośliwy. Zdziwaczały i zły. Trudno! Niech będzie nawet najgorszy, a cofać się nie należy.

"Nic się gorszego stać nie może" – myślała Ewcia – "skoro się nie uda. Nikt nie będzie wiedział o niczym… W imię Ojca i Syna…"

Dotknęła dzwonka leciutko, tak że ledwie zabrzęczał. Nikt nie otwierał i nie było słychać z mieszkania żadnego głosu. Zadzwoniła śmiało po raz drugi. Coś słychać. Skrzypnęły jakieś drzwi, wreszcie dały się słyszeć jakieś posuwiste kroki. Ewcia oparła się ręką o ścianę, bo się nogi pod nią zachwiały. Po długich zmaganiach się z drzwiami zabrzęczał łańcuszek ochronny. Ktoś uchylił nieco drzwi i starczy głos zapytał przez szparę:

– Kto tam?

– Do pana Mudrowicza – odrzekł niepewny i dziwnie cienki głos.

Niezwykła jego cienkość musiała zdumieć osobę poza drzwiami, osoba bowiem zapytała po chwili zdumienia:

– Panienka? Do pana Mudrowicza?

– Tak, w bardzo ważnej sprawie.

– Pan Mudrowicz chory, nikogo nie przyjmuje.

– Mnie musi przyjąć! – zawołała Ewcia głosem już nieco grubszym. – Zresztą ja coś przyniosłam – dodała szybko kusząc niewidzialnego czarta.

Ów rozważał coś przez chwilę, po czym rzekł:

– Mogę pójść zapytać…

– Niech pan pójdzie, mój złocienki! – poprosiła Ewcia gorąco.

Tamten musiał po raz pierwszy w życiu usłyszeć tak cudownie pieszczotliwe słowo, bo wydało się Ewci, że poszedł nieco szybciej, niż się zbliżał ku dzwiom.

Po długiej, bardzo długiej chwili powrócił i otworzył dzwi szeroko.

"Raz kozie śmierć!" – pomyślała Ewcia i chwyciła obrazy.


Rozdział siódmy

W którym panna Ewa handluje obrazami, chociaż chciano przypiec jej pięty.


Zdawało się jej, że się za nią zatrzasnęły dzwi więzienia, tyle bowiem słychać było przy ich zamykaniu szczęku i brzęku zasuw i łańcuchów, i że jednym jedynym krokiem przebyła granicę pomiędzy latem i zimą. Lato było na świecie, na schodach jesień, a tuż za drzwiami zima chłodna i ciemna. Dziewczynę ogarnęło niemiłe uczucie, że jest odcięta od przyjaznego świata, zalanego w tej chwili słońcem, i że to mieszkanie, do którego weszła, nie ma z jasnością i ze światłem nic wspólnego. Wiedziała, że jest w jakimś przedpokoju, do którego żadne światło nie dochodzi, ten bowiem poblask mlecznomętny, co usiłował się przebić przez szybki nad jakimiś drzwiami, był najlichszą i urągliwą imitacją światła, blaskiem udanym, blaskiem pożyczonym. W tej chwili ten ktoś, który ją wpuścił, przekręcił kontakt i zapalił elektryczną lampkę. Ewcia ujrzała niskiego starowinę w czarnym ciężkim pracowicie zużytym obleczeniu. Przypominał kościelnego sługę, co zapala świece. Twarz miał wcale poczciwą, we wzroku natomiast zamarzłą niebieskoszklistą objętość, jak gdyby jakaś nieskończenie trwająca nuda zgasiła na jego oczach wszelkie blaski. Patrzył bez wyrazu, jak gdyby te starcze, niemal porcelanowe oczy były sztuczne. Ani się uśmiechnął, ani się zdziwił, ani najmniejszego nie okazał zajęcia. Zdaje się, że byłby patrzył tak samo, gdyby zamiast tej dziewczyny wszedł wilk na dwóch nogach albo Murzyn wkraczający na rękach głową w dół. Spojrzał bez drgnięcia najpierw na osobę, potem na obrazy i takim ruchem, jak gdyby podniesienie ręki kosztowało go wiele trudu, wskazał na drzwi do jakiegoś pokoju.

– Może mi pan pomoże… – szepnęła Ewcia nieśmiało.

Ów człowiek, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa dawno już był nieboszczykiem i wstał z grobu jedynie na natarczywy głos dzwonka, znowu spojrzał na nią martwym wzrokiem i, słowa nie wypowiedziawszy, dotknął ręką kontaktu, jakby chciał jej oznajmić, że jeśli będzie dłużej bawiła się zbędną rozmową, zgasi lampkę, bo szkoda światła. Ewcia ciężko westchnąwszy dźwignęła obrazy i uderzeniem kolana otwarła wskazane jej drzwi. Ponieważ pierwszą spotkaną na tej drodze istotą przyjazną był piec, oparła o niego swój ciężar, a że w pokoju, w którym się znalazła, było jasno, gdyż okna wychodziły na ulicę, rozejrzała się szybkim ciekawym spojrzeniem.

Nie było nikogo. Czym prędzej na palcach pobiegła do okna. Pan Szymbart stał pod latarnią, nieruchomy jak i ona, i wzrokiem sroki wpatrzonej w kość spoglądał na dom. Dała mu znak ręką, że jeszcze żyje, na co on w odpowiedzi położył rękę na serce, co wprawdzie nie było znakiem umówionym, znaczyło to jednak zawsze, że sercem jest przy niej albo że wydrze serce z pana Mudrowicza. Ewcia cofnęła się i spłoszonym spojrzeniem obejrzała miejsce kaźni. Był to pokój niezmiernie długi i wąski, jak zwykle w starych domach. Powałę miał sklepioną. Wyglądał przeraźliwie: zapuszczony, smutny, odrapany, poczerniony nalotem kurzu, opstrzony przez zajadłe pracowite nieprzeliczone pokolenia much. Ktoś posiadający zwyrodnioną i na poły obłędną wyobraźnię mógłby się w tej ponurej więziennej celi dopatrzeć czegoś takiego, co ma być pracownią. Na te manowce mógłby ją naprowadzić ciężki stół, rozparty szeroko jak zmarnowana kobyła, na którym leżały sterty papierów, gazet i książek. Aparat telefoniczny pośród tego natłoku makulatury wskazywał, że w strasznym tym pokoju przebywał człowiek żywy. Pod ścianą stała kanapa kryta ceratą, nabijana żółtymi gwoździami. Przed nią leżał kilim tak wytarty jak pieniądz, jak szablon, jak słowa pośród banalnych najbardziej banalne; mogło się zdawać, że ten kiedyś zapewne barwny kawał tkaniny zgasł przed stu laty i przybrał kolor popiołu. W kącie stało żelazne wieszadło szeroko rozgałęzione, a tak ogromne, że mogłoby udźwignąć kilku równocześnie wisielców. Ściany były puste; na jednej tylko, z lewej strony okna, wisiał z obrazkowego pisma wycięty kolorowy druk, wyobrażający zielony las, a nad nim dwie fotografie, zdaje się, że tej samej kobiety. Biedna ta kobieta, skazana na dożywotni pobyt w więziennej celi, na jednej fotografii trzyma w ręku wachlarz, a na drugiej oparta była o bambusowy fotelik. O tych to wspaniałościach mówił Ewci Jerzy. Fotografie były spełzłe i wyblakłe, chociaż słońce nie zaglądało tu nigdy. Gdyby nawet mogło zajrzeć tu przez wysokie okno, cofnęłoby się z niesmakiem, lecz że pokój patrzył na północ, więc oszczędzono słońcu tej udręki.

Ewcia stała cichutko niedaleko przyjaznego pieca stojącego w zimnej zadumie, jakby chciała pilnować obrazów. Posłyszała jakieś szmery i szepty dolatujące z pokoju obok, do którego drzwi były zamknięte. Stamtąd zapewne wejdzie pan Mudrowicz. Czekała tej chwili z wielką trwogą. Oby już wszedł! Zdaje się jednakże, że w tej chwili słucha sprawozdania starego człowieka, co ma w oczach skład niebieskiej porcelany, albo też spogląda chyłkiem przez dziurkę od klucza.

Usłyszawszy głośniejszy szmer Ewcia posunęła się nieznacznie ku oknu, aby mogła być widziana przez niezłomnego strażnika obozowego, pana Szymbarta. Później, po wejściu Mudrowicza, mogła nie mieć na to czasu. Myślała gorączkowo, jak zacznie mówić i co mu powie? Czy wpaść na niego od razu, jak radził roztropnie pan Szymbart, czy – zależnie od przyjęcia – ocyganić go najmilszym uśmiechem i pokorą pełną słodyczy przebić twardą skorupę żółwia? Przybyło jej cokolwiek odwagi na widok żałobnego staruszka, który jej drzwi otworzył, gdyby bowiem jemu pan Mudrowicz polecił uczynienie jej krzywdy, staruszek ów dokonać tego nie zdąży, zaledwie bowiem porusza nogami. Będzie można uciec zawsze.

Na chwilę przestało jej bić serce. Zaczęła nasłuchiwać. Głos jakiś powiadał za drzwiami:

– …Zajrzyj tam, czy czego nie kradnie!

Ewci krew uderzyła do wzburzonej głowy.

– …Chyba piec ukradnie… – odrzekł głos drugi, smętny jak żałość i jak jesienna szaruga.

Nikt jednak nie wchodził. Widać, że pan Mudrowicz pocieszył się nieznacznie niemożliwością ukradzenia pieca. Mimo pociechy stęknął jednakże dwa razy, co mogło znaczyć, że wdziewa buty, albowiem niezłomna ta czynność połączona jest w podeszłym wieku z niejakim trudem, a ilość postękiwań odpowiadała parzystej ilości butów.

"Zaraz wejdzie…" – pomyślała Ewcia. – "Boże, miej mnie w Swojej opiece!"

Jeszcze to serdeczne westchnienie nie miało czasu, aby dolecieć do nieba, gdy drzwi otworzyły się z nienaoliwionym piskiem. Ewcia spojrzała i w pierwszej chwili chciała krzyknąć. Mocnym wysiłkiem opanowała się i na jeden moment przymknęła oczy, aby chociaż w ten sposób podzielić przerażenie na raty. W drzwiach stanął człowiek ogromnej postaci, niezwykle chudy. Tak samo w niechlujną czerń przyodziany jak i jego famulus, chudą wyniosłością przypominał Don Kichota, który jednak wobec tego człowieka musiał być aniołem piękności. Zjawa we drzwiach mogła się przyśnić. Pan Mudrowicz był potwornie brzydki. Różne bywają brzydoty, a ludzie wymyślili sobie na pociechę wątpliwe porzekadło, że mężczyzna byleby był nieco przystojniejszy od diabła, nie przeraża świata. Ten człowiek był jednak brzydszy od diabła. Brzydota jego była posępna. Na twarz tę nie można było patrzeć bez dreszczu. Zdarza się czasem, że najciemniejszą brzydotę ratuje jakiś ciepły błysk oczu, jakiś poblask uśmiechu albo nalot ciepłego smutku. Na posępnej twarzy pana Mudrowicza nie było nawet śladu bożej łaski. Zdarza się, że przyroda jak gdyby sama zatrwożona brzydotą swojego tworu daje mu czasem w formie odszkodowania jakiś drobiazg szczególnie piękny i w ten sposób zdobyła na ten przykład ropucha oczy podobne do klejnotów. Dla tego człowieka przyroda była nielitościwa.

Musiał już mieć pod siedemdziesiątkę, lecz trzymał się prosto i głowę nosił z dumną hardością – zapewne z odwagą rozpaczy. Musiał wiedzieć, że jest potwornie brzydki, więc na widok obcego człowieka nie kulił się, nie chował, nie malał, lecz spoglądał wyzywająco z blaskiem wściekłości w szarych nielitościwych oczach. Zdawało się, że szuka zaczepki z całym światem; że jest pewny zdumienia i obrazy, więc od razu grozi. Nie mógł jednak ukryć zdziwienia na widok niepozornej istoty z zadartym nosem. Wiedział od swojego cerbera, że się zjawiła osoba rodzaju damskiego, nie przypuszczał jednak, że w tak niedoskonałej jeszcze i niezupełnie wyrzeźbionej postaci. Spojrzał na nią z góry i zdawać się mogło przez chwilę, że się namyśla, co ma począć. Nie zelżał jednak, lecz zapytał głośno:

– W jakim celu panna mnie nachodzi?

Ku najwyższemu zdumieniu Ewci głos zabrzmiał dziwnie przyjemnie i dżwięcznie. Z postaci takiej powinien wypłynąć głos czarnej barwy, poza tym szorstki jak derka na konie i zjeżony jak szczotka do szorowania podłogi, głos zaś tego dziwacznego starca miał miękkość aksamitu. Ten głos był przeto miłosiernym darem przyrody.

Ponieważ Ewcia milczała, powtórzył pytanie.

– W bardzo ważnej sprawie! – odrzekła wreszcie i uśmiechnęła się z zakłopotaniem.

– W ważnej sprawie… W ważnej sprawie… – powtórzył brzydki człowiek. – Każdy włóczęga przychodzi zawsze w niezmiernie ważnej sprawie!

Ewcia zwilżyła językiem zaschłe wargi. Powoli wracała jej nieco spłoszona przytomność i odważna dusza, wciąż gotowa do odlotu w jakieś bezpieczne schronienie (doświadczona ludzkość wynalazła je w okolicach pięt), powróciła do swego zwyczajnego siedliska.

W tej chwili wyniosły człowiek uczynił coś dziwnego: położył ciężkie ręce na jej ramionach, pochylił się nad nią i zbliżył potworną swoją twarz do jej twarzy.

– Proszę spojrzeć na mnie! – zawołał jakby z rozpaczą.

Ewcia spojrzała w jego oczy i wytrzymała spojrzenie.

– Nie boisz się mnie, dziewczyno! – mówił on stłumionym głosem.

– Nie! – krzyknęła Ewcia. – Dlaczego mam się bać pana? – dodała po chwili ciszej.

Człowiek ten wydał z siebie głuchy jęk, patrzył na nią długo, długo, potem zdjął ręce z jej ramion.

Przez roztropny rozum Ewci przebiegła błyskawica.

"Ten człowiek jest strasznie nieszczęśliwy, bo jest potwornie brzydki! Dlatego pyta, czy go się boję… Ach, to tak?"

Największy filozof często nie znajdzie prawdy, którą odkryją sprytne i niczym nie zamglone oczy dziecka. Ewcia już wiedziała, co wiedziała. Już się nie bała tego człowieka. Poczuła do niego wielką litość rozumiejąc, że jego złośliwość i twardość są kolcami jeża, broniącego się przed zębami wroga. Ten stary, do murzyńskiego bałwana podobny starzec bronił się w ten dziwaczny sposób przed urąganiem i pośmiewiskiem.

Ewcia uśmiechnęła się z niejakim trudem i rzekła ze zdumiewającym spokojem:

– Czy pan mi pozwoli usiąść?

Myślała, że znowu się na nią rzuci, bo drgnął i podniósł długie ręce. Nie rzucił się jednak ani nie wypowiedział słowa, lecz zmarszczywszy czoło, jakby w nagłym zamyśleniu, usiadł za stołem i patrzył, co ona robi. Ewcia udając, że tym sposobem zaprasza i ją do zajęcia wygodnej pozycji, usiadła na centralnej kanapie wprost niego. Patrzyła śmiało, uśmiechając się kącikami ust. Była blada i czuła na czole kropelki potu, czuła jednak, że najgorsze przeszło. Co jednak będzie dalej? On nie mówił nic, ona nie wiedziała, jak ma zacząć. Wesoła ta scena trwała bardzo długo. Wreszcie on rzekł:

– Pani jest odważna dziewczyna…

– Czemu, proszę pana? – zapytała niewinnie.

– Ile panienka ma lat? – mówił niskim głosem, nie odpowiadając na jej pytanie.

– Prawie szesnaście! A pan?

– Co to panią obchodzi?

– Przepraszam pana za pytanie. Nie chciałam pana dotknąć…

– Mnie nikt nie może dotknąć! – krzyknął ni stąd, ni zowąd i grzmotnął pięścią w stół.

– Już nie zapytam o nic…- powiedziała Ewcia z takim niezmiennym smutkiem, jakby ją spotkało okropne nieszczęście.

Stary człowiek wzruszył ramionami i patrzył w nią przeraźliwym świdrującym spojrzeniem, i coś mruczał niewyraźnie. Musiało się w nim jednak gotować jak smoła w diabelskim kotle, bo bulgotował przez czas dłuższy, potem znowu wybuchnął niespodziewanie.

– Jak się pani nazywa?

– Ewa Tyszowska.

On zerwał się nagle z krzesła, jak gdyby chciał na nią wywrócić stół, potem znowu ciężko usiadł.

– Ewa? Powiedziała pani: "Ewa"? – mówił głosem dziwnie zdławionym.

– Tak proszę pana.

Zapadło milczenie. Dziewczyna patrzyła zdumiona, jak ogromny człowiek potarł ręką czoło. Po chwili nieznacznie, jakby ukrywając spojrzenie, kątem oka spojrzał na dwie stare fotografie.

"Ta pani musi mieć na imię Ewa"! – pomyślała dziewczyna. – "Głowę dam, że to też Ewa…"

Nie powiedziała jednak nic.

On znowu spojrzał na nią i chciał coś powiedzieć, lecz urwał, bo w przedpokoju odezwał się natarczywy dzwonek. Słychać było posuwiste jak w polonezie kroki famulusa, potem jakąś żywą rozmowę i trzaśnięcie drzwiami.

– Pawle! – krzyknął pan Mudrowicz.

Strażnik piekielny ukazał się we drzwiach. Kto to był?

– Jakiś pomylony. Pytał, czy tu mieszka najgłówniejszy kanonik od Świętego Jana.

– Jaki kanonik?

– Nie wiem. Mówił, że najgłówniejszy. A zaglądał przy tym jak szpicel.

– Wyrzuciłeś go za drzwi?

– Nie wyrzuciłem, bo sam poszedł.

– Dobrze…

Mumia nosząca apostolskie imię zamknęła drzwi.

:Dzielny pan Szymbart!" – pomyślała Ewcia. – "Doskonale wymyślił tego kanonika".

– Czemu się pani śmieje? – zapytał nagle pan Mudrowicz.

– Ja? Tak sobie… Bo mi bardzo przyjemnie…

Stary człowiek spojrzał na nią podejrzliwie i pokręcił głową.

"Czuj duch!" – pomyślała Ewcia. – "Teraz się zacznie."

On wstał i znowu usiadł, jakby sam nie wiedział, co począć. Zdaje się jednak, że coś wreszcie postanowił.

– Kto panienkę tu przysłał? – zapytał szybko.

– Nikt. Ja przyszłam sama.

– Po co? Proszę mówić prawdę!

– Z interesem.

– Ja nie robię żadnych interesów, więc dlaczegóż właśnie do mnie?

– To długa historia… Jeżeli pan pozwoli…

– Na nic nie pozwolę! Słyszy pani? Nie nic! W tym wszystkim jest jakieś krętactwo! – krzyczał coraz donośniej. – Jestem za stary wróbel… A panna jest zbyt młoda, aby umiała zręcznie cyganić. Słyszy pani? Nie chcę słyszeć o niczym! O niczym! O niczym! Czy panna zrozumiała?

Ewcia patrzyła na niego spokojnie, chociaż nogi pod nią drżały.

– Proszę pana – mówiła głosem dość bladym – czemu pan tak na mnie krzyczy? Muszę z panem omówić bardzo ważne sprawy i dopóty stąd nie wyjdę, dopóki mnie pan nie wysłucha. Nie przyszłam ani kraść, ani żebrać. A jeśli pan będzie tak na mnie krzyczał albo zechce pan mnie stąd usunąć siłą, wtedy zemdleję. I będzie pan miał wielki kłopot.

Tamten otworzył usta z niezmiernego zdumienia.

– Pawle! – wrzasnął w stronę drzwi.

Zjawił się Paweł jak duch z mroków. Ewcia patrzyła i słuchała z lękiem.

– Ta panna chce tutaj zemdleć. Słyszysz? Weźmiesz pogrzebacz od pieca i rozpalisz go na gazie do czerwoności. Miej go w pogotowiu! Skoro ta panna zemdleje, zdejmiesz jej obuwie i przypalisz pięty. Idź i czekaj, aż cię zawołam.

Zwrócił się potem do Ewci.

– Czy ona słyszała?

– Ona słyszała… – odrzekła Ewcia.

– A teraz pójdzie sobie?

– Nie!

– Nie pójdzie?

– Nie. Jest mi tu bardzo przyjemnie. Pan jest bardzo wesoły, a ten Paweł to jakiś poczciwy człowiek. Wie pan co? Na gazie będzie grzał ten pogrzebacz najmniej z pół godziny, więc mamy czas. W piecu byłoby prędzej, ale po co w lecie rozpalać piec? Zresztą tu jest i tak duszno. Proszę pana! Tu się chyba nigdy nie wietrzy… Czy można otworzyć okno?

Nie czekając odpowiedzi poczęła tarmosić stare spaczone okno, zerkając równocześnie w stronę latarni. Jest pan Szymbart! Zobaczył ją i najwyraźniej mruga.

Okno zostało otwarte i miłe lato weszło przez nie niechętnie i z ociąganiem się do smętnej izby, w której w tej chwili było dwoje ludzi niebotycznie zdumionych: Ewcia dlatego, że jej pan Mudrowicz dotąd nie udusił, i pan Mudrowicz skamieniały, bez ruchu, zamieniony w słup soli, jak gdyby ogłupiały. Pierwsza odzyskała zmysły straszliwa dziewczyna. Usiadła na ceratowej kanapie, uśmiechnęła się jak gdyby nigdy nic i rzekła:

– Znacznie tu teraz przyjemniej. Przynajmniej będzie ciepło, bo w tych starych murach nawet w lecie jest zima.

Obejrzała się po pokoju i udając, że nie zwraca uwagi na potworną minę pana Mudrowicza, gadała przyjaźnie:

– To bardzo piękny pokój, tylko zaniedbany, straszliwie zaniedbany! Nie wiem, ile pan płaci Pawłowi, ale ten Paweł nie ścierał tu kurzu od stu siedmiu lat. Jeżeli mi pan pozwoli, wpadnę tu raz na tydzień chociażby i zrobię porządek. Pawła trzeba wziąć pod kuratelę… Co się panu stało?

Pan Mudrowicz najwyraźniej rzęził. Wydawał dziwne głosy podobne do jęków i od czasu do czasu przecierał ręką oczy, jakby im nie dowierzał. A kiedy je dokładnie przetarł i przekonał się, że nie jest igraszką piekła, wpatrzył się w Ewcię takim wzrokiem łakomym, jakim głodny diabeł patrzy na grzeszną duszę.

– Może panu dać wody? – zapytała Ewcia niespokojnie.

Pan Mudrowicz uczynił znak, że nie chce wody, bo za chwilę wypije dwa litry krwi. Położył prawą rękę na stole i zakrzywił palce jak szpony. Ręka ta drżała.

– Nic panu nie jest? – uśmiechnęła się Ewcia tkliwie. – Bardzo mnie pan przestraszył… Ja jestem wprawdzie córką lekarza, lecz taka jestem głupia, że nigdy nie wiem, co trzeba robić, gdy się komuś zrobi słabo. Pan się niepotrzebnie wzruszył… Jeśli pan chce, to ja zamknę okno, ale ja myślę, że panu dlatego się zrobiło jakoś tak, bo tu było nieznośnie duszno… Już dobrze? Proszę pana, niech się pan uspokoi!

Mówiąc to, uniosła się z kanapy, zbliżyła do stołu i ręką poczęła gładzić jego rękę.

Po starym człowieku przebiegł nagły krótki dreszcz, jakby uderzył w niego mocny prąd elektryczny. Chciał cofnąć rękę, ale nie mógł. Stężała tak, jakby była z ołowiu. Stary, straszliwie brzydki człowiek przymknął oczy.

Ewcia usiadła znowu na kanapie i patrzyła w niego z nie udaną litością. Nie mówił nic. Siedział nieruchomy, jakby mocą nieznaną pobity, do niczego niezdolny.

– Czy mogę coś powiedzieć? – spytała dziewczyna po chwili.

Starzec nie odpowiadał i wciąż miał oczy zamknięte.

– Wtargnęłam tutaj – mówiła Ewcia nie doczekawszy się pozwolenia – bo ja mam naprawdę wielką i ważną do pana sprawę. Ale nie będę teraz o tym mówić… Jeżeli pan pozwoli, przyjdę z tym jutro… Ale przedtem muszę panu powiedzieć, że mi pana serdecznie żal…

Stary człowiek otworzył nagle oczy i patrzył w nią jak urzeczony.

– … a tak – mówiła dziewczyna cicho. – Jestem tu od godziny i już wiem wszystko. Pan jest bardzo biedny, bo pan jest sam.

Tamten drgnął.

– Ten Paweł to się nie liczy… Co tam taki Paweł!… Nie wiem dobrze, ale niemal pewna jestem, że pan jest bardzo samotny. Gdyby tak nie było, to mieszkanie nie byłoby takie okropne… Bardzo pana przepraszam, ale jest okropne. Słowo panu daję, że ja naprawdę tu jeszcze przyjdę. Ja nie robię z gęby cholewy. Gdybym była wiedziała, jak tu jest u pana, byłabym przyniosła trochę kwiatków. Za dwa złote można o tej porze kupić tyle kwiatków, że byłoby tu wesoło. I pelargonie powinny być w oknie… Żeby pan miał chociaż psa! Ja mam takiego opryszka, że boki można zrywać. Przyprowadzę go do pana… Ale teraz to już sobie pójdę… Ten pakunek, co stoi pod piecem, zostawię, bo to ciężkie, a sama przyjdę jutro… Czy pan pozwoli?

Stary człowiek, który tej gadaniny słuchał jak nieprzytomny, westchnął ciężko i długo nie odpowiadał. Patrzył na dziewczynę, a jej się wydawało, że w jego spojrzeniu zamgliło się wreszcie coś żywego: smutek.

– Nie odchodź… – rzekł wreszcie bardzo cicho.

Nie powiedział ani "pani", ani "panna", ani bezosobowo, pogardliwie.

– Mogę jeszcze zostać? – zapytała Ewcia łakomie.

– Nie odchodź, dziecko! – powtórzył bezbarwnym głosem.

– Dobrze, proszę pana.

Jak gdyby sobie cos przypomniała, zaczęła szukać czegoś w torebce, położonej na kanapie. Zmarszczyła czoło, bo nie mogła znaleźć. Z niepewnym uśmiechem zwróciła się do pana Mudrowicza:

– Czy pan może mi pożyczyć chusteczki?

On jak gdyby w pierwszej chwili nie rozumiał, zastanowił się, skinął głową i wydobył z kieszeni zagniecioną i prawie białą chusteczkę.

– Tego Pawła powinno się wziąć na męki – mruknęła Ewcia przyglądając się smętnej chuście.

Poszła spokojnie do okna i wionęła nią trzykrotnie jak sztandarem. Pan Szymbart na ten widok odczepił się od latarni, skinął ręką na pożegnanie i rozwiał się w srebrzystą mgłę.

Stary człowiek patrzył na te praktyki bez zdziwienia.

– To znak dla odsieczy? – zapytał głosem ogromnie zmęczonym i wysilonym.

– Tak, proszę pana! – odpowiedziała Ewcia śmiało.

– To ten sam, co pytał o kanonika?

– Tak!- odpowiedziała z uśmiechem. – Nie wiem, skąd mu to strzeliło do głowy.

– Kto to był?

– Mój znajomy. Dałam mu znak, aby sobie poszedł, bo jestem bezpieczna.

– Bałaś się, gdy szłaś do mnie?

– Trochę się bałam…

– Ktoś cię uprzedził. Czy to zmowa?

W pięknym jego głosie zadrżał smutek.

Ewcia podniosła się i mówiła z wielką powagą:

– Przysięgam panu na Boga, że przyszłam do pana bez niczyjej wiedzy. Jak mego ojca kocham, bo ja nie mam matki… Dowie się pan, po co przyszłam i dlaczego właśnie ja. Ten pan, co tam czekał na ulicy, pomógł mi przynieść ciężki pakunek i sam się zaoferował, że będzie na mnie czekał. Przecie pan mnie mógł wyrzucić przez okno, a ja się naprawdę dziwię, że pan tego nie uczynił. Teraz mu dałam znak, bo już się niczego nie boję i wiem, że pan mnie wysłucha. Czy mi pan wierzy, dobry, kochany panie?

Ewcia była bliska płaczu.

Zdawało się, że stary człowiek przygląda się każdemu jej słowu pilnie i natarczywie.

– Wierzę ci – rzekł wreszcie cicho. – Może jestem głupi, ale ci wierzę.

– Ale pięty to mi pan chciał przypiec – uśmiechnęła się Ewcia przez łzy. – Niech pan powie temu Pawłowi, aby nie marnował gazu.

– U mnie nie ma gazu.

– Nawet gazu nie ma? Ładne gospodarstwo! Pan jest bardzo wesołym człowiekiem… Z tym pogrzebaczem to było paradne. Czemu pan tak na mnie patrzy? Niech się pan chociaż raz jeden do mnie uśmiechnie. Ja się śmieję do wszystkich jak kto głupi, ale za to ktoś się czasem do mnie uśmiechnie. I niech pan powie coś miłego. Czy pan wie, że pan ma śliczny głos, o ile pan nie krzyczy?…

Stary człowiek spojrzał na nią jakby z przerażeniem.

– Jaki ja mam głos?

– Niezmiernie miły… Prawie jedwabny…

Z panem Mudrowiczem działy się jakieś nadzwyczajne historie. Podniósł się i zaczął krążyć po pokoju tam i z powrotem, tam i z powrotem. Już nie miał tej hardej zaczepnej postawy, co przed godziną, bo głowę, straszliwie brzydką głowę wtulił w ramiona, jakby ją coś przygniotło, ręce założył poza siebie i tak wędrował jak człowiek, za którym wlecze się troska, a on przed nią uchodzi. Nie może jednak ujść daleko, bo wędruje jak więzień od ściany do ściany. Zdawało się, że zapomniał o obecności dziewczyny. W pewnej chwili znalazł się przy otwartym oknie i z widocznym lękiem, i jakby z odrazą wyjrzał na ulice. Cofnął się i znowu powrócił do okna. Spojrzał spode łba na błękitne niebo i zmrużył oczy.

– Śliczny dzień, proszę pana – rzekła Ewcia. – Oj, jest mi tak przyjemnie, że panu coś zaproponuję: chodźmy na spacer!

Dzień był istotnie śliczny, lecz z nieskazitelnym błękitem nieba musiało być jakieś szachrajstwo, albowiem z tego jasnego nieba strzelił w tej chwili piorun i ugodził wprost w głowę pana Mudrowicza. Nie było wprawdzie błysku, nie było huku, ale coś piorunnego być musiało, bo stary człowiek zachwiał się, odwrócił i spojrzał błędnie. Sprawiał wrażenie chorego, a od niejakiego czasu bardzo chorego.

– Ty… ty… poszłabyś ze mną na spacer? – wyjąkał cicho.

– A czemu by nie? Nawet pod rękę! Z ojcem chodziłam zawsze pod rękę i zawsze go szczypałam w ramię, ile razy miał się komuś odkłonić, bo taki zawsze był zamyślony, że się czasem kłaniał drzewu, a nigdy znajomym.

– Ja nie mam żadnych znajomych… – mruknął on.

– W takim razie będzie mi pan dawał znaki, do kogo mam zrobić oko… Więc co, pójdziemy?

Zdawało się, że pan Mudrowicz walczy potężnie sam z sobą na tak błahy temat; widać było wyraźnie, że dla niego jest on sprawą niezwykłą.

– Nie dziś… – powiedział wreszcie – jeszcze nie dziś…

– Dobrze! – szczebiotała Ewcia. – Ale trzymam pana za słowo! Pójdziemy którego pięknego dnia, tylko…

– O co idzie? – zapytał starzec z niepokojem.

– Powiedziałabym, ale się boję.

– Czy ty się kogokolwiek boisz!? – zawołał on niemal ze zdumieniem. – Niech Ewcia mówi śmiało.

Po raz pierwszy nazwał ją "Ewcią".

"Dobrze jest!" – pomyślała ona.

Uśmiechnęła się do niego uroczo i zaczęła mówić:

– Chciałabym jedynie zwrócić uwagę pana…A widzi pan, że się boję!… Chciałabym zwrócić uwagę pana, że pański strój jest cokolwiek osobliwy. O, już się pan będzie gniewał!

Uwaga była podstępna. Pan Mudrowicz wcale się nie gniewał, bo jeśli można było odczytać cokolwiek ze straszliwie brzydkiego oblicza, trochę się zawstydził. A Ewcia mówiła z pośpiechem:

– Po co się pan na taki upał odziewa tak ciężko i tak czarno? To straszny strój i cokolwiek starożytny. Paweł jest tak samo odziany, ale mnie to nie obchodzi. Ale pan…

– Cóż ja?

Można było przypuścić, że w głosie pana Mudrowicza coś zadrżało.

– Pan powinien być ślicznie odziany. Nie jaskrawo, oczywiście, ale doskonale. Dla pana byłoby wymarzone ubranie ciemnogranatowe i krawat ze złotymi prążkami. Widziałem onegdaj na ulicy jakiegoś starszego pana tak odzianego i powiadam panu, że można się było zakochać…

Pan Mudrowicz słuchał jakby głosu z tamtego świata.

– …I musi się pan ogolić. Koniecznie, proszę pana! Mój ojciec mówił mi kiedyś, że ten angielski pisarz, który powiedział, że "myśli człowieka ogolonego są inne niż tego samego człowieka nie ogolonego" – jest niezmiernie mądrym znawcą życia. Wyborne, co? Jak gdyby szczecina brody wyrastała nie z ciała, lecz z duszy. Czy pan jest tego samego zdania?

– Być może – odparł pan Mudrowicz – być może.

Dotknął ręką zjeżonej swej brody i drgnął. Ewcia patrzyła pilnie na każdy jego ruch i szukała jego spojrzenia. Strach odleciał ją już dawno. Przez jakąś szczelinę w twardej skorupie tego człowieka zdołała się przemycić i zdawało się, że widzi jego serce: skostniała albo pełne jakiejś goryczy, a jednak ludzkie. Przez długie lata samotności czy też nieznanych klęsk człowiek ten zdziwaczał, lecz w tej chwili, kiedy mu ona przypomina, że za tą stęchłą izbą jest jeszcze świat jasny i barwny, musiała w nim obudzić jakieś wspomnienia. Widać było, że się jeszcze miota, walczy ze sobą, że jest zalękły i zadumiony. Czy nikt z nim nigdy nie rozmawiał? Zdaje się, że w tym mrocznym domu jest tylko on i ta karawaniarska kreatura, Paweł.

Ewcia tak była przejęta straszliwym stanem swojego niespodzianego pacjenta, że zapomniała o celu swojej śmiałej wyprawy. Rozgadała się szeroko i było jej przyjemnie, że ten potworny wielkolud słucha jej cierpliwie. On zaś, wysłuchawszy jej traktatu o pożytku golenia brody, począł znowu krążyć wielkimi krokami po swej klatce.

"Znowu go bierze…" – pomyślała Ewcia ze strachem.

Pan Mudrowicz zmarszczył niskie czoło i chodził, chodził. Dziewczyna wodziła za nim spojrzeniem.

Wreszcie przystanął nad nią i jak gdyby żałował wszystkich dotychczasowych słów, rzekł szorstko:

– Proszę mi powiedzieć, po coś tu przyszła?

– W sprawie pani Zawidzkiej! – odpowiedziała dziewczyna jednym tchem.

On zmrużył oczy i jak gdyby się uśmiechnął, ale mniej było widać uśmiechu, a więcej zajadłości.

– Ach, to tak! – powiedział cicho. – A ja głupi…

– Za pozwoleniem! – krzyknęła niemal Ewcia, czując, że wszystko się wali. – Dałam panu słowo, że nikt o tym nie wie. Pani Zawidzka także nie wie. Niech mi pan pozwoli powiedzieć o wszystkim, na litość boską, niech mi pan pozwoli!

W głosie dziewczyny tyle gorącego błagania i tak uczciwej prawdy, że w tym człowieku musiało coś zależeć.

– Gadaj! – rzekł. – Masz dziesięć minut czasu.

Znowu usiadł za stołem i patrzył w nią jak sędzia śledczy w zbrodniarza.

Ewcia przymknęła na chwilę oczy, jakby chciała się skupić i zaczęła mówić: powoli, z namysłem, jasno i treściwie. Opowiedziała wspaniale uproszczonym sposobem swoją historię, wprawdzie przez okno i wejście przez drzwi do domu Zawidzkich. O jego telefonie. O rozpaczy i pogoni za pieniędzmi. O szarej twarzy pani Zawidzkiej i o jej nocnych rozmowach z synem.

– Oni – mówiła cicho, lecz dobitnie – nie znajdą tych pieniędzy. Pani Zawidzka zmarnuje się do reszty, bo nie tak dawno była śmiertelnie chora. Nie chcę nawet myśleć o tym, ile tam wyleje się łez. Wtedy pomyślałam sobie tak: Pan Mudrowicz – bo ja pańskie nazwisko usłyszałam, kiedy pan telefonował… – pan Mudrowicz nie zechce przecie ludzkiej krzywdy, Ja pogadam z panem Mudrowiczem! Znalazłam pański adres w książce telefonicznej i przyszłam. Przyszłam pana błagać na kolanach, aby się pan zmiłował. Ja wiem, że to nie moja sprawa i pan Jerzy może mnie natłucze, skoro się o wszystkim dowie, ale mnie wszystko jedno. Mnie mój ojciec tego nauczył, żeby skakać nawet w ogień, jeśli można kogoś ratować. A pani Zawidzka jest najsłodszą kobietą na świecie i tak mnie przygarnęła jak matka… Nic o mnie nie wiedziała, a przytuliła mnie do serca. Czy pan słucha? Co by pan sobie o mnie pomyślał, gdybym ja opuściła przyjaciół w nieszczęściu? Mógłby pan powiedzieć, że jestem zwyczajna małpa. Oto dlaczego tu jestem!

przerwała na króciutką chwilę, aby nabrać oddechu.

– …I będę pana tak długo prosiła, aż się pan ulituje. Może pan robić jakie chce miny, ale mnie to nie przerazi. Ja wiem, że pan jest dobry i że pan tylko udaje takiego, co jest niby zły. Tak jak z tym pogrzebaczem, którym pan chciał przypiekać uczciwą dziewczynę. No i gdzie ten straszny pogrzebacz? Aha! Ja pana już dobrze znam. Przede mną nic się nie ukryje… I to wiem, że skoro pana z całego serca poproszę, to pan odwlecze termin tego płacenia. Chociażby do jesieni, bo jakże w lecie pani Zawidzka znajdzie pieniądze? Ale ja mam na wszelki wypadek inny jeszcze sposób. Proszę pana, zróbmy interes! Dla pana będzie to nawet złoty interes. Czy pan słucha?

Pan Mudrowicz nie odpowiedział. Nie przeczył, przeto słuchał.

– Otóż historia jest taka: pan Jerzy chciał sprzedać prześliczne obrazy, aby zdobyć dla pana pieniądze, ale nie mógł tego uczynić w pośpiechu i w wyludnionym mieście. Wtedy ja mu powiedziałam, że ja spróbuję je sprzedać. Wzięłam dwa najpiękniejsze i przywlokłam je tu do pana: Tam pod piecem… niech pan spojrzy!… tam stoją te obrazy. Teraz dopiero widzę, że to była wprost świetna myśl! Powiadam panu, że skoro je tu powiesimy w tym smutnym pokoju, będzie cudo! Od razu rozjaśni się wszystko i rozweseli. Oczów pan nie będzie mógł oderwać od tych obrazów. Przecie obrazy to jest cudowna rzecz! Niech pan chwilę poczeka…

Podskoczyła w stronę sympatycznego pieca i ciężko stękawszy przywlokła obrazy w okolicę niesympatycznej kanapy. Rozwiązała gorączkowo sznurki i po chwili ustawiła obydwa płótna na kanapie, na wprost milczącego starszego człowieka. Była cała w ogniach i w rumieńcach. Ręce jej drżały i głos drżał, kiedy zaczęła mówić gorąco:

– Niech pan tylko spojrzy! Widział pan kiedy cos równie pięknego? Ta brzoza tak się srebrzy, że aż strach… Śliczna brzoza! Czuje pan, jak wiosna pachnie? A teraz ten… Ta dziewczyna patrzy w niebo. Ja nie wiem, co jej jest, że taka smutna, ale Pan Bóg ją pocieszy… Płakać się chce na widok jej spojrzenia… Widzi pan? To naprawdę wspaniałe. O, jak się jasno uczyniło w tym pokoju. Czy panu nie uczyniło się jaśniej na duszy? Proszę pana! Nie ma o czym gadać! Te obrazy tutaj pozostaną. Niech pan tylko spojrzy: złocone ramy! Ten będzie wisiał nad kanapą, a ten drugi nad stołem. Ten las drukowany pan wyrzuci albo da Pawłowi na imieniny, a te fotografie… Zaraz, zaraz! Fotografie tej smutnej pani oprawi pan w piękne ramki i postawi na stole… Więc co, proszę pana, zrobione? Radzę panu uczciwie, niech pan nie wypuszcza z ręki takiej okazji. Pan jest nie tylko dobrym, pan jest z pewnością i mądrym człowiekiem! Zrobimy tak: pan weźmie te obrazy za dwa tysiące złotych, które pani Zawidzka ma panu zapłacić za trzy dni. Panie, kochany, drogi panie! Złoty mój, mój jedyny! Niech pan tak srogo nie patrzy… Mnie się płakać chce… O Jezus Maryja! I dobrych ludzi pan poratuje, i mnie zrobi pan niezmierną radość… Niech się pan zgodzi… Będę pana bardzo, bardzo kochała.

Pan Mudrowicz raz jeden spojrzał na obrazy, ale nie odejmował od niej spojrzenia. Słuchał wspaniałego przemówienia uważnie, oparłszy głowę na rękach, wciąż w nią wpatrzony; jak gdyby się zdumiał, że z tak niepozornego stworzenia może się wydobyć tyle słów, z których każde podobne było do rozżarzonego węgla. Raz jeden przymknął oczy, kiedy go Ewcia nazwała "kochanym, drogim panem" – Ale znów je otworzył, jak gdyby nie chciał niczego uratować z widoku wiercącej się, podrygującej, machającej rękami, zarumienionej, z błyszczącymi oczami pannicy. A ona po ostatnich słowach, nagle znużona, do cna wyczerpana, usiadła na kanapie, tak że za jej głowiną srebrzyła się śliczna brzoza. Czuła zamęt w głowie i burzę w sercu. Uczyniła wszystko, co było w jej mocy, a teraz to już chyba umrze. Ten straszliwy człowiek pozwolił jej mówić przez pół godziny, a teraz patrzy, wciąż patrzy. Coś w sobie waży, nad czymś rozmyśla. Ale Ewcia czuje, że już nie wypowie do niego ani jednego słowa, bo wygrzebała wszystkie, do ostatniego, z samego dna serca. Jeżeli ten człowiek każe jej odejść, odejdzie jak zbity pies. I już chyba na wieki wieków straci wiarę w ludzi i w serce człowieka. Gdyby ten człowiek powiedział chociażby jedno jedyne słowo, nawet najgorsze, ale niech je powie! On jednak milczy posępnym milczeniem.

Wreszcie drgnął.

Ruchem ręki odsunął leżące na stole rupiecie, wynalazł czystą kartkę papieru i zaczął na niej coś pisać szybko, bardzo szybko. Podniósł się potem powoli, zbliżył się do Ewci, raz jeszcze zajrzał jej w oczy i powiedział cicho:

– Weźmij to moje dziecko…

Ewcia przeczytała łakomym spojrzeniem i krzyknęła. On chciał się cofnąć, jakby zalękły, lecz dziewczyna chwyciła jego rekę i ucałowała ją gorąco.

Stary brzydki człowiek jęknął, wyrwał rękę i zaczął się jej przyglądać tak zdumionym spojrzeniem, jak gdyby tę własną rękę ujrzał po raz pierwszy w życiu.


Rozdział ósmy

W którym przędzie się radość i pachną róże.


Mieszkańcy miasta słonecznego Warszawy patrzyli z uśmiechniętym zdumieniem na istotę rodzaju żeńskiego obdarzoną niepospolitym wdziękiem osobistym i noskiem z lekka zadartym, idącą szybko, lecz w sposób osobliwy. Istota bowiem szła krokiem tanecznym, od czasu do czasu zręcznie podrygując. Mniej więcej w odstępach pięciominutowych wydawała okrzyk i śmiała się w głos szczęśliwym śmiechem. Ponieważ trudno było przypuszczać, by istota ta, w wieku lat szesnastu, a do tego w biały dzień uległa zamroczeniu wskutek nadużycia nadmiernej ilości napojów alkoholowych, myślał poniektóry przechodzień, że dziewica ma zajączki na młodej głowie. Nikt jednakże nie wpadł na najprostsze rozwiązanie, że Ewcia Tyszowska jest w tej chwili osobą najszczęśliwszą w Europie środkowej. Należy bowiem zauważyć, że ludzkość na widok człowieka, od którego bije radość jak żar z żelaznego pieca, szuka przede wszystkim mętnych i podejrzliwych powodów tej radości.

Ewcia nic sobie nie robiła ze zdziwionych spojrzeń, bo nic na świecie nie obchodziło jej w tej chwili. Świat nie zając, nie ucieknie przeto ze swoimi zaśniedziałymi sprawami. Zająca przypomina wielkie szczęście mające naturę płochliwą i skłonną do ucieczki. Dlatego Ewcia ściskała kurczowo torebkę, bo w tej torebce ukryta była biała karteczka, a na tej karteczce…O, Boże! Gdyby tę śmieszna dziewicę spotkało wielkie szczęście na jej własny rachunek, nie cieszyłaby się nawet w drobnej części tak, jak się cieszyła tym, które niesie w torebce dla dobrych i kochanych ludzi.

Ewcia ni stąd, ni zowąd wybuchnęła głośnym śmiechem tak serdecznym, że gruby jakowyś pan, co się o nią otarł, odskoczył jak oparzony i spojrzał na nią niezmiernie dotknięty.

– Przepraszam! – zawołała Ewcia. – To nie z pana! Tylko że mi jest strasznie wesoło.

– Dzieki Bogu… – mruknął człowiek, który przypominał beczkę.

A Ewci dlatego uczyniło się niezwykle wesoło, bo sobie pomyślała:

"Jureczek, niebożątko długonogie, zleci z krzesła… Słowo daję, że zleci z krzesła!"

Biegła szybko do tramwaju, aby jak najprędzej ujrzeć tę wyborna sztukę. Zresztą była tak głodna, że aż ją mdliło. Jest to bowiem sprawą tajemniczą i godną uwagi największych nawet myślicieli, że wielkie wzruszenie, zarówno bolesne, jak i radosne, zawsze przede wszystkim nastają na organ tak pospolity, jakim jest żołądek i namawiają go do buntu. Całe szczęście, że zbliża się godzina obiadowa. Ewcia zauważyła teraz dopiero, że spędziła na dziwnej rozmowie z panem Mudrowiczem niemal cztery godziny.

– Co oni sobie niebożątka pomyślą nie zastawszy mnie w domu? A ten bałwan tramwaj wlecze się jak Paweł u pana Mudrowicza – gadała sama do siebie.

Pani Zawidzka i Jerzy istotnie byli zaniepokojeni i zdumieni, dowiedziawszy się od kucharki, że Ewcia zabrała dwa wielkie obrazy i odjechała autem z jakimś panem.

– Co to był za pan? – pytał natarczywie Jerzy.

Dobra kobieta nie umiała na to odpowiedzieć, zauważyła jedynie przez kuchenne okno, że jakiś taki "przygłupek" i że się dwa razy złapał rękami za głowę.

– Po co ona wzięła obrazy? I jakie obrazy? – pytała syna pani Zawidzka. – Czy wiesz coś o tym?

– Nic nie wiem. Zwariowana dziewczyna… Pytała mnie, czy może sprzedać obrazy, skoro przyjdzie ktoś, co by je chciał kupić. Powiedziałem oczywiście, że może, bo i kto miał przyjść?

– Więc Ewcia wiedziała o wszystkim?

– Niestety! – odrzekł Jerzy. – Cokolwiek wywnioskowała sama, a ja powiedziałem jej resztę. Nie przypuszczałem jednak nigdy, że urządzi jakąś awanturę z obrazami.

– To złota dziewczyna – rzekła pani Zawidzka w zamyśleniu. – Namęczy się tylko jak i my.

– Nie tylko się namęczy, ale ją jeszcze do tego stłukę! Jak mi Bóg miły, że z niej zrobię kwaśną marmoladę!

– Nie potrzeba jej było niczego mówić. To byłoby rozsądniejsze.

Zaskrzypiała furtka i szybkie kroki słychać było na ścieżce.

– Teraz jej dam bobu! – mruknął Jerzy. – A jesteś smarkulo! Gdzie byłaś? Prosiłem cię, abyś pilnowała telefonu, a panienka lata jak kot z pęcherzem! Gdzie obrazy?

Ewcia, która stanęła w progu rozpromieniona i jeszcze dysząca po szybkim biegu, zgasła nagle jak świeca. Chciała cos powiedzieć, ale się powstrzymała. Spojrzała na Jerzego z nagłym rozżalonym smutkiem. Potem powoli zwróciła się do pani Zawidzkiej i powiedział cicho:

– Bardzo panią przepraszam…

– Czekamy z obiadem – bąknął Jerzy. – Potem pogadamy.

– Dobrze – szepnęła Ewcia.

Usiadła przy stole i spojrzała nieznacznie na panią Zawidzką, tak smutną jak i wczoraj. Na Jerzego nie zwracała najmniejszej uwagi.

Obiad jedzono w milczeniu. Jerzy cisnął głośno widelec, jakby nie mógł opanować zniecierpliwienia.

"Poczekaj, dryblasie!" – pomyślała Ewcia. – "Zaraz zlecisz z krzesła".

Nie miała w tej chwili innych pragnień, tylko to jedno. Postanowiła zachować tajemnicę jak najdłużej, gdy jednak w pewnej chwili spojrzała spod oka na panią Zawidzką, uczyniło się jej jakoś bardzo miękko koło serca. Nie będzie męczyć dobrej pani Zawidzikej za to, że ma syna ludożercę.

– Aha! – zawołała nagle. – Ja tu mam coś dla pani…

Pani Zawidzka spojrzała zdziwiona.

– Niech pani tylko nie pokazuje pewnym osobom, którym się zdaje, że im wolno napastować bezbronne dziewczęta.

Gdy podawała karteczkę pani Zawidzkiej, serce w niej na chwilę bić przestało.

Pani Zawidzka wzięła kartkę znużonym ruchem i zaczęła czytać.

– Boże drogi! – zawołała w najwyższym zdumieniu.

– Co to? Co się mamie stało? – krzyknął Jerzy. – Co ten brzdąc znowu zmalował?

Pani Zawidzka była przeraźliwie blada i ręce jej drżały. Nie miała nawet tyle siły, by podać kartkę synowi, więc on wyjął ją z jej ręki i czytał półgłosem:


Oświadczam, że w dniu dzisiejszym otrzymałem od pani Klementyny Zawidzkiej dwa obrazy i równowartość ich w wysokości dwóch tysięcy złotych odpisuje od należnej mi sumy. Zawiadamiam równocześnie, że reszta długu w sumie ośmiu tysięcy złotych może być w dowolnych ratach spłacona w ciągu lat trzech. Tym samym termin poprzednio ustalony został unieważniony. W Warszawie 27 czerwca 1938 roku. Stanisław Mudrowicz.

Jerzy chciał się zerwać z krzesła, lecz uczynił to tak gwałtownie, że wywalił się na ziemię z niezmiernym hałasem.

– Bóg jest sprawiedliwy! – krzyknęła Ewcia i zaczęła się śmiać tak, że kucharka otworzyła drzwi od kuchni, a Rolmops rozpoczął ujadanie.

Nagle wszystko ucichło, bo dał się słyszeć szloch pani Zawidzkiej, zbiedzonej, znużonej, śmiertelnie wyczerpanej, a nagle ponad ludzką miarę szczęśliwej.

Ewcia przestraszona przypadła do niej, uklękła i zaczęła ją całować po rękach.

– Niech się pani uspokoi… moja złocieńka… moja najdroższa… niech się pani uspokoi…

– O, dziecko jedyne! – zdołała wyszeptać pani Zawidzka i gładziła ja po głowie.

Powoli pomiędzy łzy czyste, rzęsiste zaczął się wciskać złoty szczęśliwy uśmiech. Popłynęło jeszcze około siedemdziesięciu siedmiu łez (czterdzieści cztery pani Zawidzkiej i trzydzieści trzy, jak obszył, panny Ewy Tyszowskiej) i już tylko ciche łkanie, ale suche, wstrząsało piersią szczęśliwej kobiety. Ewcia już się dawno śmiała nieludzko rozradowana. Obie damy nie mogły jeszcze dobyć głosu, więc się tylko tuliła jedna do drugiej, obejmowała jedna drugą i całowała jedna drugą. Żadna nie chciała skończyć, żadna bowiem nie chciała zostać drugiej dłużna.

– Och ty, ty – jąkała treściwie pani Zawidzka, słusznie mniemając, że nie ma w bogatej mowie polskiej godnego Ewci nazwania.

Wyborny ten wykrzyknik stał się znamienitą sposobnością do nowych pocałunków. Wreszcie pani Zawidzka zawołała radosne w gorączce słowa i rzekła:

– Pan Bóg cię do nas przysłał!

– Ale ja ją przyprowadziłem… – powiedział dość nieśmiało Jerzy.

Ewcia zerwała się na równe nogi, bo ze względu na prawidłowa budowę ciała trudno jej było zerwać się inaczej. Oczy się jej zaiskrzyły i rumieniec o mocnej czerwieni świeżej polędwicy zalał jej twarzyczkę.

– Proszę pani! – zawołała. – Niech pani powie temu panu, który rzuca widelcami, żeby nie mówił ani o mnie, ani do mnie!

– Jerzy, słyszałeś? – śmiała się już głośno pani Zawidzka.

– Słyszałem – odrzekł Jerzy głosem czarnym jak najczarniejsza smoła. – Niech mama powie tej pani, że jeśli mi natychmiast nie przebaczy, tym samym widelcem przebiję sobie serce!

– Ewuniu! Czy pragniesz śmierci tego złotego człowieka?

– Śmierci nie! – odrzekła Ewa z głuchą boleścią. – Ale niech się ukorzy, bo jeżeli tego nie uczyni…

Długonogi nie dał jej dokończyć, lecz rzucił się jak tygrys, chwycił ją w ramiona i podniósłszy wysoko, zaczął tańczyć z tym ciężarem. Ewcia wczepiła palce w jego buszmeńską czuprynę, jak topielec, i wrzeszczała wniebogłosy. A on nic! Tańczył posuwiście dokoła stołu ze śmiertelną powagą.

– Proszę mnie puścić! – krzyczała Ewcia.

– Przebacz, a puszczę!

– Dobrze, dobrze! – piszczała Ewcia.

Wtedy dopiero postawił ją na podłodze i krzyknął:

– Matko! Każ podać szampana! Nie ma szampana? Więc każ dać jakiś sok, bo ja muszę z tą kobietą wypić braterstwo. Prędko, bo znowu zacznę tańczyć!

Pani Zawidzka, jak gdyby odmłodniała, przyniosła jakiś czerwony napój, nalała do szklaneczek i rzekła:

– Ewuniu, uczyń ten zaszczyt mojemu straszliwemu synowi!

– Mogę – odrzekła Ewcia. – Ale jeżeli ta osoba myśli…

– Osoba nic nie myśli, osoba cię uwielbia! – krzyknął Jerzy.

Spełnili uroczysty obrzęd ku niesłychanej radości pani Zawidzkiej i ku czerwonemu jak krew zdumieniu Ewci, gdyż Jerzy z nagła ucałował ją w obydwa policzki.

– Inaczej nie byłoby ważne! – zawołał. – A za to, drogi małpiszonie…

– Proszę pani, on znowu zaczyna!

– … a za to jutro zacznę malować twój portret!

Ewcia znowu pokraśniała i oczy jej się zaśmiały.

– Naprawdę?

– Jak mamę kocham! Nawet nos zrobię ci elegancko… Niech mama uważa, bo ona chce rzucać we mnie czymś ciężkim, a może trafić w moją nieszczęśliwą matkę. Ewuniu! Uwielbiam cię, kocham cię, szaleję za tobą! Jesteś wielka, wspaniała i wzniosła! Niewart jestem zawiązać rzemyka u twoich sandałów! Za to, żeś mi tę oto matkę rodzoną pocieszyła, żeś zwyciężyła potwora…

– Pan Mudrowicz nie jest wcale potworem. Pan Mudrowicz jest zacnym człowiekiem – rzekła Ewcia gwałtownie.

– A ze mną gadać nie chciał!

– Wobec tego jest i mądrym człowiekiem. Pan Mudrowicz nie zadaje się z byle kim, ale gdy zobaczył wytworna damę, rozumną i pełną dystynkcji, od razu zmiękł.

– Trzymajcie mnie, dobrzy ludzie! – krzyczał Jerzy.

– Cicho bądź! – powiedziała pani Zawidzka. – Niech Ewunia wszystko opowie.

Ewcia zaczęła opowiadać o spisku z panem Szymbartem i o zuchwałej wyprawie.

– … Trochę to mnie strach obleciał – mówiła. – Powiedziałam sobie jednak: nie taki diabeł straszny, jakby go pewien kiepski malarz namalował…

– Gwałtu, nie wytrzymam! – stęknął Jerzy.

– Pan Mudrowicz – mówiła Ewcia spokojnie – przyjął mnie trochę groźnie i w pewnej chwili zawołał o rozpalone żelazo, aby mi przypiec pięty…

– To istotnie mądry człowiek – mruknął malarz.

– Nie może być! – krzyknęła pani Zawidzka przestraszona. – I co, i co?

– Nic strasznego, proszę pani. zaczęłam z nim gadać na rozum…

– Gadał ślepy o kolorach – rzekł malarz niezmiernie smutno.

– Dlatego pan nie mógł z nim rozmawiać!

– Przede wszystkim nie pan, tylko ty, a następnie…

– Następnie wylecisz za drzwi – rzekła pani Zawidzka. – Dajże jej mówić! I co dalej, Ewuniu?

– Dalej było wszystko dobrze. Pan Mudrowicz jest moim zdaniem nieszczęśliwym człowiekiem, którego coś gryzie. Nie wiem co, ale myślę, że samotność. Mieszka strasznie, odziany jest okropnie i bardzo… bardzo jest brzydki… Wolę jednak brzydkiego człowieka, który ma duszę, niż przystojnego ananasa, któremu się zdaje, że mu wolno całować uczciwe dziewczęta…

– Słyszy mama? To było o mnie!

– Cicho bądź, bo każę przynieść rozpalone żelazo – zaśmiała się pani Zawidzka. – Długoście gadali?

– Bardzo długo. To znaczy ja wciąż gadałam, a pan Mudrowicz słuchał. Zdaje mi się, że czasem chciał wybuchnąć, ale wtedy mi się zbierało na płacz…

Krokodyl też płacze – szepnął Jerzy.

– Wszystko mu opowiedziałam – mówiła Ewcia nie zwracając uwagi na krokodyla, – Bardzo się nam przyjemnie rozmawiało. Wreszcie jednak przyszła straszna chwila… Naprawdę straszna…

– O Boże, co się stało? – zapytała z niepokojem pani Zawidzka.

– Wiedziałam, że z tego będzie nieszczęście – mówiła Ewcia powoli i wyraźnie, łypiąc okiem w stronę Jerzego. – kiedy mu pokazałam obrazy…

– Oho!

– … wtedy pan Mudrowicz wpadł w szał. Myślałam, że mnie z miejsca udusi. Strasznie krzyczał: "zabierz natychmiast te kicze!" – Co to znaczy "kicze", panie Jerzy? Nie wie pan… nie wiesz? To musi być jakaś obelga…

– Krwi, krwi! – krzyczał malarz.

– Wciąż tak krzyczał… "Patrzeć na to nie można! Oszaleć można na widok tych bohomazów!"

Jerzy zakrył rękami twarz, a Ewcia mrugnęła wesoło w stronę pani Zawidzkiej, która się uśmiechnęła.

Nagle malarz zerwał się z krzesła i mówił szybko:

– A jednak wziął obrazy? ha!

Ewcia stropiła się na krótką chwilę.

– Owszem, wziął… Ale… ale powiedział, że je powiesi w przedpokoju. On się świetnie zna na obrazach!

– Ach ty żmijo nakrapiana! – wrzasnął Jerzy i skoczył ku niej.

Ewcia zaśmiała się głośno, skoczyła ku oknu, a on za nią. Dziewczyna zwinna jak wiewiórka wyskoczyła przez okno do ogrodu, a długonogi najpierw przerzucił przez obramienie okna długie nogi, potem wyskoczył w okazałej całości i począł ją gonić po ścieżce.

– Ratunku, bandyta! – krzyczała Ewcia uciekając.

Coś się jednak musiało stać, bo Jerzy stanął nagle i ogłupiałym wzrokiem patrzył w inną stronę. Ewcia spojrzała i też przystanęła. W oknie sąsiedniego domu ukazała się jakaś bardzo piękna panienka i słusznie rozumując, że potężny dryblas usiłuje zbić uciekającą dziewczynkę, zawołała rozdzierającym głosem:

– Tatusiu, na pomoc! To rzezimieszek… O ten… ten…

Spoza panienki ukazała się potężna głowa, sądząc po wspaniałych wąsach, męskiego rodzaju.

– Ej, panie, panie! – krzyknęła głowa zsiadłym basem. – Czemu pan prześladuje to dziecko?

Jerzy po raz pierwszy od lat dwudziestu kilku zapomniał języka w gębie i stał jakby namalowany przez samego siebie. Z rozpaczą spojrzał na Ewcię, jak gdyby szukając u niej ratunku. Wtedy Ewcia zwróciła się do zsiadłego basa i zawołała wesoło:

– My się tylko tak bawimy, proszę pana. Przepraszam, żeśmy państwa zaniepokoili… Jurek, przeproś panią!

Jerzy spojrzał na piękną panienkę i rzekł:

– Bardzo panią przepraszam!

Panienka uśmiechnęła się, a potężny bas wzruszył ramionami i zniknął.

Ewcia skinęła w stronę panienki ręką, uśmiechnęła się i uciekła do domu. Jerzy stał jeszcze przez chwile, jeszcze raz się ukłonił i powlókł się jej śladem. Panienka patrzyła ciekawie, bo ten zbrodniarz wydał się jej bardzo przyjemnym młodzianem.

Przyjemny młodzian, chmurny jak Achilles w pierwszej pieśni Iliady, ukrył się w pracowni wraz ze swoim wstydem, a Ewcia pobiegła do pani Zawidzkiej, o, jakże wspaniałe odmienionej! Roześmiała się wesoło na widok rozbrykanej kozy i rzekła:

– Gdzie Jurek?

– Płacze gdzieś na strychu! – odpowiedziała Ewcia. – Ale mu dałam łupina, co? O, proszę pani, jaka ja jestem szczęśliwa! Jaka szczęśliwa. Ale mam głowę, prawda?

– Mniejsza o głowę – powiedziała pani Zawidzka. – Rzecz najważniejsza, że masz złote serce. Ale powiedz mi, dziewczyno, teraz już poważnie, bo Jurka nie ma, w jaki sposób potrafiłaś udobruchać pana Mudrowicza?

– Mam wrażenie – odrzekła Ewcia – że to było dość łatwe. Zrozumiałam od razu, że się ni stąd, ni zowąd zrobiło wielkie święto z tego, że ktoś do niego przyszedł i po ludzku zagadał. I o obrazach wcale tego nie mówił, co ja nabredziłam. Ja tylko tak, żeby sobie pożartować. A do mnie to nawet raz jeden powiedział "Ewuniu". Był bardzo dziwny i niby nie chciał ze mną gadać, a gadaliśmy przez cztery godziny. I tylko patrzył i patrzył mi w oczy… Czasem to mi było aż dziwnie… Proszę pani, jak to jest naprawdę z panem Mudrowiczem? Kto on taki? Co mu się stało w życiu, bo że coś się stało, za to dam głowę. Prawda to, co mi się wydaje, że on nie jest zły, tylko bardzo nieszczęśliwy?

Pani Zawidzka zamyśliła się. Potem zaczęła mówić powoli i jakby z głębokim namysłem:

– Cośkolwiek o tym wiem, chociaż wiem niewiele. Powiem ci, dziecko drogie, bo zdaje się, że sama dobrze odgadłaś. Mnie mój nieboszczyk mąż mówił o panu Mudrowiczu. Nie bardzo go wprawdzie lubił, twierdził jednakże zawsze, że mu się stała krzywda. Z Jurkiem o tym nie mówiłam, bo i po co, tobie jednak powiem. To człowiek naprawdę nieszczęśliwy. Pierwszym jego nieszczęściem była jego zdumiewająca brzydota. Zawsze mu się zdawało, że ludzie patrzą na niego z odrazą i że każdy uciekłby chętnie na jego widok…

– Od razu tak pomyślałam, gdy mnie zapytał, czy go się boję.

– Tak, tak… Ta brzydota była powodem jego rozpaczy. Ludzie uciekli od niego, a on jeszcze chętniej unikał ludzi. Był biedny, ale nie samotny, bo nawet rodzina nie utrzymywała z nim zbyt serdecznych stosunków, postanowił wybić się w jakikolwiek sposób i pokazać – przede wszystkim swoim najbliższym – że można być brzydkim, a jednak dokonać niepospolitych rzeczy. Wybrał drogę najpospolitszą, Umyślił sobie bowiem, ze skoro mu się uda zrobić wielki majątek, ukorzy tych, którzy jego chcieli ukorzyć. Pracował niezmordowanie, aby się przygotować do tego dzieła. Zamierzył wyprawę na Wschód, do Chin czy do Mandżurii, nie wiem tego dokładnie. Zanim jednak tam wyruszył, zdarzyła się rzecz najmniej podobna do prawdy. Znalazła się młoda dziewczyna, jakaś sierota, przezacne i przedobre stworzenie. Jak się to stało, tego nikt nie wie, dość że to słodkie biedactwo wzruszyło się jego losem. Była to raczej litość nad człowiekiem odtrąconym niż miłość, tak przynajmniej przypuszczał mój mąż. Obiecała, że za niego wyjdzie po jego powrocie ze Wschodu. Dziewczyna ta…

– Na imię jej było Ewa? Czy tak?

– Tak! Skąd o tym wiesz?

– Gdy pan Mudrowicz usłyszał moje imię, spojrzał nieznacznie na fotografię bardzo miłej osoby.

– Więc ma do dzisiaj jej fotografię, mój Boże!

– Nawet dwie.

– Biedny człowiek! – mówiła pani Zawidzka wzruszona. – Jeszcze nie zapomniał…

– Czy to było dawno?

– O, bardzo dawno! Pan Mudrowicz był młodym człowiekiem. Wyjechał niemal obłąkany z wielkiego szczęścia i nie było go przez trzy lata. Opowiadali, że robi wielki majątek na handlu.

– A co się działo z tą panienką?

– Otóż to! Co się działo z tą panienką? Źle się działo. Ponieważ pan Mudrowicz nie pisał do nikogo z rodziny, tylko do niej, więc u niej zasięgano o nim wiadomości. Najczęściej czynił to jego brat stryjeczny, podobno piękny chłopak i jeszcze wspanialszy lekkoduch. Zdaje się, że mu przyszło bardzo łatwo wyleczyć ją ze złudzeń litości. Piękny pan Mudrowicz był w Warszawie. Tamten pisał krótkie listy, a ten mówił wiele i zapewne pięknie. Pomińmy bowiem szczegóły… Piękny Mudrowicz, myśląc zapewne, że to, co uczyni, będzie doskonale mściwym żartem wobec bogatego i niemiłego krewnego, tak opętał dziewczynę, że wyszła za niego…

– O Boże! Jakże mogła to zrobić? – krzyknęła Ewcia.

– Tego ja ci, moje dziecko, nie wytłumaczę. Serce ludzkie jest pełne tajemnic. Litość z niego wywietrzała, a miłości w tym nie było. Ale najstraszniejsze rzeczy stały się potem dopiero. Piekny Mudrowicz porzucił żonę pół roku po ślubie, a ta nieszczęśliwa kobieta, o której Mudrowicz na Dalekim Wschodzie nic nie wiedział i do której wciąż pisał listy… Nie chcę opowiadać ci szczegółów tragicznych… Nie znam ich zresztą sama zbyt dokładnie i to tylko wiem pewnie, że serce tej kobiety, które oszukało się samo i które oszukali inni, nie mogło znieść nazbyt wielkiej udręki…

– Matko Boska!

– Gdy pan Mudrowicz wrócił bardzo bogaty i szczęśliwy, zastał grozę, pustkę i śmierć. Czy możesz sobie wyobrazić, co się z nim działo? Podobno zapamiętał się obawiano się, że popełni jakieś szaleństwo. Stało się jednak inaczej. Zdawało się, że ten człowiek stężał w rozpaczy i że skamieniał. Całe dnie przebywał na grobie kobiety tej jedynej, która się do niego uśmiechnęła i którą uwielbiał jak świętą. Jej nie winił. Całą nienawiść skierował przeciwko sprawcy tragedii i przeciwko całej swej rodzinie, bliższej i dalszej, uznawszy wszystkich za wspólnych winowajców. Że się nikt za nim nie ujął i że nikt go nie zawiadomił o tym, co się działo. Dowiedział się przy tym, że jego listy pisane w ostatnich czasach jego brat stryjeczny przejmował i głośno je odczytywał wśród rodziny.

– Ależ to wstrętne!

– Któż mówi, że to nie wstrętne? Na świecie jest wiele złych ludzi, Ewuniu… Wyrządzają sobie potworne krzywdy, czasem nie wiadomo dlaczego i po co. Na krzywdzie jednak nikt od początku świata nie zbudował swojego szczęścia… Nie wiadomo po co złamano życie dzielnego człowieka, który wierzył w ludzką uczciwość. Zrobiono z niego nieszczęśliwego dziwaka i nauczono go złości. Ten człowiek wszystko postanowił zamienić w zemstę, którą ścigał winnych i niewinnych. I to stało się może największym i najdotkliwszym jego nieszczęściem. Zemsta nigdy serca nie nakarmi… Nienawiść jest śmiertelną chorobą. Wypija krew z człowieka i oślepia go, bo człowiek, który żyje tylko myślą o zemście, ma na oczach mętną mgłę. Przestaje odróżniać ludzi sprawiedliwych od ludzi złych… I z kolei on wyrządza ciężkie krzywdy. A pan Mudrowicz zapamiętał się w zemście i jakoby postanowił ścigać swoją własną rodzinę do najmłodszego pokolenia. Od trzynastu lat dręczy się nieludzko i nic w nim nie zależało. My na przykład nie zawiniliśmy mu w niczym, a jednak nas by nie oszczędził… Gdyby nie ty, moje dziecko. Może się tobie udało przypadkiem dotknąć w jakiś sposób jego serce? Może się w nim na twoja prośbę uczynił, jest tak dziwne, że się jeszcze uspokoić nie mogę… Szkoda, straszna szkoda tego człowieka. Okropnie go skrzywdzono, ale i on nie zna miary w tym, co dotąd czynił.

– Nieszczęśliwy pan Mudrowicz – szepnęła Ewcia w zamyśleniu. – Pani nie ma pojęcia, w jakim on jest stanie.

Milczał przez chwilę, myśląc o tym człowieku.

– Napisałam do niego list tak serdecznie, jak tylko umiałam – rzekła pani Zawidzka.

– Och, to bardzo dobrze! – zawołała Ewcia. – Trzeba kuć serce, póki gorące.

– Słusznie! – uśmiechnęła się pani Zawidzka.

– A czy pani pozwoli, abym ja zrobiła dopisek?

– Ależ oczywiście! Masz ten list i pisz!

Ewcia usiadła z pośpiechem przy stole i niezmiernie starannie dopisała:

Drogi Panie! Gdyby Pan wiedział, ile radości sprawił Pan nam wszystkim, toby Pan chyba skakał też z radości. Kocham Pana strasznie. Ewa Tyszowska.

– Czy tak dobrze?

Pani Zawidzka śmiała się czytając.

– Nie należy starych ludzi namawiać do tego, aby skakali, ale niech i tak będzie. A teraz, Ewuniu, musisz mi obiecać, że Jurkowi nie powtórzysz ani słowa z tego, co ci mówiłam…

– Mogę obiecać, bo z nim nie gadam!

– Jeszcze będziecie gadali! A teraz zawołaj go, bo on ten list zaniesie.

– Bardzo słusznie! Kto ma takie długie nogi, powinien być listonoszem. Już pędzę…

Usłyszawszy dzikie pokrzykiwania za drzwiami pracowni, zawołała potężnie:

– Panie Jerzy!… Jurek! Natychmiast na dół do mamy!

– Całuj psa w nos! – odegrzmiał malarz.

– Mama mówiła, że masz pójść kupić wino, bo dzisiaj będzie uroczysta kolacja.

Jurek otworzył drzwi z pośpiechem.

– Naprawdę? Gotów ci jestem przebaczyć dziewico stepowa. Już idę!

Wpadł z hałasem do pokoju matki, wołając:

– Matko, jesteś wielka! Ile butelek?

– Jakich butelek? – zdumiała się pani Zawidzka.

– Wina!

– Jakiego wina?

– Przecie Ewcia mówiła, że mam pójść po wino… I to zaraz, bo będzie wspaniała uczta. Czy aby ten brzdąc…

– Ależ tak, tak! – rzekła pani Zawidzka z pospiechem. – Będzie i kolacja i będzie wino!

– Więc brzdąc nie zalewał po raz pierwszy w życiu!

– Kupisz wina – mówiła matka ukrywając śmiech – a przy sposobności zaniesiesz ten list do pana Mudrowicza.

– Podziękowanie? Bardzo słusznie… Ale obrazy mu się nie podobały…

– Bardzo mu się podobały! Ewcia żartowała.

– Mówiła mamie?

– Przed chwilą.

– Zapowiadam mamie, że skoro tylko powrócę, wsadzę ją w pokrzywy. Oho! Widzi mama?! Jest! Przyszła mi ciosać kołki na głowie.

– Wynoś się!

Jerzy przechodząc koło Ewci stanął i usiłował zrobić straszną minę.

– Wychodzisz, Jerzy? – zapytała Ewcia niewinnie. – Wracaj prędko, bo po godzinie uschnę z tęsknoty.

– Wobec tego wrócę dopiero jutro! – krzyknął Jerzy.

Powrócił jednak po dwóch godzinach, rozradowany, z szeroko roześmianą gębą i zwycięsko pokazał Ewci dwie butelki.

– Co to jest? – spytała Ewcia. – Trucizna dla mnie?

– Jest to złota krew słońca, którą pospólstwo nazywa winem. Dwie butelki! Po jednym kieliszku dla istot słabych, reszta dla mnie.

– Naprawdę wino? – zdumiała się Ewcia.

– Czy niemowlęta nigdy nie widziały butelki? Zapytaj mamy! Gdzie jest moja rodzicielka?

– W kuchni. Przygotowuje kolację.

– A co będzie na kolację?

– Jakieś niesłychane rzeczy, kucharka też wychodziła i wróciła przed chwilą.

– Ale chyba dzisiaj nie będziemy pościć? Matko! – zwrócił się do wchodzącej pani Zawidzkiej. – Wino kupiłem, list oddałem. Nie widziałem oczywiście samego pana Mudrowicza, bo otworzył mi jakiś Ramzes z dwudziestej trzeciej dynastii ze spojrzeniem morskiej krowy…

– To Paweł! – zaśmiała się Ewcia.

– Może być Paweł. Zajrzałem do przedpokoju, w którym podobno zostały powieszone moje obrazy, ale okazało się, że rozmaite jaszczurki łgały na potęgę. Ponieważ jednak jestem w znakomitym nastroju i nie potrafię żywić w sobie zemsty w obliczu dwóch butelek wina, gotów jestem po raz ostatni zawrzeć z tobą przymierze, Ewo, matko rodzaju ludzkiego. Czy odtańczysz ze mną taniec pojednania? Podaj mi rękę, księżniczko perska!

– Służe ci, książę czerniakowski! Niech tylko książę nie czyni zbyt wielkich kroków, bo nie tańczy z szafą.

Wesoła para zaczęła pląsać dookoła stołu, potem wysunęła się do hollu, wreszcie do ogrodu i tańczyła na ścieżce.

– Jerzy… – szepnęła Ewcia – spojrzyj na lewo… Widzisz?

– Owszem, widzę mur!

– Spójrz wyżej… Panienka! – szepnęła Ewcia.

– Jeżeli znowu urządzisz jakiś kawał, to cię uduszę…

– Nie rób tego, bo panienka po raz drugi narobi krzyku…

Panienka z okna sąsiedniej willi patrzyła z uśmiechem na tych dwoje, którzy się bili o godzinie drugiej, a tańczą o godzinie siódmej.

– Jerzy, wiesz co?

– Co?

– Rzuć jej różę…

– Rzucę, ale doniczkę na twoja głowę!

– A ja ugryzę cię w ramię. Mówię ci: rzuć jej różę! Patrz, jaka ona śliczna…Nie taka śliczna jak ja, ale prawie. Nie szczyp mnie, bo ci podstawie nogę!

W tej chwili wyrwała mu się z ramion, podbiegła do różowego krzewu, zerwała purpurową różę i zawołała:

– Niech pani łapie! To od tego pana z przeproszeniem za awanturę.

Róża poleciała w stronę okna, a panienka chwyciła ja w locie.

– Bardzo, bardzo dziękuję! – zawołała mocno zarumieniona i prędko cofnęła się w głąb pokoju.

– Ty diable! – mówił cicho Jerzy.

– Zwracam panu uwagę, że pan przemawia do damy! Ach, jaki galant!

– Po coś to zrobiła? Co sobie ta pani pomyślała?

– Ja wiem, że pan by rzucił w kobietę nie różą, tylko cegłą albo kamieniem. Malarz! Jeszcze nie pił wina, a już wyprawia awanturę… O, ja nieszczęśliwa!

– Będziesz płakać? – zapytał niespokojnie.

– Będę, jeśli mi się zechce. Słyszy pan?

– Przede wszystkim nie mów do mnie "pan"… I nie płacz!

– A właśnie, że będę, bo ta panienka stoi za firanką i patrzy…

Panienka bynajmniej nie stała za firanką, ale Jerzy spojrzał ze strachem i uciekł.

Zjawił się dopiero na kolację i przyniósł dwie róże: jedną wręczył uroczyście matce, a druga z zakłopotaniem Ewci, która uśmiechnęła się jednym okiem tkliwie, a drugim szelmowsko. Jerzy usiadł z powagą, ale oczy mu się śmiały. Wszystkim było wesoło i jasno na duszy. Gdy rozlano wino w kieliszki, Jerzy chrząknął i podniósł się.

– Czcigodna matko i ty szlachetna, wielkiego rodu dziewico! – prawił.- Kiedy przed kilkoma dniami o godzinie szóstej rano goniłem po ulicach prastarej stolicy naszej pewnego brzdąca, nie przypuszczałem przenigdy, że było poznać po zadartym nosie i po chudych pedałach…

– Oho! – zawołała Ewcia.

– …i chudych pedałach, powtarzam! Natchnienie jednak, które jest znamieniem istot nadprzyrodzonych, wielkich poetów i wielkich malarzy, podszeptało mi, że jest to rajski ptak, którego należy chwytać za ogon, aby nie uciekł. Proszę mi nie przeszkadzać, bo jestem w transie!…Schwytałem go i tutaj przywiodłem. I oto tej istocie, która tylko na pozór cierpi na rodzaj kręćka, zawdzięczamy, o matko moja rodzona, te szczęsne chwile, ten nastrój niezmiernej radości, te kurczęta i te szparagi, i to wino, bez niej bowiem – przyznaj to, matko wielkiego malarza! – ujrzałbym własne ucho niźli te kurczęta, te szparagi i to wyborne wino po dwanaście złotych butelka. Ta dziewica, u której stóp złożyłem przed chwilą najwspanialsze kwiaty z naszych niezmiernych włości, sprawiła, że źli stali się dobrymi, a smutni się weselą. Wznieśmy przeto kryształowe puchary! Panie ministrze! Panowie, panie! Na cześć tej, co się zowie Ewa i ma buzię jak cholewa, ale serce wielkie, złote, kryształowe i pełne słodyczy. Matko! Unieś z krzesła swoją dostojność i wypij… Masz babo placek! A ta beczy!

Ewcia płakała śmiejąc się równocześnie. Rozpoczęła się dnia tego po raz drugi seria uścisków i pocałunków.

– Kiedy ja przemawiam – wołał Jerzy – zawsze wszyscy płaczą? Co, jeszcze wina? – zdumiał się widząc, że Ewcia podstawiła swój kieliszek.

– Odrobinę! – mówiła Ewcia. – Bo ja chciałabym wypić jeszcze jedno zdrowie… Pana Mudrowicza – dodała nieśmiało.

– Świetnie! – rzekł Jerzy. – Czy mam wygłosić mowę?

– Nie, nie! Ale wypijmy…

Uczynili to z milczącą powagą, po czym Jerzy wpadł w szał. Gadał, bredził, śmiał się i szalał. Tyle w nim było radości i złotej pustoty, że biły od niego ognie. Pani Zawidzka patrzyła na tego przemiłego chłopaka z tkliwością, a Ewcia tak serdecznie, jak na najukochańszego brata.

W tej chwili zaterkotał dzwonek.

– O tej porze? – zdziwiła się pani Zawidzka. – Kto to może być?

– Ktos, kto poczuł wino! – odrzekł Jerzy.

Honorcia poszła otworzyć.

Czekali w naprężeniu, wreszcie weszła Honorcia.

– Przyszedł, proszę pani, ten co był rano. Ale on jest jakiś pomylony! Pyta się, czy tu mieszka najgłówniejszy kanonik?

– Kanonik? Najgłówniejszy! – zdumiała się pani Zawidzka.

– Pan Szymbart! – krzyknęła Ewcia radosnie. – Przyszedł się dowiedzieć…

– Ale dlaczego pyta o kanonika?

– Ach, bo to cała historia, potem ją opowiem. Niech Honorcia powie, że mieszka tu kanonik.

– Dzieciom nie należy dawać wina! – Mruczał Jerzy,

A pan Szymbart wszedł rozpromieniony jak gwiazda wieczorna.


Rozdział dziewiąty

W którym Ewcia rzuca butem i zapowiada, że stanie na głowie.


Pani Zawidzka siedziała przy otwartym oknie, dziergając jakąś koroneczkę, i spoglądała czasem na syna malującego w ogródku portret Ewci. Model siedział piekielnie znudzony w trzcinowym fotelu, Apelles zaś, ćmiąc fajeczkę, którą mu wolno było zatruwać powietrze jedynie w przyzwoitej odległości od siedzib ludzkich, ustawił sztalugi na trawniku i przedziwne wyprawiał awantury. Zbliżał się do obrazu, odskakiwał i przechyliwszy głowę patrzył znużonymi oczami; potem wpatrywał się długo, bardzo długo w twarzyczkę Ewci, jak gdyby chciał ją sobie zapamiętać na wieki wieków i znalazłszy w jej wyrazie coś, czego długo szukał, zaczynał gwałtownie jeździć pędzlem po płótnie. Serdecznie z tego zadowolony albo śmiał się głośno, albo gwizdał, albo cicho sobie podśpiewywał. W pewnej chwili straszliwie zdumiona Ewcia zaczęła słuchać pilnie, albowiem malujący ją dryblas zanucił bezcennie:

"Malowałem ludzi, malowałem brzozy, alem nie malował dotąd takiej kozy, oj dana!"

Jeszcze nie przebrzmiały ostatnie dźwięki słonecznego krakowiaka, a już spotwarzona Ewcia zerwała but z lewej nogi i cisnęła go wspaniałym rzutem w dorodną postać.

"I całus, i policzek ozwały się razem" – jak mówi Mickiewicz w Panu Tadeuszu.

Malarz, zręcznie jak małpa, odbił obelżywy pocisk w locie jak piłkę, pocisk zaś, znając z natury rzeczy prawa fizyczne, odbity z wielką siłą zmienił kierunek, łagodnym łukiem paraboli przeleciał poza mur i uderzył w szybę sąsiedniej willi. W szybie musiało ze strachu pęknąć serce, bo zabrzęczała smutno i wyleciała z oprawy w siedemdziesięciu siedmiu ułamkach.

– Co się stało?! – krzyknęła pani Zawidzka

– Nic – odrzekła Ewcia. – Jerzy stłukł szybę w tamtym domu.

– W jaki sposób? – zdumiała się pani Zawidzka.

Jerzy chciał coś odrzec, ale nie mógł dokonać tej pospolitej czynności, bo zranione okno zostało otwarte i ukazała się w nim zdumiona panienka, trzymająca w prawej ręce bucik z lewej nogi, jakby na dowód, że życie dziwnie się kręci raz w prawo, raz w lewo. I ona chciała coś powiedzieć, lecz zamilkła, ujrzawszy już po raz trzeci w krótkim czasie przerażona minę Jerzego i zauważywszy, że Ewcia daje jej jakieś tajemnicze znaki, błagając dość wyraziście o milczenie. Panienka mrugnęła wobec tego figlarnie i znikła.

Pani Zawidzkiej zdawało się przez chwilę, że się jej coś zakręciło w głowie. Niczego nie rozumiała.

– Dlaczego ta panienka trzyma bucik w ręce? – spytała zdumiona.

– Bucik? – rzekł Jerzy. – To ciekawe! Czy się mamie nie zdawało?

– Może być, że mi się zdawało… – mówiła pani Zawidzka. – Ale co było z tą szybą? Czy to naprawdę ty ja stłukłeś? Co to wszystko znaczy? Czemu Ewcia się śmieje?

– Ona tak zawsze… Czy mama nie zna Ewci?

W tej chwili w głębi domu zadzwonił telefon. Pani Zawidzka podniosła się i kręcąc głową udała się do telefonu. Ewcia korzystając ze szczęśliwie nadarzonej przerwy podskoczyła do muru i zawołała zduszonym głosem:

– Proszę pani, proszę pani!

Panienka ukazała się w oknie.

– Niech mi pani prędko rzuci but… Oj prędko… A za szybę zapłaci ten dryblas… Dziękuję!

Po raz trzeci Jerzy zmienił się w słup soli i spojrzał na Ewcię, jak morderca, który obmyśla dal niej rodzaj najokrutniejszej, siedmiokrotnej śmierci. musiał jednak odłożyć na czas niejaki straszliwe zamysły, gdyż pani Zawidzka zawołała z okna dziwnie ponurym głosem:

– Ewuniu! Prędko do telefonu…

Ewcia pobiegła zdumiona. Po chwili słychać było nawet w ogródku jej pisk w nieprzyzwoicie wysokiej tonacji:

– …O, jakże się cieszę, proszę pana… Aha! Świetnie… A pan? Doskonale!…Kiedy? (Dłuższa chwila słuchania)… W niedzielę?… Oczywiście!… Po południu… Pójdziemy na lody!… Musimy pójść… Mowy nie ma, mój złocieńki… (Pisk ustał na czas dłuższy). Prawda, że ślicznie?… Nie mówiłam?… Dobrze, dobrze… dziękuję… Z wszelką pewnością… Murowane!… Do widzenia, do widzenia!

Powróciła od telefonu z wypiekami na twarzy.

– Pan Mudrowicz! – ogłosiła zwycięsko.

– Poznałam go po głosie – mówiła pani Zawidzka. – To zdumiewające.

– Prosił, żeby panią pozdrowić… Zaprosił mnie na niedzielę po obiedzie…

– Pójdziesz? – zapytał Jerzy.

– Oczywiście, dlaczegóż nie miałabym pójść? Powiadam wam, że go jeszcze pogodzę z całym światem! A tym skwapliwiej go odwiedzę, że coś się temu biedakowi porobiło z oczami. Zdaje się, że traci wzrok…

– Mówił ci o tym? – spytał Jerzy.

– Tego mi nie mówił… powiedział mi tylko, że im więcej przygląda się twoim obrazom, tym więcej mu się podobają…

– Ja jednak zabije tę poczwarę! – krzyknął Jerzy. – Niech ją mama nie zasłania, bo przecież to niesłychane, ile ja cierpię przez tego bąka.

Pani Zawidzka nie zwróciła jednak uwagi na to, że w najbliższym czasie będzie matką mordercy, gdyż zapomniawszy i o szybie, i o dziwnej panience, co się w oknie ukazuje z butem w ręce, bardzo głęboko się zamyśliła.

– Chodź, Ewciu – rzekła po chwili – mam ci coś do powiedzenia.

– Jerzy! – zawołała Ewcia odchodząc – zaczekaj na mnie w ogrodzie, bo ja ci też mam coś do powiedzenia.

– Dobrze, tylko pójdę przedtem po truciznę na szczury…

Pani Zawidzka zamknęła się z Ewcią w swoim pokoju i przez czas dłuższy tajemnie nad czymś radziły. Dziewczyna musiała być niezwykle z tej narady zadowolona, gdyż wyszła bardzo przejęta i uśmiechała się sama do siebie.

Odnalazła swego śmiertelnego i najmilszego wroga w pracowni, lecz nie weszła tam od razu, zbójca ten bowiem mógł albo zwyczajem wielu malarskich pracowni umieścić nad drzwiami kubeł z wodą, albo też stanąć w ukryciu z pędzlem umoczonym w czarnej farbie i przejechać nim po niezwykle inteligentnej jej twarzy.

– Jureczku – mówiła spoza drzwi tonem słodko przyjaznym – nie rób awantur, bo mama się położyła. Otwórz drzwi!

– Otwórz sama, diable wenecki!

– Kiedy się boję, Jureczku… A muszę z tobą pomówić!

– Napisz podanie, bo ja nie gadam z byle kim!

Ewcia na wszelki wypadek otworzyła drzwi nogą, sama zaś cofnęła się przezornie. Ponieważ nic nie zleciało z góry, a Jurek siedział na dole na pace po mydle, więc weszła ostrożnie.

– Słuchaj, Jureczku – rzekła ona – musimy się naradzić, co zrobić z tą szybą.

– Szyba została stłuczona twoim butem!

– Moim butem, ale ja nie mierzyłam w szybę, tylko w poetę od siedmiu boleści.

– Nic mnie to nie obchodzi! Po raz trzeci naraziłaś mnie na pośmiewisko wobec jakiejś pannicy.

– Ja? Ja w nią rzucam różami, a ty butem. Ale wszystko jedno… Musimy zapłacić za szybę i zapłaćmy po połowie. Dobrze? Mama poszła na drzemkę, więc chodźmy teraz do tej panienki…

– Nigdy! – zawołał Jerzy gwałtownie. – Nienawidzę panienek! Po co w ogóle to tałatajstwo wałęsa się po świecie i zatruwa ludziom życie?

– Naprawdę? – uśmiechnęła się Ewcia niewinnie. – Jureczku… Przepraszam za pytanie… Czy ty się nigdy nie kochałeś?

– Ja? Cha! Cha! – zaśmiał się Jerzy jak szatan z Siedlec albo z Radomia.

– Ach, więc nigdy? A mnie mówiono…

– Kto ci mówił? – zapytał malarz czerwony jak zachód słońca zrobiony akwarelą.

– To obojętne. Mówiono mi, że pewien znakomity, choć długonogi malarz bardzo się kochał w pewnej panience, ale ta panienka powiedziała, że wolałaby skoczyć z dziesiątego piętra, niż wyjść za malarza.

– Nieprawda! Przede wszystkim nie ona to powiedziała, tylko jej matka, i nie tak było powiedziane, tylko podobnie. Ta panna zaś napisała mi, że gdyby to od niej zależało… Czemu się śmiejesz? A przede wszystkim kto ci to opowiedział?

– Nikt. Pierwszy raz o tym słyszę, właśnie od ciebie. Powiedziałam tak sobie i jakoś się zgadzało!

Malarz najwyraźniej osłabnął.

– Słuchaj, dziewczyno – rzekł konającym głosem. – Ty naprawdę nie zginiesz w sposób naturalnie przyzwoity. Znowu mnie ocyganiłaś… Tańczysz, jaszczurko, po moim sercu… Dobrze, dobrze! Przyjdzie jednak kiedyś taki dzień i wtedy będziesz skwierczeć na ogniu… A ja ani drgnę! Poczekamy, ja mam czas!

– Doskonale, a teraz chodźmy do tej panienki. Ile może kosztować taka szyba? Ze cztery złote? Dawaj dwa i ja dam dwa.

– Nie dam!

– I nie pójdziesz?

– Nie pójdę!

– Dobrze. Wiec ja pójdę sama, ale co powiem, to powiem. Będzie ci gorąco.

Jerzy spojrzał niespokojnie.

– Od razu ci uwierzą – zaśmiał się niepewnie. – Idź sama.

– Jureczku! Błagam cię: chodź ze mną. Przeprosimy, zapłacimy i pójdziemy. To jakieś strasznie miłe stworzenie. I mądre! Od razu zrozumiała, kiedy jej dałam znak, że ma siedzieć cicho. I ma prześliczne orzechowe oczy…

– Kiedyś ty mogła widzieć jej oczy?

– Już wtedy, kiedy mnie chciałeś zabić.

– Tak od razu zobaczyłaś? Dziwne! Kobieta, choćby pędrak, ma tyle oczów co mucha.

Po półgodzinnych namowach i zaklęciach Jerzy poszedł jak na ścięcie.

– Nie powiem jednak ani słowa! – rzekł przedtem ponuro.

– Byleś nie stłukł lustra albo nie wywrócił stołu, możesz nie gadać… Aha! Weźmij jakiś mały obrazeczek…

– Po co? na co? Obrazek za szybę?

– Oczywiście. Założę się z tobą, o co chcesz, że ta panienka nie zechce przyjąć pieniędzy… Wtedy ty powiesz: "W takim razie proszę to wstawić zamiast szyby!" – To będzie heca koło pieca! O, zabierzemy ten… Wielce nie stracisz, bo obrazek wart jest niewiele więcej niż cztery złote.

Panienka z naprzeciwka była szczęśliwie zdumiona.

"Ona ma istotnie orzechowe oczy…" – pomyślał Jerzy.

Ewcia gadała za wszystkich, spryskując śmiechem każde słowo, a Jerzy czasem cichutko jęczał.

– Ten pan – terkotała Ewcia – jest cudownym malarzem… A kiedy nie maluje, usiłuje mnie udusić. A ja tłukę szyby… Ładne towarzystwo, co?

Panienka oświadczyła z radosnym śmiechem, że szybę wprawi z własnych kapitałów i jeśli tylko Ewci zrobi to przyjemność, niech jeszcze kilka szyb wytłucze, bo taka przyjemna znajomość warta jest odrobiny szkła.

– Słyszysz, Jerzy?- rzekła z tryumfem Ewcia dając mu tajemne znaki. Jerzy odwinął obrazek i powiedział głucho:

– W takim razie proszę to wprawić zamiast szyby!

Panienka z laskowymi orzechami zamiast oczów spłonęła wielkim pożarem radości i na czas niejaki straciła głos z wielkiego wzruszenia. Bardzo jej było z tym do twarzy i Jerzy, patrząc spode łba, zauważył to z niezwykłą przyjemnością.

– Ja nie mogę przyjąć za mizerną szybę tak cudownego obrazka – rzekła wreszcie panienka tak ciepłym głosem, że może było ugotować na nim jajko na miękko.

– Musi pani! Pan Jerzy oświadczył mi uroczyście, że do tak ślicznej osoby nie pójdzie z pierwszą wizytą z pustymi rękami.

– Ja wcale nie jestem śliczna… To obrazek jest śliczny! – wołała z zapałem panienka, z której oczów można było zrobić tort orzechowy.

I nie wiadomo ściśle wy jesteście dobrzy! – mówiła ściskając Ewcię i patrząc na Jerzego, który zauważył, że słońce wyrabia przedziwne cuda z płowymi jej włosami, że panienka ma głos podlany złocistym miodem i niezwykłej piękności ręce.

Ewcia oświadczyła z głęboka powagą, że ona sama jest straszliwym drapichrustem i jedynie zbawienne rady pana malarza kierują jej duszę na spokojne wody.

(Jerzy słuchał ze śmiertelnym zdumieniem)

– …To ja rzuciłem butem, bo mi się zdawało, że jakiś dziki kot chce porwać wróbla.

(Jerzy zakwilił cicho jak ptaszyna polna)

– …Więc pan Jerzy kazał mi tu przyjść i przeprosić panią jak najserdeczniej…

(Jerzy dotknął ręką czoła badając, czy pięć klepek głowy trzyma się kupy)

– To cudownie, to cudownie! – mówiła panienka. – Czy ja mogłabym spodziewać się kiedykolwiek, ze poznam tak sławnego i tak znakomitego człowieka…

(Jerzy zadrżał jak sejsmograf poczuwszy trzęsienie ziemi w niedalekim pobliżu)

Pożegnanie odbyło się wśród okrzyków i wielu nawrotów. Ewcia musiała przyrzec panience, której orzechowe oczy mogły doprowadzić do zgłodniałej radości każdą wiewiórkę, że ją odwiedzi choćby jutro, Jerzy zaś usłyszał raz jeszcze, że ile razy panienka spojrzy na jego obrazek, tyle razy zobaczy niebo, choć na obrazku kwitły drzewa i nieba nie było widać.

– Czy wiesz – mówił Jerzy do Ewci po powrocie – że ty możesz człowieka przyprawić o utratę zmysłów?

– Aha? Widziałam, jak się chwytałeś ręką za głowę… Żałujesz obrazka?

– Wcale nie żałuję! To jakieś dobre stworzenie… Ale po co ty jej tak zakręciłaś w głowie?

– Ja? – zdumiała się Ewcia.

– A kto? Czy to ja łgałem?

– Ja też nie łgałam, tylko mówiłam poetycznie… Ależ ona śliczna! Tylko że cokolwiek przesadza…

– Czemu przesadza?

– A żeś ty taki "sławny", taki "znakomity"…

– Tak mówiła? – rzekł Jerzy cichutko.

– A ty, biedactwo, nie słyszałaś?

Jerzy nie odrzekł nic, bo się zadumał. potem wzruszywszy ramionami poszedł do pracowni, zapewne po to, aby ukoić wzburzona duszę.

"Co by on zrobił beze mnie!" – pomyslała Ewcia. – "Wszystko na mojej głowie…"

Wesołe awantury z wesołym Jerzym były pierwszorzędna zabawą. Jerzy, malarz istotnie znakomity, obdarzony talentem zdumiewającym, miał w sobie tyle chłopięcej niefrasobliwej pustoty, że Ewci się wydawało, jakoby znali się od stu siedmiu lat. Roztkliwiła ja jego wzruszająca miłość do matki, uwielbiała jego obrazy, nic sobie natomiast nie robiła z jego powagi. Wiedziała od dawna w chytrym rozumie, że Jerzy za nią przepada, od czasu zaś świetnej wyprawy do pana Mudrowicza skoczyłby za nią w ogień. I o tym też wiedziała z wszelką pewnością, że w tym wesołym malarzu tkwi serce niewypowiedzianie dobre, którym by się podzielił bez wahania z każdym cierpieniem i każdą rozpaczą. Prostota zaś i ufność tego serca były tak wielkie, że wesołego malarza można by snadnie za tanie pieniądze sprzedać do Egiptu, on by zaś zauważył to szachrajstwo dopiero po przybyciu na miejsce. Na szczęście Jerzy nie miał braci potrzebujących gwałtownie pieniędzy.

Wybuchnęła śmiechem przypomniawszy sobie jego pogańskie miny podczas odwiedzin u panienki z sąsiedniego domu i jego słowa, gdy ofiarując obrazek powtórzył dokładnie zdanie wedle jej przepisu. Było to wcale zdumiewające, biorąc pod uwagę znakomite jego wygadanie, skoro bowiem dostał bachmata wymowy, musiał gnać na nim na złamanie karku.

"Cos mu upadło na rozum!" – pomyślała Ewcia ze śmiechem, – "Ale temu też…" – dodała szybko, widząc z ogródka, że jakiś młody człowiek stojący przed bramą wyprawia dziwne historie.

Był to bardzo wyrośnięty młodzieniec lat około dziewiętnastu, z płową czupryną niczym nie okrytą, choć słońce paliło niemiłosiernie. Sprawiał wrażenie bardzo zabiedzonego, odziany zaś był tak smętnie, że jako strach na wróble dostałby od razu zajęcie u każdego kmiotka. Twarz miał jasną i spojrzenie tak pogodne, jak gdyby niby nie deszczu, chmur i nocy. Stał przed bramą od dłuższego czasu, i już ze dwadzieścia raz skierował palec ku dzwonkowi przy bramie i tyleż razy go cofał, jak gdyby guzik dzwonka rozpalony był do czerwoności. Wreszcie, żeby sobie dodać odwagi, przeżegnał się i wyciągnął rękę z takim strachem na sympatycznej fizjonomii, że Ewcia zawołała:

– Zaraz panu otworzę!

Młodzieniec spojrzał i chciał uciec w pierwszej chwili, bo zachwiał się na piętach. Zarumienił się, ujrzawszy Ewcię tuż przed sobą, i prawą nogę dzielnym ruchem przysunął do lewej, co miało oznaczać, że się nisko kłania.

– Do kogo pan? – spytała Ewcia uprzejmie.

– Do pana Zawidzkiego – bąknął młodzian i skłonił się raz jeszcze sposobem posuwistym.

– Proszę wejść! – rzekła Ewcia.

Młody człowiek po przejściu przez bramę ukłonił się po raz trzeci.

"Bardzo grzeczny człowiek!" – pomyślała Ewcia, a głośno rzekła: – A pan Zawidzki zna pana?

– Doskonale, proszę pani – odrzekł młodzian, zarumienił się raz jeszcze i ukłonił się po raz czwarty, zapewne, żeby było do pary. – Niech mu pani łaskawie powie, że przyszedł Rogalik.

– Kto przyszedł?

– Rogalik… Bo ja się tak nazywam, proszę pani. Nieco wesołe nazwisko, prawda, proszę pani…

– Bardzo smaczne! – zasmiała się Ewcia. – Och, przepraszam pana… Tak mi się wyrwało! Pogodny Rogalik uśmiechnął się pięknym uśmiechem i rzecz prosta – ukłonił.

– Nie szkodzi! – Rzekł wesoło. – Proszę pani… Może ja tu w ogródku poczekam na pana Zawidzkiego. Och, jakie to śliczne! – zawołała nagle ściszonym głosem, wskazując palcem na sztalugi z portretem Ewci, dotąd stojące w ogrodzie.

– To ja! – rzekła Ewcia z odrobina dumy.

– Boże, Boże! Jaki to talent z pana Zawidzkiego… Ten ci dopiero maluje, cholera! O… przepraszam…

– Za cholerę? To drobiazg… – rzekła rozradowana Ewcia. – Zaraz przyprowadzę pana Zawidzkiego.

Pobiegła szybko do pracowni z wesołą nowiną, że jakiś niezmiernie miły, chociaż mocno zabiedzony Rogalik czeka w ogrodzie.

– Rogalik?! – zawołał Jerzy. – Przyszedł biedaczyna? przynieś go tutaj!

– Sam go sobie przynieś. A kto to jest ten Rogalik?

– Złoty chłopiec – mówił Jerzy układając obrazy, które przeglądał. – Syn biednego szewca, dlatego chodzi bez butów, jak to zapewne zauważyłaś. Chce za wszelka cenę zostać malarzem… Bardzo, bardzo zdolny chłopiec… I ja, i moi przyjaciele pomagamy mu od czasu do czasu, ale nikt z nas nie wie, co on w ogóle jada…

– Biedactwo…

– Wielkie biedactwo… Najgorsze z nim jest to, że nie będzie miał za co skończyć Akademii… Przebrnął przez gimnazjum i jeden rok przetrwał w malarstwie, Bóg jeden wie, jakim sposobem. Ojciec, mizerny szewc, sam chyba smołę gryzie… Młodzieniec ma jakiś tam krewnych w Krakowie, którzy by go może przytulili i tam mógłby się uczyć dalej, ale za co będzie się uczył? Obiecałem mu, że jadąc z Zakopanego wstąpię do Krakowa i rozpatrzę się w sytuacji.

– I co, Jureczku, i co?

– Istotnie, mieszkać miałby gdzie, bo tu w suterenie u ojca nawet tego nie ma. Ale co z resztą? Biedny Rogalik…

– A taki miły… Na widok mojego portretu aż zawył z zachwytu…

– To dobry chłopak. Gdzie on jest, w ogrodzie?

– W ogrodzie. A przed brama stał przez pół godziny.

Jerzy wyszedł na schody i wyjrzał przez niewielkie okienko. Powrócił do pracowni zatroskany.

– Przecie z tego chłopca wszystko leci! – rzekł zamyślony. – Słuchaj no, Ewuniu! Wiesz, gdzie stoi szafa, z moją garderobą? Wisi tam brązowe ubranie, nieco sfatygowane, ale jeszcze dobre. Dobry kolega nie obrazi się… Zawiń to starannie, aby nie było widać, co jest wewnątrz, i połóż w przedpokoju na krześle… Musimy sprawić, aby szlachetny Rogalik wyglądał jak arcyksiążę.

– Rozumiem!

– Sama się już nie pokazuj, aby mu nie było przykro, bo to ambitny gość. Od malarza przyjmie, ale jeśli nikt o tym wiedzieć nie będzie… Zrobisz to?

– Z całego serca!

– A teraz przyślij go tutaj.

Rogalik, uprzejmie proszony, aby się raczył wspiąć na szczyty domu, ukłonił się, zarumienił, uśmiechnął i poszedł.

"Idź złoto do złota!" – pomyślała Ewcia i pobiegła badać wnętrze szafy.

Bardzo starannie przygotowała zawiniątko i po głębokim namyśle odwiedziła Honor cię w kuchni.

– Pani Honorciu kochana – powiedziała z najmilszym uśmiechem. – Pan Jerzy prosi o herbatę do pracowni… O dwie herbaty… Bo to widzi Honorcia, pan Jerzy ma gościa. Ach, byłabym zapomniała! Czy nic nie zostało od obiadu?

– Jeżeli Rolmops nie ukradł, to coś się znajdzie. Albo co?

– Bo widzi Honorcia… ten gość… z daleka przyjechał…i jest bardzo głodny. Więc pan Jerzy mówił…Rozumie Honorcia?… Gdyby tak coś do zjedzenia… Ale dużo! Ja dzisiaj nie mam apetytu, więc niech Honorcia weźmie i to, co miało być dla mnie. Honorciu najdroższa, dobrze?

Honorcia spojrzała na nią bystrze.

– Niech panienka nie kręci! – rzekła dobrotliwie. – Jeżeli przyszedł do pana Jerzego gość, to ten gość jest malarz. A jeżeli on jest malarz, to po co tyle gadać? Czy to pierwszy?

– Honorciu złota! – zawołała Ewcia ściskając poczciwą kobietę. – Jaka Honorcia jest mądra!

Zdumiał się Jerzy ujrzawszy przenośną restaurację, z którą Honorcia wkroczyła do pracowni. Zdumiał się, ale pomyślał wesoło, że Ewcia jest wprawdzie koza, ale kuta na przednie i tylne nogi. Rozmawiał przeto wesoło z kolegą Rogalikiem, który na wszelkie pytania odpowiadał ruchami głowy, rąk, nóg i tułowia, albowiem właściwy przyrząd przeznaczony przez naturę do gadania zajęty był nieustannym jedzeniem, na co Jerzy patrzył z rozrzewnioną przyjemnością.

Po upływie godziny ujrzała Ewcia stowarzyszenie malarzy złożone z dwóch osób (święty Łukasz, patron malarskich cechu, był oczywiście obecny, ale niewidzialny) zdążając ku bramie. Starszy i już sławny odprowadzał grzecznie malarskie pisklę, mierzące na oko metr dziewięćdziesiąt, ale jednak pisklę. Kolega Rogalik był przejęty, szczęśliwy, uśmiechnięty i wciąż się kłaniał, zaś kolega Zawidzki klepał go po plecach i coś do niego wesoło gadał. Młody malarzyna cisnął do wezbranej piersi tobołek takim serdecznym ruchem, że mocno zastanowiłby się ten, kto by wyrwać usiłował. Musiałby przedtem wyrwać serce z miłego Rogalika.

Ewcia rozrzewniała się tym widokiem.

"Jurek" – myślała – "zacny chłop! Ale ten Rogalik też nadzwyczajny… Kamienie będzie gryzł, a malarzem zostanie".

Zaczęła się głęboko zastanawiać nad tym, jaka straszliwa moc tkwi w sztuce, skoro człowiek ponosi dla niej najcięższe ofiary. Sama tego nie odgadnie, ale musi na ten temat pogadać z Jerzym. Jerzy dużo wie. A ona dałaby za to głowę, że gdyby Jerzemu ofiarowano nawet skarby za to, by się wyrzekł malarstwa, on w odpowiedzi na to wybiłby ofiarodawcy pokaźną ilość zębów w gwałtownym i słusznym gniewie, chociaż go można do rany przyłożyć.

– Ewuniu! – szepnął Jerzy, niespodziewanie stanąwszy przy niej i przy jej zadumie. – Nie chcę robić plotek, ale zdaje się, że spadłaś miłemu Rogalikowi na głowę jak cegła z dachu.

– Nie rozumiem – odpowiedziała Ewcia, zarumieniwszy się jak zorza polarna.

– Skoro nie rozumiesz – zaśmiał się Jerzy chytrze – dlaczego się w takim razie rumienisz? Ale ci powiem. Mój kolega najpierw jadł, ale kiedy przestał jeść, gadał tylko o tobie. Nie bałamuć Rogalików, przewrotna kobieto!

– Każ przenicować swój dowcip, bo już bardzo znoszony! – parsknęła Ewcia i uciekła.

Doniesiono jej wkrótce, że w kuchni czeka na nią jakiś chłopczyna z listem. List pochodził od pana Szymbarta i brzmiał tragicznie krótko:

Droga Ewciu! Przyjdź do nas natychmiast. Jest bardzo żle. Szymbart.

Ewcia miała zamiar odwiedzić Szymbartów w niedzielę rano, po południu zaś udać się z uroczystą wizytą do pana Mudrowicza. Postanowiła jednak natychmiast stawić się na wezwanie, jeżeli bowiem "jest bardzo źle" – nie ulega wątpliwości, że źle może być tylko z Zosią. Wprawdzie i panu Szymbartowi bywało czasem "bardzo źle", jednakże jej nie wezwałby pan Szymbart na pomoc.

Wybrała się natychmiast w drogę, zostawiła karteczkę z wiadomością dla pani Zawidzkiej i już miała wybiec, lecz przypomniała sobie o czymś w ostatniej chwili. Zapukała do drzwi Jerzego i objaśniwszy go krótko o wezwaniu pana Szymbarta, powiedziała cicho:

– Jureczku, pożycz mi osiemdziesiąt groszy!

– Nawet całego złotego – rzekł Jerzy wyjmując portmonetkę.

Ewcia była u drzwi, gdy wtem Jerzy zawołał:

– Za pozwoleniem!

– Gadaj prędko, bo się śpieszę…

– Zaraz, zaraz… Jeszcze wcześnie. Powiedz mi, na co ci te osiemdziesiąt groszy?

– Na tramwaj na dziś i od razu na jutro. Albo co?

– Na tramwaj… A przecie pani hrabina miała własnego majątku trzydzieści siedem złotych…

– No to co?

– Niby nic… Gadaj natychmiast, co się z nimi stało?

– Przede wszystkim nie trzydzieści siedem, tylko trzydzieści jeden. Miałam istotnie trzydzieści siedem, ale pięć wydałam na auto, kiedy woziłam rozmaite twoje smarowidła, a resztę wydałam na tramwaje. A poza tym czyje to były pieniądze?

– Oczywiście, że twoje, ale ponieważ ja jestem twoim opiekunem, mam prawo wiedzieć… Czemu ty, brzdącu, tak się rumienisz? Ha! To jakaś nieczysta sprawa! Pokaż mi natychmiast twoją torebkę!

Zamiast torebki, której widok nie jest obelżywy, Ewcia pokazała mu język, co u niektórych ludów oznacza wysoki stopień obrazy.

Po chwili nie było jej w zasięgu pocisku, którym za wytworną damą mógł rzucać szalony malarz.

Ewcia zdążała z odrobiną trwogi w sercu, jak ją powita pani Szymbartowa. Po dłuższym namyśle doszła jednakże do przekonania, ze należy wszystko ścierpieć wobec tego, że Zosi stało się zapewne coś złego, że trzeba jej śpieszyć z pomocą.

Nagle przystanęła, jak gdyby coś ją zatrzymało w drodze.

– Tak, tak będzie najlepiej! – rzekła sama do siebie.

Zmieniła kierunek i idąc szybko wzdłuż prawej strony ulicy Wspólnej, Przyglądała się pilnie umieszczonym obok bram wywieszkom i tabliczkom. Jedna z nich oznajmiała czarno na białym, że w tym mieszka pan doktór Różański. Był to kolega i serdeczny przyjaciel pana doktora Tyszowskiego, za czym zaprzysiężony przyjaciel Ewci, którą znał od chwili zbędnych jej narodzin i miłował gorąco. Zdumiał się na jej widok i oświadczył na wstępie, że musiała zajść do niego przez pomyłkę, on jest bowiem specjalistą od chorych płuc, nie od pomylonych głów i zadartych nosów. Wysłuchał jednak cierpliwie splątanej historii pani Szymbartowej śmiertelnie obawiającej się lekarzy i leczącej jedyną córkę okładami z posiekanych śledzi; frasobliwie kręcił głową słuchając szczegółów ucieczki przez okno i poradził jej serdecznie, aby w dniu powrotu ojca przyszła znów do niego, a on jej da doskonałą maść, która wybornie goi miejsce karzącą ręką ojcowską dotkliwie znieważone.

Ponieważ sobotnie popołudnie wolne było od przyjęć, pan doktór oznajmił gotowość natychmiastowej wyprawy do Szymbartów, wyraziwszy nadzieję, że go pani Szymbartowa jednak nie obleje wrzącym ukropem.

– Ja wejdę pierwsza, a pan poczeka u pana Szymbarta – rzekła Ewcia.

– Czy jego mam też zbadać?

– Nie, ale gdyby mu pan przepisał buteleczkę koniaku, poczciwy ten człowiek byłby panu serdecznie wdzięczny. Ja bardzo lubię pana Szymbarta.

Właśnie on otworzył im drzwi, co Ewci dodało otuchy. Pan Szymbart wzruszył się głęboko, dowiedziawszy się, kim jest jej towarzysz… Objaśnił ich pośpiesznym szeptem co i jak i wprowadził lekarza do swojego pokoju.

Ewcia zapukała cichutko do izdebki, w której przy łóżku ciężko chorej Zosi siedziała od wielu, wielu ciężkich godzin pani Szymbartowa. Patrzyła na córkę oczami, w których nie było spojrzenia, lecz samo tylko przerażenie.

Ręce splotła tak kurczowo, że na przegubach palców widać było białą bezkrwistą skórę. Nieszczęśliwa matka nie śmiała głębiej odetchnąć, aby nie spłoszyć tej miękkiej ćmy snu, która czasem zlatywała na jej obłędnie ukochane dziecko. Mogło się zdawać, że pani Szymbartowa zamknęła się w boleści; wszystko dookoła niej – żywe czy martwe – przestało istnieć, a świat cały zmniejszył się przeraźliwie do kształtów biednej, biedniutkiej dziewczyny. Leżała ona blada z zimnymi kroplami potu na czole. Usta jej, białe niemal, lekko były rozwarte. Ręce chude, do cna wynędzniałe, leżały bez ruchu na ciężkiej kołdrze, a przy jej jaskrawo rozkrzyczanej czerwieni białość dziewczyny była tym przeraźliwsza. W pokoju był mrok: duszny, ciężki, nagrzany – jak suta draperia zwisająca z pułapu. Śmiertelnie smutny był widok leżącej nieruchomo nędzy i nieruchomo siedzącej rozpaczy, rozpaczy już do niczego niezdolnej, zmartwionej, już nie siedmiokrotnej, lecz stukrotnej. Zdawało się, że ta matka czeka bez ruchu na ukazanie się śmierci, aby drgnąć na jeden moment i całą treść życia zmienić w słowach: "Weźmij mnie, nie zabieraj tego dziecka!"

Ewcia, nie usłyszawszy odpowiedzi na pytanie, weszła cicho, cichuteńko. Stanęła we drzwiach i ujrzała w mroku dwie plamy śmiertelnie białe: Twarze matki i córki. Pani Szymbartowa powoli i bez śladu zdziwienia skierowała na nią spojrzenie i coś jak gdyby niewyraźny szept zadrżał na jej ustach. Widać jednak, że nie mogła się ani podnieść, ani sklecić jednego słowa. Ewcia ukłoniła się i spojrzała na nią z bezmierną tkliwością. Potem, stąpając na palcach, podeszła do łóżka i pochyliła się nad ukochaną przyjaciółką. Zosia nie mogła słyszeć jej wejścia, lecz coś w jej serduszku ledwie bijącym musiało zadrżeć, bo powoli, jakby z trudem podniosła powieki. Zdawało się, że coś sobie z trudem przypomina i że sobie wreszcie po chwili przypomniała, bo uśmiechnęła się bledziutko i wyszeptała:

– Ewcia… Ewcia…

Ewcia odpowiedziała jej złotym uśmiechem, położyła palec na ustach, niby że jej mówić zakazuje i mówiła sama cichutko:

– To ja, Zosieńko, to ja… Usłyszałam, że udajesz chorą, więc prędko przybiegłam i wciąż będę przychodziła.

Położyła swoją rękę na rączynie Zosi i poczuła, że ta rączyna jest wilgotna. Coś ją chwyciło za gardło, lecz opanowała się szybko.

– Zosieńko – mówiła z taką słodyczą, że głos jej brzmiał jak cichutka muzyka – strasznie się za tobą stęskniłam…

– Ja też… – starała się mówić dziewczyna.

I znowu się uśmiechnęła.

Pani Szymbartowa, ujrzawszy dwa uśmiechy na woskowej twarzy córki, zadrżała, jak gdyby te uśmiechy, nikłe jak tchnienie, blade jak świt jeszcze nie narodzony, wielkim były szczęściem. Zdawało się, że się stał jakiś cud. Od dwunastu godzin patrzyła w twarz córki i widziała na niej jedynie stężały na wosk smutek. Zdawało się, że teraz dopiero poznała Ewcię, spojrzenia ich się spotkały i wtedy Ewcia dała jej znak, że jej ma coś do powiedzenia.

Pani Szymbartowa, myślą z jakichś mroków powracająca, podniosła się ciężko z krzesła.

– Złocieńka – powiedziała Ewcia – zaraz tu wrócimy. Ja tylko coś pokażę mamusi…

– Dobrze…

Ewcia ujęła panią Szymbartową za ramię i łagodnie zwróciła się ku drzwiom. Zbolała kobieta, jak gdyby opuściła ja wola, szła pokornie. Ewcia zawiodła ją do dawnego swego pokoiku, posadziła na krześle i poczęła mówić gorąco:

– Proszę pani… Przepraszam za to, co zrobiłam. Ale to teraz nie ma znaczenia… Zosia jest bardzo chora i to jest najważniejsze. Widzi pani, co się dzieje… Proszę pani… Ja przyprowadziłam lekarza, znakomitego lekarza… Jest u pana Szymbarta…

Mogło się wydawać, że nieszczęśliwa kobieta nie rozumie ani słowa.

– Przyprowadziłam lekarza! – rzekła Ewcia dobitnie.

– Lekarza… – powtórzyła pani Szymbartowa głucho. – U nas nikt… nigdy… lekarza…

– Otóż to! – mówiła Ewcia gorąco. – Byłabym to uczyniła już dawno, ale nie przypuszczałam, że pani do tego doprowadzi… przepraszam panią… nie przypuszczałam, ze Zosia jest aż tak chora. Na litość boską! Czemu pani…

Nie dokończyła, spojrzawszy na twarz tej dziwnej matki, co dałaby sobie uciąć rękę za każdy rumiany uśmiech dziecka, a trwożącej się, że każdy obcy je skrzywdzi.

– Mogę go zaprowadzić do Zosi? Słyszy mnie pani?

– Tak, słyszę… Czy to… czy to dobry lekarz?

– Jeden z najlepszych!

– Pozna się na wszystkim?

– Tak, oczywiście…

– Ewciu… – szepnęła pani Szymbartowa. – Ona nie umrze?

– Niech pani odpuka! – zawołała Ewcia. – Ani jej się śni!

Pani Szymbartowa tak patrzyła na jej usta, jak gdyby to one miały wygłosić nieomylny wyrok. Potem nagle rzuciła się Ewci na szyję ze szlochem.

Ewcia przytuliła się do niej i mówiła szybko:

– O, droga pani!… Wszystko będzie dobrze… Spokojnie, spokojnie… Niech pani nie płacze… Niech pani nie płacze, bo Zosia jeszcze usłyszy…

Szloch pani Szymbartowej ustał jakby siłą zdławiony. Otwarła oczy i rzekła:

– Bóg cię nagrodzi, Ewuniu…Bóg cię nagrodzi… Jak ona się do ciebie uśmiechała!… Chodźmy. Zawołaj lekarza…Może on… może on… Ja wszystko zrobiłam… Pewnie źle…

Ewcia nie słyszała już ostatnich słów.

Pan doktor Różański zadrżał wszedłszy do pokoiku, w którym leżała Zosia w martwej duszności powietrza. Spojrzał ciężkim spojrzeniem na stojącą we drzwiach, pełną śmiertelnego lęku panią Szymbartową. Niecierpliwym ruchem rozgarniając firanki i wezwał Ewcię do pomocy. Uśmiechnął się do Zosi dobrym, serdecznym uśmiechem i zagadał do niej wesoło:

– Przyjaciółki naszych przyjaciółek są naszymi przyjaciółkami… Zaraz zobaczymy, czego dziewczynce brak? Ewci brak piątej klepki, ale chyba nie wszystkie panny skaczą przez okno jak kozy… Ewciu, podnieś poduszkę… Tak…tak…Kiedy teraz zapukam palcem w plecy, proszę mi nie odpowiadać: Proszę, a kto tam?" – bo powiem: "Swój!" – Ho, ho! Dziewczynka się śmieje, a Ewcia też się ze mnie natrząsa…

Wciąż tak gadał niby wesoło, lecz w spojrzeniu miał troskę.

Zosia zdziwiona i przejęta uśmiechnęła się naprawdę, gdyż pan ten był niezmiernie miły. Pani Szymbartowa patrzyła jak na czary i na gusła. Skoro ujrzała uśmiech córki, który się zjawiał coraz częśćiej od chwili wejścia Ewci i tego człowieka, serce w niej zadygotało z niezmiernego wrażenia. Ucichło jednak gwałtownie, gdy lekarz ukończył badanie i pożegnawszy Zosię wesołym i żartobliwym pozdrowieniem, poszedł do sąsiedniego pokoju. Wszyscy poszli za nim. Pani Sztmbartowa blada i zaklęta stanęła na uboczu. Lekarz usiadł i przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Raz jeden spojrzał twardo i ciemno na zaślepioną matkę.

Wreszcie rzekł cicho, jak gdyby się obawiając, że go może usłyszeć chora dziewczyna:

– Proszę państwa, jest bardzo źle…

– Jezu!… – jęknęła Pani Szymbartowa.

– …Gruźlica mocno posunięta… Zbrodniczo zaniedbana… To dziecko zabijano na raty…

W tej chwili lekarz napotkał błagalne spojrzenie Ewci, która mu wskazywała oczami panią Szymbartową. Zrozumiał je i dodał szybko:

– …Dziewczynę można jednak uratować… Nawet z wszelką pewnością można uratować…

Pani Szymbartowa, bliska omdlenia, szeptała coś, czego nie można było rozumieć. Ewcia przysunęła się do niej i objęła ją miękko.

– …Trzeba jednak zabrać ją do leczenia natychmiast, gdyż każda chwila jest bezcenna. Dziewczynę należy wysłać do sanatorium do Otwocka na czas długi, najkrócej na rok. Wtedy będzie uratowana. Słyszy pani?

Pani Szymbartowa patrzyła w niego rozszerzonymi oczami i skinęła ciężko na znak, że słyszy.

– Panie Szymbart! – rzekł lekarz. – Kładę panu na serce troskę o ten wyjazd. Natychmiastowy wyjazd! Wyjazd taki pośpieszny, jak gdyby to były wyścigi ze śmiercią.

W pokoju drżała cisza smutna i przygniatająca.

Lekarz zaczął po dłuższej chwili mówić znowu powoli i dobitnie. Pisał potem długo recepty, wreszcie podniósł się i zbierał się do odejścia. Wtedy pan Szymbart zbliżył się do niego nieśmiało i zaczął szeptać.

– Nic! – odrzekł lekarz. – Przecie to przyjaciółka Ewci… Moje honorarium ofiaruję na auto dla tej biednej dziewczynki. Bądź zdrowa, smarkulo… Idź do licha, czemu się mnie czepiasz? Wynoś się! Daj mi od czasu do czasu znać, co słychać… Odczepisz się wreszcie, czy nie? Dość, dość, bo mi żebra połamiesz! Moje uszanowanie…

Pan Szymbart poszedł odprowadzić lekarza do drzwi. Gdy powrócił, miał twarz szarą. Usiadł ciężko i mówił:

– Bóg cię zesłał, Ewuniu… I ten lekarz, zacny człowiek… Lecz co my zrobimy, co my zrobimy?

– Z czym? – spytała Ewcia.

– Na miesiąc pobytu w sanatorium może się znajdzie, a co potem?

Ewcia zmarszczyła czoło w głębokim zamyśleniu.

– Znajdzie się! – zawołała ściszonym głosem. – Żebym miała stanąć na głowie!

Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego w tej dziwacznej pozycji Ewcia potrafi zdobyć pieniądze. Jakoś lżej jednakże westchnął pan Szymbart, a pani Szymbartowa spojrzała na nią z takim zdumieniem, jak gdyby Ewcia już stanęła na głowie.


Rozdział dziesiąty

w którym Ewcia przysparza stolicy dwóch elegantów najwyższej klasy


Jerzy nie uszanował świętej niedzieli i rozpoczął dzień od awantury.

– Gdzie jest mój czerwony jedwabny krawat? – wołał, wsadziwszy zatroskaną głowę w głąb szafy.

Ponieważ szafa nie odpowiadała, powtórzył pytanie, zwróciwszy się w stronę matki i Ewci, siedzących przy śniadaniu. Pani Zawidzka wyraziła domysł, że może Jerzy zgubił krawat w podróży do Zakopanego. Malarz oświadczył w tonie rozjęczanym, że najwspanialszego swojego krawata nie zabierał w góry. Ewcia nie złożyła żadnego oświadczenia.

– Ha! – zawył Jerzy. – A gdzie jest moja jedwabna koszula?

Ponieważ i tego nikt nie mógł odgadnąć, poczęto snuć śmiałe przypuszczenia, wśród których najśmielszym było posądzenie Rolmopsa o kradzież, było to jednak posądzenie oczywiście niesłuszne, bo chociaż mogło się zdarzyć, że kundel w przystępie nagłego obłędu mógł zjeść krawat, nie mógłby jednak pożreć i strawić koszuli. Wobec tego Jerzy był bliski zrozpaczonego zamiaru rozwalenia głową twardej szafy, zanim to jednak wykonał, krzyknął po raz trzeci, zauważywszy brak jednej pary pończoch, jednej pary rękawiczek odświętnych i jednej chustki do nosa. Wtedy dopiero osłabnął, zatoczył się, jak gdyby na szlachetną jego głowę spadła z piątego piętra cegła, usiadł na krześle i głucho jęczał. Jawnym się stało, że niepojęta strata najwytworniejszych części garderoby musiała mu coś pomieszać w rozumie.

Pani Zawidzka zawezwała Honorcię, która przysiągłszy na cienie ojców i dziadów, że nie ma pojęcia, kto mógł poczynić te straszliwe spustoszenia, poradziła życzliwie Jerzemu, żeby odmówił gorącą modlitwę do św. Antoniego, patrona rzeczy zgubionych. Malarz zamiast usłuchać dobrej rady, łypał oczami i od czasu do czasu chwytał się rękami za głowę mołojecką. Nagle znieruchomiał, bo ostatnim błyskiem świadomości zauważył, że milcząca Ewcia nasypała do herbaty trzy łyżeczki soli, a na jajko na miękko, z którego nie odtłukła skorupki, sypie cukier. Czujny jak szatan czyhający na zbladła z trwogi duszę, począł patrzeć pilnie i spostrzegł jeszcze bardziej zdumiony, że Ewcia zaczęła mieszać herbatę widelcem, co mu się wydało wynalazkiem całkowicie nowym.

– Oho! – mruknął. – W tym coś jest…

Ale co mogło być? Przecie Ewcia nie mogła zabrać ani krawata, ani potężnie rozrosłych rękawiczek, za obszernych nawet na jej nogi. Coś jednak wie! Jerzy postanowił nie spuszczać z oka tej zbrodniczej duszy. Przyszło mu na myśl, że Ewcia mogła ukryć jego odświętne stroje, aby mu urządzić psotę. Gdyby jednak tak było, uśmiechałaby się „pod wąsem”, a nie posypywałaby skorupki jajka cukrem, co dowodziło niewątpliwej rozterki ducha.

Czując na sobie świdrujący wzrok Jerzego, Ewcia zaczęła mówić bez ładu i składu o wczorajszej awanturze u Szymbartów i o dzisiejszych odwiedzinach u pana Mudrowicza. Zwracała się tylko do pani Zawidzkiej i ani razu nie spojrzała w stronę Jurka.

„Coś ty kręcisz, małpiszonie!” – pomyślał Jerzy, a głośno złożył uroczyste oświadczenie: – Jeżeli moje rzeczy nie znajdą się do wieczora, zapowiadam mamie, że podpalę dom! Czy wszyscy słyszeli? W tej chwili jest godzina dziesiąta piętnaście. O godzinie ósmej wieczorem stanie się nieszczęście. Ktoś sobie żarty ze mnie stroi!

– Ani ja, ani Ewcia! – rzekła pani Zawidzka. – Poszukaj jeszcze w pracowni.

– W pracowni byłem przed godziną. Nie widziałem tam żadnej koszuli. Jedwabnej koszuli! Kogo tam znowu przyniosło? – zakrzyknął, usłyszawszy dzwonek.

Honorcia oznajmiła, że niejaki pan Rogalik zapytuje z ukłonem, czy może być przyjęty, chociaż o tak wczesnej porze, na minut pięć? Zanim Jerzy zdołał odpowiedzieć, że gotów jest udzielić nadzwyczajnego posłuchania panu koledze Rogalikowi, stało się coś niezwykłego: Ewcia zerwała się z krzesła i uciekła pędem sarny, która otrzymała wiadomość, że wilk jest w pobliżu.

– Czemu ona uciekła? – zapytała zdumiona pani Zawidzka.

– Furie ją gonią! – odrzekł jej syn głosem z grobu. – Za chwilę się dowiemy. Niech Honorcia poprosi pana Rogalika.

Do pokoju nie wszedł pan Rogalik. Do pokoju weszło słońce. Do pokoju wszedł królewicz z bajki. Wszedł arbiter elegantiarum, świetny dandys, kawaler d'0rsay, książę Walii. Pan Rogalik, lecz jakże odmieniony: w pięknym, brązowym ubraniu, z czerwonym jedwabnym krawatem na niezłomnej szyi, w koszuli jedwabnej w czerwone paski i we wspaniałych, niezwykłej cienkości pończochach. Z kieszonki na piersi jak płomień wychylała się jedwabna chusteczka. Musiało być coś płomieniście olśniewającego w tej wybornej postaci, bo Jerzy zaniemówił ze zdumienia, albowiem kolega Rogalik pysznił się jego krawatem, jego koszulą itd., itd. Przywitawszy się dwornie z panią Zawidzką, wyszczerzył w uśmiechu niesłychaną ilość zębów (zęby nie były własnością Jerzego) i rzekł nieśmiale:

– Przyszedłem się panu pokazać w tych wszystkich wspaniałościach… Nigdy nie marzyłem o czymś podobnym… Bo to, proszę pani, pan Jerzy ofiarował mi i to ubranie, koszulę, i to wszystko…

Pani Zawidzka uśmiechnęła się do świetnego dandysa, na syna jednak spojrzała z odrobiną smutku, słusznie rozumując, że jej syn pierworodny zwariował od samego rana najpierw bowiem ofiarował miłemu Rogalikowi rozmaite rzeczy, a potem groził spaleniem domu, jeżeli się nie znajdą do wieczora. Po czym pozostawiła młodzieńców samych i poszła szukać Ewci, aby jej oznajmić, co i jak się stało.

Kolega Rogalik uśmiechnął się raz jeszcze, jeszcze raz uścisnął dłoń Jerzego i rzekł:

– Proszę pana! Pan jest najzacniejszym człowiekiem na tym złym świecie. Ja zaś długo się wahałem, czy mogę przyjąć rzeczy tak kosztowne, lecz pomyślałem sobie, że nie wolno mi odmową robić panu przykrości. Jednego jednak przyjąć nie mogę!

– Czego pan nie może przyjąć? – zapytał Jerzy głosem, który i ciemną barwą, i niską temperaturą przypominał mrożoną kawę.

– Pieniędzy – rzekł cicho Rogalik. – To już za wiele. I ubranie, i koszula, i krawat, i jeszcze do tego pieniądze

– Ja panu dałem pieniądze?

– Niech pan nie udaje – zaśmiał się serdecznie Rogalik. – Włożył pan do kieszeni kamizelki trzydzieści jeden złotych… Byłbym już onegdaj je odniósł, ale dopiero dziś znalazłem… Dlatego przyszedłem o tak wczesnej porze.

– Trzydzieści jeden złotych! – krzyknął Jerzy. – O żmijo!

– Co pan mówi? – zdumiał się Rogalik.

– Nic, nic… Ja tak do siebie… Panie Michałku kochany! Przyjął pan ubranie, musi pan przyjąć i to, co było w ubraniu.

– Ależ to niepodobieństwo!

– Musi pan! Żadne niepodobieństwo… Między nami malarzami… Daję słowo, że gadać z panem nigdy już nie będę, jeśli pan nie weźmie tych parę groszy.

Tak długo prosił, że Rogalik rzekł wreszcie:

– Dobrze, wezmę je, ale tylko jako pożyczkę. To rzekłszy, poprawił nabożnym ruchem jedwabny czerwony krawat, wygłosił siedem słów górnie brzmiących i pełnych uwielbienia dla Jerzego, ukłonił się również siedem razy i wyszedł na ulicę, na której przechodnie tylko dlatego nie padali przed nim na twarz, że właśnie nikt ulicą nie przechodził.

Jurek zaś schwycił się raz jeszcze tego dnia rękami za głowę i wył cicho, a boleśnie:

– Stracony na wieki mój przecudny krawat, stracona na wieki moja jedwabna koszula!

– Czemu tak zawodzisz? – spytała wchodząc pani Zawidzka.

– Czemu tak zawodzę? Posłuchaj tylko…

I opowiedział, jak to ten potwór, ten wąż, ten czort, ta młoda czarownica, słowem: ta Ewcia miała na jego prośbę przygotować dla Rogalika ubranie i jak samowolnie dodała do ubrania najwytworniejsze części jego garderoby, żeby zaś Rogalik wspaniale wystrojony mógł wieść życie ponad stan, włożyła do kieszeni ubrania cały swój majątek.

– Już mnie coś tknęło, kiedy wczoraj pożyczyła ode i mnie osiemdziesiąt groszy na tramwaj! Słyszała mama o czymś podobnym? Trzydzieści jeden złotych ofiarowuje biednemu chłopcu, którego widziała przez pięć minut, a sama pożycza na tramwaj.

– Ona oddałaby biednemu ostatnią koszulę – rzekła pani Zawidzka.

– Niech oddaje, ale czemu przy sposobności oddaje i moje? Jak chciała zrobić kawał, mogła wybrać inną, ale ona – ziółko! – starannie wybrała wszystko najlepsze.

Zaraz na ten temat z nią pogadam, że jej oko zbieleje. Gdzie ona jest?

– Jureczku! – rzekła pani Zawidzka. – Tylko bez awantur! Tobie zostało jeszcze wiele i koszul, i krawatów, a ona oddała ostatni swój grosz. Poza tym pojęcia nie mam, gdzie jest Ewcia. Chyba pod ziemię się zapadła!

– Nie może być! – zawołał Jerzy zaniepokojony. – Ależ trzeba szukać jej natychmiast… Wszędzie jej mama szukała?

– Wszędzie.

– Z domu chyba nie wyszła?

– Nie wiem. Musiała się ciebie przestraszyć…

– Ona mnie? – zaśmiał się Jerzy boleśnie. – Ona tak się mnie boi jak koza kapusty. Przecie ona wczoraj zmogła nawet panią Szymbartową. A nie ma jej przypadkiem na strychu?

– Strych zamknięty, piwnica też…

– Oj! – myślał Jerzy głośno. – Licho wie, co jej może strzelić do głowy… Przez ten głupi krawat i jeszcze głupszą koszulę.

Pani Zawidzka uśmiechnęła się.

– Nareszcie! Idź jej teraz szukać. Biedactwo miało wczoraj przejścia u Szymbartów, dzisiaj wybiera się do Mudrowicza, a w międzyczasie musi uciekać przed tobą.

Jerzy poskrobał się w głowę i poszedł na poszukiwania. Przetrząsnął cały dom, obszedł wszystkie zakamarki, wreszcie wyszedł – już naprawdę zatroskany – do ogródka, aby spojrzeć, czy jej nie ma na dachu, dość słusznie rozumując, że osoba tak sprawna i pomysłowa mogła tam wleźć po rynnie. Na dachu siedział jedynie wróbel.

– Ewciu! – zawołał Jerzy. – Ewuniu! Wróbel uciekł, a Ewcia się nie ukazała.

– Zdaje się, że narobiłem bigosu – mówił Jerzy sam do siebie. – Ewuniu! – wrzasnął dodatkowo, niemal z rozpaczą.

– Czy pan kogo szuka? – odezwał się głos poza nim. Jerzy obejrzał się szybko i zobaczył pannę z orzechowymi oczami, wyglądającą spoza niskiego muru, co dzieli dwie sąsiadujące wille. Musiała stać albo na drabince, albo na krześle.

– Tak, proszę pani! – odrzekł Jerzy kłaniając się. – Ewcia gdzieś mi się zapodziała… Nie widziała jej pani przypadkiem?

– Niedawno widziałam jedynie wychodzącego od państwa jakiegoś świetnego młodzieńca, który miał prześliczny, czerwony krawat…

Jerzy spojrzał szybko na panienkę, badając, czy z niego nie kpi, panienka jednak uśmiechała się tak niewinnie, jak gdyby próbowała przed chwilą doliczyć do trzech i nie zdołała dokazać tej wspaniałej sztuki. Chciał krzyknąć wniebogłosy: „To był kiedyś mój krawat!” – ale zdławił w sobie boleść tego okrzyku i zapytał podejrzliwie:

– Czy pani dawno siedzi na tym murze?

– Dość dawno… Albo co?

– I nie widziała pani Ewci?

– A czemu pan jej szuka? Czy pan ją chce zabić? – mówiła śmiejąc się.

„Ta też kręci… – pomyślał Jerzy. – Oho! Baby zrobiły spółkę…” – Potem rzekł głośno: – Gdyby pani przypadkiem zobaczyła Ewcię, niech jej pani powie, że wszystko się wyjaśniło i że moja matka bardzo jest zaniepokojona jej zniknięciem.

– A pan?

– Ja to jakoś przeżyję – odrzekł Jerzy ponuro.

– A czemu pan zaglądał aż na dach? I czemu pan wołał tak ślicznie: „Ewuniu”?

– Kobiety są strasznym wynalazkiem! – jęknął Jerzy w głębi duszy.

– Widać, że i pan jest zmartwiony – mówiła panienka z takim uśmiechem, że zdawało się: złoty promyczek spływa z prześlicznych jej oczów. – Ale niech się pan nie martwi! Ja jestem upoważniona do rozmów na temat wieczystego pokoju… Czy pan złoży na moje ręce przyrzeczenie, że pan nie pociągnie Ewci do odpowiedzialności za krawat, koszulę…

Zawahała się na chwilę, jak gdyby zapomniała roli, lecz gdy następne słowa podszepnął jej niewidzialny sufler, dodała szybko:

– …aha! Za pończochy i rękawiczki? Czy pan przyrzeka? Jerzy zaśmiał się głośno:

– Niech pani powie temu potworowi, co tam siedzi za murem i zapewne ciągnie panią w tej chwili za nogę, że na razie ujdzie z życiem, do następnej awantury oczywiście. Aha! I niech jej pani powie, że zawdzięcza to jedynie pani, Ewciu, słyszysz?

Na murze ukazały się dwie ręce, a za chwilę ponad murem zadarty nosek, wreszcie z małpią zręcznością wygramoliła się na mur cała osoba, po lewej stronie oblicza jeszcze zatrwożona, po prawej już uśmiechnięta.

– Panno Basiu! – zawołała. – Pani jest aniołem! A ty szatanie, łap mnie, bo skaczę!

Jerzy nie miał czasu wyciągnąć ramion, a Ewcia już skoczyła. Wprawdzie Jerzy chwycił ją w locie, lecz pocisk był tak ciężki i z takim cisnął się rozmachem, że najpierw na trawę wykopyrtnął się Jerzy, a na niego, potem przez niego przekopyrtnęła się Ewcia.

– Widziała pani? – zawołał Jerzy podnosząc się z ziemi. – Tak się z nią zaczyna wieczysty pokój. Ewcia zaś już tłumaczyła pani Zawidzkiej, dlaczego tak rozrzutnie wystroiła Rogalika. Jerzy zbliżył się i słuchał.

– Proszę pani! Jerzy powiada do mnie najpierw, aby Rogalikowi dać ubranie. A potem to się zamyślił i dodał:

„Zróbmy tak, żeby wyglądał jak arcyksiążę!” – O, jesteś, Jureczku! Zaprzecz, że tak nie powiedziałeś.

– Powiedziałem i cóż z tego?

– Jak to „cóż z tego”? Czy arcyksiążę może mieć ubranie i nie mieć koszuli? Czy może chodzić bez krawata? Zrozumiałam, że pragniesz naprawdę go jako tako odziać. Jednego mi tylko żal… Tego mianowicie, że mu nie dałam butów, a już je miałam w rękach.

– Buty sobie kupi – odrzekł Jerzy zjadliwie. – Znalazł przecie w kamizelce trzydzieści jeden złotych.

– Och! – jęknęła Ewcia. – Skąd o tym wiesz?

– Rogalik jest honorowym człowiekiem. Przyszedł je zwrócić…

Na twarzy Ewci ukazało się nagłe przerażenie.

– I ty je przyjąłeś?

– Chciałem, pomyślałem sobie jednak, że nawet arcyksiążę bez pieniędzy byłby zwyczajnym łapserdakiem.

– Jureczku! – zawołała Ewcia. – Gotowa jestem powtórzyć za Basią, że jesteś znakomitym człowiekiem.

– Za jaką znowu Basią? – zdumiała się pani Zawidzka. – Co wy wygadujecie?

– Basią, proszę pani, jest to panienka z naprzeciwka – mówiła Ewcia niewinnie – do której Jurek robi wciąż oko i dlatego – pamięta pani? – chciała w niego rzucić butem.

– Jerzy, co to wszystko znaczy?

– To znaczy, proszę mamy, że ja tego brzdąca upiekę na rożnie, potem ją położę na lodzie, aby ostygła, i znowu będę piec.

– Wart Pac pałaca! – zaśmiała się pani Zawidzka. – Ewciu! Czy ty byłaś przed chwilą u tej Basi?

– Tak, proszę pani. To rozkoszna panienka i bardzo mądra. A oczy ma jak marzenie. Zdaje się, że będziemy w wielkiej przyjaźni…

– A cóż ona robi?

– Zdaje mi się, że studiuje historię polskiego malarstwa. Wciąż się wpatruje w jakiś obrazek.

– Oszaleję! – mruknął Jerzy i wyszedł z taką miną, jak gdyby szedł na własny pogrzeb.

Pani Zawidzka patrzyła i słuchała wszystkiego zdzwiona.

– Co jemu się stało? – spytała.

Ewcia zamyśliła się, pokręciła głową i rzekła z powaga:

– Proszę pani… Już wielki czas, aby Jurka ożenić!

– Co takiego?

– Ja wiem, co mówię… I chyba ja się tym zajmę, on sam nigdy się na to nie zdobędzie!

Pani Zawidzka wzruszyła ramionami, głęboko przekonana, że i jej synowi, i Ewci upał pomieszał coś w głowach. Nie mogła zastanowić się nad tym głębiej, gdyż przyszedł pan Szymbart z uroczystą wizytą do Ewci, aby jej podziękować za wczorajsze bohaterstwo i oznajmić, że Zosia wyjedzie za trzy dni i że sama nadzieja wyjazdu znacznie ją ożywiła. Zwierzył się następnie ściszonym głosem, że pani Szymbartowa przyszła wreszcie do siebie, wypłakała się serdecznie i obficie, a wspominając Ewcię, wznosi oczy w stronę nieba.

– Moja żona kazała ci powiedzieć, Ewuniu, że gdybyś chciała do nas powrócić, kwiaty rozsypie przed drzwiami.

– To na nic – odrzekła uszczęśliwiona dziewczyna – bo wyszłam oknem i wrócę przez okno, ale dopiero przed samym powrotem ojca.

– Zresztą – mówiła śmiejąc się pani Zawidzka – musiałaby i od nas uciekać przez okno, bo my jej nie wypuścimy.

– Siedem miast walczy o moją osobę! – zawołała Ewcia radośnie. – Panie Szymbart! Czy wie pan, dokąd ja idę dzisiaj po obiedzie? Niech się pan trzyma mocno krzesła, bo pan zleci: do pana Mudrowicza.

– Ha! – rzekł ów zdziwiony. – Czy mam stanąć na straży?

Ewcia poszła do pana Mudrowicza bez zbrojnej asysty, niosła natomiast kilka róż z ogródka pani Zawidzkiej, która szepnęła jej przy pożegnaniu:

– Ewciu, pamiętasz?

– Oczywiście! Niech Jurek przygotuje mowę.

Już z ulicy zauważyła Ewcia, że okna w mieszkaniu pana Mudrowicza są szeroko otwarte, czyli że do posępnej twierdzy obojętnego na wszystko smętku mógł wpłynąć świeży powiew. Ba! Z podstawy tych okien wytryskały płomienie: czerwone pelargonie.

„Jeżeli jeszcze ten wilkołak Paweł – pomyślała Ewcia – będzie miał kwiat w butonierce, nastąpi koniec świata”.

Człowiek-widmo nie przystroił się jednak kwiatem, lecz – co było dziwniejsze – usiłował z niebieskiej porcelany swoich oczów wykrzesać przyjemny błysk na widok dziewczyny. Wprawdzie z równym powodzeniem mogłaby krowa morska zaśpiewać neapolitańską piosenkę, Ewcia jednak oceniła w locie dobre chęci tego żałobnika, który – zdawało się – nosił w sobie wszystkie bóle, cierpienia i zmartwienia Starego Miasta.

– Jak się miewamy, panie Pawle? – rzekła Ewcia przyjaźnie. – Pan jest?

– A gdzieżby się podział? – odpowiedział ten żywy karawan i tak był głęboko przekonany, że udało mu się zrobić niesłychany dowcip, że z zachwytu zamknął oczy.

Ewcia weszła śmiało i z odrobiną hałasu do znanego jej pokoju, lecz przystanęła w drzwiach i zawołała:

– Panie Boże Wszechmogący!

Nie: – „Boże!” – ani nie: – „Ach Boże!” – bo taki wykrzyknik choć nabożny, byłby zbyt chudy na widok rewolucyjnych zmian poczynionych tu w przeciągu tygodnia. Przez pokój ten musiał przejść Herkules i dokonać w nim swojej trzynastej pracy. Musiał przez ten pokój przewiać tajfun, co wymiótł zakurzoną stęchliznę. Smutna pieczara smoka zmieniona została w przybytek wcale radosny: na ścianach wisiały wspaniałe obrazy Zawidzkiego; ceratowa kanapa została wyniesiona i zapewne spalona nad brzegiem Wisły; na miejscu rozkraczonego i zarzuconego szpargałami stołu pyszniło się biurko, na którym w srebrnych ramkach stały dwie fotografie i wazon z kwiatami; podłoga pokryta była wzorzystym dywanem; zniknęły stare krzesła; nawet sympatyczny piec został dokładnie wymyty jak komin w okresie Wielkanocy. Ewcia nie wierzyła własnym, w tej chwili bardzo szeroko otwartym oczom.

W tym pokoju nie było nikogo, lecz drzwi od sąsiedniego były uchylone. Ewcia czuła, że stoi za nimi pan Mudrowicz i wiedziała z całkowitą pewnością, że nie śmie wejść na jej przywitanie, sam zapewne zatrwożony swoją rolą króla Odnowiciela. Jest z pewnością wzruszony, a może, może nawet odrobinę szczęśliwy. Ewcia zaś była naprawdę wzruszona. Przecie ten stary, smutny człowiek uwierzył jej słowom zielonym, niedowarzonym słowom, lecz mającym kształt serca.

– Proszę pana, proszę pana!… – zawołała gorąco. Pan Mudrowicz wyszedł spoza drzwi, nieśmiały i jakby zawstydzony. Ją coś pchnęło, bo nie namyślając się rzuciła się w jego objęcia. A on mówił cichym, głębokim głosem:

– A co, Ewciu, a co?… Tak, jak mówiłaś… Witam cię drogie dziecko…

Tulił jej głowinę do piersi i gładził ją ręką.

– Co to? Przyniosłaś mi róże?… Co ci się stało?

Pytanie było uzasadnione, bo Ewcia nagle aż usiadła na nowym fotelu i patrzyła na niego jak na zamorskie dziwo. Pan Mudrowicz czy nie pan Mudrowicz? W ciemnogranatowym odzieniu niemal wytworny; krawat w złote prażki. Ogolony chyba najostrzejszą brzytwą świata. Wysoki, prosto się trzymający pan Mudrowicz był imponujący. Nowej twarzy kupić wprawdzie nie mógł, lecz na tej dawnej, starej i brzydkiej zjawiły się przebłyski radosnego zakłopotania. Uśmiechnął się wstydliwym uśmiechem i rzekł:

– Kapelusz też mam nowy…

– Nie może być!

– I laskę…

– Nie może być!

Pan Mudrowicz przykrył oczy powiekami i dodał bardzo cicho:

– Zdaje mi się też, że i duszę mam jak gdyby nową…

– A nie mówiłam? Tylko się ogolić! Usłyszawszy to, zaśmiał się głośno były pan Mudrowicz, a Ewcia za nim.

– Widzisz, Ewuniu – mówił on – rozmyślałem długo nad wszystkim… Nad tym, co było i co jest… To ty, dziecko, pokazałaś mi światełko… jedną iskierkę… Ale to wystarczyło. Zacząłem się zastanawiać, czy warto unikać słońca i ludzi? Gnuśnieć, obrastać mchem, oddychać stęchlizną, rozdrapywać rany… Ty nie znasz mego życia – (Ewcia przybladła) – wiedz o tym jedynie, że było ono bardzo, bardzo smutne… Przyszedłem do przekonania, że pławienie się w czarnej wodzie smutku jest sprawą nierozumną. Nie powiem ci od razu wszystkiego, co mi przyszło na myśl. Wiele, wiele rzeczy! Kiedyś może się dowiesz… Te wszystkie nowe graty i te kwiatki, i ten mój strój to drobiazg. To tylko teatr… Wiesz ty jednak, Ewuniu, czego ci się udało dokonać?… Udało ci się poruszyć we mnie coś…

Glos mu zadrżał i pan Mudrowicz przesunął ręką po czole.

– … Po co ja żyłem na tym świecie? – mówił gwałtownie, z nagle obudzoną namiętnością i jakby z żalem. – Byłaś tu przed tygodniem, a ja przez siedem nocy rozmyślałem nad tym: co ja czyniłem przez tyle, tyle lat?… Mówię o tym do ciebie, choć jesteś maleńka, choć masz dopiero szesnaście lat. Ale to przecie wszystko jedno! Zanim ty przemówiłaś do mnie, nie przemawiał do mnie nikt. Ja byłem zły czy oschły, czy jaki tam! Dlaczegóż ktokolwiek miał być inny wobec mnie? Może mi się uda teraz przekonać chociażby ciebie tylko, mała dziewczynko, że na coś się przydam jeszcze… Uwierzyłem ja tobie, teraz ty uwierz mnie…

– O, jak panu serdecznie wierzę!

– To dobrze, to dobrze… Nie mówmy już o tym… Stało się! Przenicowałaś mnie na stare lata… Może jednak wiedział Pan Bóg, co robi, że przystał do mnie takiego złotego pędraka… Nie wysłuchałbym zapewne pierwszego nawet słowa, gdyby ktoś inny przyszedł mnie gromić i nawracać. A z tobą, mała dziewczynko… Ale naprawdę nie mówmy już o tym! Powiedz mi, co ty robiłaś i co się z tobą działo?

Pan Mudrowicz, były odludek, mało – widać – znał kobiety, skoro tak nieopatrznym pytaniem odkręcił kurek wodociągu.

Ewcia, zaprawna w długodystansowym gadaniu, przeszła sama siebie. Jak Wojski zaczerpnąwszy oddechu, rozpoczęła opowieść siedmiu dni, zacząwszy ją od owego wspaniałego pokropionego winem wieczoru, podczas którego troje istot ponad miarę szczęśliwych wzniosło zdrowie pana Mudrowiecza.

– Doskonałym winem! – terkotała Ewcia. – Musiał pan mieć czkawkę… A pani Zawidzka miała łzy w oczach. Czy pan wie, że ile razy wspomni kto u nas pańskie nazwisko, to wszystkim oczy się śmieją?… My pana uwielbiamy, słyszy pan? – uwielbiamy! A ja panu przysięgam, że pani Zawidzka codziennie modli się za pana.

Pan Mudrowicz słuchał w oszołomieniu. Chciał coś rzec, lecz roztrajkotana Ewa nie raczyła go dopuścić do słowa, wobec czego dowiedział się: o portrecie i o wybitej szybie, o biednej Zosi Szymbartównie, o ślicznej pannie Basi i o Rogaliku, o stu rzeczach i jeszcze jednej. Każde słowo Ewci było maleńkim lusterkiem, co odbiwszy w sobie promień słoneczny, rzucało nagły błysk na twarz pana Mudrowicza. Z brzydkiej tej twarzy można było odczytać bardzo bystrymi oczami, że temu człowiekowi jest w tej chwili dobrze; że jeszcze nieśmiało się cieszy, lecz coraz więcej oswaja się z niespodziewanym szczęściem; że dziecinnej, śmiesznej i wesołej, i smutnej opowieści dziewczyny słucha zachłannie jak wielkiej nowiny. A dziewczyna ani myślała kończyć swojej opętanej gadaniny. W ten sposób dowiedział się stary samotnik, co dotąd jedynie wieczorami wychodził z domu i uciekał przed każdym spotkaniem, o wszystkim, co się działo o dwa kroki, za najeżonym murem jego samotności, wśród dobrych ludzi. Chcą oni być dobrzy nawet dla niego, nawet dla niego…

Ponieważ najbardziej wygadanej damie potrzebna jest chwila odpoczynku, przeto i Ewcia zatrzymała się w potężnym pędzie wymowy, którym można by przez miesiąc poruszać niewielki młyn lub elektrownię. Skorzystał z tego pan Mudrowicz, „wziął słowo i rzekł”:

– Czym ja się tobie, dziewczyno, odwdzięczę?

– Za co?

– Za wszystko… Chociażby za to, że tu jesteś… Ewcia zaśmiała się srebrzyście.

– Znam ludzi, którzy wiele daliby za to, aby mnie czasem nie było! Nagle zamyśliła się i dodała szybko:

– Chce mi się pan odwdzięczyć? Dobrze! Ale niech pan to weźmie pod uwagę, że jestem piekielnie chytra.

– Nie może być! – zawołał już naprawdę wesoło pan Mudrowicz.

– Może być, bo jest. W każdym razie w szkole w mojej klasie jestem najchytrzejsza. Proszę pana: zróbmy układ.

– Zrobione!

– Niech się pan nie śpieszy! Ostrzegam pana… Zróbmy tak: niech mi pan przyrzeknie, że pan nie odmówi dzisiaj mojej pierwszej prośbie.

– Jakaż to prośba?

– Otóż właśnie, że jeszcze nie wiem. Myślę jednak, że pana o coś poproszę. Na lody to mnie pan sam zaprosił przez telefon, więc to się nie liczy.

– Sama się zaprosiłaś! – zaśmiał się stary człowiek i patrzył wesoło na najchytrzejsza kobietę stulecia. – A co do tej twojej prośby – zgoda!

– Ręka?

– Ręka! – zawołał pan Mudrowicz. Uderzyli w dłonie, jak to czynią dwaj przemyślni Cyganie po ukończeniu targu o konia.

– Już szósta! – rzekła Ewcia. – Niech pan weźmie nowy kapelusz i laskę. Panie Pawle!

Czarne widmo ukazało się na zaklęcie.

– Proszę podać panu kapelusz i laskę! Ach… jeszcze jedno… Co Paweł przygotował na kolację dla pana?

Widmo odrzekło, że kwaśne mleko z kartoflami jest zwyczajnym pożywieniem wieczorowym i pana, i sługi. A gdyby i panienka zapragnęła wybornej tej potrawy, znajdzie się i dla panienki.

– Dzisiaj będzie Paweł jadł sam kwaśne mleko z kartoflami. Pan nie będzie dzisiaj jadł w domu.

– Dlaczego? – zdziwił się pan Mudrowicz, wobec czego Paweł nie powtórzył tego pytania, lecz zdziwił się też na rachunek własny.

Ewcia uśmiechnęła się najpierw de patrona, następnie do jego famulusa i rzekła wesoło:

– Jeden Pan Bóg wie, gdzie my dzisiaj będziemy jedli. Idziemy? Zaraz, zaraz…

Wyjęła z wiązki jedną różę i wspiąwszy się na palcach, włożyła ją w klapę ubrania pana Mudrowicza. Widok ten tak oczarował Pawła, że oparł się w zdumieniu o piec. Nie uczynił tego pan Mudrowicz jedynie dlatego, że starym zwyczajem w pokoju był jeden tylko piec. Bąknął tylko:

– Ależ, Ewuniu! Ona jednak, nie zwracając na nic uwagi, wetknęła swoje ramię pod jego ramię i mrugnąwszy wesoło w stronę nieruchomego jeszcze Pawła, wywiodła lekko opierającego się starego swego przyjaciela „z ziemi egipskiej, z domu niewoli”.

Mogłoby się wydawać, że pan Mudrowicz szedł jak na ścięcie. Gdyby był damą, mógłby powtórzyć: „I chciałabym, i boję się”. Ewcia czuła wyraźnie, że dla tego nieszczęśnika, co żył jak puchacz w swojej mrocznej dziupli i bał się dziennego światła, wyprawa ta w biały dzień jest udręką. Poczęła gadać niezmordowanie o wszystkim i o niczym, byle tylko odwrócić jego uwagę od śmiałego czynu. Widziała kącikiem oka, jak pan Mudrowicz patrzy dokoła siebie spode łba, jak gdyby badał, czy ktoś się na jego widok nie wzdrygnie. Przechodnie jednak mijali tę dziwną parę obojętnie.

„Widać, że na świecie jest pokaźna ilość brzydkich ludzi”- pomyślał pan Mudrowicz i zaczął stąpać raźniej.

– Pojęcia pan nie ma, jaki pan jest elegancki! – szepnęła Ewcia.

Stary dziwak wyraźnie się zarumienił.

– Tylko niech pan nie stawia takich potężnych kroków, bo ja będę musiała biec. Proszę pana! Idziemy naprawdę na lody, czy to było tylko takie lodowate gadanie?

– Idziemy, oczywiście, że idziemy – odrzekł on szybko. – Tylko dokąd? Nie chciałbym…

Ewcia spojrzała na niego spod oka. Wiedziała, czego by nie chciał: wielkiej cukierni i tłocznej ludzkiej ciżby.

– Ja znam – mówiła Ewcia – taką świetną mleczarenkę, w której zjadłam niedawno cztery bułki, a mój pies siedem. Jureczek Zawidzki mnie tam zaprowadził, kiedy mnie schwytał na ulicy. Tam muszą być też i lody!

W mleczarence istotnie były lody, natomiast całe szczęście że tym razem nie było psa, gdyźby ich zabrakło. Okazało się natomiast, że nawet wyborne lody „w trzech smakach”, z których jeden niczym nie różnił się od drugiego, a drugi od trzeciego, chyba barwą, nie zdołały zamrozić ognistej wymowy Ewci. Dziewczyna była szczęśliwa, ale i ten siwy, sterany, brzydki człowiek promieniał na swój sposób. Dwa razy zaśmiał się głośno, a trzy razy cicho. Patrzył na dziewczynę z takim gorącym rozrzewnieniem, że lody topniały.

Siedzieli w ciemnym kąciku, lecz tam było w tej chwili najjaśniej.

Nagle Ewcia chwyciła pana Mudrowicza za rękę.

– Oj, bo skonam! – szepnęła.

I nieznacznie pokazała panu Mudrowiczowi ruchem głowy świetnego młodziana, który z pięknym ukłonem poprosił o szklankę czystej wody sodowej.

– To Rogalik! – szepnęła Ewcia. – Pamięta pan, co panu opowiadałam? To ten kochany biedaczyna, syn szewca, co chce zostać malarzem. Prawda, jaki śliczny wycyganiłam dla niego krawat? Ależ szaleje nieboraczek! Musiał się długo namyślać, nim się odważył na tę wodę sodową za dziesięć groszy…

– Ewuniu! – również szeptem mówił szybko pan MUdrowicz. – Zaproś go na lody.

– Naprawdę?

Miły Rogalik byłby wypuścił szklankę z ręki, gdyby nie straszliwa moc jego ducha. Stanął cały w płomieniach, jak stóg siana podczas pożaru, i wciąż się kłaniał.

– To jest – mówiła Ewcia ze wzruszoną powagą – pan Rogalik, malarz, a to jest… to jest mój najukochańszy wujaszek…

Dwaj wspaniale wytworni panowie skłonili się sobie i – o, dziwo! – uśmiechnęli się wzajemnie. Ewcia zaś wołała o największe lody, jakie ludzkość widziała kiedykolwiek.

Rogalik, na skrzydłach wichru niespodziewanie wyniesiony aż pod sam pułap siódmego nieba, nawet nie zauważył, że Ewcia do rodzonego i najukochańszego wuja mówi wciąż: „proszę pana!” – bo najpierw zajął się niebiańskim smakołykiem „o trzech smakach”, a następnie począł się pilnie wpatrywać w twarz pana Mudrowicza. Stary człowiek poczuł niepokój, a Ewci uczyniło się przykro.

Nagle wniebowzięty Rogalik rzekł gorąco:

– Och, jakżebym ja chętnie pana namalował, gdybym umiał!

– Czemuż to? – zapytał sucho stary człowiek.

– Bo pan ma tak wspaniale wyrazistą twarz! Strasznie wyrazistą! Bardzo męską… A oczy niebywale przenikliwe!

„Niech ci Bóg da zdrowie. Rogaliku!”- pomyślała Ewcia, głęboko odetchnąwszy.

A pan Mudrowicz wpił się spojrzeniem w jasną, szczerą, cudownie chłopięcą, otwartą twarz chłopca i długo patrzył. Ale nie znalazł w niej zdrady.

– Dobrze! – rzekł cicho. – Pogadamy o tym. A czy pan ma jakieś swoje obrazy?

– Mam, oczywiście! – zdumiał się Rogalik.

– W takim razie niech je pan do mnie przyniesie… Rad je zobaczę… Mam już dwa obrazy Zawidzkiego…

– W takim razie ma pan dwa arcydzieła! – wykrzyknął malarzyna. – Gdzie mnie do Zawidzkiego!

„Chłopcze drogi!” – pomyślała Ewcia.

Musiało i panu Mudrowiczowi podobać się pokorne oświadczenie Rogalika, bo spojrzał na niego życzliwie.

– Przyniesie pan obrazy! – rzekł z uśmiechem.- Ewcia powie panu dokąd. Ewuniu, czemu patrzysz na zegarek?

– Bo na mnie już czas…

Wyszli z cukierenki, za czym Rogalik ukłonił się dwa razy panu Mudrowiczowi, a trzy razy Ewci i poszedł pokazać swój krawat tej reszcie mieszkańców Warszawy, która go jeszcze dotąd nie widziała.

– A teraz pan mnie odprowadzi… – mówiła Ewcia jakoś dziwnie niepewnie. – To niedaleko… To już bardzo niedaleko… Miły chłopak, prawda?

– Bardzo miły!

– Tędy… tylko przez tę ulicę jeszcze… Pan Mudrowicz spojrzał na nią uważnie, bo Ewcia stała się jakaś niespokojna, ale nic nie powiedział.

– To już tu…- mówiła ona cicho. – O, ten dom, który pan ocalił… Prawda, jaki przyjemny dom?…

– Ewuniu! – szepnął stary człowiek. – Zrobiłaś mi dziś wielką, wielką przyjemność… Dziękuję ci z całego serca. Kiedy się znowu zobaczymy?

– Alboż my się już żegnamy? Proszę pana…

– Co moje dziecko?

– Czy pan pamięta, co mi pan przyrzekł?

– Pamiętam…

– I dotrzyma pan?

– Zapewne…

– W takim razie… Oj, jak mi w gardle zaschło!… Ja mam do pana jedną szaloną prośbę… Gwałtu, jak mi serce bije… Pan wie, jak ja pana kocham… Otóż jest taka sprawa… Pani Zawidzka…

– Co pani Zawidzka?

– Pani Zawidzka błaga pana przeze mnie… błaga pana, aby pan był tak dobry… Bo widzi pan, pani Zawidzka chce panu podziękować osobiście… Więc powiada do mnie: „Uproś pana Mudrowicza, niech dzisiaj w niedzielę…”

Pan Mudrowicz cofnął się w zdumieniu.

– Co w niedzielę?

– „…niech odwiedzi nasz dom… Jako największy przyjaciel… Przyjmiemy go całym sercem…” To pani Zawidzka tak powiedziała… A ja jeszcze serdeczniej proszę… Proszę pana! Pan mi przyrzekł… Ja nie mam żadnej innej prośby, tylko tę jedną. Pojęcia pan nie ma, jak panu będzie dobrze! O, drogi panie!

Pan Mudrowicz patrzył w twarz Ewci i zdaje się, że sam nie wiedział, czy śmiać się, czy gniewać? Ujrzawszy jednak jej minę i zastrachaną, i pełną nadziei, i smutną, i wesołą, rzekł:

– Istotnie! Tak chytrej kobiety, jak ty, dotąd jeszcze nie widziano. Czy nie zwolnisz mnie z przysięgi?

– Nigdy! – zawołała Ewcia.

– I to jest wdzięczność za lody! – zaśmiał się pan Mudrowicz niepewnie.

– A czy pan wie, co u nas dzisiaj będzie na kolację? – rzekła Ewcia z dumą.

Pan Mudrowicz nie słyszał jednak tej zachęty, bo się sam z sobą mocował.

– Chodźmy! – rzekł cicho. – Jestem przekonany, że mnie kiedyś zaprowadzisz do piekła.

– Mnie nawet w piekle nie przyjmą! – krzyknęła Ewcia straszliwie szczęśliwa.


Rozdział jedenasty

W którym jeden malarz został pogorzelcem, a drugi z wielkiego szczęścia omal nie postradał rozumu.


Pan Mikołaj Zawiłowski, wielki przemysłowiec, przybył do Warszawy w celu leczenia żony, której groziła utrata wzroku. Powierzono ją opiece najznakomitszych specjalistów, lecz leczenie miało trwać długo i nieprzerwanie; dlatego pan Zawiłowski kupił willę obok Zawidzkich, spokojną i zaciszną, dokąd sprowadził meble z prowincji. On z córką zajmował parter, pani Zawiłowska zaś przebywała stale w zaciemnionych pokojach pierwszego pietra. Panna Basia, anioł opiekuńczy uwielbianej matki, nie odstępowała jej prawie nigdy i z największym trudem udawało się czasem ojcu namówić ją na wyjście do miasta, całą jej przeto radością był niewielki ogródek przy willi. Radość ta, dotąd smutna, powiększała się wspaniale po poznaniu Ewci. Wprawdzie panna Zawiłowska miała już lat dwadzieścia dwa, lecz pozbawiona towarzystwa całym sercem przylgnęła do tej uroczej dziewczyny, ponad wszelki podziw inteligentnej i bystrej, wesołej i pełnej prześlicznej pogody. Pannę Basię wzruszyło głębokie współczucie Ewci, kiedy usłyszała o nieszczęściu pani Zawiłowskiej. Dziewczyna, czuła na wszelka niedolę, miała łzy w oczach. Widok tych łez wystarczył, by panna Basia pomieniała się na serca z Ewcią, która jako że z lekarskiej pochodziła rodziny, poczęła wymownie i gorąco przekonywać starszą przyjaciółkę, iż jej matka wzrok odzyska. Przyjaźń, pokropiona serdecznymi łzami jak kwiat srebrna rosą, rosła też jak kwiat. Wesoła awantura z wybiciem szyby i ciche porozumienie podczas ucieczki Ewci przed Jerzym przez "mur graniczny" były śmiesznym wstępem do gorącego przywiązania. Radosna z usposobienia Basia, na którą gęstym cieniem padł smutek sącząc się z zaciemnionych pokojów matki, poczęła każdej wolnej chwili wypatrywać tego wesołego bąka z zadartym nosem, co zawsze na wszystko miał czas, zawsze był gotów do najwymyślniejszych awantur i wiódł srogie boje ze znakomitym malarzem.

– Nie masz pojęcia, najdroższa Barbaro, patronko górników i ciężkiej artylerii – mówiła Ewcia, która już po tygodniu była z Basią po imieniu – jak ja strasznie kocham tego dryblasa. Na świecie nie ma chyba bardziej dobrego chłopca.

– A czemu rzucasz w niego bucikiem? – śmiała się Basia.

– Bo inaczej on rzuciłby we mnie swoim butem, a przypatrz się tylko jego pedałom! Ja musiałam jego wziąć za łeb, aby on tego ze mną nie zrobił. Trzeba umieć postępować z mężczyznami. Nie masz zresztą pojęcia o tym, jak się z Jurkiem wesoło wojuje. Wczoraj byłam troszkę zmęczona, więc mi się nie chciało urządzać żadnych awantur, a ten przychodzi bardzo markotny i powiada: "Ewelindo! Zróbmy jakiś kawał, bo nudno", – Pani Zawidzka też była zaniepokojona, gdyż w domu było cicho. Na szczęście jednak wieczorem cały dom zaczął chodzić na głowie.

– Co się stało? Mów prędko, co się stało?

– E… Nic wielkiego! Jurek narysował moja karykaturę i oparł ja o szklankę przed moim nakryciem.

– To przecie żadna awantura – rzekła Basia zawiedziona.

– Żadna awantura? A czy ty wiesz, co on ze mnie zrobił? Na obrazku byłam ja, strasznie podobna, ale z rogalikiem w ręku, który przyciskam do serca. Miało to oznaczać, że mi ten przyjemny malarz Rogalik leży bardzo na sercu.

– A co ty na to? – zaśmiała się Basia.

– Ja? Nic… Poszłam do kuchni, wyciągnęłam od Honorci dwa orzechy i bez słowa położyłam przed nim. Pani Zawidzka myślała, żeśmy oboje postradali zmysły, bo niczego nie mogła zrozumieć, ale Jurek od razu zrozumiał. Zaczerwienił się jak rak i zaczął robić wrzask, że mnie powiesi za nogi i inne takie obiecywał przyjemności.

– Cóż miały znaczyć te orzechy? – spytała zdumiona przyjaciółka.

– Aj! – pisnęła Ewcia i zaśmiała się cichutko. – Nic, nic nie miała znaczyć… Bo to nie szło o orzechy, tylko o orzechową barwę. Mam wrażenie, że Jurek dostał kręćka na ten temat. Trudno to wytłumaczyć… Ale on wie, że ja wiem!

– Nie rozumiem!

– To nic nie szkodzi, może kiedyś zrozumiesz. Ja ci tylko mogę powiedzieć, że gdyby Jurek musiał namalować anioła, to ten anioł miałby oczy orzechowego koloru.

– Ewa! – szepnęła ze zdumieniem panienka.

– Co się stało? – zapytała Ewcia. Istotnie przecie wielu ludzi mających taki dziwny kolor oczów. Czy tobie słabo, Basieńko?

– Nie, nie…

– Bo mi się zdaje, że trochę zbladłaś.

– To z gorąca! – szepnęła Basia.

– Oczywiście! – rzekła Ewcia z głęboką powagą. – może odpoczniesz?

– Tak, tak… – mówiła Basia bardzo zamyślona. – A co ty będziesz robiła?

– Najpierw muszę napisać list do mojego Chińczyka, zajdę do pani Szymbartowej zapytać o Zosię, a po południu przyjdzie Rogalik, który się ze swoimi obraziętami wybiera do pana Mudrowicza. Muszę go pouczyć o wszystkim.

Panna Barbara znała dobrze ostatnie rozdziały bujnej historii Ewci, która zdołała w krótkim czasie wytrajkotać wedle słynnego schematu siedmiu pytań rzymskich: "Kto? co? gdzie? kiedy? jak? dlaczego? z czyją pomocą?" – o wszystkim, co było, co jest i co będzie. Basia znała nazwiska, i załączone z nimi opowieści. "Nic co Ewci, nie było jej obce". – I pan Zawiłowski znał Ewcię, i pani Zawiłowska, niezmiernie radzi, że ich córka, zmuszona do przebywania podczas upalnego lata w Warszawie, znalazła duszyczkę tak przyjazną i tak uroczą. "Urocza duszyczka", znająca sto siedem sposobów zdobywania sobie ludzkich serc, złowiła ojca Basi w swoją sieć jak ogromna rybę, przypominając opasłego i wąsatego suma. Sum gadał wprawdzie ciężkim armatnim basem, co nie jest zwyczajem ryb, lecz czynił to bardzo rzadko, zawsze nad czymś frasobliwie zamyślony. Bardzo pracowity człowiek skazany na długotrwałą bezczynność, nie wiedział, co z sobą począć; dlatego z radosną ulgą odkładał książkę czy gazetę i przysłuchiwał się nieco oszalałej rozmowie swojej córki z Ewcią, która czasem zwracała się do czcigodnego sąsiada z należytą powagą, zapytując chytrze o jego fabryki i o stosunki w ciężkim przemyśle. Pan Zawiłowski serdecznie uradowany, że może dosiąść swojego rumaka, rozpędzał się jak wielkie koło dynamomaszyny i wspaniałym basem gadał wspaniale i sypał cyframi jak drobnym makiem, nie bacząc, że uprzejmą Ewcię tyle to właśnie obchodziło, co teoria względności lub najgłębsze tajemnice chemii. Po każdej jednak takiej rozmowie mówił do swej córki:

– To nadzwyczajna dziewczyna! Nadzwyczajna!

Tego samego zdania, chociaż z innych powodów, była i biedna pani Zawiłowska. Ewcia odwiedziła ją raz jeden tylko w ciemnym jej pokoju. Bystre i widzące ręce pani Zawiłowskiej, które dotknęły twarzy dziewczyny, ujrzały tyle, ile by mogły dojrzeć oczy. Z tym cudownym uśmiechem, którym uśmiechają się ludzie bardzo cierpiący, słuchała matka Basi szczebiotania jej małej przyjaciółki, "przyjaciółki całego świata" – jakby ją był nazwał Kipling. Gdy Ewcia po długim pobycie w ciemnym pokoju wyszła, pani Zawiłowska rzekła do córki:

– Pragnęłabym jak najczęściej rozmawiać z tą dziewczyną, ale, niestety, nie będzie to możliwe.

– Czemu, mamusiu? – zapytała zdumiona Basia.

– Bo ja muszę przebywać w ciemnym pokoju, a kiedy ona tu była, miałam wrażenie, że jest w nim jasno.

Gdyby jak Indianin skalpy Ewcia nawlekała na sznurek zdobyte serca, byłby to różaniec pokaźnej długości. Pierwszorzędnym okazem godnym złotego medalu byłoby na tym sznurku serce Rogalika, który patrzył w Ewcię jak w tęczę, chociaż ludzie pozbawieni poetyckiej wyobraźni mogliby rzec ponuro, płasko i bezbarwnie, że patrzy w nią urzeczony jak cielę na nowe wrota. Z drugiej strony przesadą było jadowitą narysowane twierdzenie Jerzego, że Rogalik "leży Ewci na sercu", nie można było zaprzeczyć jednakże, że na widok młodego przystojnego wytwornego i wciąż kłaniającego się młodziana serce Ewci przypominało rzecz zgoła nieprawdopodobna: jajko na miękko. Jakoś dziwnie miękko bowiem robiło się jej w tym organie, który toczy odwieczną walkę z bystrym rozumem i nigdy nie chce być z nim w zgodzie. Serce jest to istota niezwykle zarozumiała i dlatego przekonana, że posiada własne siedlisko rozumu i własną radiostację. Tym tylko można wytłumaczyć, że największy filozof, mądry jak siedmiu ogoniastych szatanów, w niezmiernym swoim rozumie gardzący miłością, zakocha się często jak uczniak; albowiem serce jego powiedziało: gadaj zdrów, filozofie, a ja wiem, po co mnie Pan bóg stworzył!"

Miły Rogalik zjawił się z kilkoma obrazkami pod pachą i nie wchodząc do domu, odbył z Ewcią walną naradę w ogródku. Ewcia patrzyła na obrazki, a Rogalik patrzył na Ewcię, wskutek czego Ewcia nie mogła spokojnie patrzeć na obrazki i czasem spod oka patrzyła na to, jak Rogalik patrzy na nią, wskutek czego patrzenie to zostało dziwacznie zmącone, na co z niezmiernym podziwem z okienka przy pracowni patrzył Jerzy. Aby zaś nieopatrznie nikogo nie zabrakło na tym widowisku, mruknął zapatrzony Jerzy:

– Patrzcie, patrzcie, państwo!

Obrazki Rogalika były jeszcze niezdarne i może je było nazwać "podlotkami malarstwa polskiego". Człek biegły w sztuce dojrzałby w nich jednak od razu bujny talent, chociażby na jednym z nich słonce przypominało przejrzały pomidor, a na drugim woda była ze świecącej blachy. Ewcia jednak była głęboko przekonana, że Matejko cicho w grobie śpiący otworzył oczy i szepce niespokojnie: Ho, ho! Żeby tylko ten wytworny Rogalik nie zapędził mnie w kozi róg!" – Powiedziała o tych projektach na obrazy kilka słów purpurowych jak róże, następnie wyjaśniła kłaniającemu Rogalikowi, jak się ma dostać do pana Mudrowicza, który jest człowiekiem zacnym, wbrew pozorom tępym rylcem wypisanym na twarzy. Pożegnała go potem ciepło i nie wiadomo czemu dodała uroczyście:

– Niech pana Bóg prowadzi!

Słowa te tak wzruszyły drogiego Rogalika, że chciał paść na kolana, lecz nie uczynił tego, bo głos Jerzego chwycił go jak arkan i zatrzymał w nieprzytomnym ruchu. Starszy kolega zbiegł do ogrodu wesoło i witał młodszego, klepiąc go po łopatce tak żywo, jak gdyby chciał przetrzepać własne ongi ubranie. Równocześnie mrugał zgoła bezecnie w stronę Ewci, co wygłosiwszy błogosławieństwo, chciała już odejść, ujrzawszy jednak małpie miny Jerzego, rzekła zwracając się do Rogalika, i tylko do Rogalika:

– Niech pan przyjdzie jutro i zda mi sprawę z przebiegu audiencji.

– Dobrze, panno Ewo! – zawołał Rogalik z zapałem, porwał obrazki, ukłonił się jej, Jerzemu, domowi Zawidzkich, domowi Zawiłowskich, jednemu drzewu i wybiegł.

– Na jaką to on wybiera się audiencję? – zapytał zdziwiony Jerzy.

– U ministra – odpowiedziała Ewa chłodno. – Minister chce zakupić wszystkie jego świetne obrazy do zbiorów państwowych.

I odeszła z godnością bociana, który połknął żabę.

Przez dwie godziny pisała list do ojca – jak na kobietę dość treściwy, bo tylko dziewięciostronicowy z trzydziestoma dopiskami, zaklinając go w ostatnim, by nie zapuszczał chińskiego warkocza, bo mu nie będzie do twarzy. "Chińskie listy" Ewci były poematami: czułości, miłości, tkliwości, rzewności i tkliwości itd. Pisała w nich o wszystkim, co się dzieje w jej sercu, bardzo jednak mętnie, dyplomatycznie i ozdobnie wspominała o przeraźliwych historiach swojego żywota. Nieznacznie tylko i w słowach lotnych zapowiadała, że po powrocie zastanie niejakie zmiany i "dowie się o mnóstwie rzeczy". W chytrym rozumie pomyślała sobie słusznie, że byle tylko była zdrowa, nie złamała ręki lub nie skręciła karku, inne jej "tragedie" nie bardzo zajmują ojca, który zresztą jako przedstawiciel rodzaju męskiego nie zna się na wielu subtelnych sprawach. Nie może mu przecie napisać, że Rogalik chciał dzisiaj paść przed nią na kolana, czemu sromotnie przeszkodził ten niedźwiadek Jurek, który zawsze czyni to, o co go nie proszą.

Odniósłszy list na pocztę, wstąpiła Ewcia do państwa Szymbartów. Okazało się jednak, że pani Szymbartowa pojechała do Otwocka, gdyż był to dozwolony dzień do odwiedzin u chorych. Zastała tylko pana Szymbarta, który pilnował mieszkania i z nudów obliczał, gdyby żył siedem tysięcy lat.

– Jak z Zosią? – wołała Ewcia jeszcze się nie przywitawszy.

– Dzięki Bogu, coraz lepiej! Żona moja własnym oczom nie wierzy… Nie poznasz, Ewciu złota, mojej żony. Czy ty wiesz, co się u nas stało?

– Cóż się stało?

– W niedzielę była moja żona w Otwocku i wróciła bardzo szczęśliwa, bo sam naczelny lekarz sanatorium powiedział jej, że Zosia będzie jeszcze zdrowa. I pomyśl sobie, co zrobiła pani Szymbartowa! Od czasu naszego wesela zostało w domu pół butelki koniaku, bo moja żona jakimś cudem ocaliła go przed gośćmi…

– Wiem, wiem – zaśmiała się Ewcia. – To ten koniak, do którego chciał się pan dostać przez słomkę.

– Ten sam! Otóż moja żona nalała duży kieliszek tego bezcennego płynu, podaje mi go i powiada: "Masz, wypij za zdrowie Ewci!"

– Nie może być!

– Jak mnie tu żywego widzisz…

– Co za kobieta!

– Co za koniak! – wykrzyknął nie dosłyszawszy pan Szymbart.

Wnet jednak zgasła promienność tego wspomnienia i dobry ten człowiek zachmurzył jasne czoło. Zagadnięty o powód, o niczym mówić nie chciał, lecz Ewcia zrozumiała od razu, co go trapi.

– Proszę pana – powiedziała serdecznie – ja wiem, czym się pan martwi: będziemy szukali, będziemy bardzo szukali. Przecie Pan Bóg nie dopuści, aby Zosieńka nie mogła leczyć się, jak długo trzeba. Ja wierzę w cudy. Pan wie, jak mi się cudownie udało wyratować panią Zawidzką i trafić do pana Mudrowicza…

– Wiem, wiem. To był naprawdę cud! Widujesz go czasem, Ewuniu?

– Pana Mudrowicza? – zaśmiała się Ewcia. – A jakże! Tego pan jeszcze nie wie, co się u nas stało przed tygodniem. Pan Mudrowicz był u Zawidzkich przez cały wieczór.

– Nie może być!

– Był, bo ja go przyprowadziłam.

– I co, i co?

– Z początku ciężko i pan Mudrowicz wyglądał troche tak, jakby przerazony, ale pani Zawidzka taka jest dobra i słodka, a pan Jerzy taki wesoły, że pan Mudrowicz niechętnie, zdaje się, odchodził. Bardzo mu się podobało pomiędzy ludźmi. Nazajutrz przysłał pani Zawidzkiej mnóstwo kwiatów, a mnie całą cukiernię i teraz będzie przychodził w każdą niedziele. Dobrze to zrobiłam, co?

– Nadzwyczajnie!

– A ja wpadam czasem do niego, nagadamy się, naśmiejemy…

– Naśmiejemy?

– A cóż pan myślał? Pan Mudrowicz, biedaczyna, nie śmiał się od tylu lat, że teraz musi to odrobić. Jedno mi się tylko nie udało. Widział pan lokaja pana Mudrowicza, Pawła?

– Aha! Przecie z nim gadałem.

– Otóż ten człowiek ani razu jeszcze się nie uśmiechnął! Ani razu. Piec już by się zaśmiał, a on nie. To już chyba taki kaleka.

Rozmawiali o tym i o tamtym i uzgodnili swoje stanowisko wobec świata i ludzkości. Wreszcie Ewcia rzekła niespodzianie:

– Proszę pana, prawda, że pan jest mądrym człowiekiem?

– Ci co mnie dobrze znają – odrzekł z uśmiechem pan Szymbart – są przeciwnego zdania, ci zaś, co mnie znają mniej, są pełni wątpliwości.

– Mnie się jednak zdaje, ze pan jest bardzo mądry. I dlatego chciałabym pana zapytać o radę… Niech mi pan powie, jak to zrobić, aby ożenić młodego człowieka ze śliczną panną, chociaż oni oboje o tym nie wiedzą!

– Co takiego?

– Mówię wyraźnie: on nic o tym nie wie, ona nic o tym nie wie, tylko ja bym tego bardzo chciała.

– Dziewczyno! – zawołał pan Szymbart. – Co ty nowego zamyślasz? Chcesz żenić ludzi wbrew ich woli? Co się tobie stało? Ej, nie igraj z ogniem, bo się sparzysz! Powiada pewien wschodni mędrzec, że można jeździć na tygrysie, ale niebezpiecznie jest z niego spaść, a ja widzę, że ty już siedzisz na tygrysie. I zlecisz! Słowo daję, że zlecisz!

– Widzę, ze się pan na tym nie rozumie – rzekła Ewcia zawiedziona. – Kobieta zrozumiałaby mnie od razu i dałaby mi doskonałą radę. Gdyby wszystkie moje koleżanki nie rozjechały się na wakacje, zrobiłybyśmy naradę i wszystko byłoby gotowe. Przecie trzeba pomagać ludziom, którzy sami nie wiedzą, jak to zrobić, aby się ożenić.

– Czy ten młodzieniec chce tego?

– Przyznaję, że nie wiem.

– A ta panna?

– Któraż panna nie chce wyjść za mąż? Musi się oczywiście przed tym zakochać na śmierć! A mnie właśnie o to idzie, aby się tak zakochała.

Ponieważ pan Szymbart, wszystkie zmysły wysiliwszy, nie mógł znaleźć sposobu na śmiertelną miłość panieńską, Ewcia pozostawiła go w wirze zwątpień i przerażeń. Spokojny ten człowiek, któremu przed dwudziestu laty rzekła chłodno matka przyszłej pani Szymbartowej: "Od dwóch miesięcy zjada pan u nas obiady, myślę więc, że się pan dzisiaj oświadczy mojej ukochanej córce – patrzył za odchodzącą Ewcią wzrokiem osłupiałym.

– "Niektórym ludziom" – myślał posępnie pan Szymbart – "brak jest piątej klepki. Ta dziewczyna jednak ma ich najmniej sześć. Czy to jest lepiej, czy to jest gorzej?"

Odpowiedź na to niezmiernej wagi zagadnienie znalazł Jerzy, który z ogródka willi malował z dala widniejące ogromne topole, co jeszcze w tych stronach ocalały przed kamiennym zalewem miasta. Ewcia, powróciwszy ze swoich wędrówek po mieście, tak napęczniała cudzymi zmartwieniami jak czarna chmura deszczem, przysiadła obok na trawie i przypatrzyła się w milczeniu, nie śmiąc żadnym słowem zmącić przyszłej ciszy. Wreszcie Jerzy przerwał pracę, usiadł na składanym krzesełku i wydobył fajeczkę. Kopcący ten przyrząd miał tę własność, że wciąż gasł.

– Jureczku… – odezwała się Ewcia tak czule, że malarz spojrzał na nią zdumiony.

– Czego pragniesz, Ewelizardo?

– Nie pogniewasz się na mnie, skoro cię zapytałam o jedną dziwną rzecz?

– Jestem dzisiaj łagodnie usposobiony i dlatego wspaniałomyślny. Gadaj!

– Powiedz mi… Ale naprawdę się nie pogniewasz?… Powiedz mi, czy byś się chciał ożenić?

– Nigdy! – krzyknął Jerzy. – A zresztą co to ciebie obchodzi?

– Pewnie, że mnie nie obchodzi – odrzekła Ewa słodko. – Ale dlaczego nie chciałbyś się ożenić?

– Bo mój duch wolny i nieśmiertelny nie znosi tyranii! To jedno. A następnie: malarz nie powinien się żenić, bo jest istota wyższego gatunku i musiałby szukać przez sto lat godnej siebie kobiety. Rozumiesz, bąku? – mówił śmiejąc się głośno.

– Rozumiem, oczywiście, że rozumiem – odrzekła Ewa dziwnie zgodliwie. – A gdyby jednak znalazł taką wyjątkową istotę, to co wtedy?

– Wtedy także nic.

– Są jednak malarze żonaci…

– Podobno są, ale to nieszczęśliwi ludzie. Żony każą im strzyc włosy, zjawiać się o swojej porze na obiad, nie pozwalają im wycierać pędzla o ubranie, nie pozwalają niedopałków papierosów wtykać w zagłębienie fotela, jakby to komu szkodziło, każą im w przedpokoju zdejmować zabłocone buty, gdy malarz malował na zoranym polu, każą im łazić na wizyty, a dochodzi nawet do tego, ze żona jednego z moich przyjaciół malarzy kazała mu przeczytać powieść swojej przyjaciółki. Czy dobrze słyszałaś, rajska Ewo? Powieść przyjaciółki! Ten człowiek płakał, prosił, groził i tłukł głową o ścianę. Omal że się nie rozchorował. I żeń się tu, człowieku!

– No, dobrze – zaśmiała się Ewcia. – Ale gdyby przyszła żona przyrzekła malarzowi, że mu nie każe strzyc włosów i czytać powieści to co?

– Nie ma aniołów na tym świecie!

– Jureczku…A gdybym ja ci znalazła takiego anioła, ożeniłbyś się?

Jerzy spojrzał na nią przenikliwie i rzekł:

– Słuchaj no, Ewo, córko Hieronima! W mojej pracowni pod szafą leży książeczka z obrazkami, której używam czasem do tępienia much. Weźmij sobie te książeczkę i zajmij się czytaniem wierszyków i oglądaniem obrazków. To w sam raz dla ciebie. A jeżeli jeszcze raz zaczniesz ze mną gadać o moim małżeństwie…

– Dobrze, dobrze… Już nie będę. Ja tylko tak sobie… Bo co mnie to obchodzi, czy ty się ożenisz czy nie? Prawda? Ja myślałem tylko, że mama to by się strasznie ucieszyła…O, znowu ci fajka zgasła… Basia mówiła mi onegdaj, że ci bardzo do twarzy z fajeczką i że wyglądasz jak młody angielski arystokrata.

– Kto, ja?

– Przecie ja fajki nie palę. Aha! I prosiła mnie, abym cię zapytała, czy dobrze kazała oprawić twój obrazek, bo dała srebrna ramę. Cieniutką srebrną ramę… I gdzie go powiesić? Czy w słońcu, czy w cieniu?

– A gdzie go powiesiła?

– W swoim pokoiku, nad łóżkiem. Powiedziała mi, że skoro się obudzi, musi od razu spojrzeć na ten obrazek, bo wtedy nawet dżdżysty dzień wydaje się jej pogodny. Co się stało, Jureczku?

Pytanie było uzasadnione, gdyż Jerzy schował gwałtownie fajkę do kieszeni, nie zauważywszy, ze tli w niej wyjątkowo ogień, porwał paletę i począł szybko jeździć pędzlem po płótnie.

Ewcia zapadła w mroczne milczenie i siedziała ze zmarszczonym czołem, co jest zewnętrznym objawem potężnej niemej pracy ducha; po chwili przerwała to filozoficzne zajęcie i zawołała z przestrachem:

– O, Jerzy! Zdaje mi się…

– Siedź cicho! – odkrzyknął Jerzy nie dając jej dokończyć zdania.

– Ależ ja ci mówię, Jureczku…

– Siedź cicho! – powtórzył malarz. – Znamy się na twoich kawałach.

– To żaden kawał, tylko…

Jerzy wzruszył ramionami i zaczął gwizdać w dość fałszywej tonacji.

– Doskonale! – zawołała Ewa. – Zobaczymy, co z tego będzie. Ja już ani pisnę. Słychać było jedynie szorstki dotyk pędzla i ćwierkanie wróbla, który przysiadł na rynnie. Z tymi skąpymi głosami natury poczęła się mieszać różnorodne jej zapachy, dotąd nikłe i ledwie wyczuwalne, od pewnej chwili jednak wzbił się ponad nie jeden mocno drażniący i niemiły. Jerzy pociągnął nosem i mruknął:

– Coś się pali…

– Aha! – rzekła Ewcia. – Cos się pali.

– Jakiś papier czy pierze?

– Mnie się zdaje, że wełna. Coś jakby ubranie.

– Ubranie? Czyje?

– Twoje – odrzekła Ewcia spokojnie. – Pali się już od dziesięciu minut. Chciałam ci już dawno powiedzieć o tym, ale ponieważ ty się znasz na moich kawałach…

– Aj, aj! – wrzasnął Jerzy i zerwał z siebie kurtkę, w której zawsze gasnąca fajka wypaliła kieszeń i poczęła okazywać dalsze żarłoczne zamiary.

– Gdybyś miał żonę, może by ci to naprawiła! – rzekła Ewcia, lecz szybko zerwała się z trawnika, gdyż Jerzy zdradzał obłąkane zamiary uczynienia jej jakiejś doraźnej krzywdy. Przystanąwszy w bezpiecznej odległości, mówiła dalej z powagą: – Trzeba zawsze, mój chłopcze, słuchać tego, co mówią ludzie rozsądni i zrównoważeni, choć nie umiejący malować, co na jedno wychodzi.

Nieszczęsny pogorzelec zabił ja spojrzeniem najpierw prawego, potem lewego oka, po czym począł oglądać szkody dokonane przez fajkę.

– Ewciu, Ewciu! – ozwał się przez okno głos pani Zawidzkiej. – Choć no prędko, mam dla ciebie niespodziankę.

– Przez drzwi czy przez okno? – zawołała Ewcia.

– Nawet przez komin, byle prędko!

Pani Zawidzka podała jej gazetę i wskazując palcem niedługi artykuł, rzekła:

– Czytaj, drogie dziecko, a bardzo się ucieszysz.

– O tatusiu! – krzyknęła Ewa, ledwie rzuciwszy okiem.

Poczęła czytać korespondencje z Chin, w której pośród czerni liter błyskało od czasu do czasu promieniście nazwisko jej ojca; korespondent oznajmiał całemu polskiemu światu, że doktor Hieronim Tyszowski zdobył sobie w Chinach sławę szeroką i zasłużoną, że mądrzy Chińczycy błogosławią jego działalność, a najwyższe władze składają mu hołdy; że polski uczony pomnożył niepospolicie chwałę imienia polskiego i że nie szczędził sił, by zamierzone swoje dzieło doprowadzić do końca.

Czarne literki zaczęły tańczyć przed oczami Ewci, migotać, złocić się i promienieć. Potem spadła na nie niespodziewana ulewa łez czystych i rzęsistych, a jeszcze potem Ewcia ucałowała gazetę w tym miejscu, w którym czarno na białym wypisano nazwisko jej ojca. Nie było dotąd wypadku, aby gazetę, w którą dobrzy ludzie zawijają śledzie, całowano z rozczuleniem. Może dlatego pani Zawidzka uśmiechnęła się nieco dziwnie, bo też jakby przez łzy.

– A co? – wołała Ewcia. – Udał mi się Hieronim!

Artykuł został głośno odczytany siedem razy, tak że nawet Rolmops cośkolwiek wreszcie z tego zrozumiał i zawył z wielkiego ukontentowania. Gazeta została wzięta przez Ewcię na własność, gdyż należało ją odczytać jeszcze: Basi, panu Mudrowiczowi, Szymbartom i należało ją wysłać pani Halickiej.

Jerzy, wzruszony serdeczną radością Ewci, zapomniał o spalonej kieszeni i rzekł:

– Jutro pójdę do redakcji i kupię ci kilka egzemplarzy tej gazety. Znaj pana!

Dnia tego nie mówiono oczywiście o niczym innym, tylko o chińskiej cholerze, lecz prędko wyczerpano temat ze względu na dość skąpe o niej wiadomości. Przybył wprawdzie niespodzianie nowy światły umysł, lecz nie mógł wziąć udziału w naukowej dysertacji, sam bowiem zdradzał objawy jakiejś niepokojącej i gwałtownej choroby. Oto do pokoju wszedł miły Rogalik, lecz jakże odmieniony! Musiało mu się coś zakręcić w rozumie albo serce przeskoczyło w nim na prawą stronę, albo też zwykła cegła na niezwykłą upadła głowę. Na twarzy miał wypieki, a w poczciwych oczach wyraźny obłęd. Ukłonił się, bo ukłonić się musiał, nikomu jednak z żyjących, lecz gdańskiej szafie. Potem się zatoczył i padł na krzesło i ciężko dysząc.

"Upił się Rogalik!" – pomyślał Jerzy z trwoga.

– Co się panu stało? – rzekła zaniepokojona pani Zawidzka.

– Może wody? – zawołała Ewcia.

– Nie…nie… – zaszemrał Rogalik. – Ja zaraz… Biegłem prędko… O panno Ewo!

Ewcia zdumiona, że jej imię zostało wypowiedziane z łzawym wzruszeniem, zerwała się z krzesła.

– Czy pan jest chory? – szepnęła.

– Nie, nie! – krzyknął Rogalik z mocą. – Ja jestem szczęśliwy! Przez Panią! Przez panią jestem szczęśliwy!

Ewcia spojrzała na niego z widocznym przejęciem, a błagalnie na panią Zawidzką, która niczego nie rozumiejąc, spojrzała z kolei na Jerzego, wzywając na ratunek męskiej pomocy.

– Panie kolego! – rzekł Jerzy dobitnie. – Niech się pan uspokoi. Jeżeli pan jest szczęśliwy, to dobrze. I ja się cieszę, i moja matka, i Ewcia…

Miły Rogalik słuchał go uważnie, jak gdyby każdemu słowu przyglądał się z osobna. Widać, że coś zdołał pojąć resztką niezwarzonego rozumu i jakby teraz dopiero zrozumiawszy, że oprócz gdańskiej szafy i Ewci ktoś jeszcze znajduje się w pokoju, zerwał się, ukłonił ze wspaniałym rozmachem i rzucił się do rąk pani Zawidzkiej.

– Przepraszam, bardzo przepraszam – mówił gorąco. – Ale ja jestem taki szczęśliwy, o Boże, jaki ja jestem szczęśliwy.

– Dobrze już, dobrze! – powiedziała pani Zawidzka. – Ale co się panu przydarzyło?

O, proszę pani!… Niedawno w cukierni panna Ewa jadła lody i mówi: "niech pan siądzie z nami!"

– Ach! – szepnęła Ewcia zaczynając pojmować.

– Nic nie rozumiem! – rzekła pani Zawidzka.

– Niechże mama uważa – zaśmiał się Jerzy. – Pan Rogalik był w cukierni z Ewcią…

– Wcale nie! – zawołała Ewcia. – Ja byłam w cukierni z panem Mudrowiczem… – Tak, tak! – potwierdził gorąco miły Rogalik. – I pan Mudrowicz kazał mi przyjść…

– A mówił pan, że Ewcia…

– Panna Ewa kazała mi przyjść do stołu, a pan Mudrowicz do siebie. Mówił: "Niech mi pan pokaże swoje obrazki, panie Rogalik!" – I ja tam dzisiaj byłem.

– U pana Mudrowicza? – zdumiał się Jerzy.

– Tak, tak! Zaniosłem mu obrazy, a on patrzy, patrzy i mówi: – "Jeszcze nie to, co być powinno, ale z ciebie, chłopcze, coś będzie! Patrz, jak maluje Zawidzki, i ucz się!"

– O! – szepnął Jerzy. – Tak powiedział?

– Tak… A potem długo myślał, poklepał mnie po ramieniu i powiada: "Słuchaj, chłopcze! Ja mam, a ty nie masz, wiec się podzielimy… Na trzecim piętrze jest tu wolny pokoik…Tam sobie będziesz mieszkał. A żebyś miał co jeść, dostaniesz ode mnie stypendium do czasu ukończenia nauki!"

– O Boże! – zdławionym głosem wykrzyknęła Ewcia.

– Ja też tak zawołałem, proszę pani – mówił zadyszanym gorącym głosem Rogalik. – Świat się zakręcił razem ze mną… Zacząłem mu dziękować, a on powiada: "Nie mnie dziękuj, nie mnie, ale pannie Tyszowskiej musisz podziękować!" – i bardzo się cieszył…A ja zawołałem: "Pannie Tyszowskiej? Już lecę!" – I wybiegłem…Tak biegłem, że zostawiłem u pana Mudrowicza kapelusz… O panno Ewo!… O panno Ewo!… Bo gdyby nie pani…

– Na kolana, Rogalik! – wrzasnął Jerzy przeraźliwym głosem.

Zdawało się, że ten głos był wystrzałem armatnim, co ugodził Rogalika w szlachetną pierś i powalił go do stóp Ewci, która pisnąwszy cieniutko, skryła się w ramiona pani Zawidzkiej.

Pani Zawidzkiej zaś zdawało się, że jest w teatrze na tak dziwnej sztuce, iż nie widziała: czy się śmiać, czy płakać?


Rozdział dwunasty

W którym roztropna głowa rozmyśla, jak zbliżyć do siebie dwa serca.


– Co pan z nami wszystkimi wyprawia?- mówiła Ewa do pana Mudrowicza, który był najwyrazniej zawstydzony. – Najpierw uszczęśliwił pan panią Zawidzką, a przez to Jerzego i mnie. A wczoraj Rogalik postradał ze szczęścia zmysły…

Rogalik zostawił u mnie kapelusz…- mruknął pan Mudrowicz.

– I kapelusz, i głowę, i serce. Pan nie może sobie wyobrazić, co się z nim działo.

– Ach, mówić nie warto…

– O, żeby wszyscy byli tacy jak pan!

– Wtedy byłoby smutno na świecie – bąknął pan Mudrowicz. – Przestań, Ewuniu.

I wierz mi, że mnie było znacznie przyjemniej niż temu Rogalikowi. Ale, ale… Czy zostaniesz u mnie na obiedzie?

– Nie mogę, bo jadę do Otwocka do Zosi Szymbartówny.

– W takim razie ja jadę z tobą! – rzekł pan Mudrowicz z mocą.

Nie dał się odwieść od tego zamiaru, twierdząc, że od wielu lat nie wyjeżdżał poza Warszawę, wiec szalona wyprawa aż do Otwocka będzie dla niego wyprawą do Ziemi Obiecanej, czemu trudno było zaprzeczyć, gdyż "Otwock żywicą pachnący" dziwnie przypominał izraelskie rubieże. Nie zgodził się też na jazdę pociągiem i ku niesłychanej radości Ewy kazał Pawłowi sprowadzić automobil.

– Niech mu to pan wyraźnie wytłumaczy – rzekła Ewcia – gdyż Paweł gotów sprowadzić karawan.

Oleisty smutek nie zalał jednakże całkowicie rozsądku Pawła, więc pojechali automobilem. Pan Mudrowicz wstąpił po drodze do sklepu, w którym sprzedają słodkie rozkosze żywota.

– Dasz to swojej przyjaciółce – rzekł wręczając Ewci pudełko wielkości młyńskiego koła.

Ona nie podziękowała słowami, lecz spojrzała na pana Mudrowicza takim spojrzeniem, że się staruszek uśmiechnął dziwnie jakoś nieporadnie. Zastanowiło ją to, że pan Mudrowicz, dotąd puszczyk, unikający dziennego światła, przemykający się chyłkiem przez resztę swojego niezmiernie smutnego życia, sam się teraz z gorącą skwapliwością garnie do ludzi. Odmieniła się nie tylko zbolała i skostniała wśród zgryzot dusza tego człowieka, lecz stał się z nim cud inny jeszcze: brzydki pan Mudrowicz przestał się trwożyć swojej własnej twarzy. Rozwiało się chorobliwe jego urojenie, że ludzie będą się odwracali ze zgrozą na jego widok. Od czasu kiedy go Ewcia wywiodła "z ziemi egipskiej, z domu niewoli", samotności i udręczeń, nie zdarzyło się jeszcze, aby go ktoś obraził lub dotknął zalęknionym lub zdziwionym spojrzeniem; nabrał przeto odwagi, a gdy był w towarzystwie Ewci, stawał się bohatersko odważny. Za to wszystko był jej nieskończenie wdzięczny. I dlatego na dnie serca jak na dnie wyschłej studni odnalazł uśmiech, którego zapomniał. Jadąc teraz z tą dziewczyną czuł się jak szalony żak, co jedzie na wakacje. Pomrukiwał z zadowolenia, gadał o tym i owym i pytał, wciąż pytał. Wiedział o wszystkim co się działo dookoła ukochanej Ewuni, lecz mu wszystkiego było za mało. Wiedział też o czarnych zgryzotach państwa Szymbartów, nie mogących utrzymać córki przez cały rok w sanatorium.

Biedniutka Zosia nie mogła w pierwszej chwili przemówić z radości i zachwytu. Ponieważ dzień był prześliczny, leżała na werandzie, otwartymi usteczkami pijąc to zdrowie, co się jak złota żywica sączy z gęstwiny karłowatych sosen. Wzdłuż długiego ogromnego budynku leżało mnóstwo takich jak ona, dotkniętych podstępną, straszną, jadowitą chorobą: gruźlicą. Byli to przeważnie ludzie młodzi, czepiający się życia łakomym, często aż drapieżnym spojrzeniem szeroko rozwartych oczów. Wypatrywali nadziei, co się wychyli z tego sosnowego lasu, co przyleci spod słońca, co przypłynie Wisłą. Na bladziutkich, często aż sinych ustach drżały niesłyszalne szepty, modlące się cicho, cichuteńko promienistą łaskę życia. Ręce niektórych dziewczynek leżały nieruchomo na kołdrze, blade i długie jak łodygi nadwiędłych kwiatów. Niektórym kropelki poty zwilżyły czoło barwy słoniowej kości, jak gdyby całe ciało płakało z trwogi, co w tej chwili białością dnia porażona odeszła i przyczaiła się gdzieś w mroku, lecz powróci w nocy, wypełznie z kąta i chyłkiem się podkradłszy, chwyci biedniutkie zrozpaczone serce aby je w zimnej kościstej dłoni zdławić jak bezbronnego ptaka. Śmierć w postaci posępnego cichoskrzydłego jastrzębia krąży nad tą okolicą i nieruchomymi oczyma wypatruje ofiary wśród tych piskląt. Bóg ich strzeże i ci biało odziani, przez Boga dobrotliwego posłani ludzie, co się snują tu i ówdzie, baczni, bystrze patrzący, czujni na każdy odgłos zniszczonych płuc. Są to apostołowie świętego miłosierdzia. Cichutka, ze ślicznym uśmiechem na słodkiej twarzy siostra, która temu miłosierdziu poświeciła życie, stąpa powoli wzdłuż szeregu leżących dziewczynek. Jednej rzuci słowo promieniste jak kwiat, drugiej pogładzi czoło ręką, innej podniesie poduszeczkę, aby jej było wygodniej. Przechodząc obok Zosi uśmiechnęła się i do niej, i do Ewci, i do pana Mudrowicza, który odkrył szybko głowę i skłonił się jej z głęboką czcią.

Dziewczyna zaczęła rozmawiać: Zosia powoli i z trudem, Ewcia szybko i perliście. Pan Mudrowicz patrzył i słuchał. Nie chciał przeszkadzać przyjaciółkom i nie chciał im zabierać ani jednej chwili. Ewcia wygadała przez pół godziny dwa grube tomy, w których było wszystko: i o Zawidzkich, i o Basi, i o panu Mudrowiczu. Zosia spojrzała na niego szeroko rozwartymi oczami pełnymi mądrej tkliwości cierpiącego człowieka, potem uśmiechnęła się bladziutkim uśmiechem i położyła rękę na jego ręce. Starszy człowiek zadrżał.

– Pan musi być strasznie dobry – mówiła cichuteńko – skoro Ewcia pana tak kocha.

Pan Mudrowicz chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Na szczęście przypomniał sobie o pudełku ze słodyczami, które położył przy sobie na ziemi, podniósł je niezręcznym ruchem i położył obok Zosi.

– Boże złoty! To dla mnie?

– Od Ewci – zamruczał dziwnie pan Mudrowicz.

– Od Ewci, od Ewci! Wszystko zawsze od Ewci! – zaśmiała się Ewa. – Nie wierz panu, Zosieńko! To pan Mudrowicz ci przywiózł, a dlatego takie małe pudełeczko, bo w całej Warszawie nie było większego.

Okazało się jednak, że ogromne pudło było zbyt małe, gdyż poszło ono natychmiast w okrężna drogę do sąsiadek. Ewcia biegała z nim na polecenie Zosi i karmiła biedne dziewczęta jak wróble. Zdawało się, że każda czekoladka jest "pigułką szczęścia", która wywołuje uśmiechy i ciche okrzyki. Pan Mudrowicz pomyślał ponuro, że jest złym człowiekiem, bo przywiózł tylko jedno pudełko. Nie wiadomo czy z tego, czy też z innego powodu podniósł się nagle i rzekł:

– Pogadajcie tu sobie, dziewczęta, a ja obejrzę sanatorium.

Szedł powoli z odkrytą głową, jakby jej nie śmiał nakrywać w obliczu cierpienia, i po chwili zniknął za zakrętem.

Podczas powrotnej drogi był zamyślony i milczący. Raz tylko powiedział tak, jak gdyby głośno rozmyślał:

– Człowiekowi zdaje się zawsze, że jego osobiste cierpienie jest największe na świecie. A to jego cierpienie jest tylko kropelką w oceanie… Niech mi Bóg przebaczy…

Ewcia nie przemówiła ani słowem, nie chcąc mącić jego zatroskanej zadumy. Wiedziała, o czym mówił sam do siebie, pomyślała jednak, że może on nie pragnie, aby wiedziała.

Dopiero gdy już dojeżdżali do Warszawy, pan Mudrowicz jak gdyby się obudził.

– Powiedz mi, Ewuniu – mówił nie patrząc na nią i jakby od niechcenia – kto są ci… jakże im tam? no! ci! ci Szymbartowie?

– To biedni ludzie – odrzekła. – Pan Szymbart jest człowiekiem roztropnym i żyje z małej emerytury, a pani Szymbartowa jest kobietą nieszczęśliwą.

– Tak, tak, wiem…Mówiłaś mi o tym. Biedna ta Zosia… A gdzie to oni mieszkają?

Ewcia odpowiadała bardzo ściśle, nieco zdziwiona, po co panu Mudrowiczowi ta wiadomość. Jeszcze więcej zdumiały ją następne jego słowa:

– Ewuniu – mówił powoli i z namysłem. – Chcę cię o coś bardzo serdecznie poprosić. Otóż rzecz jest taka: może się zdarzyć, że rodzice Zosi otrzymają przyjemną wiadomość… Wszystko jedno jaką… Ty się o niej oczywiście dowiesz. Przyrzeknij mi, drogie dziecko, że nie będziesz robić żadnych przypuszczeń i że nie będziesz żadnych snuć domysłów. Najlepiej będzie, jeśli oświadczysz, że o niczym nie wiesz, co zresztą będzie prawdą.

– Skoro nie wiem, to nie powiem! – zaśmiała się Ewcia.

– Tak, ale ty wiesz z pewnością, ile jest w Warszawie much, więc tak długo będziesz szukać, aż znajdziesz. Proszę cię, nie czyń tego! Dobrze?

– Dobrze!

– Słowo?

– Po co słowo? Jak pana kocham!

– Znakomicie, wierna duszo! I już o tym nie mówimy.

Pożegnali się bardzo czule, jak gdyby pan Mudrowicz miał wieczorem odpłynąć na wieki do Ameryki, a ona do środkowej Afryki, i rozeszli się niezmiernie z siebie radzi, bo takich zaprzysięgłych przyjaciół nie było w tym czasie we wszechświecie z najbliższą okolicą.

Dopiero nazajutrz o liliowym zmierzchu zrozumiała Ewcia, czemu to piekielnie chytry pan Mudrowicz kazał jej składać przysięgę. Przed dom pani Zaawidzkiej zajechała dorożka, do której przyczepiony był koń tak mizeracki, że zdawało się, iż to jego dorożka popycha, a nie on ją ciągnie. Mieszkańcy domu ze zdumienia "wyszli z siebie", ujrzawszy, że z dorożki wychodzą państwo Szymbartowie i wchodzą do willi. Oboje byli podnieceni i niespokojni.

– O Boże! – szepnęła Ewa. – Może to już po mnie?

– Skądże znowu! – odrzekł Jerzy. – Po ciebie przyszliby z koszem albo z workiem.

– Chyba ciotka przyjechała albo przyszła depesza od ojca – mówiła zatrwożona Ewa.

Pani Zawidzka powitała uprzejmie niespodzianych gości, którzy z bliska sprawiali wrażenie ludzi obłąkanych, bo pan Szymbart nie mógł wydobyć głosu, a pani Szymbartowa padła na najbliższy fotel i zaczęła płakać bez najmniejszej uwertury, bez przygotowania, bez zapowiedzi, bez ostrzeżenia, bez wprowadzenia słuchaczów w nastrój.

– Co się pani stało? – zawołała z niepokojem pani Zawidzka. – Czy jakie nieszczęście?

– Nie, nie! – rzekł pan Szymbart z pośpiechem, schwytawszy oddech. – Przeciwnie!

– W takim razie czemu pani płacze?

– Ze szczęścia! – krzyknął pan Szymbart.

– W tym domu zaczynają się dziać cudy – szepnął Jerzy do Ewci. – Oho! Pan Szymbart daje oznaki życia.

Pan Szymbart wydobył z kieszeni portfel, a z portfelu karteczkę, którą podał drżącą ręką pani Zawidzkiej.

– Niech pani czyta! – rzekł zdławionym głosem.

Pani Zawidzka odczytała cicho, że sanatorium w Otwocku potwierdza odbiór należności za czas jedenastu miesięcy od panny Zofii Szymbartówny.

– To doskonale! – rzekła pani Zawidzka z miłym uśmiechem. – Dlaczego mi pan to pokazuje?

W odpowiedzi pani Szymbartowa zapłakała na oktawę niżej, a pan Szymbart podniósł obie ręce ku niebiosom. Potem jedną z nich wymierzył w stronę Ewci i rzekł:

– Ona obiecała, że stanie na głowie! Słyszy pani?

– Co takiego? – zdumiała się pani Zawidzka. – Dlaczego Ewa miała stanąć na głowie?

– Nadzwyczajne! – zaśmiał się Jerzy.

Ewa zbladła i patrzyła na wszystkich ze strachem.

– Ewcia – wyjaśnił zdyszanym głosem pan Szymbart – wiedziała, że my nie możemy spłacić sanatorium. I wtedy powiedziała, że stanie na głowie, a pieniądze muszą się znaleźć. Teraz się znalazły, a nikt z nas nie wie, kto je dał.

– Ach, tak! – zdziwiła się pani Zawidzka. – A skądże ten kwit?

– Dostaliśmy go przed godziną pocztą. O czymś podobnym nie mogliśmy marzyć… Dlatego moja żona tak płacze…A ja chyba oszaleję ze szczęścia…

– Teraz rozumiem – rzekła pani Zawidzka. – Państwo chcą się dowiedzieć od Ewci, kto jest tym dobroczyńcą?

– Tak, tak! – krzyknął pan Szymbart.

Wszyscy spojrzeli na Ewę, która usiadła czym prędzej, jakby ją siły opuściły.

– Ewuniu złota – mówiła serdecznie pani Zawidzka – kto dał te pieniądze?

– Ja nie wiem o niczym! – odpowiedziała Ewa gwałtownie.

Pani Szymbartowa przestała płakać z nadmiernego zdumienia, pan Szymbart zaś zbliżył się do Ewci i mówił błagalnie:

– Dziewczyno złota! My musimy wiedzieć… Przecież my musimy kiedyś zwrócić te pieniądze…

– Ja nie wiem o niczym! – powtórzyła Ewa, już bliska łez i spojrzała na Jurka, wzywając go wzrokiem na ratunek.

– Moi państwo! – mówił Jerzy. – Skoro Ewa twierdzi, że o niczym nie wie, niepotrzebnie ją dręczycie. Sama tych pieniędzy nie dała, bo tyle ma majątku co turecki święty. Mogę na to przysiąc, bo mnie osobiście winna jest osiemdziesiąt groszy…

– Właśnie! – zawołała Ewa.

– Obiecała wprawdzie, że stanie na głowie – mówił dalej wesoło – ale dotąd jeszcze za to nie płacą, bo gdyby tak było, cała ludność ze mną na czele stałaby do góry nogami. Moim zdaniem znalazł się ktoś zacny, który nie chce, by o nim wiedziano, a pan Szymbart postąpi najrozsądniej, skoro go nie będzie szukał.

– Ale ja muszę… chciał wtrącić pan Szymbart.

– Oddać? Mój Boże! Cóż łatwiejszego? Gdy pan wygra los albo otrzyma spadek po nieznanej ciotce, zwróci pan te pieniądze w ten sposób, że pan opłaci sanatorium za jakąś inną Zosię czy Marysię. Powiedz, matko jedynego syna, czy mówię rozumnie?

– Jedyny mój syn mówi wyjątkowo rozumnie. Niech kochana pani nie płacze. Niech się pani raczej ucieszy, że są jeszcze na świecie dobrzy ludzie… O tak, tak… Niech się pani uśmiechnie raz jeszcze.

Pan Szymbart nie dał się jednak przekonać.

– Ale ona powiedziała, że pieniądze się znajdą! – mówił zamyślony. – Nie przestanę twierdzić, że to Ewunia sprawiła…

– Proszę pana…Ja naprawdę nie wiem o niczym…

– Nie łżyj! – szepnął jej Jerzy. Głośno zaś rzekł: – Panie Szymbart! Niech pan da na mszę za nieznanego dobroczyńcę, a Ewci niech pan nie dręczy. Napiją się państwo herbaty?

– Moja żona twierdzi, ze herbata… – jęczał pan Szymbart

– Ja już niczego nie twierdzę – odjękła pani Szymbartowa. – O, proszę pani! Jaka ja jestem szczęśliwa.

Po odejściu tych dwojga szczęśliwych mówił Jerzy:

– Czy mama zauważyła, że od pewnego czasu wszyscy, którzy przychodzą do tego domu, przybywają z oznajmieniem, iż są szczęśliwi? Najpierw my oboje uniknęliśmy ciosu, potem robił dziwne miny pan Mudrowicz, potem wytańcował tu Rogalik, a przed chwilą z wielkiego szczęścia płakała pani Szymbartowa, pan Szymbart zaś łapie się za głowę. Śmieszne historie! Istnieją na tym padole łez tacy, za którymi biegnie szczęście. Mam wrażenie, że ta oto niewyrośnięta osoba posiada tę właściwość. Ewelindo! Czy nie mogłabyś sprawić, aby i mnie osobiście spotkało coś wspaniałego?

Ewa spojrzała na niego bystrze.

– To się da zrobić! – rzekła.

– Choćby miała stanąć na głowie? Nie czyń tego, księżniczko chińska, bo wreszcie skończysz w cyrku.

Skoro jednak pani Zawidzka odeszła, Jerzy zmrużył lewo oko i rzekł cicho:

– Ewuniu, powiedz prawdę: pan Mudrowicz?

– Zupełnie nie rozumiem, o co pytasz – odrzekła Ewa zapłoniona.

– Nie chcesz gadać, to nie gadaj. Są tajemnice których się nie zdradza.

– Właśnie to samo chciałem ci powiedzieć. Są tajemnice, których dżentelmen nie wyjawi nawet na mękach. Dlatego publicznie ogłoszenie przed całym światem, że jestem ci winna osiemdziesiąt groszy, nie przynosi ci zaszczytu. Trudno jednak żądać od malarza…

– Nie kręć, Ewelizardo, nie kręć! – zaśmiał się Jerzy.

Nie ukrywał swojego podziwu dla tego brzdąca, który w godzinę potem odbył długą telefoniczną rozmowę z panem Mudrowiczem, rozmowę wielce tajemniczą, prowadzoną ściszonym głosem, pełną jednak zdławionych okrzyków radości i stłumionego śmiechu, zakończoną zapewnieniami wieczystej miłości. Pan Mudrowicz sprawił niespodziankę nie tylko Szymbartom, lecz i Ewci. Radość jej była tak niebotyczna i nieludzka, że przez całą resztę dnia nie chodziła sposobem powszechnie przez ludzkość na codzienny użytek przyjętym, lecz podskakiwała i podrygiwała krokiem tanecznym, ulubionym wśród wróbli. Niosło ją z kąta w kąt, wreszcie wieczorem poniosło ją do ogrodu. Wnet z drugiej strony, jakby wywołana tajemnym wołaniem, zjawiła się panna Barbara. Ponieważ sprawą zbyt pospolitą dla umysłów uskrzydlonych byłoby spotkanie na udeptanej ziemi przy jednej lub przy drugiej willi, uskrzydlone umysły wygramoliły się na mur graniczny i usiadły wśród dzikiego wina. Księżyc srebrzył się we wysokiej swojej pełnej chwale, a przeczyste rosy szkliły się jak brylanty na różach. Gdzieś w oddali wielkie miasto brzęczało i szumiało, w tym zakątku jednak było cicho i srebrzyście. Dziewczęta, przytulone do siebie, rozmawiały szeptem; ponieważ nie widziały się od rana, wiec treści do niezmiernie poważnej rozmowy nazbierało się na jakie trzy dni, a jeszcze nie wszystko zdałoby być dokładnie omówione. Dowiedziała się przeto Barbara, co uczyniła a o czym myślała Ewa, Ewa dowiedziała się co uczyniła i o czym myślała Barbara, gdy zaś zakończono uczciwą wymianę bezcennego towaru, wymieniono kilka uścisków i pokaźną ilość westchnień, należy bowiem zauważyć na podstawie głębokich doświadczeń, że dusze szczęśliwe podobne są do owego worka, w którym wedle wyobraźni Greków zamknione były wiatry, które czasem wydostają się na świat i wieje swobodnie.

Szczęśliwa duszyczka Ewy tę niezwykłą posiada właściwość, że zaczynała być nieszczęśliwa, skoro się własnym nie mogła podzielić szczęściem. Przedziwne dlatego przędła pomysły, zawsze bujne i cokolwiek niespodziane. Dziewczyna wpatrzyła się w księżyc – mądry, bo zawsze samotny, uśmiechnięty, bo w tej zimnej samotności pełen cierpienia – i myślała nad czymś bardzo głęboko.

– Basieńko – szepnęła. – Jakby to było cudownie na świecie, gdyby wszyscy ludzie byli dobrzy…

– O tak!

– A jakby to było cudowne, gdyby się wszyscy kochali – Wtedy nie byłoby ani złych, ani nieszczęśliwych, ani smutnych… Bogaty podzieliłby się z biednym, a szczęśliwy podzieliłby serce i połowę oddał nieszczęśliwemu.

Basia westchnęła głęboko, lecz smutnie, jak gdyby chciała rzec, że tylko w serdecznej przyjaznej poświacie księżyca mogę się snuć takie marzenia. Pomyślała, że w tej chwili pełnej słodyczy i troskliwości krople rosy na różach są dziwnie podobne do łez.

Ponieważ księżycowa filozofia Ewuni wyczerpała się doszczętnie, więc znowu wysłała pracowite myśli jak pracowite pszczoły na srebrny świat po nowe miody mądrości, że jednak nie powracały zbyt długo, rzekła cicho:

– Wiesz Basiu, co powinnaś zrobić?

– Co, Ewuniu?

– Powinnaś namówić ojca, żeby złożył wizytę pani Zawidzkiej.

– Wizytę – rzekła Basia przeciągle. – Pod jakim pozorem?

– Nie trzeba żadnego pozoru. Sąsiedzi prawie zawsze odwiedzają sąsiadów.

– Tak, na wsi…

– Przecie to tak jak na wsi. A właściwie to Jurek był już u ciebie z wizytą.

– Nie bardzo.

– Ale twój ojciec powinien przyjść… Z tobą oczywiście…

Basia najwyraźniej drgnęła.

– Pani Zawidzka – mówiła Ewcia – będzie bardzo rada. Pojęcia nie masz, jaka to kochana osoba, a przy tym prawie zawsze sama. Mnie wciąż nosi, a Jurek nie wyłazi ze swej pieczary, tylko wciąż maluje. Przyjdźcie do nas, Basieńko, koniecznie przyjdźcie! Potem pani Zawidzka odwiedzi twoją matką i pogadają sobie kobieciny. Nie myślisz, że to byłoby świetnie?

– Być może – odrzekła Basia zamyślona. – A jeżeli ojczulek nie zechce?

– Mojemu Hieronimowi nie potrzeba by długo gadać. Wzięłabym go pod rękę i nawet by nie wiedział, dokąd idzie. Później wprawdzie też by nie wiedział, gdzie był i u kogo, ale już by było po wszystkim. Myślę, że z twoim nie będzie o wiele trudniej. Ojcowie powinni słuchać swoich córek, jeżeli na świecie ma być jaki taki porządek. Zrobisz to, Basieńko?

– Spróbuję…

– Tylko spróbuj! Najlepiej będzie pojutrze około piątej…

– Pojutrze… około piątej… – powtórzyła Basia bardzo cicho, lecz dobitnie, jak gdyby chciała sobie te słowa zapisać w pamięci ostrym księżycowym promieniem.

Musiała to uczynić bardzo starannie, gdyż we czwartek około piątej Ewa, zdradzająca od czasu obiadu wyraźny niepokój, zawołała patrząc w okno:

– Pan Zawiłowski idzie do nas! – Potem dodała szybko: – Pewnie z wizytą, bo czarno odziany…

Jerzy, czytając gazetę, porwał się z krzesła

– Ja tu nie jestem potrzebny, proszę mamy… Nie cierpię wizyt!

Chciał już czmychnąć kiedy Ewa oznajmiła:

– Ach i Basia idzie też! Proszę pani, niech Jurek nie ucieka, bo nie wypada…

– Co to znaczy "nie wypada"? Zresztą mogę zostać, bo mi się tak podoba.

Wszedł pan Zawiłowski w uroczystym obleczeniu, potężny i wspaniały. Wąsy miał starannie ułożone, a brwi tak bujne, że gdyby mu wąsów zabrakło, mógłby je zastąpić brwiami. Basia, odziana była w śliczną sukienkę, tak barwną, że powinny za nią gromadą latać pszczoły. Ponieważ o tym czasie na rodzinnej ziemi dojrzewały właśnie pomidory, nie dziwota przeto, że i na jej twarzy zjawiły się z niewiadomej przyczyny rumieniec o złocistej głębokiej czerwieni.

Gdy ceremoniał pierwszego uroczystego powitania został wyczerpany, pan Zawisłowski zasiadł w fotelu z wprawą wielokrotnego prezesa wielu komitetów, nabrał tchu i "zagaił posiedzenie", Objaśniwszy, że wedle odwiecznego zwyczaju sąsiad co osiadły winien jest złożyć hołd i uszanowanie sąsiadom zasiedlonym. Ciągnąc tę wyborną perorę wpatrywał się pilnie w twarz pani Zawidzkiej, która też nieznacznie krążyła spojrzeniem dokoła jego twarzy, ozdobionej dwiema parami wąsów. nagle pan Zawiłowski uderzył dłonią w kolano i zawołał uradowany:

– Ej, pani dobrodziejko, czy my się przypadkiem nie znamy?

– I nmie się coś tak zdaje… – odrzekła z uśmiechem pan Zawidzka.

– Coś tak przed trzydziestu laty w Kutnowskiem…

– Tak, tak!

– Panna Gronowska z domu, w której kochało się cztery powiaty…

– Gronowska z domu, ale czy cztery powiaty…

– Powiedziałem i nie cofnę! – uradował się pan Zawiłowski z całego serca.

Radość podzielili wszyscy obecni, a Jerzy pomyślał:

"Teraz powinienem powiedzieć: ‹góra z górą się nie zejdzie, a…›"

– Góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze! – zawołał pan Zawiłowski. – A wie pani, że gdyby mi kto jeszcze jedną cukrownię podarował, mniej by mnie to nie uradowało!

Pani Zawidzka, tak wspaniale oceniona, najwyraźniej ogarnięta była wzruszeniem. Z żywą przyjemnością zaczęła słuchać rozwichrzonej opowieści o dawnych czasach, o ludziach i zdarzeniach. Pan Zawiłowski dosiadłszy rączego bachmata wspomnień całował raźno poprzez lata dawno osiwiałe wywoływał duchy zmarłych, na potężne jego wezwanie budzących się niechętnie z wieczystego snu. Troje młodych przysłuchiwało się temu z należytym szacunkiem, skoro jednak w pokoju zaczęło być tłoczno od rozmaitych babek i ciotek, skromnych dziewic i siarczystych kawalerów tańczących mazura, Ewcia mrugnęła znacząco w stronę Jerzego, który jednak nie zauważył tajemnego znaku, albowiem wpatrzony był chyłkiem w Basię. Ewa postanowiła przeto wystąpić na rachunek własny i rzekła do pani Zawidzkiej:

– Proszą pani! Basia chciałaby bardzo zobaczyć pracownię Jurka…Czy możemy wyjść?

– Ależ oczywiście! – odpowiedziała pani Zawidzka i mimo woli spojrzawszy na Basię pomyślała, że dawno nie widziała piękniejszej i bardziej uroczej dziewczyny. – My tu sobie jeszcze pogadamy… Idźcie, dzieci!

Basi na myśl nawet nie przyszła wyprawa do malarskiej pracowni, a Jurek spojrzał na Ewę ze zdumionym podziwem. Podniósł się niezgrabnie i wskazując Basi kierunek, rzekł niepewnie:

– Służę pani…

– Chodź, Basieńko – mówiła cicho Ewa.- Pan Jerzy nie wszystkich zaprasza do swojej pracowni. Dawno jednak marzył o tym, żeby tobie pokazać obrazy. Prawda, Jureczku, że marzyłeś o tym?

Żaden baran od stworzenia tego gatunku nie spojrzał bardziej wyłupiastym spojrzeniem na zuchwałego człowieka. Wobec nagłego otępienia jednego w tym gronie mężczyzny przewodnictwo swoim zwyczajem objęła Ewa i po krótkiej chwili urządziła scenę wedle wzoru zapamiętanego od owego dnia, w którym zasnęła na pace po mydle. Na tym samym chwiejnym tronie usadziła Basię nieco zalęknioną, Jerzemu zaś rozkazała:

– Do roboty! Pokazuj obrazy, ale tylko dobre. Mnie mogłeś ocyganić, ale z Basią tak łatwo ci nie pójdzie.

– Ewuniu! – szepnęła Basia ze słabym wyrzutem.

– Wiem, że gadam głupstwa – zaśmiała się Ewa – ale jest mi dzisiaj strasznie wesoło. gdzie wam podać herbatę: tutaj, czy zejdziecie do senatorów?

– Ja myślę… – zaczęła Basia.

– Że tutaj – dokończyła szybko Ewa. – Jurek też zawsze pije w pracowni, bo zapewne ma tu gdzieś schowany koniak.

Jerzy chciał krzyknąć wielkim głosem, że nigdy tu nie pijał herbaty ani koniaku, gdyż w tym zakątku z płynów przechowuje tylko terpentynę do mycia pędzli, ale nie miał już komu o tym powiedzieć, bo Ewa zbiegła po schodach, głośno dudniąc. Z kolei chciała krzyknąć z miłego zdumienia pani Zawidzka, która od dłuższej chwili myślała nad tym, co by podać tym miłym gościom, którzy jej tyle sprawili radości. Wprawdzie rozmaite urzędowe hrabiny wydały prawo, że gościa, co się zjawi w domu po raz pierwszy, nie należy karmić niczym ani poić, prócz uprzejmym bredzeniem o teatrze, w którym się nie było, i o książkach, których się nie czytało, pani Zawidzka jednak nie była hrabiną. Przybycie Zawiłowskich jednak było niespodziane i w domu prócz resztek z obiadu nie było niczego smakowitego, najmilszym zaś gościom nie należy na podwieczorek podawać siekanych kotletów z młodą kapustą. Pani Zawidzka uśmiechnęła się przeto radośnie ujrzawszy, że do pokoju wkracza pochód, przypominający powrót wywiadowców izraelskich, co wracają z żyznej ziemi Chanaan, niosąc winne grona wielkości obrotnej żydowskiej głowy. Na czele szła Ewa, dźwigając tacę zastawioną ciastkami i owocami, za nią zaś z ostrożną powagą kroczyła Honorcia z herbatą. Pani Zawiłowski oznajmił, że się pani Zawidzka niepotrzebnie rujnuje, lecz wielce był rad, że będzie miał sposobność do gorących wspomnień o jeszcze jednym wspólnym znajomym z Kutnowskiego, co potrafił wypić jednym tchem butelkę wina, a wyborną sztukę pokazywał tak często, że razu jednego nie on dokończył butelki, lecz butelka jego dokończyła, wskutek czego odbył się pogrzeb bardzo tłumny i ponad wszelkie spodziewanie wcale wesoły.

Taki sam pochód podążał do pracowni, okazało się jednak nieco później, że wciąż rozmawiający dostojni ludzie na dole zjedli trzykrotnie więcej niż milczący młodzi na górze. Na to jednak zwróciła uwagę jedynie Ewcia, którą po odejściu gości pani Zawidzka uściskała gorąco mówiąc:

– Strasznie, strasznie było miło! Ale skąd tobie, Ewuniu, przyszło do głowy przygotowanie ciastek i owoców? Jestem ci za to niesłychanie wdzięczna! Czy wiedziałaś o tej wizycie?

– Coś mi Basia o tym mówiła – odpowiedział Ewcia niewinnie. – Prawda, proszę pani jaka to rozkoszna panienka?

– Bardzo, bardzo miła…

– I mądra! – rzekł Jerzy dobitnie. – Pojęcia mama nie ma, jakie ona doskonałe uwagi robiła o moich obrazach.

"Wzięło cię, robaczku!" – pomyślała Ewa, a głośno powiedziała: – Jurek! Tutaj palić nie wolno…

– Ach! – mruknął Jerzy. – Przyszedłem z ta fajką z pracowni i zapomniałem zgasić…

– Paliłeś fajkę przy Basi? – zapytała Ewa z ponurą grozą.

– Dlaczego nie miałem palić? Sama mnie o to prosiła.

"A, to dlaczego taka mądra…" – pomyślała Ewa.

Gdy została z nim sama, rzekła:

– Bardzo się cieszę, że się pani Zawidzkiej tak goście podobali. A tobie, Jureczku?

– Owszem… Podobali się…

– Pan Zawiłowski to wyborny typ.

– Aha…Wyborny…

– Ale czy zauważyłeś na twarzy Basi…

– Niczego nie zauważyłem, bo się jej nie przyglądałem!

– To dobrze, bo coś się biedactwo zrobiło nad lewym okiem. Jakiś guz czy co?

– Jaki guz?! – krzyknął Jerzy. – Nie bądź złośliwa. Zła jesteś, że ona taka ładna. Może nieprawda? Czoło ma bez najmniejszej skazy, gdzieś ty ujrzała jaki guz?

– Może mi się tak tylko wydawało, ale skąd ty o tym wiesz, skoro się jej nie przyglądałeś? – rzekła Ewa szybko i jeszcze szybciej wybiegła, albowiem ujrzała w jego oczach śmierć nagłą i niespodziewaną.

Podobnemu śledztwu została później poddana panna Barbara, która uścisnęła Ewę goręcej niż zwykle, czemu brakło filozoficznego uzasadnienia.

– Ach, jak u was jest miło, mój Boże! – mówiła z zapałem, sponad którego uniosła się para jak nad gorącą wodą.

– U nas zawsze jest miło. Pani Zawidzka jest najlepszą kobietą na świecie. Szkoda tylko, że Jerzy czuł się jakoś nieswojo. Nie zauważyłaś, że był dziwnie blady?

– Nie zauważyłam – odrzekła Basia szybko. – Oglądałam z takim zajęciem obrazy, że nawet na niego nie spojrzałam.

– To dobrze, bo coś mu się zrobiło z prawej strony ust…Jakaś zmarszczka czy coś takiego…

– Jaka zmarszczka? Co ty opowiadasz, Ewuniu! Nie widziałam żadnej zmarszczki… Zresztą pan Jerzy ma przepiękne usta…

– Ach, tak? Muszę mu się lepiej przyjrzeć…A obrazy?

– O Boże! – zawołała Basia podnosząc obie ręce ku niebiosom. – Pan Jerzy to genialny malarz!

– Czemu mówisz o nim "pan Jerzy"?

– A jakże mam mówić? – zapytała Basia ze strachem.

– Po prostu: Jerzy, albo jeszcze lepiej: Jurek. On mówi o tobie: Basia.

– On…mówi… Basia?

– Trzymaj się, bo zlecisz za mur! – zawołała Ewa. – Co ci się stało?

– Nic… nic…

A na pożegnanie uściskała Ewę jeszcze gorącej niż przy przywitaniu, chociaż też nie było po temu filozoficznej racji.

Ewa rozmyślała głęboko, albowiem potężna jej głowa nie mogła trwać w bezczynności. Wynikiem tej zadumy było niespodziewane pytanie skierowane do Jerzego:

– Jureczku, powiedz mi, jak powinien być odziany mężczyzna do ślubu?

– A czy ja wiem? Jeden wdziewa frak, drugi czarny pogrzebowy strój. Po co ci ta wiadomość?

– A w czym ty będziesz brał ślub?

– W kaftanie bezpieczeństwa! – wrzasnął Jerzy. – I w żółtych butach!

– Dobrze, ale czemu krzyczysz w obecności damy z najwyższego towarzystwa? Dlatego o to pytałam, bo zauważyłam, ze w twoim fraku mole założyły sobie jadłodajnię, klub i prywatne lotnisko. Gdybyś więc nagle potrzebował fraka…

Jerzy chwycił własną głowę w obie ręce, jak gdyby ją chciał zerwać z karku i cisnąć nią w straszliwą damę z najwyższego towarzystwa.


Rozdział trzynasty

W którym "dwa serca złączone na wieki", a Ewa skacze z okna po raz drugi, ale zapewne nie ostatni.


Ewcia dostała list od cioci Halickiej spod Makowa adresowany do willi Zawidzkich. Jak to się mogło stać? Skąd ciocia wiedziała cośkolwiek o Zawidzkich? List został rozerwany drżącymi rękami, a z listu wypadła tajemnica: ciocia wiedziała o wszystkim. Oto pani Szymbartowa odmieniona na duchu, jak gdyby go leczyła okładami z posiekanego śledzia, chciała mu ulżyć wyznaniem grzechów i napisała do pani Halickiej szeroko i długo i o tym, jak zatruła Ewci promienisty żywot, i o tym, jak Ewcia dała drapaka, i o tym, jak serdecznie Ewcia zaopiekowała się Zosią. Ciocia przyjęła to wszystko do wzburzonej wiadomości i oznajmiła Ewci w liście, w którym wykrzykniki rosły jak nad Wisłą topole, że rada jest z tego, co się stało.

Ewci spadł kamień z serca i potoczył się z hukiem w przepaść. Ciążyło jej to nadmiernie, że szczęśliwe jej dni u Zawidzkich omotane są pajęczyną kłamstwa. Odmieniona pani Szymbartowa uczyniła jej wspaniałą przysługę, że winę jej szaleństwa wzięła uczciwie na siebie. Było to z jej strony bohaterstwo. W niebie, gdzie – jak wiadomo – większa jest radość z jednego nawróconego grzesznika niźli z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, musiały dnia tego anioły tańczyć z radości. I Ewie chciało się tańczyć. Napisała do cioci list tak wspaniały, że powinien być wyryty na miedzi. Była to właściwie powieść. "Oto jest romans życia nieskładny w niczem" – jak rzekł Słowacki. Poczciwa ciotka będzie go zapewne czytała przez trzy dni, siedząc nad brzegiem strumienia, który jej obficie łzy poniesie do morza.

Pani Zawidzka też była bardzo uradowana, że pani Szymbartowa piorunem swojego listu oczyściła powietrze. Tylko Jerzy był nie bardzo rad.

– Źle się stało! – rzekł posępnie. – Gdyby wszystko niespodzianie wyszło na jaw, może złoiliby ci skórę, a tak może ci się tylko upiec. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

Ewa nie miała jednak czasu na kłótnie z tym buszmenem, który nie miał zielonego pojęcia o delikatnych i subtelnych sprawach kobiecych. Odbywała tajne narady z Basią, co było połączone z koniecznością wyłażenia na mur graniczny. Ewie przyszło jednak do głowy, że Bogiem a prawdą mur ten jest z goła nikomu niepotrzebny, że jest przykrą zawadą i powinien być zburzony. Wprawdzie droga przez dwie furtki nie była daleka, lecz mur graniczny między dwoma zaprzyjaźnionymi domami był złym symbolem. Przyjaźń obydwóch domów stawała się coraz głębsza. Po wizycie pana Zawiłowskiego odwiedziła dom sąsiedni pani Zawidzka z adiutantem Jerzym i tak sobie przypadły do serca z biedną panią Zawiłowską, że od pewnego czasu nie było dnia, aby jeden dom nie przysłał do drugiego serdecznego poselstwa. Po co tedy ten mur? Ewcia odbyła naradę z Basią. Nazajutrz Basia przyczepiła się do ojca i łaziła za nim jak cień, bardzo zresztą gadatliwy i wymowny. Tłumaczyła mu pracowicie konieczność zburzenia muru, co – jak wie o tym od Ewy – jest również marzeniem pani Zawidzkiej. W tym samym czasie Ewa oznajmiła pani Zawidzkiej, że zburzenie mizernego a tak zbędnego muru będzie – jak o tym wie Basia – z entuzjazmem przyjęte przez pana Zawiłowskiego.

– Nie mam nic przeciw temu! – zgodziła się pani Zawidzka.

– Skoro pani Zawidzka się godzi, ja nie mam nic przeciw temu! – rzekł pan Zawiłowski.

Ewcia pomyślała, że – w celu uniknięcia wydatków – obdarzony potężnym basem pan Zawiłowski powinien powtórzyć jerychońską sztukę i w braku mosiężnej trąby zwalić mur jednym wspaniałym okrzykiem. Trudno było jednak prosić go o tak przedziwny wysiłek i dlatego wezwano jakiegoś burzymurka, który za nieznacznym wynagrodzeniem rozebrał część ogrodzenia. Przez nowa bramę przebiegł Rolmops i napadł znienacka kurczęta w ogrodzie Zawiłowskich, które cudem uszły z życiem przed szczekającą śmiercią. Opętany kundel wpadł wobec tego niespodziewanie do kuchni skąd smakowite wiały zapachy, i śmiertelnie przeraził kucharkę, która na widok kosmatego czorta "buchnęła, zawrzała i zgasła" jak kopcąca lampa. Działo się to wszystko bardzo rano, burzymurek bowiem zjawił się do pracy o świcie. Oba domy, posłyszawszy narzekanie drobiu, rozpaczliwy krzyk istoty ludzkiej, bojowy wrzask kundla i okrzyki podziwu murarza porwały się ze snu. Uroczysty akt otwarcia granicy odbył się wobec tego "przy tłumnym współudziale" obywateli. Jeden obywatel jednakże był przeraźliwie zdumiony: Jerzy, który nie wiedział o niczym. Ujrzawszy zwalone cegły, pomyślał w pierwszej chwili, że spokojną polską ziemię nawiedziło trzęsienie ziemi i że wszyscy uciekają w niedbale odzianym popłochu. Śmiertelna trwoga musiała niektórym pomieszać zmysły, ujrzał bowiem przez okno, jak Basia ugania się po ogrodzie za kurczętami, a Ewa chwyciwszy za kark swego pięknego kundla, niesie go do domu Zawidzkich. Obie dziewoje miały miny wprawdzie cokolwiek niepewne, lecz równocześnie roześmiane, nieszczęście przeto nie musiało być zbyt wielkie, tym bardziej że bas pana Zawiłowskiego zahuczał na chwilę, lecz wkrótce ucichnął jak oddalony grzmot.

Skromnie odziany malarz wybiegł do ogrodu.

– Ewciu, co się tu dzieje, u Boga Ojca!

– Pomóż Basi złapać kurczęta! – krzyknęła Ewa. – Basiu! Jerzy biegnie na pomoc!

– Panie Jerzy, prędko! – wołała Basia.

Malarz przelazł przez wyrwę w murze niebotycznie zdumiony.

– Przecież to dopiero szósta…

– Wszystko jedno! Niech pan łapie te kurczaki, bo ja muszę cucić kucharkę.

Wobec tego Jerzy począł łowić kurze potomstwo, które zdradzało wyraźnie objawy obłąkania i pierzchało na widok wielkoluda, słusznie przekonane, że schwytawszy je, będzie połykał na surowo i z pierzem.

W tej chwili wyszła z domu obudzona pani Zawidzka i patrzyła jak urzeczona: jej rodzony syn uganiał w cudzym ogrodzie za kurczętami zrozumiawszy zaś, że przemocą nie poradzi, począł je wabić chytrze rozlicznymi głosy, udając, że im sypie ziarno.

– Jerzy, co ty wyprawiasz? – zawołała zdumiona.

– Basia kazała mi je schwytać… – odrzekł Jerzy zdyszany. – Niech ni mama powie, jak się wabi takie tałatajstwo?

Pani Zawidzka nie śmiała się serdeczniej od lat dziesięciu. Dnia tego jednakże zadziwiła się po raz drugi, kiedy jej pan Zawiłowski oznajmił że jej pomysł zburzenia muru bardzo mu przypadł serca. Właśnie ona chciała to samo powiedzieć panu Zawiłowskiemu, który też byłby zdziwiony, gdyby się dowiedział, że pomysł pochodzi od niego. Jasnym było przeto, że pomysł ten zrodziło jednoczesne szczęśliwe natchnienie. Jerzy jednak pilnie przyglądał się Ewci i kręcił głową.

– Czy nie myślisz przypadkiem o podziemnym przejściu na wypadek deszczu?

– Co ma być, będzie – odrzekła Ewa.

Podziemne przejście było zbędne, gdyż na wypadek deszczu wystarczy parasol, oczywiście dla dostojnych osób, młodzież bowiem nie zwraca uwagi na przeszkody tak mizerne. Przejście w murze okazało się najbardziej uczęszczanym traktem w Europie. Pannice wydeptały wkrótce białą ścieżkę, a osoby dostojne przechodziły nią bardzo często. najbardziej nieśmiałym wędrowcem był natomiast długonogi. Wesoły

Jerzy dziwna posmutniał. zamknął się na długie godziny w pracowni i często słychać było, jak gada sam ze sobą. Jest to rozrywka dość monotonna i zdradza niepokój ducha. W towarzystwie matki i rozgadanej Ewy Jerzy zapadał w zamyślone milczenie. Było ono objawem mniej zatrważającym niż nagły brak apetytu. Pani Zawidzka spoglądała z niepokojem na syna, dla którego za dobrych czasów potężny indyk był ptaszkiem niewielkich rozmiarów.

– Ewuniu, nie wiesz, co jest Jurkowi? – pytała zatroskana.

– A co ma być, proszę pani?

– Od pewnego czasu jest jakiś nieswój…Nie rozmawia, nie je…

– Drobnostka! – odrzekła Ewa. – Wzięło go!

– Co to znaczy? Co go "wzięło"?

– To znaczy, że Jurek ma jakieś zmartwienie.

– Zmartwienie? Ale jakie?

– Ja myślę, że coś mu się zdaje, ale jeszcze nie jest pewny. I nie ma dość odwagi, aby się przekonać.

– Nic nie rozumiem!

– Bo to się nie da tak od razu wytłumaczyć…Jeśli pani pozwoli, to ja go zbadam i wszystko pani powiem w swoim czasie.

– A czy ty cos wiesz?

– Ja? Skądże znowu! Od pewnego czasu Jurek w ogóle za mną nie gada. Ale to przejdzie!

Minęły dwa tygodnie, ale jakoś nie przeszło. Ewcia zajęta była niesłychanie "życiem towarzyskim", wyjazdami z panem Mudrowiczem od Otwocka, odwiedzinami u Szymbartów. Zdawało się, że nie zwraca żadnej uwagi na to, że Jerzy przez całe godziny tkwi w oknie i spogląda czujnie na willę Zawiłowskich, ani na to, że w oknie naprzeciwko tkwi Basia jak okienna pelargonia i widać przygląda się harcom wróbli.

– Niemądre dzieciaki! – rzekła sama do siebie z odrobiną gniewu w głosie i machnęła ręką z wyraźnym lekceważeniem. – Mogą tak stać w oknach do skończenia świata, a żadnemu nie przyjdzie do głowy… Ech! Wszystko ja i zawsze ja…

Na ten temat odbywa naradę z panem Mudrowiczem, przed którym nie miała tajemnic.

– Jestem pewna – mówiła – że Jerzy kocha się w Basi, a ona w nim. Może oni jeszcze sami o tym nie wiedzą, ale ja wiem!

– A skądże ty możesz wiedzieć, pędraku? – śmiał się pan Mudrowicz.

– Jak to "skąd"? Czy pan myśli, że ja nie wiem, jak się objawia zakochanie? Ja sama kochałam się w życiu już dwa razy i dwa razy śmiertelnie. I dwa razy zostałam haniebnie zdradzona! – dodała ponuro.

– O biedna maleńka!

– Bynajmniej… Przekonałam się, co to jest męska słabość i co jest warta fałszywa przyjaźń. Moje dwie najlepsze przyjaciółki zbałamuciły tych, za którymi byłabym poszła na koniec świata. Jeden z nich tak cudownie udawał radio, że można było skonać ze śmiechu… A drugi pisał wiersze…Ale nie mówmy o tym, bo mi się chce płakać. Chciałam panu to tylko powiedzieć, że wiem dobrze, co to jest wielka i śmiertelna miłość. I to wiem, że ani Jerzy nie zdradzi Basi, ani Basia Jerzego, bo to cudownie uczciwe serca, ale z tego chyba nic nie będzie i to mnie okropnie martwi.

– A dlaczego nic nie będzie?

– Bo Jerzy jest tylko w gębie mocny, a naprawdę jest bardzo nieśmiały, a ona też. Zresztą Jerzego martwi co innego jeszcze. Ja to doskonale czuję. Widzi pan, pan Zawiłowski jest bardzo bogaty, a Jerzy jest malarzem i nie ma nic. i dlatego Jerzy, choćby miał cierpieć nie wiem jak, nigdy się nie oświadczy na nic, bo jest piekielnie ambitny…

– Piekielnie głupi! – zgniewał się niespodzianie pan Mudrowicz. – I ty też, jeśli myślisz tak samo.

– O, proszę pana!

– Głupi jest! Nie wiem, jak bardzo bogaty jest pan Zawiłowski, o tym jednak wiem z pewnością, że Zawidzki jest od niego stokroć bogatszy. Rozumiesz?

– Nic nie rozumiem.

– Boś cielę! Słuchaj, dziewczyno… Ten pan Zawiłowski ma fabrykę czy coś takiego?

– Trzy fabryki i majtek ziemski

– Aha! Fabryki mogą spłonąć, mogą się rozwalić, licho wie zresztą co się może stać z tym wszystkim, co posiada pan Zawiłowski. Znam bogatszych od niego, co w krótkim czasie nie mieli grosza. A kto może zabrać ten ogromny, ten wspaniały majątek, który posiada Zawidzki?

– Jaki majątek? – zdumiała się Ewcia. – pięć złotych?

– Talent, talent! – zakrzyknął pan Mudrowicz. – Olbrzymi wspaniały talent!

– Ach! – szepnęła Ewcia.

– Zawidzki jest znakomitym artystą, a będzie wielkim. Ten chłopak jest już głośny, a będzie szeroko sławny. Pan Zawiłowski za cały swój majątek nie zdołałby kupić ani cząstki tego, co posiada Zawidzki. Talentu nie można kupić za wszystko złoto świata. Rozumiesz

– Tak, teraz rozumiem… – szepnęła Ewa w zamyśleniu. – Pan jest bardzo mądry!

– Nie ja jestem mądry, tylko inni są głupsi ode mnie! – rzekł pan Mudrowicz. – Majątek… majątek… – sierdził się w dalszym ciągu. – Ja też mam majątek i co mi z tego? Tyle mi z niego przyszło, że żyłem jak szczur w norze… Nie pożywiłem nawet bezdomnego psa… Nie wiedziałem, że na świecie świeci jeszcze słońce… A ten twój malarz rozsypuje je garściami, upiększa świat, wyzłaca szarość… Biedny malarz! Aha! A ren drugi malarz, ten Rogalik…

– Co, co?

– Siedzi u mnie na poddaszu i przez cały dzień śpiewa. Maluje i śpiewa… Radość chodzi za tym golcem i ten golec jest szczęśliwy… Tak kiedyś wył z jakiejś wielkiej radości, że posłałem Pawła, aby go uciszył, a Paweł się zbuntował i nie chciał iść: – " niech sobie biedaczysko pośpiewa!" – powiada mi ta kreatura.

– Paweł tak powiedział?

– Tak. Zdaje się, że jest z Rogalikiem w ogromnej przyjaźni i zanosi mu połowę swojego jedzenia. Nie przysięgnę, ale mi się zdawało, że się onegdaj obaj zaśmiewali jak obłąkani.

– Nie może być!

– Może być. Zdaje się, że są zdziwieni, dlaczego ja jeszcze nie śpiewam – rzekł pan Mudrowicz z odrobiną goryczy.

Ewcia bardzo była zamyślona po tej rozmowie. Przez kilka dni następnych przyglądała się Jerzemu, który pracował niezmordowanie nad wielkim obrazem. Chciała do niego zagadać, lecz nie miała odwagi. Nie był to już ów Jerzy, co stawał na głowie, śmiał się do całego świata i najbliższej jego okolicy i huczał, i pokrzykiwał. Zaczął tak wyglądać, jakby nie spał od wielu nocy. Wprawdzie na widok Ewy uśmiechnął się mile, nie był to jednak zawiesisty uśmiech, delikatna, subtelna i ledwie widna. Żal ścisnął serce Ewy.

– Jureczku – rzekła wreszcie z wielkim strachem – zdziwi cię to, co ci powiem… Niedawno rozmawiałam o tobie z panem Mudrowiczem.

– Bardzo mi miło – odrzekł Jerzy z bladym uśmiechem, lecz spojrzał na nią ciekawie.

– Pan Mudrowicz powiedział… pan Mudrowicz powiedział, że ty jesteś jednym z najbogatszych ludzi…

– Co takiego? Czy przypadkiem mój przyjaciel Rogalik nie nauczył pić pana Mudrowicza?

– Twój przyjaciel Rogalik – rzekła Ewa podniesionym głosem – ani sam nie pije, ani nikogo nie uczy pić. Pan Mudrowicz mówiąc, że jesteś jednym z najbogatszych ludzi, miał na myśli twój talent.

– Ach, tak?

– Tak. Pan Mudrowicz jest mądry i mówił, że teraz już jesteś znakomity, a niedługo będziesz sławny i że ani talentu ani sławy za żadne pieniądze nie kupi. Takiego bogactwa nikt ci nie odbierze i więcej jest ono warte… więcej warte nawet niż trzy fabryki. To tylko chciałam ci powiedzieć.

Jerzy spojrzał na nią jasnym pociągłym spojrzeniem.

– Kochane z ciebie dziewczynisko! – powiedział wreszcie cicho i odszedł.

"Zdaje się, że jednak zrozumiał" – pomyślała Ewa. – "Wszystko mu trzeba wkładać łopatą do głowy…Ale trzeba zajrzeć do Basi!"

Basia była u matki, natomiast pan Zawiłowski zawsze rad z przyjścia Ewy ucieszył się dzisiaj niezwykle gorąco. zawiódł ją do swego gabinetu, starannie zamknął drzwi i położywszy palce na ustach na znak, że zostaną omówione sprawy niezwykle ważne i tajemnicze, rzekł:

– Panno Ewo, doskonale się złożyło, że pani przyszła, bo ja właśnie wybierałem się do was… Chciałem panią o coś zapytać, ale niech to zostanie między nami…

– Oczywiście!

Pan Zawiłowski pomazał swój bas oliwą szeptu, aby słowa nie skrzypiały i mówił:

– Panno Ewo! Z Basia coś się dzieje, a ja nie wiem co.

– A co się dzieje, proszę pana?

– Nie wiem…nie wiem…Pani wie, ile w Basi jest radości, a teraz poznać jej nie można… Smutna, wzdycha i gada przez sen.

– Gada przez sen? Oj, to niedobrze. A co gada?

– Tego nie wiem. To jednak nie jest najgorsze – ("mówił ojciec o swej Basi, cały zapłakany") – to nie jest najgorsze… Niech pani sobie jednak wyobrazi, co się działo wczoraj! Powiadam: "Co ci jest, Basieńko?" – Ona najpierw na to nic, potem patrzy, patrzy, wreszcie wybuchnęła płaczem i zawołała: "O, jaka ja jestem nieszczęśliwa!" – I uciekła. Słyszy pani? Basia jest nieszczęśliwa! Ona! Czemu Basia ma być nieszczęśliwa?

– Z wielkiego szczęścia – odrzekła Ewa z powagą.

– Z czego?

– Z wielkiego szczęścia – powtórzyła.

Pan Zawiłowski spojrzał na nią spod ogromnych brwi wybałuszonym wzrokiem śmiertelnie zdumionego karpia.

– Nie rozumiem! – jęknął i rozłożył ręce. – To dla mnie za mądre.

Ewa uśmiechnęła się ślicznie.

– My kobiety – mówiła pouczającym tonem – używamy bardzo dziwnych sposobów w wyrażaniu uczuć. Żaden mężczyzna tego nie pojmie. Czy pan wie, że kobieta nieszczęśliwa płacze, a kobieta szczęśliwa też płacze, tylko obficiej?

– Przyznam się, że po raz pierwszy…

– Proszę pana… Był pan oczywiście na niejednym ślubie? Zapewne pan był? Czy pańskim zdaniem panna młoda jest szczęśliwa?

– Chyba jest…

– Jest bardzo szczęśliwa! A co robi! Płacze! Mama płacze, babcia płacze, ciotki płaczą i ona płacze.

– Może być. Co to jednak ma wspólnego z Basią? Przecie Basia nie myśli o ślubie!

– Ja nie jestem tego tak bardzo pewna – rzekła Ewa tajemniczo. – Czy pani Zawiłowska czuje się dobrze?

– Dzięki Bogu coraz lepiej.

– A pan jest zdrów?

– Jak byk! To znaczy… Przepraszam za wyrażenie…

– Nic nie szkodzi. Z tej strony przeto nie pochodzą jej zmartwienia. Ponieważ nie zdarzyło się żadne nieszczęście, które byłoby słusznym powodem płaczu, a Basia jednak płacze, czyni to przeto z jednego rozsądnego powodu: ze szczęścia.

– Z jakiego szczęścia? Panno Ewo! Nie słyszałem, żeby ją spotkało jakie szczęście. Co się pani roi?

– Mnie nic ale zapewne Basi się roi. Proszę pana… Pozwoli pan, że zapytam pana jeszcze o jedno?

– Bardzo proszę!

– Jak pan myśli: kiedy młoda panna jest nieszczęśliwa?

– Czy ja wiem? Nie byłem nigdy młodą panną…

– Ja panu powiem: kiedy się zakocha! Ale nie tak, byle jak, na patatajkę, ale na śmierć. Kiedy ja się zakochałam po raz pierwszy, płakałam tak, że trzy ręczniki były mokre. Drugi raz przeszło nieco lżej, ale też płakałam.

– Nie może być! – zawołał nagle rozweselony pan Zawiłowski. – I przeszło?

– Przeszło – odpowiedziała posępnie. – Ale chyba znowu wróci – dodała szeptem.

– I pani myśli, że Basia…

– Myślę, że Basia jest zakochana na umór! Słyszy pan: na umór!

– Basia?

– Basia.

– Na umór?

– Tak mi się zdaje.

– Ale w kim, dziewczyno, w kim?

– Pewnie w jakimś mężczyźnie, bo to już taki nieznośny zwyczaj… Proszę pana… Zdaje się, że Basia nadchodzi!… Czy to prawda, że pojutrze są jej urodziny?

– Ależ tak! – przypomniał sobie pan Zawiłowski.

– Doskonale… Przyjdziemy wszyscy o piątej. Wtedy panu powiem może coś więcej.

– Dobrze!

Panna Barbara powitała Ewcię serdecznie, lecz jakby z roztargnieniem. W orzechowych jej oczach nie było rozigranych złotych błysków; smutek osnuł śliczną jej twarz lekką mgiełką.

Zaciągnęła Ewcię do swojego pokoju, w którym barwną plamą gorzał obrazek Jerzego.

– Co się tu dzieje? – Spytała Basia. – Nie widziałam cię od dwóch dni.

– Nic nadzwyczajnego – odrzekła Ewa przyglądając się pilnie pułapowi. – Tylko Jerzy jest jakoś chory…

– Pan Jerzy chory? Nie może być! Wczoraj wieczorem chodził po ogrodzie prawie do północy.

– Ach tak? Widać na tym polega jego choroba, że chodzi po ogrodzie przy księżycu. A skąd ty o tym wiesz, że on taki lunatyk? – spytała Ewa niewinnie.

Zdawało się, że odpowiedzią na takie pytanie powinno być: "Widziałam przypadkiem…" albo "nasza Martusia widziała" lub coś podobnego na ten temat. Najbystrzejszy jednakże filozof, mądry jak diabeł, nie mógłby przewidzieć odpowiedzi Basi, która nagle zakryła twarz rękami i szeptała gorąco:

– O Boże! Chciałabym umrzeć… chciałabym umrzeć…

Świadomi rzeczy twierdzą uparcie, że na dziesięć potężnie zakochanych panien: trzy chce pójść do klasztoru, dwie do filmu, pięć objawia niezłomną chęć śmierci. Wprawdzie owych pięć wzywających śmierć podniosłoby ogromny wrzask na widok myszy i wzywałoby ratunku, nie zmniejsza to jednakże grozy sytuacji. Basia w tej chwili istotnie żałosny przedstawiła widok.

"Basię wzięło jeszcze mocniej niż Jurka!" – pomyślała Ewa z gorącym współczuciem. – "Tak mądra, taka dobra, taka zrównoważona i co z tego? Na miłość nie ma i nigdy nie będzie lekarstwa… Och jak straszny jest nasz los!"

Zaczęła pocieszać Basie, głaskając ją po głowie, po twarzy i po rękach i szepcząc słowa pełne słodyczy. Nie dała jej jednak do poznania, jaki to "robak lęgnie się w tym bujnym kwiecie". Pomyślała równocześnie, że nie może pozwolić na to, aby się uczciwie i niezaradne serce tak gryzło i męczyło.

Przez dzień następny była Ewa rozgoryczona i opryskliwa. Znienacka napadła na Jerzego:

– Czemu wciąż tkwisz w tej zatraconej pracowni! Mógłbyś odwiedzić Basię!

– Albo co? – z widocznym zapytał Jerzy.

Ewcię ogarnęła pasja znana w psychologii pod nazwą "pasji szewskiej".

– Powiedz mi, po co ja właściwie włożyłem tyle trudu w rozwalenie muru?

– Ach więc to jednak był twój pomysł?

– A czyj? Tobie przez sto lat nie przyszłoby do głowy. Pomysł był mój, bo myślałam… Ech! Wszystko jedno… Róbcie sobie, co chcecie!

Jerzy nie widział nigdy jeszcze swej przyjaciółki w takim gniewnym uniesieniu, w którym walny udział wziął jej zadarty nos. Nie rozumiał dobrze, co znaczy owo groźne "róbcie sobie, co chcecie!", więc się zaczął nad tym głęboko zastanawiać, lecz Ewa przerwała rozmyślania gromkim rozkazem dziennym:

– Jutro są urodziny Basi. Zbiórka o piątej po południu!

Rzekła i odeszła jak zagniewany duch.

Pani Zawidzka zawiadomiona o uroczystości w sposób łagodny i uroczysty wydobyła z tajemnego schowka naszyjnik z czeskich kamieni, który jakąś prababka nosiła na łabędziej i wstydliwej szyi. Lubiła Basię serdecznie; przypadła jej do serca dziewczyna prosta, jasna i czysta jak łza. Przeczuwała coś mądrym sercem i coś widziała mądrymi oczami, lecz nigdy nie powiedziała o tym słowa. Od chwili kiedy to Ewa powiedziała, że Jurka "coś wzięło", zaczęła patrzeć pilnie, udając jednak, że nic nie widzi. Czasem tylko uśmiechała się najsłodszym uśmiechem na świecie: uśmiechem matki. Nazajutrz Ewa jak chorąży poprowadziła pochód przez otwór w murze, głośnymi oznajmiając się okrzykami. Przed samymi drzwiami domu Zawiłowskich szepnęła do Jurka:

– Wyglądasz, jakbyś miał żółtaczkę… Głowa do góry, dryblasie!

Chociaż dzień był niezmiernie zwyczajny i taki powszedni jak chleb, ni stąd ni zowąd uczyniło się święto, tym większe, że pani Zawiłowska w czarnych okularach wyszła ze swojej ciemnicy. Pan Zawiłowski grzmiał zawiesistym basem, Ewa trajkotała jak młynek do kawy, śmiała się pani Zawidzka. Jerzy coś bąknął ni w pięć, ni w dziewięć, a Basia odpowiadała bez słów: kolorami twarzy, która raz bladła, raz czerwieniała się, i strwożonymi spojrzeniami.

"Oczy Basi" – pomyślała Ewa – "podobne były do laskowych orzechów. Teraz przypominają raczej włoskie".

Po pewnym czasie szepnęła do pana Zawiłowskiego, chytrze zawiódłszy go w kąt koło pieca:

– Widzi pan?

– Widzę… Więc to Jerzy?

– A pan myślał, że chiński cesarz? – zaśmiała się Ewa.

– Muszę zwrócić uwagę żonie – usiłował szepnąć pan Zawiłowski.

– Po co? Niech pan będzie pewny, że Basia wyspowiadała się przed matką najmniej dziesięć razy.

– Więc oni się kochają?

– O Boże, jacy mężczyźni są naiwni! – jęknęła Ewa.- A czy to pana martwi?

– Przenigdy! – rzekł pan Zawiłowski gwałtownie. – Uwielbiam panią Zawidzką… To cudowna kobieta… A skoro matka taka, to pewnie…

– Jerzy jest nadzwyczajny, a niedługo będzie sławny na cała Polskę! – mówiła Ewa z mocą. – O, rany! A ten skąd się tu wziął?

Pytanie było zgoła przeraźliwe, albowiem pośród gości zjawił się umorusany, zabłocony i skudłaczony Rolmops w słusznym przekonaniu, że Uczciwi Polacy maja zwyczaj jeść obficie podczas każdej uroczystości i że nie odtrącają z pogardą biednego kundla.

Z przewidzianej krótkiej uroczystości uczyniła się długa uroczystość z przyjęciem wieczornym, podczas którego okazało się, że Jerzy nie nadaremnie łowił niedawno kurczaki. Być może, że wspomnienie tego polowania pełnego trudu, lecz nie połączonego ze zbytnim niebezpieczeństwem, ożywiło w nim zamierającego ducha, albowiem ożywił się i począł błyskać jak za najlepszych czasów. Ewa czujna jak bóbr cięgami zapytaniami podtrzymywała jego ferwor. Jerzy zaczął opowiadać o tym wszystkim radosnym i cudownie jasnym, co się wydarza w malarskim żywocie; o włóczęgach i wędrówkach w pogoni za słońcem i tęczą; o zgryzotach i klęskach, o uniesieniach i wzlotach tych najwspanialszych obłąkańców, co się zaprzedali sztuce całą duszą. W pokoju było niemal mrocznie i bladozłociście, albowiem ze względu na wzrok pani Zawiłowskiej nie zapalono lamp elektrycznych, lecz świece, które przędły złote poświaty i malowały nią ludzkie zasłuchane twarze. Pani Zawidzka słuchała ze szczęśliwym uśmiechem; pan Zawiłowski słuchał, jak gdyby mu opowiadano bajkę o żelaznym wilku; pani Zawiłowska w głębokim ciemnym skupieniu, lecz jakby łakomie. A Basia słuchała cała zamieniona w słuch. W spojrzeniu jej była bezgraniczna tkliwość i taka miękka rzewność, że jeszcze chwila, a zdało się: wielkie przeczyste łzy zjawią się w tych oczach.

Wieczór ten był dziwny i niezwykły.

Nazajutrz jednak Ewa spostrzegła z przerażeniem, że Jerzy jest chyba naprawdę chory. Nie malował, lecz łaził z kąta w kąt, jakby szukał zgubionego parasola. Czasem kopnął niewinnie krzesło, które mu stanęło na drodze. Tej nocy nie zmrużył chyba oka, tak bowiem wygląda, jakby się sam własnymi farbami pomalował na szaro. Człowiek, który stale przypominał niedzielę, w tej chwili był środą popielcową.

"Oj, źle!" – pomyślała Ewa. Potem rzekła: – Jureczku, ślicznie było wczoraj, prawda?

Jerzy spojrzał na nią, jakby zobaczył zieloną owcę albo cielę z trzema głowami.

– Co się stało, Jureczku złoty?

– Nic mi się nie stało! – odrzekł Jerzy. – Głupi jestem i tyle!

– Dlaczego się oczerniasz? A dlaczego niby masz być głupi?

– Dlatego? Bo jestem mizerny malarzyna. Bo jestem marny oleodrukarz. Rozumiesz? Bo jestem wartogłów, nicpoń, niezdara, pustak, słowem: fujara. Głupi jestem, bo mi się przywidziało…A co tobie zresztą do tego?

Ostatnie słowa wrzasnął w tonacji przeraźliwie wysokiej i wyszedł.

– To gorzej niż myślałem – mówiła Ewa sama do siebie. – Jedną ten człowiek powiedział o sobie prawdę, tę mianowicie, że jest fujara… Źle, źle, bardzo źle! Zakochał się jak wariat, a teraz nie wie, co ma począć. Nie ma co: fujara! Biedna Basia…

Tak ją to wszystko zmartwiło, że zaczęła chodzić po pokoju jak Jerzy przed chwilą i w nagłej rozpaczy też kopnęła niewinne krzesło.

"Trzeba pomóc tej małpie zielonej, bo on sam nic nie zrobi!" – pomyślała z serdecznym rozczuleniem.

Wobec tego postanowienia ona z kolei spędziła noc prawie bezsenną. Poranne słońce ujrzało na jej obliczu niezwykłą powagę.

– Ewo! – rzekła sobie. – Na wielkie ważysz się rzeczy. Pchasz palce między drzwi! Zastanów się, bo może być źle… Gdyby się potem Jerzy zabił, nie mogłabyś mu nie przyznać słuszności…Ale trudno! Nie mogę patrzeć, jak pchły gryzą Rolmopsa, tym bardziej nie będę spokojnie patrzyła na to, jak zgryzoty gryzą Jurka… Niech się dzieje, co chce! Ludzie mnie może natłuką, ale Pan Bóg mi przebaczy!

Przemknęła chytrze przez ogród i przez kuchnię weszła do willi Zawiłowskich. Dowiedziała się od kucharki, że pani Zawiłowska śpi, Basia wyszła do kościoła, a pan Zawiłowski stawia pasjansa.

– Oho! Panna Ewa – zawołał uradowany właściciel trzech fabryk. – A czemuż to taka markotna?

– Bo ja w bardzo ważnej sprawie, proszę pana… W śmiertelnie ważnej sprawie!

Basem gęstym jak bita śmietana pan Zawiłowski wyraził nadzieję, że chyba nikt nie zachorował.

– Powiem panu wszystko… wszystko!… Pan już wie, że oni się kochają?

– Moja żona bardzo się z tego cieszy, ja też oczywiście…

– To doskonale. Oświadczam panu uroczyście; pan Jerzy Zawidzki chce prosić o rękę panny Barbary Zawiłowskiej.

Zdumiał się pan Zawiłowski.

– Rozumiem, ale dlaczego Ewcia mi o tym mówi?

– Dlatego, że Jerzy nigdy się nie oświadczy!

– Na miły Bóg! Jakże to: kocha Basię, Basia kocha jego i on się nie oświadczy?

– Sam się nie oświadczy. Ożeni się choćby jutro, ale nie oświadczy się nigdy!

Pan Zawiłowski chwycił się rękami za głowę, aby mu się nie rozpadła.

– Dlaczego?

– Bo się boi. Boi się, słyszy pan? Ubrdał sobie, że nie jest Basi godny. Sam mi dziś o tym powiedział… Boi się, że pan go nie zechce, że to i owo… Taki cudak!

– Ależ ja najchętniej… Mówiliśmy z żoną…

– To świetnie, ale on się boi. Tak cierpi, proszę pana, że się serce kraje, że patrzeć na to nie można, a sam nie przyjdzie… I Basia taka sama! I ona cierpi, a słowa nie powie.

– Ależ to sensu nie ma!

– Ja też wiem, że to sensu nie ma, dlatego ja przyszłam prosić o rękę Basi dla Jurka. A on przyjdzie potem, jeżeli…

– Jeżeli co?

– Jeżeli pan go wezwie.

– Tak przecie nie można! Dziewczyno, pomyśl tylko…

– O ja myślałam przez całą ubiegłą noc! Mój najdroższy panie! Niech pan zrobi tak: niech go pan poprosi niby tak sobie, niby na pogawędkę i niech mu pan doda ducha. Pan jest mądrzejszy ode mnie i będzie pan wiedział, jak się gada z takim, co się kocha, a boi się to wyznać. Niech pan o tym pomyśli, że uczyni pan dwoje ludzi tak szczęśliwymi, tak szczęśliwymi…

– Dziewczyno, czemu płaczesz?

– A pan też ma mokre oczy… Ja już sama nie wiem, co począć! Ale jeżeli pana nie obchodzi los rodzonej córki…

– Kto to powiedział? – zdumiał się pan Zawiłowski. – Dobrze! Skoro on taki mało odważny, niech przyjdzie… Ha! – przypomniał sobie. – Przecie on musi zapytać Basi…

– Po co? On zapytał Basię siedemdziesiąt siedem razy, a Basia tyleż razy mu odpowiedziała, że żyć bez niego nie może.

– Kiedy? Przecież on ani słowa…

– A któż twierdzi, że oni rozmawiają słowami? Proszę pana, Jurek dzisiaj dziesięć razy kopnął krzesło… To chyba wyraźnie powiedziane!

Pan Zawiłowski nie mógł zrozumieć tego związku, lecz Ewa nie pozwoliła mu na rozważanie.

– Więc sprawa załatwiona… Dziękuje panu w imieniu Jerzego. Pani Zawidzka będzie w siódmym niebie. Jurek będzie u pana jeszcze dzisiaj wieczorem… Niech pan przygotuje wodę, bo Baśka zemdleje… Do widzenia!

Panu Zawiłowskiemu zdawało się, że dom zaczął chodzić, jak gdyby miał nogi, a Ewa miała wrażenie, że świat zaczął się kręcić. Powróciła znużona i wyczerpana. Po obiedzie zapukała cicho do pracowni i rzekła:

– Jureczku, żebym nie zapomniała… Spotkałam pana Zawiłowskiego… I pan Zawiłowski prosił przeze mnie, abyś się zobaczył z nim dzisiaj wieczorem.

– Co się stało? – zapytał Jerzy słabym głosem.

– A czy ja wiem? Prosił, żebyś koniecznie przyszedł…

Zeszła powoli ze schodów bardzo zamyślona.

Gdy się zaczęło zmierzchać, poczuła gwałtowne bicie serca: Jerzy szedł przez ogród ku willi Zawiłowskich.

"Za chwilę zacznie się awantura…" – pomyślała.

Napisała karteczkę:

Byliście dla mnie strasznie dobrzy. Ale uciekam, bo narobiłam bigosu i Jerzy mnie zabije! Serdecznie panią przepraszam!!!!

Karteczkę położyła na widocznym miejscu, gwizdnęła na Rolmopsa i chciała wyjść. We drzwiach stanęła kucharka. Ewa wyjrzała przez otwarte okno, chwyciła kundla pod pachę i wyskoczyła.

– Takie to już moje przekleństwo! – pomyślała biegnąc ulicą. – Zawsze przez okno… Byleby tylko Jurek nie wyskoczył przez okno od pana Zawiłowskiego.

Po godzinie wpadła do mieszkanie pana Mudrowicza. Nie wiedziała, że mu przeszkodziła w ważnej pracy: pan Mudrowicz układał właśnie dokument, w którym zapisywał cały swój majątek na ratowanie dzieci zarażonych gruźlicą. Omal nie wywróciła Pawła, któremu na dobitkę Rolmops zaplatał się między nogi, i wbiegła zdyszana do pokoju.

– Wszelki duch! – zawołał radośnie pan Mudrowicz. – A tobie co się stało?

– Ożeniłam Jerzego i uciekłam! – szepnęła Ewa z rozpaczą.

– A dlaczego uciekłaś?

– Bo skąd ja wiem, czy on się chciał żenić?!

Pan Mudrowicz nie mógł pojąć tych zawiłości, więc ja zaczął łagodnie wypytywać. Ewcia oznajmiła mu, że nie mogła patrzeć na mękę dwóch serc, z których kapały krwawe łzy, więc użyła chytrego sposobu, aby je rzucić w objęcia.

– Dobrze zrobiłaś, więc czemu się martwisz? – śmiał się pan Mudrowicz.

– Może dobrze, ale nikt mnie o to nie prosił. A jeżeli z tego będzie tragedia?

– Tragedia będzie, bo pani Zawidzka nie wie, co się z tobą stało. Siedź tu spokojnie, a ja zatelefonuję.

– O Boże! Co to będzie?

Nic nie było, bo telefon Zawidzkich nie odpowiadał.

– Pewnie myślą, że to ja dzwonię i dlatego nie podchodzą do telefonu. Dobrze mi tak!

Pan Mudrowicz chodził po pokoju zatroskany.

– Chyba tam pojedziemy, co? – zapytał.

– Nie, nie! Jerzy mnie zatłucze na śmierć!

– Jeśli to uczyni, to ja jego zatłukę, ale mniejsza o to. Nie można jednak niepokoić pani Zawidzkiej. Która to godzina? Dziesiąta… O której zwiałaś?

– Około siódmej…

– Zbieraj się, jedziemy! Co to?

– Dzwonek… – szepnęła Ewa. – Już po mnie!

W przedpokoju ozwały się liczne niecierpliwe głosy. Zdaje się, że Paweł zapadłą piersią bronił komuś przystępu, lecz najeźdźca był nieustępliwy.

– Jerzy! – zdławionym głosem krzyknęła Ewa nasłuchując. – I pani Zawidzka… O Boże!

Drzwi otwarły się gwałtownie i stanął w nich Jerzy, blady i z rozwianymi włosami. Na widok Ewy oczy mu się rozjaśniły z bezmiernej radości. Za nim stała pani Zawidzka, na której twarzy widać było przestrach.

Pan Mudrowicz nie widząc co zamyśla długonogi i mocny dryblas, zasłonił Ewę, lecz dryblas usunął go i zawył dzikim głosem:

– Ewuniu! Złota Ewuniu!…Jesteś!… Szukaliśmy cię u Szymbartów… A ty tu… Ewuniu! Dziewczyno najdroższa!

Ewa spojrzała na niego wzrokiem, w którym było dwie piąte strachu i trzy piąte obłąkanej radości.

– Wszystko w porządku? – zawołała.

– W porządku! – wrzasnął Jerzy i chwyciwszy ją w objęcia, zaczął całować.

– Przestań! – krzyknęła Ewa. – Przestań, małpiszonie!

A że on nie chciał przestać, dodała:

– Przestań, bo powiem Basi!

Wtedy dopiero jak gdyby w niego piorun trzasnął, wypuścił ją z objęć tak gwałtownie, że usiadła na ziemi.


Kornel Makuszyński


***


Оглавление

  • Rozdział pierwszy
  • Rozdział drugi
  • Rozdział trzeci
  • Rozdział czwarty
  • Rozdział piąty
  • Rozdział szósty
  • Rozdział siódmy
  • Rozdział ósmy
  • Rozdział dziewiąty
  • Rozdział dziesiąty
  • Rozdział jedenasty
  • Rozdział dwunasty
  • Rozdział trzynasty
  • Kornel Makuszyński